Wysoka cena sztuki.

Rozpisałam się trochę kiedyś o minimalizmie i podjęłam silne postanowienie wprowadzenia zasad minimalizmu w życie. Wcale nie było mi trudno, wręcz przeciwnie. Ta książka, o której pisałam wtłoczyła mi do głowy reguły, dzięki którym bardzo szybko selekcjonuję otaczające mnie przedmioty i bez namysłu dzielę rzeczy na te do oddania, sprzedania, wyrzucenia i zachowania.
Z ogromną radością pozbyłam się z biurka plastikowego organizera na dokumenty, który pełen był starych rachunków, paragonów, wyciągów okresowych z konta, instrukcji obsługi do sprzętów, których już dawno nie mam i innych takich. Wszystko co ważne poszło do podpisanych teczek i znalazło miejsce w szafce, a reszta od dawna jest w koszu na papiery. Szafka w biurku też jest już nie do poznania. Wyrzuciłam z niej tony starych płyt CD z oprogramowaniem, którego nie odtworzyłby już mój komputer, filmami dołożonymi do gazet, których nie chcę oglądać lub oglądałam i wspaniałymi programami typu pilates czy podstawy ogrodnictwa. Znalazłam też jakąś płytę ze zdjęciami ludzi, których nie znam (wywaliłam). Poza tym wyniosłam kilka worków ze starymi farbami, papierami kolorowymi, plastikowymi pędzlami czy kubkami rozrabiania farb. Wszystko suche, przeterminowane i dawno zapomniane. A przede wszystkim nikomu nieprzydatne i zawalające miejsce na półce. Wykopałam takie „skarby”, jak: sztywna plastelina, połamane kredki świecowe, teczka z przyborami plastycznymi z lat 90-tych, którą szpanowałam na plastyce w podstawówce, i która prawie nie mieściła mi się na ławce i mnóstwo moich pięknych malunków, którymi teraz się pochwalę. Fanfary:

Jak nietrudno się domyślić, tym co bardzo mnie kręciło było filmy Disney’a, a w szczególności, tu zaskoczenie, Król Lew, na którego punkcie miałam obsesję. Sama namalowałam sobie wielkiego Simbę na płycie styropianowej, która została z jakiegoś remontu i powiesiłam na ścianie, a do łóżka chadzałam z walkmanem i kasetą z muzyką z filmu, przy której zasypiałam. Najfajniejsze były jednak kredki, które dostałam od dziadków. Wybraliśmy się do wielkiego zabawkowo-papierniczego i wypatrzyłam je na najwyższej półce. Dziadek proponował mi inne, bo upatrzone były drogie ze względu na pudełko z Królem Lwem, ale ja odpowiedziałam uczciwie, że to właśnie o to pudełko mi chodzi. Raz oberwało mi się za nie, bo po lekcjach przychodziłam do świetlicy, gdzie pojawiała się też dziewczyna, której zawsze się bałam. Była ode mnie starsza kilka lat, potężnie zbudowana i bardzo arogancka. Czepiała się moich fryzur, ubrań, wszystkiego. Raz przysiadła się do mojego stolika i zaczęła wmawiać mi, że poza pudełkiem od kredek nic się dla mnie nie liczy, więc ona sobie te kredki weźmie. Podniosła za brzegi plastikową tackę, w której były kredki i zaczęła z nimi odchodzić powtarzając, że przecież pudełko jest najważniejsze. ‘Oddaj to’ – powtarzałam ze spokojem jak katarynka mając nadzieję, że nie widzi jak się jej boję. ‘Oddaj to, albo idę z tą sprawą do twojej mamy’. Jak na ironię, mama tej dziewczyny była psychologiem, pracowała w naszej szkole i bardzo ją lubiłam. Ten tekst zawsze działał, a ja nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego córka psychologa jest taka problematyczna. To tak jakby córka projektantki mody chodziła źle ubrana. W każdym razie, przyszedł kiedyś w moim życiu taki dzień, kiedy skończyłam kolejny rysunek Simby i nigdy nie rozpoczęłam następnego. Rysowałam jednak inne rzeczy i chyba szło mi coraz lepiej, bo pani od plastyki mnie zachwalała i namówiła na kółko plastyczne, na którym świetnie się bawiłam. A potem poszłam do gimnazjum i tam poznałam nową nauczycielkę plastyki, zupełnie inną niż moja wychowawczyni z podstawówki.

