Nic, co ludzkie

1.

Mój plac zabaw był gorszy. Gorszy od sąsiedniego. Były tam fajne drążki, ale poza nimi można było bawić się tylko w piaskownicy i huśtać na konikach. Oczywiście nie samemu, potrzebna była druga osoba. A ja zawsze lubiłam to, co jednoosobowe. Introwertyczne, alienackie formy rozrywki, w których cała zabawa jest pod moją kontrolą. Słuchanie muzyki w słuchawkach, rysowanie, pływanie i huśtawki. Może jedynactwo podbija takie ciągoty, sama nie wiem. Tak mi zresztą zostało. Jeżdżę na rowerze, biegam, zatapiam się w książkach. Nawet w zabawach we dwoje zdarza mi się odpadać, nasycić zapachem, ciężarem i smakiem innego, żeby za chwilę uciec na piedestał wewnętrznych przeżyć, gdy się już nim oswoję. Odlecieć, zupełnie jak na huśtawce. Góra, dół, góra, dół, góra, dół…

– To nie jest twoja huśtawka – mały chłopiec wyrywa mnie z transu. Nie znam go… Chociaż nie, zaraz, znam. Jest młodszy ode mnie, jak przez mgłę pamiętam, jak był mniejszy i mówił do moich koleżanek „czesc dziewcyny”, a one rozpływały się pod jego urokiem. Teraz już nie jest uroczy. Wygląda jak mały zawadiaka. Jest rozczochrany i brudny, bo cały dzień bawił się na dworze. Jego ciemna cera potęguje wizerunek rozrabiaki, któremu niestraszne kałuże i łażenie po drzewach. Właściwie to wygląda jak bezdomny. Jestem od niego niewiele starsza, może ze dwa lata, ale w tym wieku to dużo. Powinien czuć respekt, a jednak próbuje wykurzyć mnie z huśtawki.
– Twoja też nie – odpowiadam.
– Właśnie, że moja. Zejdź, nie możesz się huśtać!
– Nie zejdę. Gdzie jest napisane, że Twoja?
– Nigdzie, ale każdy ci to powie, bo wszyscy z tych trzech bloków się na nią składali, a ty tutaj nie mieszkasz i się nie składałaś.
– Tak? W takim razie ty nie możesz pójść na mój plac zabaw, bo nie mieszkasz w moim bloku, tam! – Wskazałam ręką „mój” plac zabaw i zeszłam z huśtawki. Chłopiec spojrzał pogardliwie w kierunku koników, dwóch drążków i piaskownicy.
– A co mnie to obchodzi, tam nic nie ma.

Fakt, po mojej stronie nie ma huśtawki ani karuzeli. Nie można powirować, w pojedynkę można się co najwyżej powspinać się i powisieć. Huśtawka rzeczywiście była nowa. Wcześniej była na jej miejscu inna, gondola. Niestety, wandale regularnie ją niszczyli, wyrywali drewnianą podłogę i siedziska. W końcu ktoś ją zdjął i przez długi czas na placu stał pusty stelaż. Ale karuzela stała od zawsze. W jej przypadku argument, że ktoś się na nią składał i nie mogę na niej usiąść był niewiarygodny. Nie mówiąc nic, usiadłam na jednym z czterech siedzeń i zaczęłam się odpychać. Cóż, na bezrybiu i rak ryba.
Kiedy tylko mały brudas zauważył, że usiadłam, zszedł z huśtawki i podszedł do mnie. Myślałam, że znowu się czegoś uczepi, ale nie. Zaczął kręcić karuzelą.

– Chcesz się pokręcić? Chcesz? – pytał retorycznie i śmiał się.
– Przestań… – odpowiedziałam. Nietrudno zgadnąć, że chłopiec nie posłuchał. Wręcz przeciwnie, kręcił karuzelą z największą siłą, na jaką było go stać. Wiedziałam, że nie zeskoczę, że jedynym co mi zostało jest trzymać się mocno i liczyć na to, że on wkrótce się zmęczy. Zaciskałam zęby, a dłonie na zimnych podłokietnikach jeszcze bardziej. Stopy oparłam na ramieniu podtrzymującym siedzisko i szukałam sposobu na przybierające z każdą sekundą na sile zawroty głowy. Trzon karuzeli znajdujący się w środku konstrukcji, był gruby i solidny. Wyglądał jak okrągły stoliczek i był jedynym, co nie wirowało wokół mnie. Skupiłam na nim wzrok. I na kamieniach, którymi ktoś go ozdobił, a które miały pecha obracać się razem ze mną.

– Wypuść mnie! Zatrzymaj to! – krzyczałam raz po raz. Miałam wrażenie, że kręcę się długie minuty, zieleń trawnika i szarość elewacji wirowały cyklicznie. Szaro, zielono, szaro zielono… Aż w końcu poczułam, że karuzela zaczyna zwalniać, że robi się Szaaaro… Zielooono… Podniosłam wzrok i dostrzegłam zmęczonego chłopca, który oddycha ciężko. Stał pochylony i podtrzymywał omdlałe od odpychania mnie ręce na udach. Modliłam się, żeby karuzela zdążyła zwolnić na tyle, żebym mogła z niej zeskoczyć, zanim odpocznie. Kiedy z ulgą dotknęłam stopą wydeptanej ziemi, odkryłam jak bardzo kręci mi się w głowie. Może tak czują się astronauci wracający z kosmosu, miałam wrażenie, że moje ciało zapomniało czym jest grawitacja, że jest pijane karuzelową nieważkością. Rozejrzałam się i dostrzegłam inne dzieci. Siedziały na klatkach schodowych, stały przy rowerach i hulajnogach. Gapiły się w skupieniu, jakby oglądały cyrkowe widowisko. Mój oprawca też gapił się na mnie, ale nie wiedziałam czy się śmiał, czy nie. Nic już nie wiedziałam, ani tego, gdzie idę, ani nawet tego, kim jestem. Zrobiło mi się totalnie niedobrze. Szum w uszach, ból głowy, osłabienie mięśni. Upadłam ma trawę i zwróciłam obiad.

Chwilę później, odzyskując poczucie równowagi, odnotowywałam kolejne detale przykrej rzeczywistości. Szyderczy śmiech połowy dzieciarni z osiedla i beżowy placek dobrze przeżutych ziemniaków i kotleta mielonego. Klęczałam nad nim kryjąc twarz w cieniu zarzyganych włosów. Wyglądał w trawie jak dressing na sałatce. Vinaigrette z twarogiem i pieprzem. Kiedy wstałam, jeszcze się trzęsłam. Chciało mi się płakać, ale wiedziałam, że chcę z tym zaczekać aż dojdę do domu. Dawno nie marzyłam tak bardzo, żeby schować się w klatce schodowej, a potem zamknąć w swoim pokoju, zakopać się w łóżku. Przejście przez próg mieszkania było jak wstęp do nieba, była tam mama, był tam spokój, azyl.

