Wysoka cena sztuki.

Rozpisałam się trochę kiedyś o minimalizmie i podjęłam silne postanowienie wprowadzenia zasad minimalizmu w życie. Wcale nie było mi trudno, wręcz przeciwnie. Ta książka, o której pisałam wtłoczyła mi do głowy reguły, dzięki którym bardzo szybko selekcjonuję otaczające mnie przedmioty i bez namysłu dzielę rzeczy na te do oddania, sprzedania, wyrzucenia i zachowania.
Z ogromną radością pozbyłam się z biurka plastikowego organizera na dokumenty, który pełen był starych rachunków, paragonów, wyciągów okresowych z konta, instrukcji obsługi do sprzętów, których już dawno nie mam i innych takich. Wszystko co ważne poszło do podpisanych teczek i znalazło miejsce w szafce, a reszta od dawna jest w koszu na papiery. Szafka w biurku też jest już nie do poznania. Wyrzuciłam z niej tony starych płyt CD z oprogramowaniem, którego nie odtworzyłby już mój komputer, filmami dołożonymi do gazet, których nie chcę oglądać lub oglądałam i wspaniałymi programami typu pilates czy podstawy ogrodnictwa. Znalazłam też jakąś płytę ze zdjęciami ludzi, których nie znam (wywaliłam). Poza tym wyniosłam kilka worków ze starymi farbami, papierami kolorowymi, plastikowymi pędzlami czy kubkami rozrabiania farb. Wszystko suche, przeterminowane i dawno zapomniane. A przede wszystkim nikomu nieprzydatne i zawalające miejsce na półce. Wykopałam takie „skarby”, jak: sztywna plastelina, połamane kredki świecowe, teczka z przyborami plastycznymi z lat 90-tych, którą szpanowałam na plastyce w podstawówce, i która prawie nie mieściła mi się na ławce i mnóstwo moich pięknych malunków, którymi teraz się pochwalę. Fanfary:

Jak nietrudno się domyślić, tym co bardzo mnie kręciło było filmy Disney’a, a w szczególności, tu zaskoczenie, Król Lew, na którego punkcie miałam obsesję. Sama namalowałam sobie wielkiego Simbę na płycie styropianowej, która została z jakiegoś remontu i powiesiłam na ścianie, a do łóżka chadzałam z walkmanem i kasetą z muzyką z filmu, przy której zasypiałam. Najfajniejsze były jednak kredki, które dostałam od dziadków. Wybraliśmy się do wielkiego zabawkowo-papierniczego i wypatrzyłam je na najwyższej półce. Dziadek proponował mi inne, bo upatrzone były drogie ze względu na pudełko z Królem Lwem, ale ja odpowiedziałam uczciwie, że to właśnie o to pudełko mi chodzi. Raz oberwało mi się za nie, bo po lekcjach przychodziłam do świetlicy, gdzie pojawiała się też dziewczyna, której zawsze się bałam. Była ode mnie starsza kilka lat, potężnie zbudowana i bardzo arogancka. Czepiała się moich fryzur, ubrań, wszystkiego. Raz przysiadła się do mojego stolika i zaczęła wmawiać mi, że poza pudełkiem od kredek nic się dla mnie nie liczy, więc ona sobie te kredki weźmie. Podniosła za brzegi plastikową tackę, w której były kredki i zaczęła z nimi odchodzić powtarzając, że przecież pudełko jest najważniejsze. ‘Oddaj to’ – powtarzałam ze spokojem jak katarynka mając nadzieję, że nie widzi jak się jej boję. ‘Oddaj to, albo idę z tą sprawą do twojej mamy’. Jak na ironię, mama tej dziewczyny była psychologiem, pracowała w naszej szkole i bardzo ją lubiłam. Ten tekst zawsze działał, a ja nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego córka psychologa jest taka problematyczna. To tak jakby córka projektantki mody chodziła źle ubrana. W każdym razie, przyszedł kiedyś w moim życiu taki dzień, kiedy skończyłam kolejny rysunek Simby i nigdy nie rozpoczęłam następnego. Rysowałam jednak inne rzeczy i chyba szło mi coraz lepiej, bo pani od plastyki mnie zachwalała i namówiła na kółko plastyczne, na którym świetnie się bawiłam. A potem poszłam do gimnazjum i tam poznałam nową nauczycielkę plastyki, zupełnie inną niż moja wychowawczyni z podstawówki.

