Tu mnie zobaczą

Na miesiąc przed wejściem w życie RODO kończy się moja prywatność w sieci. Cóż za ironia losu… W swoim internetowym życiu odpaliłam kilka pocisków, które rozwaliły kilka nieinternetowych relacji. Udało mi się też na pewno pewne rzeczy dzięki aktywności blogowej zbudować, skorzystać z tego, że globalna sieć daje szansę spotkać się ludziom, którzy poza Internetem nie spotkaliby się nigdy. Przyszedł jednak taki moment, kiedy zamiast myśleć o tym, jak poukrywać swoje strzały w kolano, wpisy blogowe, których na pewno nie powinnam była publikować, zaczęłam myśleć o tym, co robić w przyszłości, żeby po sieci nie rozlał się jakiś gnój. Wtedy przypomniała mi się wypowiedź Emmy Watson, która zapytana o to, czy nie boi się, że będzie następną osobą, po Kirsten Dunst i Jennifer Lawrence, której nagie zdjęcia wyciekną do sieci, odpowiedziała, że nie, bo ona nie robi sobie nagich zdjęć. Nagle zdałam sobie sprawę, że jeśli nie chcę, żeby coś zbyt intymnego wylazło w sieci, to może lepiej o tym nie pisać niż napisać i ukryć pod hasłem. Między innymi właśnie z tego powodu opowiadam Wam stare historie. Wybieram przeszłość, której już nie ma. Czasem mówię o ludziach, których od dawna nie ma w moim życiu, których nie ma na tym świecie, a czasem takich, których nigdy nie było. Inicjały w moich opowieściach są zazwyczaj fałszywe. Płeć bohaterów jest często zmieniana. To nie jest tak, że Was okłamuję. To co najważniejsze jest prawdziwe. Emocje, uczucia, przesłanie, główna oś fabuły, ale musicie wiedzieć, że to na co sobie tutaj pozwalam, jest do jakiegoś stopnia kreacją. Jest jak serial na podstawie książki, która ma 200 stron. Scenarzyści tworzą z niej widowisko na 10 odcinków, rozwijają wątki zaledwie zarysowane w oryginale, zamieniają wydarzenia miejscami. Czerpią z oryginału, ale dają widzom coś, co nadaje się do pokazania na ekranie. Ja też staram się opowiedzieć Wam o tym, jak to pięć lat temu poszłam wynieść śmieci i spotkałam sąsiada w taki sposób, żeby Was nie zanudzić.

Coraz częściej też myślę o formie. Na przykład przy tym poprzednim wpisie. Nie tym o sprzedaży alkoholu, przy tym o domu. Podzieliłam go na dwie części. Pierwsza część dzieje się w przeszłości, druga w teraźniejszości. Opisuję dwie bohaterki. Każda z nich ma swój moment, w którym przejmuje inicjatywę. W każdej z dwóch części jest po jednym wydarzeniu, które jest przewrotne. W pierwszej jest ponura klatka schodowa i dający poczucie bezpieczeństwa pokój, które z nastaniem dnia zamieniają się rolami. To pokój staje się ponury i ciemny. W drugiej, to moja koleżanka zna Warszawę jak własną kieszeń, ale kiedy docieramy do celu naszej podróży, okazuje się, że to ona jest teraz przyjezdna, a ja zasiedzona. Dwa. Chciałam trzymać się dwóch części, stworzyć czarne i białe, górę i dół, lewą i prawą stronę. Nakreślić interpretacyjny trop, a nie tylko podzielić się historią. Rozumiecie, prawda? To nie jest tak, że jeśli coś podkoloryzuję, to kłamię. Literacka fikcja nie jest i nigdy nie była kłamstwem, a to, że „Lalka” Prusa dzieje się w Warszawie nie oznacza, że to jest ta Warszawa z przewodników. To jest Warszawa widziana oczami postaci. I autora przez postać.

Czemu więc mówię, że tracę prywatność, skoro tak świetnie sobie radzę? Bo wymyśliłam sobie, że otworzę firmę. Firemkę malutką. Korektę i redakcję tekstów (oby to nie był strzał w stopę, najgorszymi redaktorami się niespełnieni pisarze). Taka firemka jest o tyle fajna, że można ją zabrać ze sobą wszędzie. Praca nad tekstem to komputer i głowa, nic więcej właściwie. Mogłabym żyć gdzie chcę. To mnie podnieca w tej pracy tak samo jak możliwość obcowania z językiem. Niestety, wybierając taką pracę trzeba mieć jakąś stronę internetową, coś do pokazania klientom. Trzeba dać się znaleźć, na Facebooku być. To jest trudne. Tu już nie ma Lotty, nie można ukryć się pod pseudonimem, nie można ukryć ukończonych szkół, miejsca zamieszkania, nazwiska i telefonu. Tworząc stronę, wracając na Facebooka, stałam się odnajdowalna. Wyciekłam do sieci, jak nagie selfie.