– Mamo, on zaczął mnie kręcić na karuzeli – tłumaczyłam łkając – a wcześniej wyrzucił mnie z huśtawki. Mówił, że to jego i wszystkich z jego bloku, bo ich rodzice się składali! Idź tam, powiedz mu coś! Nakrzycz na niego!
– To twój kolega? Bawiliście się kiedyś?
– Nie, właściwie to nie znam go.
– No to po prostu olej go.
– Nie mogę, to nie jest jego huśtawka, ona jest wszystkich!
– No to z nim może porozmawiaj?
– Mamo, z nim się nie da rozmawiać, on jest… Dziwny, agresywny. Jak weszłam na karuzelę, to zaczął nią kręcić i… I… – i nie mogłam powiedzieć co się stało. Wstydziłam się, nie chciałam.
– I co?
– Nic. Proszę cię, choć ze mną. Inne dzieci przyprowadzają swoich rodziców, jak jakieś dziecko coś im zrobi. Potem ci rodzice krzyczą na to dziecko, a potem ich dziecko jest już nie do ruszenia, nikt mu nie podskakuje.
– Marta, nie mogę z tobą pójść. Jeżeli on coś ci zrobił, uderzył cię, to co innego. Ale jeżeli nie, to musicie rozwiązać swój konflikt sami.

Rozwiązać swój konflikt sami. No tak. Obróciłam się na pięcie i pomaszerowałam do siebie. Zamknęłam drzwi do pokoju i zobaczyłam oczami wyobraźni, jak siedzę w nim długie lata. Blokowana poczuciem wstydu nie wychodzę się bawić. Rozwiązać swój konflikt… Rozwiązać konflikt.
Pomyślałam, pomyślałam i wymyśliłam.
Otworzyłam drzwi. Poszłam do łazienki, związałam włosy i przepłukałam usta.

– Mamo, idę rozwiązać konflikt – rzekłam szybko i nie czekając na odpowiedź, wyszłam z domu. Marsz przez trawnik był wyzwaniem, mijałam po drodze kilka klatek schodowych z gapiami, ale na szczęście nikt się nie śmiał. Przeszłam obok dressingu własnej produkcji, który grzał się w słońcu i usiadłam na ławce. Huśtawka przez chwilę była zajęta. Śniady brudas rył scyzorykiem w ziemi nieopodal i nie zwracał na mnie uwagi. Do chwili kiedy huśtawka się zwolniła i znów na niej usiadłam.

– Ty! Mówiłem, że nie możesz się tutaj huśtać!
– No tak… Zapomniałam – posłusznie zeszłam z huśtawki, odpowiadając potulnie. Czułam, że jeśli będę odpowiednio pokorna i przestraszona, mogę liczyć na pokaz siły. Chłopak na pewno przyjdzie i zajmie huśtawkę, żebym zobaczyła jak mi ją odbiera. Nie musiałam czekać ani chwili. Dzieciak zostawił scyzoryk i udając, że na mnie nie patrzy, wskoczył na huśtawkę. Umościł się na siedzisku, ale zanim wyprostował nogi, żeby wprawić huśtawkę w ruch, zobaczył mnie przed sobą.
– Teraz ja się z tobą pobawię – gówniarz nie wiedział na kogo trafił. Byłam królową huśtawek, nigdy nie bałam się ani wysokości, ani rozpędu. W jednej sekundzie wskoczyłam na wewnętrzne krawędzie siedziska biorąc go między nogi, i wprawiając huśtawkę w ruch w tym samym momencie. Nie było już odwrotu, nie mógł zeskoczyć.
– Zabiję cię jak zejdziemy! – krzyknął dzieciak.
– Siedź cicho, świetnie się bawimy – odpowiedziałam, kucając i wstając na przemian. W chwilach gdy byłam na dole widziałam jego zaciętą twarz.
– Zeskakuj, kurwo! – tu mnie zaskoczył – Głupia, pieprzona pizda! – kontynuował.
– Co powiedziałeś? Że za nisko? Bo wiesz, ja to lubię do podbitki.
Od początku taki był plan. Cisnęłam ile mogłam, żeby wreszcie poczuć jak ramiona huśtawki uderzają w metalowy wspornik, na tę krótką chwilę kiedy zawiśniemy głowami do dołu.
– Wypuść mnie, dziwko! – mały zgrywał chojraka, choć głos już mu się załamywał.
– Nie mogę, jak zejdziemy, to mnie przecież zabijesz.
– Nie zabiję, chcę zejść! – czułam, że naprawdę się boi. I podobało mi się to. Huśtałam nas dalej jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, zerkając w wielkie brązowe oczy chłopca, które napełniały się łzami. Nie ruszało mnie to specjalnie, do momentu, kiedy usłyszałam rozdzierający krzyk:
– Mamooo!

Wyprostowałam kolana ostatni raz. Oparłam głowę na ramieniu huśtawki i spoglądałam w dół na moją ofiarę, nieruchomą ze strachu, będącą jedynym wyrazistym punktem na tle przemykającej wahadłowo ziemi. Kiedy huśtawka dostatecznie zwolniła, zeskoczyłam z niej i nic nie mówiąc patrzyłam na chłopca. Nie ruszał się i nie odzywał. Zastygł. Dlaczego nie wstaje? No tak… Strużka moczu płynęła po prawej łydce dzieciaka, żłobiąc w brudzie mały ciepły kanalik.

– Jesteśmy kwita – odparłam i ruszyłam przed siebie, zastanawiając się czy nie przesadziłam. I czy to jest rzeczywiście rozwiązanie konfliktu. Czy pokazałam gówniarzowi gdzie raki zimują. A może przyjdzie do mnie z rodzicami? Ze starszym bratem? Wolałam nawet się nie odwracać. Szłam z podniesioną głową do domu, nie słyszałam żadnych śmiechów, nie zwracałam uwagi na żadnych gapiów.
– W., co się stało? – usłyszałam głos jakiejś dziewczyny, która widocznie do niego podeszła. Nie słyszałam odpowiedzi, ale znałam już jego imię.

2.

Otwarty konflikt z W. trwał miesiącami. Polegał na ostrożnych podjazdach, wyzwiskach, podśmiewaniu się, buntowaniu przeciw mnie dzieciaków z osiedla. Jak się okazało, W. wyolbrzymił całą sprawę i przemilczał swoje zachowanie wobec mnie. Miało to swoje dobre strony, zatajając historię z karuzelą sprawił, że nie wszyscy dowiedzieli się, że się porzygałam. Z drugiej strony, wyszło na to, że po prostu pastwiłam się nad nim bez powodu. Szczególnie nie lubiły mnie trzy dziewczyny – słodkie lale, które były nudne jak flaki z olejem i ugrzecznione do granic możliwości. Jedna z ich sąsiadek urodziła dziecko i pozwalała im wyprowadzać je w wózku na spacer. Łaziły z tym wózkiem po osiedlu w żółwim tempie i upajały się niemowlakiem, traktując go jak żywą zabawkę. Machały przed nim maskotkami, poprawiały poduszki i kołderki. Bez przerwy. Uważały mnie za diabła wcielonego, co było przykre, choć tak naprawdę chyba nie miało znaczenia, bo ja i tak nigdy nie mogłam znaleźć z nimi wspólnego języka.

Bawiłam się z innymi dziećmi, które nie znały tej całej historii. Były z mojego bloku i większość spośród naszych rodziców pracowała razem. Lubiliśmy się, nocowaliśmy u siebie i zapraszaliśmy się na urodziny. Rzadko zdarzało nam się spotkać na dworze wszystkim razem, bo zawsze ktoś gdzieś wyjechał, miał zajęcia pozaszkolne itd. Ale jak już się udawało, to było super. Jeździliśmy razem na rowerach, graliśmy w piłkę, albo skakaliśmy w gumę. Zerkałam wtedy na dzieciaki z sąsiedniego placu zabaw, w tym na W., i udawałam, że go nie widzę. Posyłaliśmy sobie wrogie spojrzenia, a kiedy W. przechodziło bliżej mnie, to zawsze rzucaliśmy sobie w twarz po jednej obeldze:
– Świnia.
– Zdzira.