Pierwsze dni w gimnazjum były sporą rewolucją w moim życiu z wielu powodów i pierwsza lekcja plastyki w tamtejszej szkole na pewno jest jednym z nich i pozostanie w mojej głowie chyba do końca życia. Z poprzedniej szkoły zapamiętałam, że plastyka to bardzo przyjemny przedmiot, na którym się maluje, rysuje albo wykleja coś na zadany temat. Rywalizacja jest umiarkowana, czasem ktoś ma fajniejsze przybory, albo ktoś starszy pomoże mu coś na te lekcje przygotować, ale generalnie wszystko kręci się wokół zabawy, integracji, a na końcu są oceny w skali od 3 do 5, bo niżej niż trója za rysunek, to już jest chyba znęcanie się nauczyciela nad dzieckiem.
Na pierwszą lekcję przyszłam więc wyposażona w to, co przynosiłam w podstawówce, czyli kredki, ołówek i blok rysunkowy A4. Do klasy weszła ponuro ubrana pani po czterdziestce z szarymi sterczącymi loczkami i wyrazem twarzy Meryl Streep z filmu Diabeł ubiera się u Prady. W ogóle nie wyglądała na panią od plastyki. Nie pamiętam jej pierwszych słów, ale pamiętam swoje zdziwienie, kiedy zapytała nas o zeszyty. Zeszyt do plastyki? Mam teraz malować w zeszycie? Nie, zeszyt będzie do pisania, bo plastyka to nie tylko praktyka, jak się za po chwili dowiedziałam. Okazało się, że pani wyobraża sobie lekcje w ten sposób, że co drugie zajęcia będą teoretyczne i będziemy uczyć się o technikach malarskich, biografiach malarzy, stylach itd. Poznamy takie pojęcia jak np. impresjonizm, perspektywa, światłocień czy barwy czyste. Te pojęcia w końcu trzeba będzie gdzieś zapisać, a potem będzie normalny sprawdzian, jak z innych przedmiotów. Pozostałe lekcje będą zajęciami praktycznymi, będziemy wykonywać zadania, np. malować martwą naturę, czyli wprowadzać w życie to, czego dowiedzieliśmy się na lekcjach teoretycznych. No, powiem, że serce mi rosło z każdym kolejnym słowem, choć nauczycielka jakoś nie budziła mojego zaufania. Na końcu dostaliśmy listę rzeczy, które mieliśmy przynieść na kolejne zajęcia. Każdy miał trzymać wszystko na swojej półce w klasie żeby nie nosić tych rzeczy w kółko. Wszystko zapisałam na kartce z bloku, bo przecież nie miałam zeszytu. Oto ona, wykopana podczas moich minimalistycznych porządków (jeśli nie dajesz rady rozczytać, uspokajam, w kolejnym akapicie przywołuję ten spis):

Tak, wiem. Higieniczne przez „ch”. Tak w ogóle, to chyba nawet napisałam: „chidieniczne”, spuśćmy na to zasłonę milczenia 🙂
Do dziś w mojej głowie odbija się echem mocne: ‘tylko i wyłącznie firmy…’, bo pani miała do pewnych firm bardzo ciepły stosunek i uważała je za najlepsze. Po prostu tylko raz to zapisałam, ale to były słowa padające właściwie przy każdym produkcie. Pamiętam też długi wywód na temat plastikowych pędzelków dokładanych do farb dla dzieci. Rzeczywiście, są beznadziejne, ale trzeba podkreślić, że moje gimnazjum nie było szkołą o profilu plastycznym. Nie jest trudno się więc domyślić, że choć większość przyborów plastycznych z supermarketów nie nadaje się do prawdziwej nauki malowania czy rysowania, to jednak rodzice nie będą zadowoleni z takiej listy zakupów, jaką tego wrześniowego dnia ja i moi koledzy z klasy przynieśliśmy do domów. Policzmy:

– książka – nie pamiętam, ale powiedzmy, że z 10zł
– zeszyt w kratkę 60 kartek – ok. 2,89zł (z ceneo)
– farby plakatowe „Astra” – 16,86zł (w Matrasie są promocji)
– pędzle – 0 lub 1 (może kosztować nawet 25zł, ale można taniej) – 2,55zł, płaski 3 lub 4 – 6,00zł, duży 5 lub 6 – 6,50zł
– ołówki – Faber Castell produkuje wszystkie twardości, każdy za 4,10zł czyli 12,30zł
– pastele „Pentel” – 6zł,
– blok A3 – najtaniej 2,35zł

