Nie chce mi się wierzyć, kiedy pomimo ogromnego wysiłku, jaki wkładam w tłumaczenie czegoś komuś, okazuje się, że ta osoba nie rozumie co do niej mówię.

I ona jest z reguły płci męskiej. Ta osoba.

Zarzucam więc:

Odwracam się na pięcie i odchodzę. Znowu.

Fot narobiłam w lesie. Cholera wie, może tylko tam pasuję…

Advertisements

Face zbuk.

W Newseeku ukazał się ostatnio niezły artykuł o Facebooku. A raczej o uzależnieniu od Facebooka i odzieraniu się z prywatności, właśnie dzięki Facebookowi. Przytoczono oczywiście kilka jaskrawych i skrajnych przykładów, jak np. wyznanie dziewczyny, która na Fejsie oznajmiła, że dokonała aborcji i właśnie dzięki temu jej chłopak dowiedział się, że mógł być ojcem*. Odsłanianie swojej prywatności to tylko jedna strona medalu. Drugą jest uzależnienie. Ludzie korzystający z Facebooka przyznają, że rozpoczynają dzień od zalogowania się, potem mają stronę otwartą w tle w pracy przez cały dzień, by jeszcze ostatni raz rzucić okiem na ścianę przed snem. Jeśli zwrócimy uwagę na ogromny stopień zaangażowania osób korzystających z Facebooka w wymianę informacji, która się tam odbywa i na samą jakość tych treści, możemy dojść do wniosku, że większość ludzi, która żyje Facebookiem, jest przez jakieś 15 godzin na dobę bombardowana nic nieznaczącym syfem, który sama nakręca, bo sama go tworzy. Ja też byłam solidnie uzależniona od Fejsa. Nie zapomnę, jak logowałam się na Facebooku w przerwach między zajęciami, żeby zobaczyć co się zmieniło (z zmieniało się zawsze dużo, bo aktywność na Fejsie miała charakter ciągły, nawet o czwartej nad ranem ktoś był i coś pisał). Wszystkie posiłki jadłam przed komputerem, a z dziesięciu minut na Fejsiku zawsze robiło się dwie i pół godziny. Pamiętam jak kiedyś rozejrzałam się po swoim pokoju i stwierdziłam, że siedzę w syfie, nawet łóżko jest niepościelone, wszystkie obowiązki wykonywałam po łebkach, a na autobus byłam zawsze prawie spóźniona. Narzekałam na brak czasu, bo wykonanie każdej pracy zajmowało średnio godzinę więcej, ponieważ zawsze był włączony komputer i Facebook. Nie zapomnę, jak kiedyś brałam udział w jakiejś dyskusji podczas mycia okien. Co chwilę zdejmowałam gumowe rękawiczki żeby coś odpisać. Porzucałam otwarte na oścież okno, z którego ciekła woda i marzłam, bo po w pokoju zdążyło się już zrobić zimno. Co najciekawsze, ja dziś nie pamiętam nawet co to była za rozmowa. Wszystkie te treści, które wymieniałam były praktycznie zawsze jałowe. Pamiętam tylko jedną wartościową wypowiedź siostry mojej koleżanki, na temat podejścia młodych ludzi do nauk przedmałżeńskich. Tylko tę jedną wypowiedź. Cała reszta to było gadanie o dupie Maryni, na które z reguły nie miałam czasu.

Jedną z podstawowych zasad, jakimi kierowałam się na Facebooku, było niesprzedawanie zbyt wielu informacji o moim życiu. Miejscu zamieszkania czy planach wyjazdowych. Nigdy nie wiadomo kto to czyta, czy ktoś czasem nie obserwuje mnie sprawdzając kiedy wyjadę na dłużej z domu, żeby mnie po prostu okraść. Dlatego zawsze o swoich wyjazdach piszę kiedy już z nich wrócę i nie ma takiej opcji, żebym wstawiła na Fejsa, czy nawet tutaj, zdjęcie, na którym widać jak wygląda mój dom. Nie ma w Internecie takich moich zdjęć, na których widać przez okno na jakim osiedlu mieszkam, jakie mam sprzęty w domu, jak wyglądają okna od wewnątrz, czy łatwo przez nie dostać się do środka czy nie. Wiem, że jak ktoś zechce, to dowie się jak mnie znaleźć, ale dlaczego miałabym ułatwiać mu zadanie?