Nie było drugiej osoby, której nie znosiłabym tak, jak jego. Przestałam chodzić na huśtawkę. W ogóle nie pokazywałam się na „jego” placu zabaw. Okazało się, że huśtawka jest też na placu przy innej ulicy. Czasem zaglądałam więc tam, choć obco się czułam. Musiałam przejść przez jezdnię i wejść w towarzystwo innych dzieciaków, które patrzyły na mnie jak na nieproszonego gościa, choć nigdy nic nie mówiły.

Któregoś dnia, kiedy bawiłam się przed blokiem z moim towarzystwem, zobaczyłam w oddali W. Miał na sobie białą bluzę i brązowe krótkie spodenki. Podrósł, bo to było już rok po naszym spięciu. Nie był też już tak brudny, wyglądał nawet dosyć poważnie. Szedł z psem, kundlem, którego nigdy nie prowadził na smyczy. Kundel był mały, czarny, z podwiniętym ogonem i starczącymi uszami. To nie był ładny pies. Koślawy, z krótkimi nogami, chodził drepcząc. Pasował do niego. I do całego tego środowiska konfliktowych, upierdliwych dzieciaków z sąsiednich bloków. Oni wszyscy byli jacyś… nierasowi – dziewczynka z wszami, rodzeństwo chłopaków, którzy okradli mi piwnicę, te zawistne dziewczynki od niemowlaka w wózku i pyszałkowaty W. Wiem, pies nie jest niczemu winny, ale jakoś nie widziałam tych dzieciaków z pięknym, dobrze wychowanym wilczurem, tylko właśnie z tym grubawym psem, pędzonym na resztkach ze stołu.

Stałam w gumie, obserwując jak W. zbliża się do przejścia dla pieszych. Ktoś skakał, pies biegł samopas. Nagle, nie mam pojęcia skąd, na jezdni pojawił się samochód. Spadł jak z nieba, nie widziałam, żeby podjeżdżał. W. też go nie widział, ani tym bardziej jego pies. Wszyscy usłyszeliśmy przeraźliwy dźwięk, coś jak hybryda pisku z dźwiękiem klaksonu rowerowego. Jak nieudane szczeknięcie, trochę zbyt wysokie. Pies uderzył w zderzak, czy raczej zderzak w psa. W jednej chwili zwierzak zniknął pod hamującym pojazdem, który wtoczył się na pobliski parking. Usłyszałam krzyk W. i zobaczyłam jak biegnie w stronę białej skody. Zamarłam. Wszyscy zamarliśmy. Gdy samochód wycofał, zobaczyliśmy nieruchome ciałko kundla, który leżał w kałuży krwi. Kierowca nawet nie wysiadł. Nie wiem czy chociaż otworzył szybę i krzyknął cokolwiek. Patrzyłam tylko na płaczącego W. i jego martwego psa, który wyglądał jak czarny sweter, wyrzucony na ulicę. Nie mogłam w to uwierzyć, przed chwilą jeszcze żył…

Samochód zniknął tak samo szybko jak się pojawił. W. wziął na ręce martwego przyjaciela i ruszył z nim w stronę domu, zalewając się łzami. Wokół niego zaraz zrobiło się zbiegowisko. Wśród dzieciaków pojawiły się dziewczyny od wózka, któraś z nich pobiegła po ojca W., a reszta po prostu gapiła się okrążając go. Ja też poszłam, choć trochę bałam się widoku rozjechanego psa. Bluza chłopca nie była już biała. Była cała zakrwawiona, a on szedł chwiejnym krokiem drąc się potwornie, z trudem łykając powietrze. Po kilkunastu sekundach lamentu, który postawił na nogi pewnie pół osiedla, na horyzoncie pojawił się ojciec W. Kazał mu położyć psa na ziemi, objął go ramieniem i chciał zabrać do domu, ale W. nie chciał iść.

– Chodźcie bliżej psa! – krzyknął mój kolega, który przed chwilą bawił się ze mną. „O ja!”, „Łooo!”, „Odsuń się, ja też chcę zobaczyć!”. Łzy cisnęły mi się do oczu, ale większość dzieciaków widziała w całym tym zajściu tylko sensację, cyrk, przedstawienie. Nie mogłam na to patrzeć. Ojciec nie mógł odciągnąć W., no tak, w końcu jego ukochanego psa otoczyło stado sępów. Nie rozumiałam, jak mogą na niego patrzeć, przecież to paskudny widok… Chciałam uciec do domu, a jednocześnie chciałam coś zrobić. Byłam zła, że nikt nie szanuje tej intymnej chwili tragicznego pożegnania. W końcu stanęłam między W. a psem. Odwróciłam się do gapiów i krzyknęłam:
– Nie wstyd wam?! Wynoście się stąd! – a potem odwróciłam się do W. – Idź do domu. Popilnuję go.
Czerwona twarz W. lepiła się od smarków i śliny. Nikt z obserwatorów nie zareagował na mój apel, ale przynajmniej się uciszyli. W. płakał cały czas, ale dał się poprowadzić obejmującemu go tacie. Odwrócił się jeszcze raz. Stanęłam tak, żeby swoim ciałem zasłonić psa. Zamiast niego widział mnie. Osobę, której szczerze nie lubił. W tamtej chwili nasz konflikt został rozwiązany.

Ciało, z którego uciekło życie, wygląda przerażająco. Podczas snu jest nieruchome i bezwładne, a jednak to zupełnie co innego niż ciało martwe, nawet jeśli chodzi tylko o psa. Okaleczony, sflaczały kundel z otwartym pyskiem, który zrobił się jakby mniejszy, bardziej płaski, napawał mnie odrazą i przerażeniem. Jakby już się rozkładał, już odchodził w niebyt, choć krew krążyła w nim jeszcze, a żołądek trawił pewnie ostatni posiłek. Wyobraziłam sobie ten ból, poczucie straty, które poczuł W. i najszczerszą wściekłość na śmiejące się dzieci. W jednej chwili zaczęłam płakać ze złości i rozczarowania, że moi koledzy, tacy fajni i, w moim mniemaniu, lepsi od innych, mogą zamiast współczuć, zachowywać się w tak skandaliczny sposób. Śmiali się, trącali psa butami, oglądali go z każdej strony. Nie miałam siły nic do nich mówić, zaczynałam żałobę.

Gdy tylko zobaczyłam ojca W., wracającego po czworonoga, poczułam się zwolniona ze służby i pobiegłam do domu.
Pijąc herbatę w kuchni, w przerwie opłakiwania bieżących wydarzeń, próbowałam poukładać myśli. Chyba pierwszy raz w życiu czułam się tak zawiedziona światem i ludźmi. Kierowcą samochodu, który nawet nie wysiadł, tym, że życie jest tak przytłaczająco kruche. No i tymi znajomymi. Nawet dziewczyny nie czuły żadnych oporów, żeby zrobić z tragedii sensację, a ja pierwszy raz pomyślałam, że nie jesteśmy do siebie podobne. Właściwie to może w ogóle się nie przyjaźnimy. Nie zauważyły nawet, że zniknęłam.