W sumie 65,45zł. Sporo. Można za to kupić pewnie 6 lub więcej używanych podręczników do innych przedmiotów. Można za to kupić koszulkę i spodnie na w-f, albo niezłe trampki, a w uboższych rodzinach pewnie jedno i drugie. Wydać ponad pół stówy lekką ręką na plastykę, przedmiot, który większości wydaje się być zapychaczem, z którego ocena do niczego się nie liczy? No nie ma opcji. Oczywiście wszystko to wypłynęło na najbliższym zebraniu, na które została zaproszona nasza plastyczka. Mnie tam rzecz jasna nie było, ale była moja mama i sceny były podobno niemal dantejskie. Rodzice patrzyli na nauczycielkę jak na nienormalną, oderwaną od rzeczywistości babę, która albo przyjechała z bardzo bogatego kraju i nie wie jak tu się żyję, albo może w ogóle jest z księżyca. Ona natomiast patrzyła na rozwścieczonych rodziców jak na bandę neandertali, którzy myślą, że Renoir to marka francuskiego auta. Jak tylko wypowiedział się jeden rodzic, to zaczął wtórować mu drugi, potem trzeci itd. Babka w końcu zaczęła płakać i przez łzy tłumaczyć, że ona chciała nas zapoznawać z kulturą i sztuką, a bez odpowiednich narzędzi to niemożliwe. Wydawało się, że obie strony mają trochę racji, więc stanęło na tym, że muszą być zeszyty i duże bloki, a reszta na miarę możliwości rodziców.

W związku z tym, że plastycznie udzielać się bardzo lubię, to dostałam wszystko z listy. Rysowanie nowymi ołówkami to był jakiś obłęd, ten najbardziej miękki rozcierał się prawie jak węgiel, od razu go pokochałam. Pędzle miałam, poza tym najcieńszym, a do małego bloku już nigdy nie wróciłam. Niestety, poza narzędziami, w nowych lekcjach plastyki nie było zbyt wiele fajnego. Szybko okazało się, że nasza nauczycielka, choć jest prawdziwą pasjonatką sztuki, nie jest absolutnie pasjonatką dzieci ani ich nauczania. Traktowała nas jak dorosłych studentów, na lekcjach wymagała profesjonalnego podejścia, słownictwa, mówiła językiem, którego nie rozumieliśmy, bardzo dużo krytykowała i stawiała niskie oceny, nie mówiąc o zagrożeniach na semestr i koniec roku. Czasem popadała w dziwne stany melancholii, krzyczała na nas, ze łzami w oczach opowiadała jak ludzie nie szanują sztuki i jak ratowała kiedyś obraz wyrzucony do śmieci, po który nurkowała do kontenera. Postawa uczniów też zostawiała wiele do życzenia. Oni po prostu uważali za kuriozum, że można być zagrożonym z plastyki, myśleli, że te jedynki, które dostają to jakiś żart i nie ogarniali jak można im kazać poprawiać, albo namalować pracę jeszcze raz. Czasem tematy, z jakimi musieliśmy się zmagać były bardzo abstrakcyjne, np. „kapliczka twoich marzeń”.

Czy trzynastolatek, czy ktokolwiek, ma kapliczkę marzeń? Wykonałam zadanie i namalowałam to:

Obrazek się spodobał, dowiedziałam się jednak, że nie powinnam obrysowywać na czarno białych elementów, tylko malować je różnymi odcieniami bieli, bo kontur jest charakterystyczny dla malarstwa plakatowego, a pewnie nie o to mi chodziło (to prawda). Zwieńczenia kolumn są namalowane tym najcieńszym pędzlem, którego nie umiałam jeszcze wtedy dobrze używać. Podziękowałam za uwagi i przełknęłam „silną tróję”, którą wtedy dostałam. Widziałam w tym wszystkim sens, chciałam się uczyć, ale moi koledzy nie chcieli i walczyli o zmiany. Rodzice się skarżyli, że dziecko nie wie jak ma poprawić rysunki, żeby się wykaraskać z zagrożenia, bo inaczej rysować nie umie. Raz, jak przyszliśmy na lekcje, to stoły stały ustawione w okrąg, a w środku był, na jeszcze jednym stoliku, otwarty parasol. Mieliśmy usiąść dookoła, każdy miał naszkicować parasol ze swojej perspektywy, a po ułożeniu obrazków po kolei mieliśmy widzieć na nich każdą stronę parasola. Fajne zadanie, ale trudne w realizacji, jeśli w klasie jest dwudziestu chłopa, a rysować chce trzech, z czego talent (i to naprawdę niemały), ma jeden. To co pojawiło się przyczepione magnesami do tablicy jako rezultat naszej pracy, nie było parasolem, tylko obrazem naszego stosunku do plastyki i powodem załamania naszej nauczycielki. Niskie oceny, ciągłe awantury i utyskiwania rodziców na zebraniach sprawiły, że pani od plastyki odeszła. Zastąpiła ją młoda, fajna babka, którą wszyscy polubili. Nie było już teorii i zeszytów, ale zostały całkiem ciekawe zadania, również w grupach. Wróciły wysokie oceny i ogólny relaks na zajęciach. Po starej nauczycielce chyba nic nie zostało.

P.S.
Jak widać po prawej stronie pojawił mój twitter. Można zobaczyć co mam w danej chwili na myśli.

Advertisements