Bądź bohaterem w swoim domu.

Moje ziemskie piekło różni się tym od Piekła właściwego, że można z niego wyjść i nie ma ono charakteru ostatecznego. Ziemskie piekła są mniejsze i większe. Te, które są prawdziwą Gehenną kończą się czasem śmiercią, która w ich wypadku jest ukojeniem i wyzwoleniem. Te, które nie są prawdziwą Gehenną, choć początkowo za nią uchodzą, kończą się powrotem do normalności. Trzeba przez nie przejść i z nich wyjść uważając, żeby one czasem nie wlokły się za nami uparcie. Żeby wyjść z piekła ziemskiego warto trzymać się zasady, że się o nim nie gada i go nie rozpamiętuje. Odwracanie się w kierunku drzwi, które się zamknęło może sprawić, że one znów się otworzą i nawet jeśli nas piekielna otchłań nie wessie, to po prostu nie ma sensu stać w przeciągu.

Nic nie pisałam, bo zafundowałam sobie dla zdrowia swojego i Waszego kwarantannę. Nie chciałam zarazić Was swoim piekłem i udręczać siebie, a wiem, że gdybym zdecydowała się coś napisać, to byłoby to monotematyczne i dotyczyło diabła, który mnie do ziemskiego piekła wciągnął, a potem tam porzucił i uciekł (zdaje się, że poszedł po następną ofiarę).

W tak zwanym międzyczasie, kiedy miałam chwilę przerwy na oddech między skłóceniem ze światem, a byciem targaną namiętnościami, zaczęłam remont mieszkania. Gdybym nie była w tak złym stanie psychicznym, pewnie byłabym skłonna uznać go za pewien rodzaj ziemskiego piekła, albo chociaż jego przedsionek, ale skoro akurat byłam, to uznaję go jednak za wakacje na Seszelach.

Najmocniejszą stroną remontu jest majster. Powinnam właściwie pisać Majster, gdyż jest to człowiek na wagę złota. Po pierwsze umie wygładzać ściany i układać kafle. Po drugie, zdaje się, że będzie w stanie położyć też panele, ale to co mnie szczególnie urzekło, to jego wrodzona skromność i pokora. Byłam świadkiem remontów małych i dużych odkąd sięgam pamięcią. Byłam też świadkiem kilku odświeżeń i praktycznie wszyscy poprzednicy dzisiejszego Majstra, na powitanie wygłaszali kwestię, którą można usłyszeć również od tzw. magików od komputera, to znaczy: „pani, kto to pani tak spieprzył?”. Rozumiem, że partactwo może przerazić i chyba nawet nie dziwię się kiedy ktoś na nie zwraca uwagę, ale mając w pamięci znane polskie przysłowie – nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – może warto czasem trzymać język za zębami, bo na wytykaniu komuś błędów można się nieźle przejechać, kiedy samemu zaliczy się wpadkę. Skromność i pokora imponują mi tym bardziej, że wystarczy mi mały sukces życiowy by jedno z drugim stracić z oczu. Drugi plus Majstra jest taki, iż jest to ginący gatunek budowlańca niepijącego. Nie mówię, że ktokolwiek mi kładł tapety na rauszu, takiej sytuacji sobie nie przypominam, ale piwko orzeźwiające, bo gorąco, było częstym zamówieniem. Ten Majster przyjeżdża z baniakiem domowej lemoniady, w której pływają limonka i mięta, a ode mnie bierze trochę kawy i cukru.