Pierwsze dni w gimnazjum były sporą rewolucją w moim życiu z wielu powodów i pierwsza lekcja plastyki w tamtejszej szkole na pewno jest jednym z nich i pozostanie w mojej głowie chyba do końca życia. Z poprzedniej szkoły zapamiętałam, że plastyka to bardzo przyjemny przedmiot, na którym się maluje, rysuje albo wykleja coś na zadany temat. Rywalizacja jest umiarkowana, czasem ktoś ma fajniejsze przybory, albo ktoś starszy pomoże mu coś na te lekcje przygotować, ale generalnie wszystko kręci się wokół zabawy, integracji, a na końcu są oceny w skali od 3 do 5, bo niżej niż trója za rysunek, to już jest chyba znęcanie się nauczyciela nad dzieckiem.
Na pierwszą lekcję przyszłam więc wyposażona w to, co przynosiłam w podstawówce, czyli kredki, ołówek i blok rysunkowy A4. Do klasy weszła ponuro ubrana pani po czterdziestce z szarymi sterczącymi loczkami i wyrazem twarzy Meryl Streep z filmu Diabeł ubiera się u Prady. W ogóle nie wyglądała na panią od plastyki. Nie pamiętam jej pierwszych słów, ale pamiętam swoje zdziwienie, kiedy zapytała nas o zeszyty. Zeszyt do plastyki? Mam teraz malować w zeszycie? Nie, zeszyt będzie do pisania, bo plastyka to nie tylko praktyka, jak się za po chwili dowiedziałam. Okazało się, że pani wyobraża sobie lekcje w ten sposób, że co drugie zajęcia będą teoretyczne i będziemy uczyć się o technikach malarskich, biografiach malarzy, stylach itd. Poznamy takie pojęcia jak np. impresjonizm, perspektywa, światłocień czy barwy czyste. Te pojęcia w końcu trzeba będzie gdzieś zapisać, a potem będzie normalny sprawdzian, jak z innych przedmiotów. Pozostałe lekcje będą zajęciami praktycznymi, będziemy wykonywać zadania, np. malować martwą naturę, czyli wprowadzać w życie to, czego dowiedzieliśmy się na lekcjach teoretycznych. No, powiem, że serce mi rosło z każdym kolejnym słowem, choć nauczycielka jakoś nie budziła mojego zaufania. Na końcu dostaliśmy listę rzeczy, które mieliśmy przynieść na kolejne zajęcia. Każdy miał trzymać wszystko na swojej półce w klasie żeby nie nosić tych rzeczy w kółko. Wszystko zapisałam na kartce z bloku, bo przecież nie miałam zeszytu. Oto ona, wykopana podczas moich minimalistycznych porządków (jeśli nie dajesz rady rozczytać, uspokajam, w kolejnym akapicie przywołuję ten spis):

Tak, wiem. Higieniczne przez „ch”. Tak w ogóle, to chyba nawet napisałam: „chidieniczne”, spuśćmy na to zasłonę milczenia 🙂
Do dziś w mojej głowie odbija się echem mocne: ‘tylko i wyłącznie firmy…’, bo pani miała do pewnych firm bardzo ciepły stosunek i uważała je za najlepsze. Po prostu tylko raz to zapisałam, ale to były słowa padające właściwie przy każdym produkcie. Pamiętam też długi wywód na temat plastikowych pędzelków dokładanych do farb dla dzieci. Rzeczywiście, są beznadziejne, ale trzeba podkreślić, że moje gimnazjum nie było szkołą o profilu plastycznym. Nie jest trudno się więc domyślić, że choć większość przyborów plastycznych z supermarketów nie nadaje się do prawdziwej nauki malowania czy rysowania, to jednak rodzice nie będą zadowoleni z takiej listy zakupów, jaką tego wrześniowego dnia ja i moi koledzy z klasy przynieśliśmy do domów. Policzmy:

– książka – nie pamiętam, ale powiedzmy, że z 10zł
– zeszyt w kratkę 60 kartek – ok. 2,89zł (z ceneo)
– farby plakatowe „Astra” – 16,86zł (w Matrasie są promocji)
– pędzle – 0 lub 1 (może kosztować nawet 25zł, ale można taniej) – 2,55zł, płaski 3 lub 4 – 6,00zł, duży 5 lub 6 – 6,50zł
– ołówki – Faber Castell produkuje wszystkie twardości, każdy za 4,10zł czyli 12,30zł
– pastele „Pentel” – 6zł,
– blok A3 – najtaniej 2,35zł