– Płakałam, bo to wyglądało tak strasznie… Wszędzie krew… – opowiadałam mamie.
– A czyj to był pies?
– Takiego… Kolegi.
– Tak się zdarza. Ale ten ból minie. Rodzice pewnie kupią mu nowego.
– A co z tamtym?
– Może zakopią.
– Na cmentarzu?
– Nie, raczej nie robi się psom pogrzebów. Pamiętaj, że koledze będzie teraz ciężko. Pocieszaj go, jeśli będzie mu smutno, ale pilnuj się, żeby nie opowiadać o tym jak wyglądał jego pies po wypadku. Nie mów, że inne dzieci się śmiały, trącały go.
– Nie powiem. Właściwie, to my nie rozmawiamy.

Nigdy nie zaprzyjaźniłam się z W., ale tamtego dnia, kiedy zdarzył się ten wypadek, zrodziła się między nami dziwna więź. Było trochę tak, jakby psie życie było ceną naszego niewerbalnego pojednania. Przyniosła jakiś rodzaj wybawienia nas z wzajemnej nienawiści, stanowiła dowód na to, że złe rzeczy, które przytrafiają się ludziom, mogą stanowić między nimi pomost. Była dowodem na sens cierpienia. Kiedy zobaczyłam go następnym razem, to nie powiedziałam mu nic przykrego. Spojrzał na mnie i nie uśmiechając się przytaknął nieśmiało. Widywaliśmy się w szkole, na podwórku. Nie rozmawialiśmy nigdy. Nigdy o nim nie mówiłam, ale zawsze łypaliśmy na siebie porozumiewawczo. W końcu łączyła nas więź przypieczętowana krwią, pawiem i moczem.

#wsumietotesknilam

Advertisements

Tu mnie zobaczą

Na miesiąc przed wejściem w życie RODO kończy się moja prywatność w sieci. Cóż za ironia losu… W swoim internetowym życiu odpaliłam kilka pocisków, które rozwaliły kilka nieinternetowych relacji. Udało mi się też na pewno pewne rzeczy dzięki aktywności blogowej zbudować, skorzystać z tego, że globalna sieć daje szansę spotkać się ludziom, którzy poza Internetem nie spotkaliby się nigdy. Przyszedł jednak taki moment, kiedy zamiast myśleć o tym, jak poukrywać swoje strzały w kolano, wpisy blogowe, których na pewno nie powinnam była publikować, zaczęłam myśleć o tym, co robić w przyszłości, żeby po sieci nie rozlał się jakiś gnój. Wtedy przypomniała mi się wypowiedź Emmy Watson, która zapytana o to, czy nie boi się, że będzie następną osobą, po Kirsten Dunst i Jennifer Lawrence, której nagie zdjęcia wyciekną do sieci, odpowiedziała, że nie, bo ona nie robi sobie nagich zdjęć. Nagle zdałam sobie sprawę, że jeśli nie chcę, żeby coś zbyt intymnego wylazło w sieci, to może lepiej o tym nie pisać niż napisać i ukryć pod hasłem. Między innymi właśnie z tego powodu opowiadam Wam stare historie. Wybieram przeszłość, której już nie ma. Czasem mówię o ludziach, których od dawna nie ma w moim życiu, których nie ma na tym świecie, a czasem takich, których nigdy nie było. Inicjały w moich opowieściach są zazwyczaj fałszywe. Płeć bohaterów jest często zmieniana. To nie jest tak, że Was okłamuję. To co najważniejsze jest prawdziwe. Emocje, uczucia, przesłanie, główna oś fabuły, ale musicie wiedzieć, że to na co sobie tutaj pozwalam, jest do jakiegoś stopnia kreacją. Jest jak serial na podstawie książki, która ma 200 stron. Scenarzyści tworzą z niej widowisko na 10 odcinków, rozwijają wątki zaledwie zarysowane w oryginale, zamieniają wydarzenia miejscami. Czerpią z oryginału, ale dają widzom coś, co nadaje się do pokazania na ekranie. Ja też staram się opowiedzieć Wam o tym, jak to pięć lat temu poszłam wynieść śmieci i spotkałam sąsiada w taki sposób, żeby Was nie zanudzić.

Coraz częściej też myślę o formie. Na przykład przy tym poprzednim wpisie. Nie tym o sprzedaży alkoholu, przy tym o domu. Podzieliłam go na dwie części. Pierwsza część dzieje się w przeszłości, druga w teraźniejszości. Opisuję dwie bohaterki. Każda z nich ma swój moment, w którym przejmuje inicjatywę. W każdej z dwóch części jest po jednym wydarzeniu, które jest przewrotne. W pierwszej jest ponura klatka schodowa i dający poczucie bezpieczeństwa pokój, które z nastaniem dnia zamieniają się rolami. To pokój staje się ponury i ciemny. W drugiej, to moja koleżanka zna Warszawę jak własną kieszeń, ale kiedy docieramy do celu naszej podróży, okazuje się, że to ona jest teraz przyjezdna, a ja zasiedzona. Dwa. Chciałam trzymać się dwóch części, stworzyć czarne i białe, górę i dół, lewą i prawą stronę. Nakreślić interpretacyjny trop, a nie tylko podzielić się historią. Rozumiecie, prawda? To nie jest tak, że jeśli coś podkoloryzuję, to kłamię. Literacka fikcja nie jest i nigdy nie była kłamstwem, a to, że „Lalka” Prusa dzieje się w Warszawie nie oznacza, że to jest ta Warszawa z przewodników. To jest Warszawa widziana oczami postaci. I autora przez postać.

Czemu więc mówię, że tracę prywatność, skoro tak świetnie sobie radzę? Bo wymyśliłam sobie, że otworzę firmę. Firemkę malutką. Korektę i redakcję tekstów (oby to nie był strzał w stopę, najgorszymi redaktorami się niespełnieni pisarze). Taka firemka jest o tyle fajna, że można ją zabrać ze sobą wszędzie. Praca nad tekstem to komputer i głowa, nic więcej właściwie. Mogłabym żyć gdzie chcę. To mnie podnieca w tej pracy tak samo jak możliwość obcowania z językiem. Niestety, wybierając taką pracę trzeba mieć jakąś stronę internetową, coś do pokazania klientom. Trzeba dać się znaleźć, na Facebooku być. To jest trudne. Tu już nie ma Lotty, nie można ukryć się pod pseudonimem, nie można ukryć ukończonych szkół, miejsca zamieszkania, nazwiska i telefonu. Tworząc stronę, wracając na Facebooka, stałam się odnajdowalna. Wyciekłam do sieci, jak nagie selfie.

Tworzenie strony internetowej to było coś, co odkładałam najdłużej podczas pracy nad tym całym projektem (postarałam się o dotację unijną, kupiłam na swoje potrzeby wiele fajnych sprzętów, książek, słowników, na które zaczęłam wydawać pieniądze zanim zajęłam się stroną). W końcu musiała jednak powstać, odsłonić to, że kiedy nie tonę we własnych myślach, definiuje mnie proza życia. Mieszkanie w bloku w mieście powiatowym. Próba złączenia końca z końcem. Walka z materią. Nic wyjątkowego.

A teraz przyszedł moment, że dam Wam fanpage. Możecie tu klikać, czytać językowe ciekawosteczki, odezwać się do mnie szybko, a także, przejść na stronę i drugi blog. On nie będzie taki jak ten, nic z tych rzeczy. Ten jest mój i tych, co tu zabłądzili. To ma być raczej blog, który pokaże potencjalnemu klientowi jak piszę. Zastanawiałam się nad systemem komentarzy, ale to chyba nie ma tam sensu. Nie żebym myślała, że tam mogą być tysiące ludzi, pewnie pies z kulawą nogą nie zajrzy, poza osobami, które mają potrzebę mnie śledzić, a wiem, że jest kilka takich. Po prostu na razie nie chciałabym tworzyć podstaw do tego, żeby strona firmowa przestała być firmowa, a zaczęła być panelem dyskusyjnym.