Remont ma też jednak swoje gorsze strony, a wśród nich tę jedną, najgorszą. Jest nią przymus pójścia na kompromis w wielu kwestiach, może nawet w większości. Obok fitnessu portfela, który jest już totalnym koszmarem z ulicy Wiązów, kompromis goniący kompromis, to najbardziej frustrujące doznanie. Zaczęło się właściwie od samego początku. Jako miłośniczka minimalizmu i prostych rozwiązań, wpadłam na genialny pomysł z prysznicem w łazience. W związku z tym, że i tak wszystkie kafle były skuwane, wymyśliłam, że można nowe położyć z lekkim spadem i zrezygnować z kabiny prysznicowej. Zamarzyłam sobie prostą szybę i odpływ w podłodze. Wszystko dlatego, że drzwi przesuwne jeżdżące w rynienkach mają upierdliwe zakamarki, które utrudniają i niemiłosiernie wydłużają czyszczenie. W końcu i tak włazi w mnie kamień i pleśń, a taka nieruchoma szyba, to po prostu gładka powierzchnia do mycia. Przyszedł Majster. Mówię mu o pomyśle, a on na to, że chyba jednak się nie da, zobaczy jaki jest odpływ, no ale chyba jednak nie, bo podłoga w bloku może być za cienka. Okazuje się, że żeby zrobić tak, jak mi się zamaniło, trzeba się wkuć głęboko w podłogę, bo kratka musi być odpowiednich rozmiarów. Jeśli odpływ będzie za płytki, to powódź w łazience po każdym prysznicu gwarantowana. Nie dało się oczywiście, podłoga jest za cienka i wykucie dziury grozi nieplanowaną wizytą w łazience sąsiada z dołu. Jak nie, to kompromis – robimy brodzik, ale kwadratowy, z drzwiczkami na zawiasach. Po wymierzeniu wszystkiego wydało się, że róg wyjdzie prawie na środku łazienki i biada temu, kto uderzy w niego małym palcem gołej stopy. Wrócił plan na okrągły prysznic z przesuwnymi drzwiami. Trudno. Przynajmniej fajna deszczownica będzie.

Teraz kafelki. 7821937 wzorów do wyboru. Wszystko wystawione w salonie na pionowych tablicach przypominających strony książki. Stoi człowiek i przekłada z lewej na prawą, z lewej na prawą, jak w gigantycznej książeczce dla dzieci z obrazkami. Właściwie to wszystko jest piękne. Aranżacje pierwsza klasa, ceny na każdą kieszeń. Prawie dwie godziny oglądania, aż nogi bolą od stania. Pan podchodzi i pyta czy pomóc. Chwilę rozmawiamy, mówi, że jak coś mi się spodoba, to on sprawdzi czy mają w magazynie. I w tym momencie ja już wiem, że to, co mi się spodoba będzie niedostępne i trzeba będzie to sprowadzić. Z drugiej półkuli. Mówię mu to nawet żartem, a po chwili, kiedy natrafiam na glazurę mojego życia, czarny scenariusz się spełnia. Nie ma kafelków i pan może ściągnąć. Czas oczekiwania cztery tygodnie. No nie, tyle to nie będę czekać. Na szczęście jest internet i strona producenta. Udało się zamówić, płytki przyjechały, ale gorzej będzie ze zwrotem, bo został karton podłogowych, a odsyłać chyba się nie opłaca. No cóż, przeboleję, grunt, że jednak udało się zamówić co trzeba.

Idę po cegiełkę na ścianę kuchenną. Ma być biała. W dziale budowlanym Leroy Merlin od razu natrafiam na to czego szukałam. Cena umiarkowana, więc zaraz proszę o pomoc z zrobieniu zamówienia. „Oj, o tym to niech pani od razu zapomni” – studzi mnie pan Marcin z wózka widłowego. Pytam dlaczego zaraz przy wejściu mają ekspozycję niedostępnego towaru. Okazuje się, że towar jest dostępny, ale na całą partię tej cegły spadł deszcz, farba z kartonowych opakowań ją zabrudziła i pewnie pójdzie na wymianę. Jestem zmuszona wziąć inne płytki. Też niebrzydkie, ale jednak faktura się różni.

Kupuję kinkiet do kibla i lampę do łazienki z drewnianą obudową. Będą dawały ciepło i przytulny nastrój. Drewniane elementy są brązowe, w oczywistym odcieniu. Ani to żółte i jasne, jak sosna, ani żadna wiśnia czy heban. Po prostu brązowe. Blat do umywalki nablatowej na pewno da się do tego dobrać. Biorę lampkę na wzór i idę do stolarza. Pokazuję i mówię, że chcę blat w podobnym kolorze. Kiedy wzrok stolarza pada na mój oświetleniowy nabytek, wiem już jaka będzie odpowiedź. Ten charakterystyczny grymas wyrażający mieszankę zwątpienia z niesmakiem, że w ogóle miałam nadzieję na spełnienie mojej prośby, był wystarczającą odpowiedzią. „Ale nieee… To ja nie dobiorę…”. Blaty imitujące marmur tak, gładkie tak, w wielu odcieniach. Deseń imitujący żwirek jest, albo beton. A z drewnianych albo czekolady, albo jakieś jasne. Jeden pasuje do łazienki, ale do lampy już tak średnio. Biorę mimo to. Podoba mi się i będzie dobrze wyglądał. A lampa? No cóż, też będzie wisiała.