Tworzenie strony internetowej to było coś, co odkładałam najdłużej podczas pracy nad tym całym projektem (postarałam się o dotację unijną, kupiłam na swoje potrzeby wiele fajnych sprzętów, książek, słowników, na które zaczęłam wydawać pieniądze zanim zajęłam się stroną). W końcu musiała jednak powstać, odsłonić to, że kiedy nie tonę we własnych myślach, definiuje mnie proza życia. Mieszkanie w bloku w mieście powiatowym. Próba złączenia końca z końcem. Walka z materią. Nic wyjątkowego.

A teraz przyszedł moment, że dam Wam fanpage. Możecie tu klikać, czytać językowe ciekawosteczki, odezwać się do mnie szybko, a także, przejść na stronę i drugi blog. On nie będzie taki jak ten, nic z tych rzeczy. Ten jest mój i tych, co tu zabłądzili. To ma być raczej blog, który pokaże potencjalnemu klientowi jak piszę. Zastanawiałam się nad systemem komentarzy, ale to chyba nie ma tam sensu. Nie żebym myślała, że tam mogą być tysiące ludzi, pewnie pies z kulawą nogą nie zajrzy, poza osobami, które mają potrzebę mnie śledzić, a wiem, że jest kilka takich. Po prostu na razie nie chciałabym tworzyć podstaw do tego, żeby strona firmowa przestała być firmowa, a zaczęła być panelem dyskusyjnym.

To jest po prostu ważne dla mnie, żebyście Wy, jako osoby, które są ze mną tu od dawna lub bardzo dawna, wiedzieli, że jest jeszcze jeden blog, na którym można coś poczytać. O języku, głównie. Ale może coś ciekawszego też się trafi.

PS
Niech Was nie zmyli data wpisu na drugim blogu, on nie powstał ponad dwa miesiące temu. Wtedy powstała strona, a na niej wpis testowy, który edytowałam kilka dni temu bez zmiany daty. Machnęłam na to ręką.

Advertisements

Bareja wiecznie żywy

„Warzywniak”, „Sklep wielobranżowy”, a nawet „Delikatesy”. Nazwy sklepiku osiedlowego, w którym można kupić rano świeże bułki i mleko, zmieniały się kilka razy na przestrzeni lat. Sam sklep się zmieniał, a nawet znikał i pojawiał z nowym właścicielem. Jeśli się zamykał, to na krótko; całe szczęście, bo nie uśmiechałoby mi się biegać tylko po sól czy jajka do supermarketu z wózkami. Kiedy przypominam sobie, że czegoś nie kupiłam, wskakuję w półbuty, owijam się kurtką, zakładam kaptur i za kilka minut już jestem z powrotem w domu z produktem, którego mi brakowało.

Do osiedlowego prowadzą dwie drogi. Jedną lubię, a drugiej nie. Ta droga, której nie lubię (i w związku z tym nigdy jej nie wybieram), jest smutna i brzydka. Prowadzi wzdłuż ulicy, po prawej i lewej stronie chodnika są dwa rzadkie trawniki. Przycinane, ale zaniedbane. Jesienią szare, latem pełne żółtych placów, przez cały rok upstrzone plamkami śmieci i starych petów. Idzie się tak między nimi i skręca w lewo za banerem z reklamą autoczęści. A potem już prosto, wzdłuż pasażu, do drzwi sklepu. Druga droga, ta którą chodzę, prowadzi przez teren zielony sąsiedniego bloku. Mieszkańcy owej wspólnoty uczynili z niego małą oazę. Znów mamy dwa trawniki, ale zupełnie inne niż te, które opisałam. Trawniki przy drugiej drodze są zadbane i ogrodzone. Rośnie na nich kilka gatunków młodych sadzonek drzew i krzewów. Są wśród nich przywiązane do wsporników brzozy, jakieś choinki, wierzby… Latarnię i ścianę bloku w kilku miejscach porasta bluszcz. Płożące iglaki sięgają już prawie okien parteru, przesiadują na nich wróble, które wyglądają, jakby usadowiły się w wielkich gniazdach. Widzę, jak czasem sąsiedzi podlewają rośliny wężem wyciągniętym przez okno piwnicy. Przycinają je i nawożą. Na jednym z trawników postawili czerwoną tablicę z napisem: „Zakaz gry w piłkę”. Ładne otoczenie ma swoją cenę. Dobrze, że chodnikiem można przejść. Chadzam więc.

W prawo, jeszcze raz w prawo i wtedy drzwi do sklepu mam po prawej, nie jak w przypadku pierwszej drogi, lewej stronie.
Idę do sklepu po mąkę i mleko (naleśniki będę smażyć). Idę jak zwykle, ładniejszą drogą. Skręcam w stronę sklepu, a tam… Łańcuch.

buu:(

– Łańcuch? – mówię do siebie cicho. Łańcuch tworzy zagrodę przed sklepem. Prowadzi wzrok przez betonowe donice, które tworzą długi korytarz blisko ściany budynku. Jego koniec zdaje się wyznaczać oficjalne wejście na ścieżkę do sklepu, ale ja jestem wysoka i mogę nieoficjalnie przejść nad łańcuchem z mojej strony. Ja przejdę, ale jak tu matka z wózkiem może wejść? Albo pan z towarem? Myślę sobie, że wejdę i zapytam przy okazji.