W sumie 65,45zł. Sporo. Można za to kupić pewnie 6 lub więcej używanych podręczników do innych przedmiotów. Można za to kupić koszulkę i spodnie na w-f, albo niezłe trampki, a w uboższych rodzinach pewnie jedno i drugie. Wydać ponad pół stówy lekką ręką na plastykę, przedmiot, który większości wydaje się być zapychaczem, z którego ocena do niczego się nie liczy? No nie ma opcji. Oczywiście wszystko to wypłynęło na najbliższym zebraniu, na które została zaproszona nasza plastyczka. Mnie tam rzecz jasna nie było, ale była moja mama i sceny były podobno niemal dantejskie. Rodzice patrzyli na nauczycielkę jak na nienormalną, oderwaną od rzeczywistości babę, która albo przyjechała z bardzo bogatego kraju i nie wie jak tu się żyję, albo może w ogóle jest z księżyca. Ona natomiast patrzyła na rozwścieczonych rodziców jak na bandę neandertali, którzy myślą, że Renoir to marka francuskiego auta. Jak tylko wypowiedział się jeden rodzic, to zaczął wtórować mu drugi, potem trzeci itd. Babka w końcu zaczęła płakać i przez łzy tłumaczyć, że ona chciała nas zapoznawać z kulturą i sztuką, a bez odpowiednich narzędzi to niemożliwe. Wydawało się, że obie strony mają trochę racji, więc stanęło na tym, że muszą być zeszyty i duże bloki, a reszta na miarę możliwości rodziców.

W związku z tym, że plastycznie udzielać się bardzo lubię, to dostałam wszystko z listy. Rysowanie nowymi ołówkami to był jakiś obłęd, ten najbardziej miękki rozcierał się prawie jak węgiel, od razu go pokochałam. Pędzle miałam, poza tym najcieńszym, a do małego bloku już nigdy nie wróciłam. Niestety, poza narzędziami, w nowych lekcjach plastyki nie było zbyt wiele fajnego. Szybko okazało się, że nasza nauczycielka, choć jest prawdziwą pasjonatką sztuki, nie jest absolutnie pasjonatką dzieci ani ich nauczania. Traktowała nas jak dorosłych studentów, na lekcjach wymagała profesjonalnego podejścia, słownictwa, mówiła językiem, którego nie rozumieliśmy, bardzo dużo krytykowała i stawiała niskie oceny, nie mówiąc o zagrożeniach na semestr i koniec roku. Czasem popadała w dziwne stany melancholii, krzyczała na nas, ze łzami w oczach opowiadała jak ludzie nie szanują sztuki i jak ratowała kiedyś obraz wyrzucony do śmieci, po który nurkowała do kontenera. Postawa uczniów też zostawiała wiele do życzenia. Oni po prostu uważali za kuriozum, że można być zagrożonym z plastyki, myśleli, że te jedynki, które dostają to jakiś żart i nie ogarniali jak można im kazać poprawiać, albo namalować pracę jeszcze raz. Czasem tematy, z jakimi musieliśmy się zmagać były bardzo abstrakcyjne, np. „kapliczka twoich marzeń”.

Czy trzynastolatek, czy ktokolwiek, ma kapliczkę marzeń? Wykonałam zadanie i namalowałam to:

Obrazek się spodobał, dowiedziałam się jednak, że nie powinnam obrysowywać na czarno białych elementów, tylko malować je różnymi odcieniami bieli, bo kontur jest charakterystyczny dla malarstwa plakatowego, a pewnie nie o to mi chodziło (to prawda). Zwieńczenia kolumn są namalowane tym najcieńszym pędzlem, którego nie umiałam jeszcze wtedy dobrze używać. Podziękowałam za uwagi i przełknęłam „silną tróję”, którą wtedy dostałam. Widziałam w tym wszystkim sens, chciałam się uczyć, ale moi koledzy nie chcieli i walczyli o zmiany. Rodzice się skarżyli, że dziecko nie wie jak ma poprawić rysunki, żeby się wykaraskać z zagrożenia, bo inaczej rysować nie umie. Raz, jak przyszliśmy na lekcje, to stoły stały ustawione w okrąg, a w środku był, na jeszcze jednym stoliku, otwarty parasol. Mieliśmy usiąść dookoła, każdy miał naszkicować parasol ze swojej perspektywy, a po ułożeniu obrazków po kolei mieliśmy widzieć na nich każdą stronę parasola. Fajne zadanie, ale trudne w realizacji, jeśli w klasie jest dwudziestu chłopa, a rysować chce trzech, z czego talent (i to naprawdę niemały), ma jeden. To co pojawiło się przyczepione magnesami do tablicy jako rezultat naszej pracy, nie było parasolem, tylko obrazem naszego stosunku do plastyki i powodem załamania naszej nauczycielki. Niskie oceny, ciągłe awantury i utyskiwania rodziców na zebraniach sprawiły, że pani od plastyki odeszła. Zastąpiła ją młoda, fajna babka, którą wszyscy polubili. Nie było już teorii i zeszytów, ale zostały całkiem ciekawe zadania, również w grupach. Wróciły wysokie oceny i ogólny relaks na zajęciach. Po starej nauczycielce chyba nic nie zostało.

P.S.
Jak widać po prawej stronie pojawił mój twitter. Można zobaczyć co mam w danej chwili na myśli.