Kinkiety łazienkowe nad lustro: „pani, nie ma. Tylko ten, co na ekspozycji. Mogę spróbować sprowadzić, ale nic nie gwarantuję. Nie, no jednak nie ma. To dać ten jeden z ekspozycji?”. Listwy: „pani, nie ma takich jak panele. Trzeba dobrać najbardziej podobne, ale identycznych nie będzie, bo to inny producent robi”. Testery farb: „pani, nie ma. Są tylko z ubiegłorocznej kolekcji, one tu już długo stoją. Mogę wybrać coś podobnego od Śnieżki, ale to nie będzie ten sam kolor”. Drzwi: „jak pani wybierze te drzwi, to ościeżnic takich nie ma. To jest dąb sonoma, a te to są inne, one tych czarnych słojów nie mają, będzie się różniło. Aha i klamki nie są w zestawie. Ani dziurki od klucza”. Meble: „Te co się pani podobają to są, ale do przedpokoju nie ma, bo to co pani widziała w katalogu, to jest produkowane na niemiecki rynek”. Meble wypoczynkowe: „Nie mam tej tapicerki, musiałbym zamówić, ale to się i tak nie da, bo ona jest w pasy. I widzi pani tutaj te zagięcia w oparciu? Tam będą te pasy się schodziły i to będzie brzydko wyglądało, bo taka tkanina to raczej na proste meble, gdzie załamań żadnych nie ma czy pikowania”. Nakładka na parapet: „ja wiem o czym pani mówi, ale my już tego nie sprowadzamy”.

I tak od miesiąca. Od kombinowania, zmieniania koncepcji i szukania oszczędności może rozboleć głowa. Ludzie w sklepach są mili, pomocni, otwarci. Wszystko jakoś idzie, pomysły na zmianę aranżacji napływają i powoli się to wszystko jakoś układa. Szkoda tylko, że tak naprawdę efekt końcowy będzie podobny do pierwotnego pomysłu, a nie będzie jego dokładnym ucieleśnieniem. Będzie tak, jak w życiu. Tak jak chcę, ale właściwie to nie do końca.

Godzę się na to chyba. W końcu i tak czekam z niecierpliwością na finał.

Visualization Level To Hard

Ellen DeGeneres zaprasza do swojego programu małą dziewczynkę, Brielle, która choć ma dopiero cztery lata, ma już całkiem sporo wiedzy o otaczającym ją świecie. Brielle przychodzi z mamą, opowiada krótko co u niej słychać i odpowiada na pytania Ellen z wybranej dziedziny wiedzy. W odcinku, który niedawno oglądałam, na afiszu była biologia. Ellen pokazała dziewczynce tabliczkę z obrazkiem ucha i poprosiła, żeby powiedziała coś ciekawego na temat tej części ciała. Czterolatka opowiedziała jej o płynie w uchu wewnętrznym odpowiedzialnym za równowagę. Wyjaśniła, że właśnie za jego sprawą mamy zawroty głowy, kiedy się kręcimy. Ellen była pod wyraźnym wrażeniem. Po krótkiej pauzie odrzekła odkładając tabliczkę: „zawsze myślałam, że to od Martini, ale w porządku”. Taka jest właśnie Ellen – błyskotliwa, zabawna, ciepła, rezolutna i charyzmatyczna. Poświęca swoim gościom uwagę, pozwala im błyszczeć, ale to dzięki niej jej program jest tak inny niż wszystkie. Pociąga za sznurki, ma w sobie pewność siebie, która nigdy nie przechodzi w arogancję, dlatego jej goście dobrze się u niej czują. Ellen zachowuje w swoim programie pozycję lidera, ale nie dominuje nad rozmówcą. Stoją za nią lata doświadczenia, pomysł na siebie i kilka wyróżniających ją cech, takich jak spójny wizerunek, rozpoznawalny głos, zawsze ta sama, pozytywna energia.

