Lepsze jest wrogiem dobrego

„Nie jest mi tu najlepiej” – stwierdziłam o poranku. Nowe łóżko jest wielkie i piękne. Dokładnie takie, jak chciałam. Udało mi się znaleźć niedrogi materac i bardzo niedrogą firmę, która robi meble na wzór palet. Wszyscy inni windowali kwotę do 600zł, ale nie było mowy, żebym tyle zapłaciła. Sama robiłam takie łóżka i wiem, że można znacznie taniej, nawet z robocizną. W końcu znalazłam gościa, który zaproponował 300zł i wzięłam. Wyszło super, tylko… Lubiłam stare łóżko… Małe, robione na wymiar, wybitnie jednoosobowe. To było tak naprawdę chyba moje drugie łóżko w życiu, zaraz po tym dziecięcym, ze szczebelkami. Najpierw rodzice ustawiali przy nim drewnianą blokadę, żebym nie spadła, a kiedy podrosłam zlikwidowali ją. Wydawało mi się takie wielkie… Bywało statkiem pirackim, sceną estradową, wyspą, która chroniła od gorącej, dywanowej lawy. Kiedyś zsikałam się do niego. Nic nadzwyczajnego, miałam pięć lat i śniło mi się, że jestem w toalecie. Pamiętam jak przybiegłam do rodziców niezwykle zaskoczona tym wydarzeniem. Obudziłam mamę. „Naprawdę, nie wiem jak to się stało…” – powiedziałam cicho. „Nic się nie stało” – odpowiedziała mama i zabrała mnie do łazienki. Potem mogłam spać z rodzicami i choć bardzo to lubiłam, nie chciałam lądować w rodzicielskiej sypialni w wyniku takich okoliczności. Bałam się jeszcze przez kilka dni, że taki urynistyczny sen znów mi się przytrafi. W każdym razie, teren łóżka został raz na zawsze oznaczony i ochrzczony przez jego jedyną właścicielkę. Niedługo później, łóżko znów zostało zalane, ale tym razem to nic obrzydliwego. Jako dziecko budziłam się między piątą, a szóstą rano (czego oczekiwać, kiedy idzie spać zaraz po Wieczorynce?). Do pobudki rodziców musiałam więc sama zająć się sobą, a ja nigdy się nie nudziłam i nie nudzę do dnia dzisiejszego. Tamtego skandalicznie wczesnego poranka wyskoczyłam z łóżka, pobiegłam do kuchni i przygotowałam sobie słomkę oraz mieszankę wody i płynu do mycia naczyń. Wróciłam z tym do łóżka, zakopałam pod kołdrą i czym prędzej wypełniłam pokój deszczem pachnących, tęczowych baniek. Było jak w bajce. Do czasu gdy zawartość kubka nie zniknęła wchłonięta przez materac. Znów pobiegłam do rodziców, stanęłam przed mamą i wypowiedziałam zwiastujące kłopoty słowa: „Naprawdę nie wiem jak to się stało…”

Moje kompaktowe łóżko latami nosiło moje największe marzenia i niezrealizowane plany. Wypiło litry łez po rozstaniach i kłótniach z przyjaciółkami. Wracałam w nim do zdrowia po ciężkich anginach i do siebie po zakrapianych alkoholem imprezach. Było kryjówką dla moich miłosnych listów z M. i papierosów na sztuki. To w nim odkryłam, że rusza mi się pierwszy ząb, co skłoniło mnie do refleksji, że rozpadam się na części i umieram. To właśnie siedząc na nim skradziono mi pocałunek, po którym myślałam, że teraz mogłabym już spokojnie rozpaść się i umrzeć.

To nie było moje jedyne łóżko. Jest jeszcze łóżko działkowe, łóżko w domu dziadków i łóżka studenckie w innych mieszkaniach, w których mieszkałam, ale ostatecznie zawsze wracałam do tamtego i to ono miało historię, tożsamość i służyło mi niezawodnie przez prawie całe życie. I już go nie ma. Jest na śmietniku. Teraz jest nowe. Ładniejsze, modniejsze, większe, równie wygodne, moje…
Tylko tamto było mojsze, cholera…

Może przynieść mydliny i wydmuchać na tym nowym kilka baniek? Albo w ostateczności nasikać…

Advertisements