Advertisements

Lotta buduje.

Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy po pół roku przekładania i odkładania mojego wielkiego planu na samodzielne stworzenie organizera na biżuterię, wreszcie go zrobiłam!

Wszystko zaczęło się od tego, że poszukiwanie w moim przepastnym koszyku na biżuterię pary kolczyków graniczyło z cudem. Nurkując wśród tańszej i droższej biżuterii, która podczas wykopków dzwoniła jak sanie Mikołaja, myślałam tylko o tym, żeby kiedyś sprawić sobie sito do przesiewania rzecznego piachu, takie jakiego używają poszukiwacze złota. Chyba szybciej byłoby wysypać na nie zawartość koszyka i wytrząsnąć odpowiedni kolczyk. Wiedziałam też, że mieszając w koszyku jeszcze bardziej plączą się moje łańcuszki i ciągnąc za jeden wyciągnę kołtun pozlepianych precjozów, z którego będę musiała po kolei wyjmować jakieś zawieszki, pierścionki i bransoletki. Szykowanie się gdziekolwiek zawsze wiązało się ze szperaniem w koszyku, a potem nie miałam ochoty wkładać do niego biżuterii z powrotem, bo wiedziałam, że znów w nim utonie. Wtedy odkładałam wszystko co z siebie zdjęłam na półkę, na której rosła coraz większa góra, bo codziennie dochodziły nowe „kosztowności”. Później był stały punkt programu podczas odkurzania, kiedy coś twardego zadzwoniło w rurze. Mój wzrok nerwowo kierowałam na półkę i modliłam się, żeby to nie był kolczyk, który z niej spadł.

W końcu postanowiłam jakoś zorganizować sobie te wszystkie świecidełka. Zależało mi żeby miały jakieś swoje przegródki, wieszaki, oddzielne miejsca, ale żeby nie były na widoku. Widziałam w sklepach takie wieszaki na biżuterię w kształcie ręki, na której palcach można powiesić pierścionki, albo malutkiego wieszaka krawieckiego z sukienką. Ładne, ale jak się to obwiesi całą biżuterią, jaką się ma, to będzie to wyglądało jak papuga stojąca na biurku lub półce – cała tęcza kolorów i jeszcze wszystko błyszczące. Męczy oczy, wprowadza chaos. Wolałam coś co można zamknąć. No i znalazłam. Szafeczki na biżuterię z lustrem lub ramkami na zdjęcia. Rewelacja, powiesiłabym na ścianie. Tylko, że… Małe, które jednak są w stanie coś pomieścić zaczynają się od 119zł, średnie 229zł, duża… 749zł!


Nie ma opcji. Zrobię sobie taką sama. Najpierw pomyślałam o lustrze jako drzwiczkach, a potem o jakiejś sporej ramie z sieci typu Jysk. Po chwili dotarło do mnie, że po co mam kupować coś takiego, skoro mam płótna, które można by wykorzystać. Pierdzielnę sobie bohomaz i szafeczka będzie jeszcze bardziej „moja”. No więc jak pomyślałam, tak zrobiłam, tym bardziej, że malować lubię bardzo i miałam taki plan, żeby do pokoju wprowadzić trzeci kolor. Mam niebieski klosz przy lampie biurkowej, dwie niebieskie poduszki na łóżku, więc wybrałam motyw nadmorski z niebieskimi akcentami. Potem narysowałam na kartce projekt szafki i odłożyłam do przemyślenia. Strasznie bałam się za to zabrać, głównie z tego względu, że nie posiadam narzędzi do budowania jakichkolwiek mebli. Mam tylko brzeszczot, śrubokręt i młotek. Nie mam poziomicy, ani żadnych sprzętów, które pozwoliłyby mi uciąć cokolwiek równo. Wiem za to, że można przycinać listewki w sklepach, bo te wszystkie Nomi i tym podobne oferują takie usługi. Po paru dniach patrzenia i myślenia jak i z czego wykonać szafkę poszłam do sklepu. To był styczeń i w dziale ze śrubkami była inwentaryzacja. To oznaczało, że nie mogłam kupić wkrętów, zawiasów i innych małych rzeczy. Mogłam za to kupić kątownik do zrobienia trzymadełka na kolczyki i listwy do ramy. Jak się okazało, pan nie chciał ich przyciąć, bo oni tam tną grube drewno, np. przycinają drzwi. W końcu jednak wziął najgrubsze listewki i przyciął mi je na wybrany wymiar. Z resztą musiałam poradzić sobie sama. Kiedy przyniosłam wszystko do domu ogarnęło mnie zniechęcenie. Cholera, nie mam narzędzi, wszystko potnę krzywo i spieprzę, może lepiej dać sobie spokój. I tak listwy poszły do kąta na pół roku.