Wiedząc o tym wszystkim, w ogóle się nie dziwię, że Łukaszowi Jakóbiakowi nie udało się z tą jego osławioną wizualizacją. Nie mogło, jeśli środek ciężkości przyłożył nie tam, gdzie powinien. Paradoksalnie, najmocniejsze punkty jego projektu, są jednocześnie tymi najsłabszymi. Jeśli już można chwalić jego pomysł, to przede wszystkim jest to zasługa świetnie odwzorowanego studia show Ellen. To jest bez dwóch zdań kawał dobrej roboty. Wnętrze wygląda tak wiarygodnie, że można pomyśleć, że Lucas pojechał po prostu do LA i wynajął je po godzinach. Niestety, studio nie stanowi o sukcesie programu Ellen. Nie jest przecież nawet specjalnie oryginalne – ekran z palmami i dwa fotele. O sukcesie programu Ellen, stanowi sama Ellen. Bez jej osobowości studio będzie wydmuszką i to właśnie widzimy w Łukaszowej wizualizacji. Właśnie dlatego to wszystko nie zagrało, że Ellen tam po prostu nie ma.

Z tego co Król wizualizacji mówił w swoich wywiadach, przygotowania do projektu trwały trzy lata, a poszukiwanie idealnej Ellen rok. Niestety, w osobie aktorki, która się w nią wciela widzimy najbardziej paradoks studia. Pani Beata jest do Ellen trochę podobna. Może nawet bardziej niż trochę, zwłaszcza po charakteryzacji i z daleka. Nie ma ona jednak w sobie absolutnie nic z osobowości Ellen. Siedzący w studiu Łukasz, natychmiast ją przytłoczył swoją własną charyzmą, której mu zdecydowanie nie brakuje. Jakóbiak to bomba ekspresji, bez trudu przechodzi ze stanu refleksyjnej powagi w stan nadpobudliwego śmiechu, zupełnie jakby do śniadania brał garść antydepresantów i środków uspokajających. Można go lubić lub nie, ale nie ulega wątpliwości, że to mocna, ekstrawertyczna osobowość. Nie minęła chwila, a pewnie wielu widzów oglądających film z wizualizacją zadawało sobie pytanie, kto tu właściwie prowadzi ten program. Odtwórczyni roli Ellen odczytywała swoje pytania, jakby czytała z telepromptera. Nie istniała jako interlokutor, bo nie reagowała na to co mówi Łukasz odbijając piłeczkę – nie żartowała w stylu Ellen. Śmiała się, ale nie żartowała. Patrząc na nią widziałam w niej czynnik kobiecej, matczynej energii. Coś w rodzaju łagodnej troski o grzeczny i elegancki przebieg rozmowy. Abstrahując od orientacji seksualnej Ellen, nie ulega kwestii, że ma ona w głosie jakąś moc i siłę, jest zawsze mocno osadzona w fotelu, ma w sobie jakiś męski pierwiastek dobrego szefa. Pani Beata nie ma go za grosz. W subtelnych gestach i perlistym śmiechu, jest po prostu totalnie inną osobą niż ta, w którą się wciela. Zachodzę w głowę dlaczego nie udało się znaleźć lepszej aktorki? Czyżby zaważyło podobieństwo fizyczne? Było aż tak istotne? Przecież kino i telewizja od lat pokazują, że odgrywanie autentycznych postaci, to coś więcej niż charakteryzacja i fizyczne podobieństwo. Żeby daleko nie szukać, w takiej Dynastii Tudorów widzieliśmy wiarygodnie zagranego króla Henryka VIII, który nie był ani gruby, ani brodaty, ani rudy. I był wybornym Henrykiem.