Zanim jednak przepytam ekspedientkę na okoliczność, decyduję się wpisać w wyszukiwarkę mózgową odpowiednie zapytanie: ‘co się stało się, że wejście do sklepu jest praktycznie zabarykadowane’ i wyrzuca ona następujące odpowiedzi:

a) barykada wyłapuje osoby tak bardzo upojone alkoholem, że i tak ekspedientka nie da im na zeszyt kolejnej butelki. Nie pokonasz łańcucha, nie pijesz dalej;
b) barykada chroni elewację sklepu przed upojonymi alkoholem przechodniami, pragnącymi oddać na nią mocz;
c) nierozważni kierowcy parkują na chodniku i klientom potrzebny jest korytarz prowadzący do sklepu. Przynajmniej z jednej strony.

Jak się okazuje, prawda o barykadzie jest równie absurdalna, co kombinacje mojej głowy.

– Wszystko przez mieszkańców wspólnoty mieszkaniowej za sklepem. To przez nich ten łańcuch…
– Ale jak to? Kazali coś takiego zamontować?
– Nie, skargę napisali, bo uważają, że klienci kupują u nas piwo i rozrzucają butelki i puszki u nich na trawnikach – A, ha! Cena pięknego otoczenia wyższa niż sądziłam.
– No tak, ale przecież oni nie wiedzą skąd pochodzą te butelki. Zresztą nie widzę związku między butelkami a łańcuchem…
– No bo nam piwo zabrali. To, że butelki leżały na trawniku, jest prawdziwym powodem, ale nie można złożyć takiej skargi, bo faktycznie, nigdzie nie jest napisane, że to butelki z naszego sklepu. Przyszła do nas kontrola, że jest skarga, bo my tu alkohol sprzedajemy, a zaraz obok dom dziecka jest. A są przepisy, które mówią ile metrów musi być oddalony punkt sprzedaży alkoholu od domu dziecka i my jesteśmy za blisko. No i zabrali, to wymyśliliśmy, że wydłużymy tym łańcuchem drogę do sklepu, rozumie pani?
– Rozumiem…
– Zmierzyliśmy, droga jest dłuższa, urzędnicy się zgodzili i znów alkohol sprzedajemy.

Wróciłam.

1.

Tam gdzie spałam u dziadków, w tym ponurym pokoju z małym oknem na drugim piętrze, stała kanapa przykryta zieloną narzutą z frędzlami. Za nią ciągnął się kawałek ściany, który przechodził w spadzisty dach. Między tą ścianą a kanapą tkwił żeliwny kaloryfer, który zimą parzył jak żywy ogień. Ilekroć moja nieświadoma zagrożenia stopa wymykała się spod kołdry i natrafiała na grzejnik, ten kąsał gorącem jak paralizator. Był niczym pies broniący swojego terytorium. Podskakiwałam wtedy i odsuwałam się. Resztę nocy przesypiałam ostrożnie, układając się między środkiem, a zewnętrznym brzegiem kanapy. Czyżby dom miał tak słabą izolację, że grzejniki buchały ciepłem jak kominki? Zresztą, nie tylko one były w tym domu ciepłe.

Któregoś dnia oglądając bajki w telewizji, zaczęłam przyjmować na kanapie najdziksze pozycje. Kanapa stała na wprost telewizora, a z praktycznego punku widzenia, to jest najgorsze ustawienie dla telemaniaka. Mało kto wysiedzi jak człowiek przez pasmo japońskich hitów z włoskim dubbingiem („Yattaman”, „Królestwo kalendarza”, „Tsubasa”, „Generał Daimos”). W końcu trzeba się położyć, a wtedy, żeby widzieć telewizor, odwrócić głowę. Kiedy zaczyna od tego boleć kark, trzeba położyć się bokiem i podeprzeć głowę ręką, a stąd tylko krok do kolejnych pozycji. Zakładania nogi na oparcie, albo zjechania niżej i trzymania stóp na ścianie (jeśli tylko ściana występuje). Zmarnowana wakacyjnym lenistwem, przybrałam tę właśnie pozę i jadąc po ścianie skarpetą, poczułam nagle cieplejsze miejsce. Niezwykle mnie to zaintrygowało, więc zaraz skoczyłam na równe nogi i pogłaskałam ścianę ręką, żeby się upewnić, że na pewno grzeje sama z siebie, a nie oddaje tylko moje ciepło. Chwilę potem pobiegłam do babci, opowiedziałam jej o niezwykłym zjawisku ciepłego punktu na ścianie i choć babcia wytłumaczyła mi, że to tylko rura z ciepłą wodą, nic niezwykłego, dla mnie ciepła plama była dowodem na coś zupełnie innego. Wyobrażałam sobie, że dom żyje i to jest miejsce, gdzie można sprawdzić jego puls. Jeszcze tego samego dnia obiegłam wszystkie pomieszczenia i doszukałam się kilku takich miejsc, do których można było przyłożyć policzek albo rękę i zmierzyć tętno.