W międzyczasie przeczytałam książkę o minimalizmie, o której już wspominałam i zaraziłam się straszliwie tą ideą wysprzątania wszystkiego i hiperorganizacji przestrzeni. Patrzyłam na ten swój koszyk z biżuterią i jeszcze drugi też z biżuterią i soczewkami do aparatu i tak sobie myślałam, jak to byłoby fajnie zlikwidować ten biżuteryjny chlew. W końcu zakasałam rękawy i wzięłam się za te listewki. Przycinanie na balkonie poszło jak z płatka. Okazało się, że drewno jest miękkie i nawet ja jestem w stanie sobie z nim poradzić. Potem jeszcze wypad do budowlanego po te wszystkie wkręty i cudowny, nieśmierdzący i szybkoschnący klej Total Vikol i szybko udało mi się zbudować ramę odpowiadającą wielkością ramie obrazu. Potem dorwałam ten drewniany kątownik i chyba w jedyne 15 minut zrobiłam w nim brzeszczotem szparki na kolczyki. Najgorzej było z malowaniem tego na wszystkiego na biało i rozginaniem haczyków, które miały taki kształt, że w zamierzeniu twórców miały wisieć na ścianie, o tak:

a ja chciałam je przykleić od spodu. Okazało się, że drewno chłonie farbę, więc musiałam malować trzy razy, co trochę mnie nudziło i męczyło. Potem jeszcze całość pokryłam lakierem satynowym. Na końcu robiłam część na pierścionki. To jest jedyne miejsce, gdzie szafka ma plecy. Zrobiłam je z jakiejś dykty, która została mi od biureczka na komputer stacjonarny, które stoi teraz na działce. Wnętrze wypełnione jest pociętymi na paski gąbkami do mycia naczyń mini, które kupiłam w Pepco za 1,49zł. Gąbki owinięte są granatowym materiałem z poszewki na poduszkę, którą też znalazłam w Pepco za 1,99zł. Uszka do zawieszenia konstrukcji na ścianie miałam, bo kupiłam kiedyś opakowanie liczące 10 sztuk do zawieszenia tablicy korkowej. Do wykonania tej prostej szafki musiałam więc kupić:

– 3 listewki,
– opakowanie haczyków,
– 4 łączniki metalowe kątowniki,
– garść wkrętów,
– klej Total Vikol,
– dwa zawiasy,
– opakowanie 10 gąbek do mycia naczyń,
– poszewkę na jasiek.

Nie wiem jaki jest koszt tego wszystkiego, ale z pewnością nie przekroczył on 30zł. Z tego co miałam w domu użyłam:

– płótna 60x40cm i dobrze pamiętam, że kupiłam je w promocji w Empiku za 10zł,
– farb akrylowych. Są dostępne w każdym sklepie dla plastyków, ok. 8-10zł za tubkę. Na dobrą sprawę wystarczy biała i trzy kolory podstawowe czyli żółty, niebieski i czerwony, z których da się umieszać każdy inny kolor,
– lakieru akrylowego Vidaron satynowego,
– dwóch gwoździ do wbicia w ścianę,
– dwóch uszek do przymocowania do ramy.

Do tego przydały mi takie narzędzia jak cążki do robienia biżuterii (rozginałam nimi haczyki), papier ścierny, brzeszczot, młotek, rozsuwany nożyk do cięcia gąbek. Jeżeli ktoś nie ma żadnej z powyższych rzeczy, to koszt zrobienia takiej szafki wzrośnie, ale i tak będzie się opłacało. Nie mówiąc już o satysfakcji! Własny obraz można zamienić na kupioną w sklepie lub antykwariacie ramę na zdjęcie, ale musi być dosyć gruba, żeby można było przymocować do niej zawias.

Co było najtrudniejsze? Wcale nie równe łączenie listewek bez poziomicy (one po prostu nie są równo połączone 😀 ), najtrudniejsze było wkręcanie wkrętów bez elektrycznej wkrętarki. Drewno jest miękkie i pierwsze obroty śrubokrętem idą gładko. Gorzej jest dokręcić wkręt do końca (myślałam, że zniosę jajo z wysiłku), naprawdę elektryczna wkrętarka to cudowne narzędzie. Poza tym, przykręcenie równo zawiasów mnie przerosło i drzwiczki opadają, czego na szczęście za bardzo nie widać. Poza tym, brakuje mi jeszcze jednej rzeczy – zamknięcia na haczyk lub magnes. Drzwiczki się otwierają, więc będę musiała jeszcze dokupić ten drobiazg.

I jeszcze jedna rada dla chętnych. Do drewnianego kątownika nie można wkręcać wkrętów i lepiej nie wbijać gwoździ. Listwa jest za cienka i pęka na pół. Właśnie dlatego haczyki są przyklejone (na Total Vikol), a nie przybite.