To jest po prostu ważne dla mnie, żebyście Wy, jako osoby, które są ze mną tu od dawna lub bardzo dawna, wiedzieli, że jest jeszcze jeden blog, na którym można coś poczytać. O języku, głównie. Ale może coś ciekawszego też się trafi.

PS
Niech Was nie zmyli data wpisu na drugim blogu, on nie powstał ponad dwa miesiące temu. Wtedy powstała strona, a na niej wpis testowy, który edytowałam kilka dni temu bez zmiany daty. Machnęłam na to ręką.

Bareja wiecznie żywy

„Warzywniak”, „Sklep wielobranżowy”, a nawet „Delikatesy”. Nazwy sklepiku osiedlowego, w którym można kupić rano świeże bułki i mleko, zmieniały się kilka razy na przestrzeni lat. Sam sklep się zmieniał, a nawet znikał i pojawiał z nowym właścicielem. Jeśli się zamykał, to na krótko; całe szczęście, bo nie uśmiechałoby mi się biegać tylko po sól czy jajka do supermarketu z wózkami. Kiedy przypominam sobie, że czegoś nie kupiłam, wskakuję w półbuty, owijam się kurtką, zakładam kaptur i za kilka minut już jestem z powrotem w domu z produktem, którego mi brakowało.

Do osiedlowego prowadzą dwie drogi. Jedną lubię, a drugiej nie. Ta droga, której nie lubię (i w związku z tym nigdy jej nie wybieram), jest smutna i brzydka. Prowadzi wzdłuż ulicy, po prawej i lewej stronie chodnika są dwa rzadkie trawniki. Przycinane, ale zaniedbane. Jesienią szare, latem pełne żółtych placów, przez cały rok upstrzone plamkami śmieci i starych petów. Idzie się tak między nimi i skręca w lewo za banerem z reklamą autoczęści. A potem już prosto, wzdłuż pasażu, do drzwi sklepu. Druga droga, ta którą chodzę, prowadzi przez teren zielony sąsiedniego bloku. Mieszkańcy owej wspólnoty uczynili z niego małą oazę. Znów mamy dwa trawniki, ale zupełnie inne niż te, które opisałam. Trawniki przy drugiej drodze są zadbane i ogrodzone. Rośnie na nich kilka gatunków młodych sadzonek drzew i krzewów. Są wśród nich przywiązane do wsporników brzozy, jakieś choinki, wierzby… Latarnię i ścianę bloku w kilku miejscach porasta bluszcz. Płożące iglaki sięgają już prawie okien parteru, przesiadują na nich wróble, które wyglądają, jakby usadowiły się w wielkich gniazdach. Widzę, jak czasem sąsiedzi podlewają rośliny wężem wyciągniętym przez okno piwnicy. Przycinają je i nawożą. Na jednym z trawników postawili czerwoną tablicę z napisem: „Zakaz gry w piłkę”. Ładne otoczenie ma swoją cenę. Dobrze, że chodnikiem można przejść. Chadzam więc.

W prawo, jeszcze raz w prawo i wtedy drzwi do sklepu mam po prawej, nie jak w przypadku pierwszej drogi, lewej stronie.
Idę do sklepu po mąkę i mleko (naleśniki będę smażyć). Idę jak zwykle, ładniejszą drogą. Skręcam w stronę sklepu, a tam… Łańcuch.

buu:(

– Łańcuch? – mówię do siebie cicho. Łańcuch tworzy zagrodę przed sklepem. Prowadzi wzrok przez betonowe donice, które tworzą długi korytarz blisko ściany budynku. Jego koniec zdaje się wyznaczać oficjalne wejście na ścieżkę do sklepu, ale ja jestem wysoka i mogę nieoficjalnie przejść nad łańcuchem z mojej strony. Ja przejdę, ale jak tu matka z wózkiem może wejść? Albo pan z towarem? Myślę sobie, że wejdę i zapytam przy okazji.

Zanim jednak przepytam ekspedientkę na okoliczność, decyduję się wpisać w wyszukiwarkę mózgową odpowiednie zapytanie: ‘co się stało się, że wejście do sklepu jest praktycznie zabarykadowane’ i wyrzuca ona następujące odpowiedzi:

a) barykada wyłapuje osoby tak bardzo upojone alkoholem, że i tak ekspedientka nie da im na zeszyt kolejnej butelki. Nie pokonasz łańcucha, nie pijesz dalej;
b) barykada chroni elewację sklepu przed upojonymi alkoholem przechodniami, pragnącymi oddać na nią mocz;
c) nierozważni kierowcy parkują na chodniku i klientom potrzebny jest korytarz prowadzący do sklepu. Przynajmniej z jednej strony.

Jak się okazuje, prawda o barykadzie jest równie absurdalna, co kombinacje mojej głowy.

– Wszystko przez mieszkańców wspólnoty mieszkaniowej za sklepem. To przez nich ten łańcuch…
– Ale jak to? Kazali coś takiego zamontować?
– Nie, skargę napisali, bo uważają, że klienci kupują u nas piwo i rozrzucają butelki i puszki u nich na trawnikach – A, ha! Cena pięknego otoczenia wyższa niż sądziłam.
– No tak, ale przecież oni nie wiedzą skąd pochodzą te butelki. Zresztą nie widzę związku między butelkami a łańcuchem…
– No bo nam piwo zabrali. To, że butelki leżały na trawniku, jest prawdziwym powodem, ale nie można złożyć takiej skargi, bo faktycznie, nigdzie nie jest napisane, że to butelki z naszego sklepu. Przyszła do nas kontrola, że jest skarga, bo my tu alkohol sprzedajemy, a zaraz obok dom dziecka jest. A są przepisy, które mówią ile metrów musi być oddalony punkt sprzedaży alkoholu od domu dziecka i my jesteśmy za blisko. No i zabrali, to wymyśliliśmy, że wydłużymy tym łańcuchem drogę do sklepu, rozumie pani?
– Rozumiem…
– Zmierzyliśmy, droga jest dłuższa, urzędnicy się zgodzili i znów alkohol sprzedajemy.

Wróciłam.

1.

Tam gdzie spałam u dziadków, w tym ponurym pokoju z małym oknem na drugim piętrze, stała kanapa przykryta zieloną narzutą z frędzlami. Za nią ciągnął się kawałek ściany, który przechodził w spadzisty dach. Między tą ścianą a kanapą tkwił żeliwny kaloryfer, który zimą parzył jak żywy ogień. Ilekroć moja nieświadoma zagrożenia stopa wymykała się spod kołdry i natrafiała na grzejnik, ten kąsał gorącem jak paralizator. Był niczym pies broniący swojego terytorium. Podskakiwałam wtedy i odsuwałam się. Resztę nocy przesypiałam ostrożnie, układając się między środkiem, a zewnętrznym brzegiem kanapy. Czyżby dom miał tak słabą izolację, że grzejniki buchały ciepłem jak kominki? Zresztą, nie tylko one były w tym domu ciepłe.