Zastanowić może też sam scenariusz projektu. Spuszczę zasłonę milczenia na wkręcanie fanom, że Ellen rzeczywiście złożyła Łukaszowi zaproszenie do programu. Na ten wstęp w kawalerce też. Warto pomyśleć kim jest Łukasz Jakóbiak dla Amerykanów i nie chodzi mi o to, że nikim, bo go nie znają. Załóżmy, że dzięki wizualizacji jakaś część Amerykanów i w ogóle zachodnich społeczeństw dowiedziała się, że ktoś taki istnieje. I co? Cóż. Nic. Młody prezenter z obcego kraju, który niektórzy Amerykanie jeszcze kojarzą dzięki Lechowi Wałęsie i Janowi Pawłowi II. Ellen może rzeczywiście mogłaby zaprosić do siebie taką osobę, bo ona lubi ciekawostki i ciekawosteczki z internetów. Publikuje np. zabawne smsy, których sens zmieniła autokorekta, filmiki z psami i kotami, zaprasza ludzi, którzy potrafią zrobić coś niezwykłego, ale, do cholery, to nie są główni goście. Łukasz Jakóbik ze swoim zdjęciem z Lady Gagą czy wywiadem z Anastasią, to nie gwiazda światowego formatu, której Ellen poświęci dwadzieścia minut, jak Natalie Portman z Oscarem na koncie. Łukasz, gdyby został zauważony, byłby miłym przerywnikiem przed Salmą Hayek. Rozmowa trwałaby pewnie kilka minut i skupiła się tylko na pomyśle z wizualizacją, a nie na całej karierze Łukasza. Nie wiem czy wystarczyłoby czasu na panią Beatę na widowni, ale niewykluczone, że Ellen mogłaby być pod wrażeniem determinacji naszego mówcy motywacyjnego i dałaby sobie zrobić z nim selfie. Boję się jednak, że w związku z tym, że film jest za długi, zbyt oderwany od rzeczywistości, a sam Łukasz niepokojąco nadpobudliwy, szanse na to, że Ellen poświęci mu chwilę w swoim programie są marne. Realizacja tego projektu budzi zbyt wiele mieszanych uczuć, a Ellen to nie tylko świetna prezenterka i aktorka, ale też wytrawna bizneswomen. Trudno mi sobie wyobrazić, że w prime time’ie poleci w amerykańskiej telewizji koleś, którego projekt został jednak nieprzychylnie przyjęty społecznie.

Bojaźń i drżenie

On znalazł moje stare zdjęcie w wyszukiwarce Google’a. Nie pamiętam okoliczności kiedy zostało zrobione, ale chyba chodziłam jeszcze do liceum. Poznaję po włosach. To była farba Wella w kolorze ciemnego brązu, która wychodziła, jak czarna. To właśnie lubiłam. Czarne włosy błyszczące w słońcu rdzawo brązowymi refleksami, jak Coca-Cola. Wydawało mi się, że jestem mroczna i rockowa, a tak naprawdę wyglądałam jak pyzate, ufarbowane dziecko, które postarza się makijażem przynajmniej trzy lata. Marzyłam wtedy, żeby mi zlazła ta dziecięca pyzatość, żeby mieć zarysowane kości policzkowe. „Może się z wiekiem zapadną?” – myślałam o swoich policzkach i dziś stwierdzam, że jest jakby odrobinę lepiej. Z moją naiwnością też jest jakby odrobinę lepiej, czyli jest jej teraz trochę mniej. Ja ze zdjęcia, to ja, dla której szklanka zawsze jest do połowy pełna, nawet za cenę myślenia życzeniowego. To jestem ja, która zawsze wierzy, że przeprosiny są szczere, a moje wpływy na innych mają moc sprawczą. Wierzę, że ktoś może zmienić się trwale dla mnie, i że będę do końca życia z moim pierwszym chłopakiem. Kiedy robiono to zdjęcie, to sąsiedzi z parteru już się rozwiedli, ale ci z góry jeszcze nie zaczęli się nawet zdradzać. Tata koleżanek nie miał jeszcze drugiej rodziny i dwójki dzieci na boku. Za to Nicole Kidman i Tom Cruise już zdążyli się rozejść. Wydawało mi się wtedy, że dziesięć lat małżeństwa, to jest ogrom czasu i oni chyba popełnili jakiś błąd z tym rozstaniem. No przecież jak można przez dekadę nie zorientować się, że spędza się życie nie z tą osobą, co trzeba? Byłam przekonana, że związki, które mają się rozpaść, rozpadają się szybko, po kilku miesiącach, a jeśli już ludzie są ze sobą kilka lat, to znaczy, że musi być to dla nich coś więcej. Mama tłumaczyła mi, że dziesięć lat, to nie jest wcale tak dużo, ale jakoś nie wierzyłam.