To może teraz szafka na buty?

Nieminimalistyczny w formie wpis o minimalizmie

Minimalizm to idea, która pociągała mnie od dłuższego czasu. Chyba pierwszym bodźcem był drobny remont pokoju, w którym postanowiłam wymienić kilkuletnie, poszarzałe tapety na nowe. Wybrałam sobie kolory, wzory i po dwóch dniach pracy panów tapeciarzy (o której jakości może lepiej nie będę się wypowiadać), mój pokój będący zarówno sypialnią, jak i miejscem pracy, odmienił się całkowicie. Nie chciałam tego zepsuć zapełniając półki przypadkowo ułożonymi rzeczami, jak to miało miejsce przed remontem, więc postanowiłam zrobić ostrą selekcję. Wyrzuciłam „pamiątki” w postaci bibelotów zbierających kurz czy butelki po czeskim piwie, która „zdobiła” półkę nad biurkiem. Postanowiłam posegregować walające się luzem kable, słuchawki, płyty instalacyjne od różnych sprzętów, których już nie mam. W końcu wpadłam na genialny pomysł, jakim było włożenie tego wszystkiego do pudełek po butach, które wcześniej okleiłam ozdobnym papierem. W ten sposób na półkach zapanowała harmonia, a ja do dziś wiem gdzie zajrzeć w poszukiwaniu kabla USB czy pamiątkowych kartek, albo starych listów, które są dla mnie ważne. Pierdoły, których nie potrzebowałam oddałam lub wyrzuciłam. Oczyszczona, wygodna w użyciu przestrzeń, którą sobie zafundowałam przyprawiała mnie o rozkosz, szybko przekonałam się, jak wygodnie jest nie przedzierać się przez sterty papierów w poszukiwaniu jakiegoś rachunku czy dowodu wpłaty.

Niestety, sprzątanie przyniosło tylko niewielkie korzyści. Nadal pomimo niewielu konkretnie sprecyzowanych obowiązków życiowych nie potrafiłam się ogarnąć. Pędząc na autobus zawsze zadaję sobie pytanie jak to możliwe, że właśnie nie idę, tylko pędzę? Dlaczego jestem spóźniona? Gdzie popełniam błąd i co jest nieułożone? Wychodzę biegać i myślę o tym co dziś zrobiłam po łebkach, co mnie jeszcze czeka do zrobienia i co zawaliłam. Dlaczego kolejny raz przepraszam swojego zleceniodawcę za zbyt późno oddane teksty? Dlaczego jak umawiamy się, że mam coś zrobić „do środy”, to tak często wysyłam pracę w środę o godzinie 23:59?

Jestem nieogarnięta, to prawda, ale może da się coś z tym zrobić? Może, wbrew pozorom, tych obowiązków jest za dużo, bo np. mam swoje hobby, którym chcę się poświęcać, ale jest ich właśnie za dużo, próbuję złapać siedem srok za ogon i dlatego nawet to, co lubię robić, robię na pół gwizdka? Może należy z czegoś zrezygnować, sprawdzić ile dokładnie czasu zajmują mi różne czynności i przestać obiecywać sobie, że jakoś to będzie, że jakoś dam radę te końce ze sobą związać?

Wtedy postanowiłam pierwszy raz w życiu zrobić coś, czego się po sobie kompletnie nie spodziewałam – iść do księgarni i kupić poradnik. Coś, czym w gruncie rzeczy gardziłam przez całe życie, co wydawało mi się marketingową ściemą dla zagubionych, znalazło się w moim domu. Kupiłam książkę Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym.

Słyszałam o tej książce same dobre opinie, przede wszystkim, że jest ona zatopiona w polskich realiach, życiowa, mądra, napisana lekko i sensownie. Chyba czegoś takiego poszukiwałam – nie bestsellera napisanego przez amerykańskiego naukowca, tylko polskiej książki dla polskiej dziewczyny, która chce, a nie może.

Pierwsze wrażenia? Fatalne… Po pierwsze, książka jest pełna banalnych haseł takich, jak: że być, to nie mieć (kto by pomyślał, no nie?), że o wartości człowieka nie decyduje to jak wiele zgromadził, że gromadzimy za dużo, bo się zachłysnęliśmy tym, że w sklepach wreszcie wszystkiego pełno, bo wreszcie można, bo komuna upadła. Że wreszcie nie trzeba szyć sobie torby ze starych dżinsów, czego trochę szkoda, bo taka torba była przecież oryginalna. No i oczywiście, że kiedyś była wspólnota stołu, że nawet przy chlebie ze smalcem gromadziła się rodzina i sąsiedzi, bo żyło się razem, wszystko się od siebie pożyczało i to było takie piękne…. Czułam się trochę jakby autorka książki traktowała mnie jak przybysza z bogatego kraju, który nie zna polskiej historii, nie ma polskich rodziców i dziadków, którzy ciemne czasy PRLu wspominali po ostatnie dni życia i nie oglądała komedii Barei.