Dowodów na życie domu i tak raczej nie brakowało, bo cały czas wydawał jakieś dźwięki. Coś ciągle skrzypiało, wszędzie tykały zegary (w tym jeden wybijał godziny) i pyrkały żarówki. Bojler uderzał z wielką mocą, kiedy odkręcało się gorącą wodę w łazience, a gdy ktoś zadzwonił, odzywało się kilka telefonów porozstawianych w różnych miejscach. Dom-twierdza z kratami w oknach i ogródkiem pełnym ślimaków. Dom-twierdza, który prowadził ze mną nieustanny dialog. Raz po raz parzył mnie w stopę, pozwalał zjeżdżać po wypastowanych schodach na dywaniku, czasem uśpił mnie w wannie lub przed telewizorem, regularnie zapraszał do kątów, gdzie odkrywał przede mną zakamarki pełne skarbów (np. piękną flagę Polski, którą rozwinęłam i wymachując nią uderzyłam w zegar, który przestał tykać, a ja się nie przyznałam, że to przeze mnie).

I nagle, choć nikt się tego nie spodziewał, dziadkowie stamtąd wyjechali i już nie wrócili. Postanowili przeprowadzić się bliżej syna i wylądowali na Podlasiu. Któregoś pięknego dnia przyjechali po mnie, żeby mnie zabrać na ferie i oznajmili, że już nie jedziemy do Warszawy. Siedziałam wtedy przy stole w kuchni i myślałam, że spadnę z krzesła. Nie mogłam uwierzyć, że tak po prostu można podjąć taką decyzję, że się będzie już zawsze budzić gdzie indziej. W innym mieście. I tam żyć, tam robić zakupy, chodzić na spacery, do dentysty i kościoła. Że się zostawi wszystkich znajomych, utarte ścieżki, ulubione miejsca. Jak oni mogli nie kochać tamtego domu? Sadzili wokół niego pierwsze rośliny, tam urodził się brat taty, oboje się tam wychowali. Ja też właśnie pod tamtym dachem spędziłam pierwszą noc w swoim życiu, a potem pierwszy dzień po przyjściu na świat w pobliskim szpitalu… Ale oni to zrobili. Wyjechali do miasta, z którym nic ich nie łączyło i trzeba było się z tym oswoić.

Nie miałam wpływu na decyzję dziadków, musiałam więc zrobić coś z dotykającymi mnie jej skutkami. Postanowiłam nastawić się pozytywnie. Może ten nowy będzie lepszy? Większy, bardziej nowoczesny, nowszy? – tak sobie myślałam wsiadając do samochodu. Naprawdę starałam się widzieć tylko jasne strony i choć nowe królestwo dziadków nie zrobiło na mnie wrażenia, udało mi się na dzień dobry nie nazywać po imieniu jego słabych stron. Nowy dom okazał się zwyczajnym klockiem bez tożsamości, takim, jakich buduje się wiele od kilkudziesięciu lat. W środku powitał mnie wąski korytarz, duża przestronna kuchnia i długi pokój dzienny. Spodobała mi się spora narożna wanna na piętrze, bo nigdy wcześniej się w takiej nie kąpałam. Dom był wygodny i jasny, choć wąski korytarz na parterze i wejście do piwnicy tylko z zewnątrz, obniżały nieco jego potencjał. Nie miał jednak zakamarków – strychu, schowków za małymi drzwiczkami. Nic w nim nie skrzypiało, okna zostały wymienione na nowe. Pokój, w którym miałam spać był przytulny, biały, z ładnym parkietem. Przejechałam po ścianie ręką. Żadnych ciepłych miejsc. Ten dom nie oddychał.

2.

Stojąc na korytarzu pełnym debatujących kursantów wypatrywałam M. Nie widziałam jej, więc wiedziałam, że albo jeszcze nie przyszła, albo jest w sali i ją przepytują, choć stawiałam na to pierwsze. Jakaś gaduła, z którą nigdy wcześniej nie rozmawiałam dopadła mnie w końcu, bo stałam sama, więc starałam się życzliwie jej wysłuchać, choć trochę się niecierpliwiłam. Kiedy podeszła do nas jeszcze jedna osoba, poczułam się zwolniona z obowiązku rozmowy, która zaczęła się od wycieczki na Majdan, a potem nieoczekiwanie zeszła na temat podkładów do twarzy.

– Czekałam aż przyjdziesz, specjalnie nie wchodziłam na egzamin pierwsza – powiedziałam M. na powitanie, kiedy wreszcie się pojawiła.
– O. wiedziała, że ja przyjdę później, nie gadałaś z nią?
– Nie, jej też jeszcze nie ma. Ale egzaminy idą piorunem. Wszyscy mówią, że jest przyjemnie i szybko. Właściwie to nie będę ukrywać, że mam do Ciebie konkretną sprawę.
– Tak? A jaką? – odpowiedziała M. zdejmując szalik.
– Bo ja mam pociąg jak zwykle o 19:25 i nie przeniosłam tego biletu na wcześniejszą godzinę, tak jak początkowo planowałam, bo wpadłam na lepszy pomysł. Jestem w Warszawie ostatni dzień, nawet jeśli wejdziemy na egzamin na końcu, to i tak skończymy około 13:00. I ja bym chciała, żebyś mi powiedziała jak mam dojechać do domu.
– Do domu?
– Do pierwszego domu, w którym mieszkałam. Powiem Ci gdzie to jest, a Ty mi powiedz którym tramwajem, metrem lub autobusem jechać. Albo jeśli masz czas, to jedź ze mną.
– Mam czas, nie ma problemu.