Któregoś dnia oglądając bajki w telewizji, zaczęłam przyjmować na kanapie najdziksze pozycje. Kanapa stała na wprost telewizora, a z praktycznego punku widzenia, to jest najgorsze ustawienie dla telemaniaka. Mało kto wysiedzi jak człowiek przez pasmo japońskich hitów z włoskim dubbingiem („Yattaman”, „Królestwo kalendarza”, „Tsubasa”, „Generał Daimos”). W końcu trzeba się położyć, a wtedy, żeby widzieć telewizor, odwrócić głowę. Kiedy zaczyna od tego boleć kark, trzeba położyć się bokiem i podeprzeć głowę ręką, a stąd tylko krok do kolejnych pozycji. Zakładania nogi na oparcie, albo zjechania niżej i trzymania stóp na ścianie (jeśli tylko ściana występuje). Zmarnowana wakacyjnym lenistwem, przybrałam tę właśnie pozę i jadąc po ścianie skarpetą, poczułam nagle cieplejsze miejsce. Niezwykle mnie to zaintrygowało, więc zaraz skoczyłam na równe nogi i pogłaskałam ścianę ręką, żeby się upewnić, że na pewno grzeje sama z siebie, a nie oddaje tylko moje ciepło. Chwilę potem pobiegłam do babci, opowiedziałam jej o niezwykłym zjawisku ciepłego punktu na ścianie i choć babcia wytłumaczyła mi, że to tylko rura z ciepłą wodą, nic niezwykłego, dla mnie ciepła plama była dowodem na coś zupełnie innego. Wyobrażałam sobie, że dom żyje i to jest miejsce, gdzie można sprawdzić jego puls. Jeszcze tego samego dnia obiegłam wszystkie pomieszczenia i doszukałam się kilku takich miejsc, do których można było przyłożyć policzek albo rękę i zmierzyć tętno.

Dowodów na życie domu i tak raczej nie brakowało, bo cały czas wydawał jakieś dźwięki. Coś ciągle skrzypiało, wszędzie tykały zegary (w tym jeden wybijał godziny) i pyrkały żarówki. Bojler uderzał z wielką mocą, kiedy odkręcało się gorącą wodę w łazience, a gdy ktoś zadzwonił, odzywało się kilka telefonów porozstawianych w różnych miejscach. Dom-twierdza z kratami w oknach i ogródkiem pełnym ślimaków. Dom-twierdza, który prowadził ze mną nieustanny dialog. Raz po raz parzył mnie w stopę, pozwalał zjeżdżać po wypastowanych schodach na dywaniku, czasem uśpił mnie w wannie lub przed telewizorem, regularnie zapraszał do kątów, gdzie odkrywał przede mną zakamarki pełne skarbów (np. piękną flagę Polski, którą rozwinęłam i wymachując nią uderzyłam w zegar, który przestał tykać, a ja się nie przyznałam, że to przeze mnie).

I nagle, choć nikt się tego nie spodziewał, dziadkowie stamtąd wyjechali i już nie wrócili. Postanowili przeprowadzić się bliżej syna i wylądowali na Podlasiu. Któregoś pięknego dnia przyjechali po mnie, żeby mnie zabrać na ferie i oznajmili, że już nie jedziemy do Warszawy. Siedziałam wtedy przy stole w kuchni i myślałam, że spadnę z krzesła. Nie mogłam uwierzyć, że tak po prostu można podjąć taką decyzję, że się będzie już zawsze budzić gdzie indziej. W innym mieście. I tam żyć, tam robić zakupy, chodzić na spacery, do dentysty i kościoła. Że się zostawi wszystkich znajomych, utarte ścieżki, ulubione miejsca. Jak oni mogli nie kochać tamtego domu? Sadzili wokół niego pierwsze rośliny, tam urodził się brat taty, oboje się tam wychowali. Ja też właśnie pod tamtym dachem spędziłam pierwszą noc w swoim życiu, a potem pierwszy dzień po przyjściu na świat w pobliskim szpitalu… Ale oni to zrobili. Wyjechali do miasta, z którym nic ich nie łączyło i trzeba było się z tym oswoić.

Nie miałam wpływu na decyzję dziadków, musiałam więc zrobić coś z dotykającymi mnie jej skutkami. Postanowiłam nastawić się pozytywnie. Może ten nowy będzie lepszy? Większy, bardziej nowoczesny, nowszy? – tak sobie myślałam wsiadając do samochodu. Naprawdę starałam się widzieć tylko jasne strony i choć nowe królestwo dziadków nie zrobiło na mnie wrażenia, udało mi się na dzień dobry nie nazywać po imieniu jego słabych stron. Nowy dom okazał się zwyczajnym klockiem bez tożsamości, takim, jakich buduje się wiele od kilkudziesięciu lat. W środku powitał mnie wąski korytarz, duża przestronna kuchnia i długi pokój dzienny. Spodobała mi się spora narożna wanna na piętrze, bo nigdy wcześniej się w takiej nie kąpałam. Dom był wygodny i jasny, choć wąski korytarz na parterze i wejście do piwnicy tylko z zewnątrz, obniżały nieco jego potencjał. Nie miał jednak zakamarków – strychu, schowków za małymi drzwiczkami. Nic w nim nie skrzypiało, okna zostały wymienione na nowe. Pokój, w którym miałam spać był przytulny, biały, z ładnym parkietem. Przejechałam po ścianie ręką. Żadnych ciepłych miejsc. Ten dom nie oddychał.

2.

Stojąc na korytarzu pełnym debatujących kursantów wypatrywałam M. Nie widziałam jej, więc wiedziałam, że albo jeszcze nie przyszła, albo jest w sali i ją przepytują, choć stawiałam na to pierwsze. Jakaś gaduła, z którą nigdy wcześniej nie rozmawiałam dopadła mnie w końcu, bo stałam sama, więc starałam się życzliwie jej wysłuchać, choć trochę się niecierpliwiłam. Kiedy podeszła do nas jeszcze jedna osoba, poczułam się zwolniona z obowiązku rozmowy, która zaczęła się od wycieczki na Majdan, a potem nieoczekiwanie zeszła na temat podkładów do twarzy.

– Czekałam aż przyjdziesz, specjalnie nie wchodziłam na egzamin pierwsza – powiedziałam M. na powitanie, kiedy wreszcie się pojawiła.
– O. wiedziała, że ja przyjdę później, nie gadałaś z nią?
– Nie, jej też jeszcze nie ma. Ale egzaminy idą piorunem. Wszyscy mówią, że jest przyjemnie i szybko. Właściwie to nie będę ukrywać, że mam do Ciebie konkretną sprawę.
– Tak? A jaką? – odpowiedziała M. zdejmując szalik.
– Bo ja mam pociąg jak zwykle o 19:25 i nie przeniosłam tego biletu na wcześniejszą godzinę, tak jak początkowo planowałam, bo wpadłam na lepszy pomysł. Jestem w Warszawie ostatni dzień, nawet jeśli wejdziemy na egzamin na końcu, to i tak skończymy około 13:00. I ja bym chciała, żebyś mi powiedziała jak mam dojechać do domu.
– Do domu?
– Do pierwszego domu, w którym mieszkałam. Powiem Ci gdzie to jest, a Ty mi powiedz którym tramwajem, metrem lub autobusem jechać. Albo jeśli masz czas, to jedź ze mną.
– Mam czas, nie ma problemu.