Nie wierzyłam też, że przeżyję żałobę po M. Trzymało mnie dwa, prawie trzy długie lata. Nie miesiące, lata. To pewnie moja wina, że tak długo, bo pewnie sama podsycałam i ożywiałam wspomnienia, wierzyłam naiwnie, że się jeszcze zejdziemy. W końcu jednak przyszedł czas, kiedy przestałam wierzyć, a ból nie odchodził. Ciągnęłam go za sobą wszędzie, jak kulę na żelaznym łańcuchu. Patrzyłam na moje współlokatorki, które po kolei się zaręczały i czułam nutkę zazdrości, samotność i, jak zadzwoniłam swoim łańcuchem, to ból. Nie wiem kiedy mi przeszło. Ukojenie pojawiło się niezauważone, po prostu któregoś dnia kula zniknęła i już nie wróciła. Razem z nią zniknęły też emocje i emocyjki. Nie czułam nic. Po prostu nic. Nawet jeśli coś mnie cieszyło, albo wzruszało, to w jakiś taki niepełny, wyważony i kontrolowany sposób. Kilka razy próbowałam się zakochać, ale mimo wielkich starań, była we mnie tylko obojętność. No, może czasem zdarzyło się zauroczenie, jak z B., który powiedział mi o swojej dziewczynie dopiero wtedy, kiedy już nie miał wyjścia. Szybko mi przeszło. Po trzech dniach? Może tygodniu? Było też kilka sytuacji zabawnych, jak ta z A. On nigdy nic do mnie nie czuł, ale podobałam mu się, więc kilka razy pytał czy nie chciałabym spróbować i zebrał się na jeden pocałunek, przed którym czmychnęłam. Potem rozmawialiśmy dalej, jak znajomi, bo jak wspomniałam, on tak naprawdę nic do mnie nie czuł, więc obyło się bez traumy.

Poznawałam kolejnych ludzi i konsekwentnie nic nie uczułam. Chyba już nawet obojętności. Jednocześnie, zaczęły docierać do mnie sygnały o tych burzliwych rozstaniach znajomych moich rodziców. Zdrady, kochanki, pochowane telefony komórkowe z numerem na kartę. Chwilami kręciło mi się od tego w głowie. „Pieprzyć to”. W wielkim świecie też rozstają się Brad z Angeliną, a w małym wyciekają dane debili, którzy założyli sobie konta na Ashley Madison. Jak kochać w tym bagnie? No więc nie kochałam. I marniałam sobie dalej. Potem znów pojawiły się jakieś próby i fajne osoby. Problem w tym, że dalej moje serce było jak kamień. Rozum działał poprawnie, pchał mnie w dobrą stronę – do wartościowych facetów, tylko co z tego… Wszystko kończyło się prędzej czy później i choć tego tak nie odbierałam, to miałam przesrane. Jak mogłam nie mieć, skoro zostawiałam kogoś, kogo nie kochałam, czyli ta osoba nie traciła nikogo ważnego, a mnie musiał zostawić ktoś, kto mnie kochał, więc traciłam, no właśnie, kogoś kto mnie kochał.

Szkoda, że bez wzajemności wszystko traci sens.

No i teraz jest On. Znalazca starego zdjęcia. I dzięki Niemu zobaczyłyśmy się znowu. Ja i ona, ta mroczna, pyzata, sprzed ponad dekady. Stara, dobra naiwność wcale z nią nie wróciła. To, co zobaczyłam nie da się odzobaczyć, a czego doświadczyłam oddoświadczyć. Jestem dziś królową ostrożności i dystansu, nie wierzę już tak łatwo, choć dalej chcę widzieć szklankę do połowy pełną. Jest jednak w oczach, moich i jej, ta sama iskra. On przywrócił emocje z wysokiego „c”, kopnął mnie w mózg, który pękł i zaczęła cieknąć z niego fenyloetyloamina do spółki z dopaminą. Nie poddaję się im bezceremonialnie, trzymam się jak mogę przyziemności, bo boję się, że albo nic nie będzie, albo będzie i skończy się jak u Angeliny czy innej Kingi Rusin, Wendzikowskiej albo Vanessy Paradis. Albo moich sąsiadów. Płacz i zgrzytanie zębów.

Cieszę się jednak. Bo patrzy na mnie ta pyza farbowana i zdaje się mówić: „widzisz? Nadal umiesz czuć miętę”.

Za zębami

Nigdy w życiu tak bardzo nie paliłam się, żeby komuś wykrzyczeć, że go nie skrzywdzę. 

Nigdy w życiu nie czułam też tak bardzo, że nie wolno mi tego robić. Słowa. Moje umiłowane, sprawcze słowa muszą zostać w cieniu i dać wybrzmieć czynom. 

Ostrożnie, powoli i bez jakichkolwiek gwarancji. Bez warunków i z założeniem, że bardzo być może dostanę po dupie. Wiem, że do dupy taki deal, ale innej drogi nie ma. No, można się ostatecznie jeszcze wycofać. Tylko co to za życie będzie.