No i pojechałyśmy razem. Metrem, czyli nie tak, jak ja jeździłam z dziadkiem. Z dziadkiem jeździłam głównie samochodem, ale czasem też autobusem. Tramwajem jakoś rzadziej. Dużo też chodziliśmy pieszo, a ja nie nadeptywałam na linie. Załatwialiśmy coś u niego w pracy. Pamiętam, jak chodziłam po szarych korytarzach jakiejś instytucji. W gabinetach siedzieli zajęci pracą dorośli i co chwilę ktoś reagował na mnie entuzjastycznym okrzykiem: „ojej, to twoja wnuczka!?” i strasznie mnie zawstydzał. W Warszawie z moich wspomnień nie ma metra. Są tylko czerwone autobusy z syrenką z boku i szerokie chodniki z dużych kwadratowych płyt. I to ciche osiedle ukryte wśród skrzyżowań, na które jadę teraz z warszawską koleżanką. Zdając się na nią nie obserwuję trasy. Nie mam pojęcia gdzie wsiadłyśmy i gdzie wysiadłyśmy, a dla niej wszystko było jasne. Rozpoznawała w wielkich budynkach siedziby obecnych i byłych instytucji, wiedziała też co ciekawego znajduje się za nimi. Bardzo blisko, choć nie widać. Opowiadała sporo o ulicach, przebudowach w okolicy. Aż w końcu gwar ustąpił miejsca ciszy i przed naszymi oczami pojawiły się pierwsze domy starego osiedla. Tu nasze role się odwróciły. To była już nieznana strefa dla niej, za to znana dla mnie.

– Tu przejechałam na łyżworolkach pierwsze metry… A na tamtym chodniku mój ojciec puścił wózek, który spadł z wysokiego krawężnika i uderzyłam twarzą w ulicę. Tego nie pamiętam, to opowiadała mi mama. A zaraz będzie dom, w którym mieszkał chłopiec w moim wieku. Jedno z niewielu dzieci w okolicy, bo tu mieszkali sami emeryci. Bardzo chciałam się z nim pobawić i podglądałam go z poddasza, ale babcia powiedziała, że nie mogę, bo jego ojciec jest Żydem. Nie rozumiałam tej odpowiedzi, ale rozumiałam co to znaczy „nie możesz” i to musiało mi wystarczyć. A tu po lewej będzie dom, przy którym mieszkał i szczekał pies Bartek. Kiedyś przed nim stała buda, ale minęło już tyle lat… O, jest i buda. Tylko Bartka już na tym świecie nie ma.
Że też chciało jej się tego słuchać. Umilkła i pozwoliła mi się wygadać. Pamiętałam drzewa i krzaki, dom z dziurami po kulach, wystrzelonych podczas Powstania Warszawskiego; opowiadałam jej, że kiedyś tu była kostka brukowa ułożona w jodełkę, ładniejsza niż dzisiejszy asfalt.

– A tam mieszkała sąsiadka, która codziennie wciskała mi morele z własnego drzewa. Przekładała je przez tę siatkę. A za siatką, w tym ogrodzie stałam ja. Bo to jest właśnie ten dom. Uśmiechnęłam się, jakbym zobaczyła dawnego przyjaciela, który wrócił po latach z zagranicy. Rozpoznaję go, choć wygląda inaczej. Trochę schudł, przerzedziły mu się włosy nie nosi już okularów. Tak właśnie się poczułam, kiedy za furtką, tak blisko, a jednak za daleko, żeby dotknąć, zobaczyłam swój dom z pulsującymi ścianami. Ten sam co dawniej, z tym samym brzydkim tynkiem. Ale już bez krat, po których zostały tylko dziury. Z przybudówką i przeniesionymi w inne miejsce drzwiami. Z nową skrzynką na listy, zawieszoną na starej furtce.

– Tam gdzie jest to małe okno był strych czy taki mały pokój? – odezwała się w końcu moja przewodniczka.
– To był pokój. Wcale nie taki mały, po prostu okno dachowe jest małe. Mimo to, wcale nie był ciemny, w przeciwieństwie do drugiego pokoju na tym piętrze. Jest po drugiej stronie, takie samo okienko wychodzi na ogród.

Przed drzwiami tego pokoju była tylko ogromna przestrzeń białej ściany nad spiralnymi schodami. Całą noc drzwi pozostawały otwarte i w bladym snopie światła z pokoju majaczyły na niej kontury afrykańskich masek. Miały puste oczy, otwarte usta i zawsze budziły we mnie niepokój. Bałam się na nie patrzeć, ale chyba jeszcze bardziej przerażało mnie, że mogłabym się od nich odwrócić i leżeć do nich tyłem. Co ciekawe, kiedy wstawał dzień, to właśnie w moim pokoju było ciemnawo, ponuro, przez to małe okno. Sytuacja się odwracała, światło wpadało do pokoju przez drzwi, od strony tej ściany z maskami, którą rozjaśniało duże okno w korytarzu. Wtedy maski już nie straszyły, były zwykłą ozdobą, a ściana jaśniała blaskiem. Dodatkowo, z dołu docierały do mnie dźwięki radia, którego dziadek słuchał przy goleniu. Przyjemne dźwięki muzyki, miły zapach kosmetyków i świeże światło poranka kazały mi natychmiast wygramolić się spod kołdry i zejść na mleko z miodem albo kakao. I pomyśleć, że w nocy bałam się nawet patrzeć w stronę schodów.