Dziwi mnie trochę totalna swoboda w pokazywaniu siebie. Ja pokazuję swoją sferę emocjonalną, to fakt. Dla wielu to jest nie do ogarnięcia, że można pisać na blogu o swoich problemach i uczuciach, ale uwierzcie, tutaj też są zasady. Nie piszę wszystkiego, część strachów, przemyśleń i uwag na temat mój i otaczającego mnie świata pozostawiam dla siebie. To wszystko jest też kreacja, mój punkt widzenia. Ostatnio na lotnisku widziałam bardzo oryginalnie ubraną dziewczynę. Z dredami i dziesiątkami kolczyków w uszach. Była tak inna niż ja, że doskonale wiedziałam, że zupełnie inaczej widzi tę halę odlotów niż ja, choć siedzimy w tym samym miejscu i chodzimy po tej samej podłodze. Wiem, że ona opisałaby ją inaczej, gdybym ją o to poprosiła. Zdjęcie koleżanki w staniku zamieszczone na Fejsie też jest oczywiście sygnałem, który może być odebrany różnie, kłopot w tym, że sam ten sygnał jest z reguły wysyłany w sposób zupełnie nieprzemyślany. Mam taką daleką znajomą z liceum (na cześć na ulicy, bez przystawania żeby pogadać), która wyprowadziła się zagranicę, dostała fajną pracę i domek na osiedlu dla pracowników, w którym zamieszkała ze swoim chłopakiem. Znajoma ta, postanowiła się podzielić ze wszystkimi znajomymi (których jest kilka setek) zdjęciami swojego nowego lokum. Sesja zawiera szczegółowo sportretowane wszystkie pomieszczenia, z sypialnią i kiblem włącznie. Zdjęcie takiego kibla, nawet na siłę nie jest apoteozą chwili spokoju, którą możemy podarować sobie wśród tych czterech ścian w codziennym zabieganiu. To jest po prostu klop i ja jako żadna znajoma tej dziewczyny, wiem gdzie ona sra. Mało tego. Wiem gdzie pracuje, gdzie kupuje ciuchy (zdjęcia z przebieralni), kiedy jest rocznica jej związku, jak wyglądały jej zaproszenia ślubne oraz sam ślub i wesele. Do tego wiem gdzie i kiedy wyjeżdża, co robi jej mąż i znajomi oraz w jakich knajpach się spotykają. Widziałam ją w bieliźnie, kostiumie kąpielowym, piżamie… Szczerze mówiąc, mogłabym bez trudu kłamać, że jestem jej najlepszą przyjaciółką, bo sygnały, które wysyła w świat nie pozostawiają pola do zbyt wielu interpretacji – wszystko mamy na tacy.

Poza brakiem intymności na Facebooku jest jeszcze wspomniane już miejsce na treści jałowe. Często bardzo zabawne i stąd moje uzależnienie, ale jednak jałowe. Odmóżdżenie też musi mieć swoje granice, przede wszystkim polegające na skróceniu czasu konsumpcji kretyńskich treści do niezbędnego dla równowagi psychicznej minimum. Z tym bywało różnie, bo często zabawa była przednia, a w końcu nie bawiłam się z komputerem, tylko żywymi ludźmi za pośrednictwem komputera. Z chęcią komentowałam zdjęcia wrzucone przez Karolinę Korwin Piotrowską czy rywalizowałam na punkty biegając jednorożcem po ekranie… Aż w końcu przyszedł moment, kiedy zabawa zaczęła przeplatać się z porażającą głupotą. Niektórzy moi znajomi zaczęli bawić się w grę, która polegała na określeniu kiedy i na co umrą. Pewnego dnia całą moją tablicę zalała fala „humorystycznych” nekrologów. Potem spadł na mnie deszcz zaproszeń do aplikacji „mój kalendarz” i gier, w których mam hodować kapustę. Później był oczywiście „kto oglądał twój profil”, biedne dzieci i psy, a to wszystko w połączeniu z wiadomościami w rodzaju: Ale dzisiaj deszcz pada… Czułam, że to początek końca, że jestem bliska powiedzenia temu portalowi do widzenia. Tym, co mnie ostatecznie przekonało, było chyba zdjęcie wrzucone przez dawną koleżankę z klasy, przedstawiające jakiegoś chłopaka leżącego w szpitalu. Było podpisane chyba: Tomuś po operacji 😦 . W centrum zdjęcia była pobita twarz „Tomusia”, który leżał chyba nieprzytomny. Oczy miał zamknięte, opuchnięte, siniaki na jego policzkach mieniły się na zielono, żółto, fioletowo… W kadrze zmieściła się też rurka od kroplówki. To było już dla mnie za dużo. Natłok głupoty, zmieniających się na okrągło statusów związku, oddanych czeluści sieci zdjęć ślubnych, zaproszeń do Jan Kowalski Photography (sic!), poskutkowały tym, że coś w mojej głowie krzyknęło: Run, Lotta, run!. Kliknęłam „wyloguj” i już nie wróciłam. Podobnie jak 9 milionów Amerykanów, którzy zamrozili swoje konta.

W Polsce nie ma jeszcze tak wyraźnego trendu uciekania z Facebooka, ale chyba powoli do tego dojrzewamy. Póki co mieliśmy jedną aferę, w której papież został nazwany w facebookowym wpisie chujem, ale burza trwała krótko i to jeszcze nie jest aż tak silny sygnał, który kazałby nam zweryfikować wszelkie za i przeciw naszej obecności w sieciach społecznościowych. Nigdy nie przestaniemy się komunikować przez sieć, to jest jasne. Ale kiedyś przyjdzie moment, kiedy będziemy chcieli usunąć stare treści, które zdarzyło nam się palnąć. Wtedy to będzie tak samo trudne, jak dziś pozbycie się niechcianego tatuażu.

Edit:
*Muszę sprostować. Sytuacja dziewczyny, która usunęła ciążę jest jak najbardziej z naszego podwórka, ale nie z Facebooka. Newsweek powołuje się na Dziennik Opinii Krytyki Politycznej, gdzie właśnie autorka profilu facebookowego “Hipsterski maoizm” – pewnie dlatego właśnie się pomyliłam – opisała swoją sytuację. To właśnie tam, nie na Facebooku chłopak, który miał być ojcem dziecka rozpętał piekło w komentarzach. Biję się w pierś i kiedy będę się jeszcze na coś powoływać, obiecuję, że przeczytam to tuż przed skleceniem własnego tekstu, a nie tydzień przed.