No i pojechałyśmy razem. Metrem, czyli nie tak, jak ja jeździłam z dziadkiem. Z dziadkiem jeździłam głównie samochodem, ale czasem też autobusem. Tramwajem jakoś rzadziej. Dużo też chodziliśmy pieszo, a ja nie nadeptywałam na linie. Załatwialiśmy coś u niego w pracy. Pamiętam, jak chodziłam po szarych korytarzach jakiejś instytucji. W gabinetach siedzieli zajęci pracą dorośli i co chwilę ktoś reagował na mnie entuzjastycznym okrzykiem: „ojej, to twoja wnuczka!?” i strasznie mnie zawstydzał. W Warszawie z moich wspomnień nie ma metra. Są tylko czerwone autobusy z syrenką z boku i szerokie chodniki z dużych kwadratowych płyt. I to ciche osiedle ukryte wśród skrzyżowań, na które jadę teraz z warszawską koleżanką. Zdając się na nią nie obserwuję trasy. Nie mam pojęcia gdzie wsiadłyśmy i gdzie wysiadłyśmy, a dla niej wszystko było jasne. Rozpoznawała w wielkich budynkach siedziby obecnych i byłych instytucji, wiedziała też co ciekawego znajduje się za nimi. Bardzo blisko, choć nie widać. Opowiadała sporo o ulicach, przebudowach w okolicy. Aż w końcu gwar ustąpił miejsca ciszy i przed naszymi oczami pojawiły się pierwsze domy starego osiedla. Tu nasze role się odwróciły. To była już nieznana strefa dla niej, za to znana dla mnie.

– Tu przejechałam na łyżworolkach pierwsze metry… A na tamtym chodniku mój ojciec puścił wózek, który spadł z wysokiego krawężnika i uderzyłam twarzą w ulicę. Tego nie pamiętam, to opowiadała mi mama. A zaraz będzie dom, w którym mieszkał chłopiec w moim wieku. Jedno z niewielu dzieci w okolicy, bo tu mieszkali sami emeryci. Bardzo chciałam się z nim pobawić i podglądałam go z poddasza, ale babcia powiedziała, że nie mogę, bo jego ojciec jest Żydem. Nie rozumiałam tej odpowiedzi, ale rozumiałam co to znaczy „nie możesz” i to musiało mi wystarczyć. A tu po lewej będzie dom, przy którym mieszkał i szczekał pies Bartek. Kiedyś przed nim stała buda, ale minęło już tyle lat… O, jest i buda. Tylko Bartka już na tym świecie nie ma.
Że też chciało jej się tego słuchać. Umilkła i pozwoliła mi się wygadać. Pamiętałam drzewa i krzaki, dom z dziurami po kulach, wystrzelonych podczas Powstania Warszawskiego; opowiadałam jej, że kiedyś tu była kostka brukowa ułożona w jodełkę, ładniejsza niż dzisiejszy asfalt.

– A tam mieszkała sąsiadka, która codziennie wciskała mi morele z własnego drzewa. Przekładała je przez tę siatkę. A za siatką, w tym ogrodzie stałam ja. Bo to jest właśnie ten dom. Uśmiechnęłam się, jakbym zobaczyła dawnego przyjaciela, który wrócił po latach z zagranicy. Rozpoznaję go, choć wygląda inaczej. Trochę schudł, przerzedziły mu się włosy nie nosi już okularów. Tak właśnie się poczułam, kiedy za furtką, tak blisko, a jednak za daleko, żeby dotknąć, zobaczyłam swój dom z pulsującymi ścianami. Ten sam co dawniej, z tym samym brzydkim tynkiem. Ale już bez krat, po których zostały tylko dziury. Z przybudówką i przeniesionymi w inne miejsce drzwiami. Z nową skrzynką na listy, zawieszoną na starej furtce.

– Tam gdzie jest to małe okno był strych czy taki mały pokój? – odezwała się w końcu moja przewodniczka.
– To był pokój. Wcale nie taki mały, po prostu okno dachowe jest małe. Mimo to, wcale nie był ciemny, w przeciwieństwie do drugiego pokoju na tym piętrze. Jest po drugiej stronie, takie samo okienko wychodzi na ogród.

Przed drzwiami tego pokoju była tylko ogromna przestrzeń białej ściany nad spiralnymi schodami. Całą noc drzwi pozostawały otwarte i w bladym snopie światła z pokoju majaczyły na niej kontury afrykańskich masek. Miały puste oczy, otwarte usta i zawsze budziły we mnie niepokój. Bałam się na nie patrzeć, ale chyba jeszcze bardziej przerażało mnie, że mogłabym się od nich odwrócić i leżeć do nich tyłem. Co ciekawe, kiedy wstawał dzień, to właśnie w moim pokoju było ciemnawo, ponuro, przez to małe okno. Sytuacja się odwracała, światło wpadało do pokoju przez drzwi, od strony tej ściany z maskami, którą rozjaśniało duże okno w korytarzu. Wtedy maski już nie straszyły, były zwykłą ozdobą, a ściana jaśniała blaskiem. Dodatkowo, z dołu docierały do mnie dźwięki radia, którego dziadek słuchał przy goleniu. Przyjemne dźwięki muzyki, miły zapach kosmetyków i świeże światło poranka kazały mi natychmiast wygramolić się spod kołdry i zejść na mleko z miodem albo kakao. I pomyśleć, że w nocy bałam się nawet patrzeć w stronę schodów.

– Ciekawe… A piętro niżej? Te trzy okna?
– Pierwsze to okno z korytarza. Potem jest z sypialni, a trzecie… Trzecie… Zaraz, nie. To jest korytarz, a w sypialni po tej stronie nie było okna. Tam była szafa i taka mała replika Mony Lisy. Zawsze myślałam, że ona jest dużo warta, bo wydawało mi się, że skoro to Mona Lisa, to musi być droga i już. Więc może to jest gabinet, nie sypialnia… Nieee, niemożliwe. W gabinecie były dwa okna, pierwsze wychodziło na ulicę, drugie nie mogło być po drugiej stronie domu, bo ten pokój nie był aż taki wielki… Przepraszam, ale zdaje się, że… Nie pamiętam.

To była przytłaczająca myśl. Wydawało mi się, że pamiętam wszystko, włącznie z pęknięciami na suficie, ale nie. Nagle odkryłam, że im bardziej próbuję ożywiać szczegóły, tym bliżej moim wspomnieniom do snów. Wszystko się miesza i przesuwa. Nagle zdaję sobie sprawę, że Mona Lisa wisiała jednak na innej ścianie, że nie pamiętam czy w łazience stały jakiekolwiek meble, jaki był wzór na skórzanych pufach w gabinecie, czy do salonu schodziło się po dwóch stopniach czy trzech. Wszystkie miejsca nieuwiecznione na fotografiach, czyli te, do których mogę wrócić tylko pamięcią, okazują się skrzywionym, niedokładnym, pełnym luk obrazem. Czymś innym niż w rzeczywistości. Czymś tak nieprawdziwym, jak platoniczna miłość.

– Ten trzepak też tu stał… Tylko za nim rosła czereśnia. A tu próbowałam odgarniać śnieg… I pokaleczyłam się o tynk… – snuję swoją opowieść, zastanawiając się czy czegoś znów nie przeinaczam.