– Ciekawe… A piętro niżej? Te trzy okna?
– Pierwsze to okno z korytarza. Potem jest z sypialni, a trzecie… Trzecie… Zaraz, nie. To jest korytarz, a w sypialni po tej stronie nie było okna. Tam była szafa i taka mała replika Mony Lisy. Zawsze myślałam, że ona jest dużo warta, bo wydawało mi się, że skoro to Mona Lisa, to musi być droga i już. Więc może to jest gabinet, nie sypialnia… Nieee, niemożliwe. W gabinecie były dwa okna, pierwsze wychodziło na ulicę, drugie nie mogło być po drugiej stronie domu, bo ten pokój nie był aż taki wielki… Przepraszam, ale zdaje się, że… Nie pamiętam.

To była przytłaczająca myśl. Wydawało mi się, że pamiętam wszystko, włącznie z pęknięciami na suficie, ale nie. Nagle odkryłam, że im bardziej próbuję ożywiać szczegóły, tym bliżej moim wspomnieniom do snów. Wszystko się miesza i przesuwa. Nagle zdaję sobie sprawę, że Mona Lisa wisiała jednak na innej ścianie, że nie pamiętam czy w łazience stały jakiekolwiek meble, jaki był wzór na skórzanych pufach w gabinecie, czy do salonu schodziło się po dwóch stopniach czy trzech. Wszystkie miejsca nieuwiecznione na fotografiach, czyli te, do których mogę wrócić tylko pamięcią, okazują się skrzywionym, niedokładnym, pełnym luk obrazem. Czymś innym niż w rzeczywistości. Czymś tak nieprawdziwym, jak platoniczna miłość.

– Ten trzepak też tu stał… Tylko za nim rosła czereśnia. A tu próbowałam odgarniać śnieg… I pokaleczyłam się o tynk… – snuję swoją opowieść, zastanawiając się czy czegoś znów nie przeinaczam.

W pewnym momencie z sąsiedniego domu wychodzi facet. Staje przed drzwiami i udaje, że się na nas nie gapi i nas nie słucha. Zaczynam zastanawiać się czy nie za długo tu stoimy, czy ktoś zaraz nas nie przegoni, zapyta dlaczego tkwię tu i smyram jego ogrodzenie, wskazuję palcem na okna i macam klamkę furtki. Zaczynam czuć się nieswojo, jak intruz, a jednocześnie buzują we mnie wszystkie emocje świata. Gniew, że nie mogę tam wejść i zobaczyć więcej, smutek, że to już nie moje, radość, że w ogóle tu jestem. Do tego ekscytujący surrealizm tego momentu.
Po chwili milczenia spoglądam na zegarek, a potem na M.

– Idziemy? – uśmiecham się.
– Idziemy – odpowiada.
Ona chyba wcale nie była znudzona, miała chęć iść jeszcze ze mną na naleśniki, ale okazało się, że jej chłopak wrócił z jakiegoś zlotu fanów średniowiecza i musiała po niego iść na dworzec. Znów wsiadłyśmy do metra, ale tym razem droga do centrum była jakaś krótsza. Potem przez „Patelnię” i na Marszałkowską, aż w końcu rozdzieliłyśmy się przy naleśnikarni. Siedząc samotnie przy stoliku miałam chęć natychmiast obejrzeć jeszcze raz zrobione pod domem zdjęcia, ale rozproszyła mnie najpierw kelnerka, która rozlała wodę gościa z sąsiedniego stolika, a potem dostałam kilka powiadomień na Messengerze. Jak tam egzamin, o której wracam, co robię… Wystarczyła godzina, żeby moja wyprawa rozwodniła się jak sen. Stała się tak samo odległa ja stare wspomnienia. Przegrała z tym, co tu i teraz.

Tak to wyglądało jakieś pięćdziesiąt lat temu

A tak jest dziś

Jakiś samochód, którym jeździł dziadek i przy okazji furtka

Furtka dziś

Babcia miała rękę do kwiatów, więc kiedy tam mieszkała teren wokół domu nie wyglądał tak smętnie jak na początku ani tak nijak jak teraz.

Na koniec, zdjęcie ze środka. Moje trzecie urodziny. Na stole stoi album fotograficzny z kartką urodzinową przyklejoną na pierwszej stronie. To kartka od dziadków. Napisali, że życzą mi dużo: “grzeczności i rozumku”. Czy tylko ja mam wrażenie, że to taka eufemistyczna forma: “ogarnij się i opamiętaj”?