Potem przyszła kolej na stereotypy dotyczące minimalistów i tłumaczenie, że minimalizm to nie jest szukanie uzasadnienia dla biedy, że minimalista to nie jest singiel-podróżnik, który cały swój dobytek zmieści w jednym plecaku, a jak przyjdzie mu założyć rodzinę i pojawią się dzieci, to będzie musiał z minimalizmu zrezygnować.

Miałam wrażenie, że ja to wszystko wiem i po prostu tracę czas na tę książkę. Postanowiłam jednak czytać dalej, bo w spisie treści widziałam kilka rozdziałów, które mnie zainteresowały.
Potem zrobiło się trochę ciekawiej, bo autorka zaczęła opowiadać więcej o sobie. O tym jak to się stało, że minimalizm ją przyciągnął, o tym jak wyglądały jej potrzeby kiedy była młodą studentką, o tym jak na chwilę omamiła ją popkultura i zapragnęła stylu życia gwiazd Seksu w wielkim mieście, które jest szybkie, pełne zakupów, jadania na mieście, w którym jest kolorowo, towarzysko, a w zamrażarce zawsze czeka kubełek ulubionych lodów na chandrę… Szybko okazało się jednak, jak iluzoryczna jest chwila szczęścia w modnej knajpie. W końcu autorka zaczęła się zastanawiać czy jest w życiu szczęśliwa, czy może dała sobie wszczepić schemat szczęścia zaproponowany przez seriale i reklamy. No i w końcu zaczęła sprzątać w swoim życiu i układać je na nowo, bo choć żyła dostatnio, ciągle czegoś jej brakowało.

W książce nie pada żaden przepis na idealne życie, nie ma zbyt wielu konkretnych wskazówek, nic nie jest podane w tabeli, punktach, na wykresie. Po banalnym (z mojego punktu widzenia) wstępie, minimalistyczna opowieść zaczyna wypełniać się konkretną treścią. Można ją zdefiniować słowami: „nie powiem ci jak masz żyć, nie posprzątam ci kątów i nie zorganizuję planu dnia, ale opowiem ci czym jest dla mnie minimalizm i jak zmieniłam swoje życie, a ty weźmiesz sobie z mojej opowieści to, co uznasz za wartościowe”.

Po pierwsze, moje błędne myślenie o minimalizmie wynikało z tego, że założyłam, że minimalizm to odgruzowywanie życia poprzez odgruzowywanie przestrzeni (nie tylko fizycznej, chodzi też o kontakty towarzyskie, pracę, sferę emocjonalną czy duchową). Wszystko w myśl zasady: im mniej rzeczy i bodźców, tym więcej spokoju i ładu. Okazuje się jednak, że minimalizm to coś znacznie więcej. To także podejście i szacunek do tego so się ma, czego nie wyrzuciliśmy z życia i odważne kształtowanie swojego otoczenia. O tym wcześniej nie myślałam.

Warto zacząć od tego, że twoje rzeczy mają służyć tobie, nie ty im. I to się tyczy również domu czy pracy. Jeżeli twój dom jest dla ciebie za duży, tyrasz za trzech etatach żeby go utrzymać, a są w nim pokoje, z których nie korzystasz (albo co gorsza traktujesz je jako magazyny, w których chomikujesz nieużywane rzeczy), to rozważ przeprowadzkę się do mniejszego. To było uderzenie jak cegłą w głowę. Z jednej strony od zawsze czułam, że to jest normalne, że jak coś jest dla nas za drogie do utrzymania (np. samochód, który dużo pali), to należy to sprzedać. Ale z drugiej strony żeby tak postępować nawet z domem lub mieszkaniem? Przecież to często nie tylko pieniądze, ale majątek rodzinny, zwłaszcza jeśli mieszka się w mieszkaniu po rodzicach czy dziadkach. Jak to sprzedać, skoro to dorobek życia? Z drugiej strony, czy ktoś z nas wyobraża sobie, że dla dobra materialnego jakim jest za duży, czyli niespełniający naszych oczekiwań dom (będący w rzeczywistości kompozycją z cegieł i rur), rzeczywiście poświęca życie i pracuje na dwóch czy trzech etatach by to wszystko utrzymać? Jeżeli ten dom czy mieszkanie są naszym wielkim marzeniem, to ma to oczywiście sens. Jeśli jednak bardziej cenimy sobie pracę na jednym etacie i możliwość częstego spotykania się z rodziną i znajomymi, wysypianie się w weekendy i spokojne, wolne popołudnia, to wybierzmy po prostu skromny metraż, bo inaczej się wykończymy. I to nie ma nic wspólnego z brakiem szacunku do ciężkiej pracy rodziców czy dziadków. Dom ma służyć nam, nie my jemu.
To samo dotyczy pracy – zmieńmy ją odważnie, jeśli tylko zaczyna nas przytłaczać, albo wysuwa się na pierwszy plan, ponad to, czego naprawdę pragniemy. Co z tego, że ktoś powie, że nasze bezpieczeństwo finansowe wisi na włosku, albo, że rujnujemy sobie rozwój kariery zawodowej.
Cóż, w teorii to brzmi fantastycznie, ale w praktyce? Żeby tak wszystko postawić na głowie? Autorka tej książki wszystko to zrobiła. Minimalizm nie ograniczył się dla niej do posprzątania szafy, oddania książek do domu spokojnej starości czy rezygnacji niedzielnych spacerów po galeriach handlowych. Okazało się, że jest zdolna przewartościować życie, postawić wszystko na głowie, żeby żyć w sposób o jakim marzy. Uwolniła swój czas i przestrzeń, nie gniotą jej oczekiwania społeczne, nie odkłada realizacji pragnień na emeryturę, kiedy już pospłaca morze kredytów.