W pewnym momencie z sąsiedniego domu wychodzi facet. Staje przed drzwiami i udaje, że się na nas nie gapi i nas nie słucha. Zaczynam zastanawiać się czy nie za długo tu stoimy, czy ktoś zaraz nas nie przegoni, zapyta dlaczego tkwię tu i smyram jego ogrodzenie, wskazuję palcem na okna i macam klamkę furtki. Zaczynam czuć się nieswojo, jak intruz, a jednocześnie buzują we mnie wszystkie emocje świata. Gniew, że nie mogę tam wejść i zobaczyć więcej, smutek, że to już nie moje, radość, że w ogóle tu jestem. Do tego ekscytujący surrealizm tego momentu.
Po chwili milczenia spoglądam na zegarek, a potem na M.

– Idziemy? – uśmiecham się.
– Idziemy – odpowiada.
Ona chyba wcale nie była znudzona, miała chęć iść jeszcze ze mną na naleśniki, ale okazało się, że jej chłopak wrócił z jakiegoś zlotu fanów średniowiecza i musiała po niego iść na dworzec. Znów wsiadłyśmy do metra, ale tym razem droga do centrum była jakaś krótsza. Potem przez „Patelnię” i na Marszałkowską, aż w końcu rozdzieliłyśmy się przy naleśnikarni. Siedząc samotnie przy stoliku miałam chęć natychmiast obejrzeć jeszcze raz zrobione pod domem zdjęcia, ale rozproszyła mnie najpierw kelnerka, która rozlała wodę gościa z sąsiedniego stolika, a potem dostałam kilka powiadomień na Messengerze. Jak tam egzamin, o której wracam, co robię… Wystarczyła godzina, żeby moja wyprawa rozwodniła się jak sen. Stała się tak samo odległa ja stare wspomnienia. Przegrała z tym, co tu i teraz.

Tak to wyglądało jakieś pięćdziesiąt lat temu

A tak jest dziś

Jakiś samochód, którym jeździł dziadek i przy okazji furtka

Furtka dziś

Babcia miała rękę do kwiatów, więc kiedy tam mieszkała teren wokół domu nie wyglądał tak smętnie jak na początku ani tak nijak jak teraz.

Na koniec, zdjęcie ze środka. Moje trzecie urodziny. Na stole stoi album fotograficzny z kartką urodzinową przyklejoną na pierwszej stronie. To kartka od dziadków. Napisali, że życzą mi dużo: “grzeczności i rozumku”. Czy tylko ja mam wrażenie, że to taka eufemistyczna forma: “ogarnij się i opamiętaj”?

Pragnę zwrócić uwagę, że dziadek założył na moje urodziny krawat. Bardzo dawno nikt nie zakładał dla mnie krawata. Chcę też uspokoić, że flaszka stojąca przed otwartym albumem nie jest moim prezentem, a moja przygoda z alkoholem zaczęła się dużo później.

Pożyczę Wam

Idą święta, więc muszę napisać kilka słów. Mogę nie pisać długo, długo, ale jak są święta, to bez życzeń się jednak nie obędzie. Ten rok… Boże, cóż to był za rok! W styczniu poznałam mężczyznę, który w ciągu miesiąca zawładnął moim sercem (bo sama wpychałam mu je na siłę). W kwietniu (a może to już był maj?) on wykopał mnie na księżyc, a ja poczułam się jak rozdeptany robak. Zupełnie nie wiem co się wtedy działo, zdaje się, że wcześniej tak nie cierpiałam. A może po prostu już tego nie pamiętam. Bałam się, że cierpienie to będzie jedyna rzecz, jaką wyniosę z tej ponurej znajomości, ale dziś widzę, że może nie tylko to. Od dawna wydawało mi się, że ja nie jestem zdolna już nic poczuć, myślałam, że „wyrosłam” z pasji do drugiego człowieka. Ta pustka trwała całe lata, nudziłam się praktycznie przy każdym mężczyźnie, choć cholernie pracowałam, żeby tak nie było. W końcu pomyślałam sobie, że namiętności i motyle w brzuchu zdarzają się tylko jak jest się nastolatkiem, a jak człowiek zbliża się do trzydziestki, to to po prostu znika. Zupełnie jak magia świąt. Dowiadujesz się, że Święty Mikołaj nie istnieje i od tego czasu, krok po kroku czar Bożego Narodzenia pryska. Człowiek robi się dorosły i w święta chciałby już tylko dobrze zjeść i się wyspać. Wydawało mi się, że może z miłością jest tak samo, że w pewnym wieku to już po prostu nie uderza do głowy. Chcesz mieć po prostu kogoś obok, kogoś z kim zjesz i się prześpisz… A tu jednak okazało się, że owszem, to uderza. Do głowy i po głowie, jak widać.

Wiele zmieniło się też w moim życiu zawodowym, prywatnym. Wyczekiwany od lat remont całkowicie odmienił moje otoczenie. Niemal wszystko zostało zburzone i postawione na nowo. Ukończyłam ciekawe szkolenie, poznałam nowych ludzi, trochę przybrązowiłam kolor włosów henną, polubiłam ciemne szminki… Niby drobiazg, a jednak widzę w lustrze trochę inną osobę. Co ciekawe, te największe i najlepsze zmiany przyszły w tym drugim półroczu, wtedy kiedy już nie byłam szczęśliwa, kiedy przechodziłam stan naprawdę silnego załamania. Nie jadłam kilka tygodni, a ja niczego tak nie lubię, jak jeść. Ukrywałam się, żeby siedzieć i płakać, a teraz… Teraz z czerwoną szminką na ustach stoję w świetle swoich małych sukcesów.
Strasznie się boję, że ten facet mnie zepsuł. Trochę zimna ryba się ze mnie zrobiła, przez niego pochodzę do ludzi w sposób podejrzliwy i asekuracyjny. Ale jednak, paradoksalnie, może to właśnie on był dla mnie pewnym motorem do zmian, choć nie mam z nim żadnego kontaktu i nie jemu chcę cokolwiek udowadniać. Koniec końców, jakimś cudem, sama nie wiem jak, przekułam pół roku koszmaru po odrzuceniu przez faceta, który za łamanie niewieścich serc powinien dostać dożywocie, w moje najlepsze pół roku od wielu lat.

A teraz idą święta, w idealnym dla mnie czasie, kiedy się już niczym nie zadręczam. W tym roku zapowiadają się spokojnie, tylko w gronie osób, które kocham i które mnie kochają. Udało mi się ze wszystkim zdążyć – mam prezenty, mam kreację, napierniczyłam pierników, a szykowanie świątecznych dekoracji w odnowionym mieszkaniu to była sama przyjemność. Oby się teraz nie skopało. To jest to czego i sobie i Wam życzę, bo trucizna wchodzi w życie niepostrzeżenie, cicho i miesza bardzo mocno. Dlatego niechaj się nie skopie! Ani w czasie świąt ani w przez cały nadchodzący rok. Najlepiej nigdy.

Na koniec chciałabym zaprezentować swoje pięknie zapakowane prezenty świąteczne. Lubię się namęczyć przy pakowaniu i nigdy nie wybieram prostych rozwiązań w postaci gotowych torebek. Dałabym radę chyba nawet konia na biegunach zawinąć w papier, ale tym razem porobiłam własnoręczne torebki z papieru świątecznego oraz gwiazdki. Zawieszki też są własnej roboty, mam karbowane nożyczki. Jak dostrzegą dociekliwi, wzór na większej torbie układa się bokiem. To nie jest specjalnie, to jest błąd i nie mogę patrzeć, ale nie będę robić nowej torby, jakoś przeżyję. Jeśli ktoś jeszcze nie spakował swoich prezentów, to proszę czerpać, poniżej przedstawiam filmy, z których korzystałam, żeby stworzyć te paczki.

paczki