Pragnę zwrócić uwagę, że dziadek założył na moje urodziny krawat. Bardzo dawno nikt nie zakładał dla mnie krawata. Chcę też uspokoić, że flaszka stojąca przed otwartym albumem nie jest moim prezentem, a moja przygoda z alkoholem zaczęła się dużo później.

Pożyczę Wam

Idą święta, więc muszę napisać kilka słów. Mogę nie pisać długo, długo, ale jak są święta, to bez życzeń się jednak nie obędzie. Ten rok… Boże, cóż to był za rok! W styczniu poznałam mężczyznę, który w ciągu miesiąca zawładnął moim sercem (bo sama wpychałam mu je na siłę). W kwietniu (a może to już był maj?) on wykopał mnie na księżyc, a ja poczułam się jak rozdeptany robak. Zupełnie nie wiem co się wtedy działo, zdaje się, że wcześniej tak nie cierpiałam. A może po prostu już tego nie pamiętam. Bałam się, że cierpienie to będzie jedyna rzecz, jaką wyniosę z tej ponurej znajomości, ale dziś widzę, że może nie tylko to. Od dawna wydawało mi się, że ja nie jestem zdolna już nic poczuć, myślałam, że „wyrosłam” z pasji do drugiego człowieka. Ta pustka trwała całe lata, nudziłam się praktycznie przy każdym mężczyźnie, choć cholernie pracowałam, żeby tak nie było. W końcu pomyślałam sobie, że namiętności i motyle w brzuchu zdarzają się tylko jak jest się nastolatkiem, a jak człowiek zbliża się do trzydziestki, to to po prostu znika. Zupełnie jak magia świąt. Dowiadujesz się, że Święty Mikołaj nie istnieje i od tego czasu, krok po kroku czar Bożego Narodzenia pryska. Człowiek robi się dorosły i w święta chciałby już tylko dobrze zjeść i się wyspać. Wydawało mi się, że może z miłością jest tak samo, że w pewnym wieku to już po prostu nie uderza do głowy. Chcesz mieć po prostu kogoś obok, kogoś z kim zjesz i się prześpisz… A tu jednak okazało się, że owszem, to uderza. Do głowy i po głowie, jak widać.

Wiele zmieniło się też w moim życiu zawodowym, prywatnym. Wyczekiwany od lat remont całkowicie odmienił moje otoczenie. Niemal wszystko zostało zburzone i postawione na nowo. Ukończyłam ciekawe szkolenie, poznałam nowych ludzi, trochę przybrązowiłam kolor włosów henną, polubiłam ciemne szminki… Niby drobiazg, a jednak widzę w lustrze trochę inną osobę. Co ciekawe, te największe i najlepsze zmiany przyszły w tym drugim półroczu, wtedy kiedy już nie byłam szczęśliwa, kiedy przechodziłam stan naprawdę silnego załamania. Nie jadłam kilka tygodni, a ja niczego tak nie lubię, jak jeść. Ukrywałam się, żeby siedzieć i płakać, a teraz… Teraz z czerwoną szminką na ustach stoję w świetle swoich małych sukcesów.
Strasznie się boję, że ten facet mnie zepsuł. Trochę zimna ryba się ze mnie zrobiła, przez niego pochodzę do ludzi w sposób podejrzliwy i asekuracyjny. Ale jednak, paradoksalnie, może to właśnie on był dla mnie pewnym motorem do zmian, choć nie mam z nim żadnego kontaktu i nie jemu chcę cokolwiek udowadniać. Koniec końców, jakimś cudem, sama nie wiem jak, przekułam pół roku koszmaru po odrzuceniu przez faceta, który za łamanie niewieścich serc powinien dostać dożywocie, w moje najlepsze pół roku od wielu lat.

A teraz idą święta, w idealnym dla mnie czasie, kiedy się już niczym nie zadręczam. W tym roku zapowiadają się spokojnie, tylko w gronie osób, które kocham i które mnie kochają. Udało mi się ze wszystkim zdążyć – mam prezenty, mam kreację, napierniczyłam pierników, a szykowanie świątecznych dekoracji w odnowionym mieszkaniu to była sama przyjemność. Oby się teraz nie skopało. To jest to czego i sobie i Wam życzę, bo trucizna wchodzi w życie niepostrzeżenie, cicho i miesza bardzo mocno. Dlatego niechaj się nie skopie! Ani w czasie świąt ani w przez cały nadchodzący rok. Najlepiej nigdy.

Na koniec chciałabym zaprezentować swoje pięknie zapakowane prezenty świąteczne. Lubię się namęczyć przy pakowaniu i nigdy nie wybieram prostych rozwiązań w postaci gotowych torebek. Dałabym radę chyba nawet konia na biegunach zawinąć w papier, ale tym razem porobiłam własnoręczne torebki z papieru świątecznego oraz gwiazdki. Zawieszki też są własnej roboty, mam karbowane nożyczki. Jak dostrzegą dociekliwi, wzór na większej torbie układa się bokiem. To nie jest specjalnie, to jest błąd i nie mogę patrzeć, ale nie będę robić nowej torby, jakoś przeżyję. Jeśli ktoś jeszcze nie spakował swoich prezentów, to proszę czerpać, poniżej przedstawiam filmy, z których korzystałam, żeby stworzyć te paczki.

paczki

Nowy, udany Blade Runner 2049

Lubię kiedy kino sciene-fiction jest humanistyczne. Kiedy zadaje pytania o człowieka w kontekście jego rozwoju w dalszej lub bliższej przyszłości. Niby nic oryginalnego, właśnie taka jest specyfika gatunku, a jednak często filmy sci-fi wyróżniają się intelektualną pustką, którą przykrywa się efektami specjalnymi za miliony dolarów. Wśród zalewu wydmuszek o przybyciu obcych na ziemię czy zagubieniu w kosmosie, zdarzy się czasem jakiś Matrix, kultowy Terminator czy Łowca androidów.