Minimalizm to decyzja – podejmowana w warzywniaku, sklepie ze sprzętem AGD, ale też w salonie samochodowym czy u jubilera. Minimalizm nie oznacza nieposiadania niczego, rezygnowania z hobby, nawet drogiego, bo jeśli rezygnujemy z niepotrzebnych wydatków, to zyskujemy czas i pieniądze na to, co najbardziej kochamy. Możemy zrezygnować z kupowania co miesiąc nowych butów i ciuchów, zacząć gotować w domu, a po pół roku uzbierać na wymarzone kino domowe. Minimalizm, to świadomość tego kim się jest i dokąd się zmierza. I właśnie dlatego, warto przeczytać tę książkę.

I na koniec takie małe zestawienie.

Co sobie myślałam zanim przeczytałam tę książkę o tej książce?
– że na pewno pomoże mi pozbyć się nadmiaru rzeczy,
– że dowiem się jakimi kryteriami mam się kierować pozbywając się rzeczy, żeby czasem nie wyrzucić czegoś potrzebnego,
– że dowiem się dzięki niej jak się wygasza materialne pragnienia i dokonuje minimalistycznych wyborów,
– że wraz z przeczytaniem ostatniej strony będę już widziała świat w innych barwach i obudzę się jako nowy, lepszy człowiek.

Czego naprawdę dowiedziałam się z tej książki?
– jak wiele błędów popełniałam przez długie lata. Dotychczas myślałam, że tylko gromadzę, ale nie. Dbałam również o to, jak ułożyć moje niepotrzebne rzeczy, np. kupiłam przestronne, wielkie szafy, w których mam kwadratowe półki. Ubrania leżą złożone w dwóch rzędach, więc drugiego nie widzę i nawet nie wiem co tam mam,
– że jednak nie jest ze mną tak źle jak sądziłam. Rozważam każdy zakup, do sklepów chodzę z listami zakupów, nie rajcuje mnie chodzenie po centrach handlowych dla rozrywki, a w sklepach z ubraniami pojawiam się w poszukiwaniu konkretnych rzeczy, a nie by zakupami poprawić sobie humor. Problemem są raczej rzeczy, które już zgromadziłam, a nie nowe, które gromadzę,
– że niewiele potrzebuję. Naprawdę radość sprawiają mi rzeczy małe, jak dobry obiad czy słoneczny dzień. Mam problem z wyrzucaniem, ale nie smuci mnie myśl, że pewnie nigdy nie zamieszkam w willi z basenem, nie kupię sobie brylantowej kolii czy nie zjeżdżę całego świata,
– czeka mnie ogromna praca. Pozbycie się niepotrzebnych rzeczy to dopiero początek, bo jeśli naprawdę chcę żyć minimalistycznie, to muszę być gotowa na podejmowanie niepopularnych decyzji, które wielu się nie spodobają, jak właśnie gotowość do przeprowadzek, zmiany pracy czy zerwania toksycznej znajomości, albo rezygnacja z bezproduktywnych przyjemnostek, które nic nie wnoszą (R.I.P. pudelek.pl – przesytem jest również szum informacyjny i natłok bodźców), bo można poleniuchować bardziej konstruktywnie i zdrowo dla psychiki.

P.S.
Może ktoś chce kupić czarną gitarę akustyczną w pokrowcu? Ma chyba z 10 lat, ale jest nieużywana, bo nigdy nie nauczyłam się na niej grać – stan jak ze sklepu 🙂 Pokrowiec też, bez żadnego przetarcia.