Na Blade Runnera szłam z pewnym niepokojem pomimo niezłych recenzji i zapewnień krytyków, że zachwyci mnie niespiesznie prowadzona narracja i wnikliwe studium ludzkiej duszy. Wszystko dlatego, że choć staram się nie dzielić kina grubą krechą na męskie i kobiece, to jednak podstawą mojego lęku było właśnie to, że wybieram się na film „męski”, że pod płaszczykiem kameralnego (o dziwo, przy budżecie 180mln dolarów) obrazu, ukrywają się strzępki kina superbohaterskiego, utkanego z wyświechtanych klisz. Zakładałam, że reżyser puszcza jednak oko do widzów, którzy wybierając ten film kupowali bilet na niezobowiązującą rozrywkę – nową odsłonę Jareda Leto, Ryana Goslinga w dobrze skrojonym płaszczu i gładkie twarze pięknych aktorek. Co ostatecznie zobaczyłam w kinie? Jedno i drugie. W tym prawie trzygodzinnym filmie wymieszano, jak w kotle z zupą, nostalgię za pierwszym Łowcą androidów, trochę czystego kina akcji, filmu psychologicznego neo-noir z wątkiem miłosnym i filozoficznych pytań o duszę, wspomnienia i emocje, które pozwalają tym wspomnieniom ożyć.

Całość osadza się na solidnym rusztowaniu zbudowanym z klasycznych dla gatunku fabularnych rozwiązań. Właściwie sama nie wiem czy taki wybór to droga uniwersalna czy banalna. Mamy tu bowiem postać, której jedynym zadaniem jest otworzyć głównemu bohaterowi pewne klapki w głowie, a gdy już je otworzy można ją spokojnie wyeliminować z dalszej gry. Mamy czarny charakter, który wygłasza płomienne monologi i ma ludzi od wszystkiego, sam nie przyniesie sobie nawet drinka. Zupełnie jak w Mission Impossible czy filmach o Bondzie. W końcu mamy głównego bohatera, który odkrywa siebie, i podniosłe hasło, że nie ma nic bardziej ludzkiego, niż oddać życie za wielką sprawę. Cały czas zastanawiam się czy to wszystko nie jest zbyt oczywiste i zużyte. Czy dążenia replikantów są wiarygodne? Czy wciąż idąc do kina na film o stanowiących o sobie ‘nieludziach’ musimy odświeżać sobie bajkę o Pinokiu, który chce być prawdziwym chłopcem? I dlaczego właśnie heroizm ma być tym, co najbardziej ludzkie? Słabości też są ludzkie. To co jest naszym miękkim podbrzuszem, to czego się boimy, wstydzimy, jest nie mniej ludzkie niż męstwo.

Jeśli jednak spojrzeć na film Villeneuve’a bez rozkładania go na czynniki pierwsze, to widzimy w nim przede wszystkim przemyślaną od początku do końca formę. Spójna, monochromatyczna kolorystyka ogromnego miasta, w którym często pada deszcz, przełamana jest świetlistymi reklamami pełnymi dźwięków i ruchomych obrazów. Postapokaliptyczne Los Angeles z latającymi samochodami, przywodzi na myśl pierwszą część filmu, a jego mrok pulsuje w rytm niesamowitej muzyki Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa. Choć nigdy nie lubiłam ścieżek dźwiękowych złożonych z metalicznych warkotów i dudnień, tym razem dałam się oczarować i porwać tej industrialnej mieszance pohukiwań, tym bardziej, że do tego obrazka jak ulał pasuje również obsada. Ryan Gosling okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego refleksyjny, oczytany, zrównoważony i niezalotny, oficer K., to nowe oblicze gościa od brudnej roboty, w którego oczach odbijają się wrażliwość i polot. W Jaredzie Leto łatwo dostrzec mistycyzm i szaleństwo, a Anie de Armas, cyberdziewczynie głównego bohatera, program komputerowy na miarę już nie XXI, a chyba XXII wieku. Powolna, snująca się sennie akcja zamknięta w tak dopracowanym obrazie nabiera nowej jakości, a fabularne uproszczenia czy logiczne dziury gdzieś się rozpływają. W głowie zostają ogólne przesłanie, estetyczne wrażenie i jedna z najbardziej subtelnych i najbardziej oryginalnych scen miłosnych, jakie kiedykolwiek widziałam na ekranie. Chyba nawet silna sugestia, że powoli nadciąga część trzecia nie zepsuła tych dobrych odczuć.