Wróciłam.

1.

Tam gdzie spałam u dziadków, w tym ponurym pokoju z małym oknem na drugim piętrze, stała kanapa przykryta zieloną narzutą z frędzlami. Za nią ciągnął się kawałek ściany, który przechodził w spadzisty dach. Między tą ścianą a kanapą tkwił żeliwny kaloryfer, który zimą parzył jak żywy ogień. Ilekroć moja nieświadoma zagrożenia stopa wymykała się spod kołdry i natrafiała na grzejnik, ten kąsał gorącem jak paralizator. Był niczym pies broniący swojego terytorium. Podskakiwałam wtedy i odsuwałam się. Resztę nocy przesypiałam ostrożnie, układając się między środkiem, a zewnętrznym brzegiem kanapy. Czyżby dom miał tak słabą izolację, że grzejniki buchały ciepłem jak kominki? Zresztą, nie tylko one były w tym domu ciepłe.

Któregoś dnia oglądając bajki w telewizji, zaczęłam przyjmować na kanapie najdziksze pozycje. Kanapa stała na wprost telewizora, a z praktycznego punku widzenia, to jest najgorsze ustawienie dla telemaniaka. Mało kto wysiedzi jak człowiek przez pasmo japońskich hitów z włoskim dubbingiem („Yattaman”, „Królestwo kalendarza”, „Tsubasa”, „Generał Daimos”). W końcu trzeba się położyć, a wtedy, żeby widzieć telewizor, odwrócić głowę. Kiedy zaczyna od tego boleć kark, trzeba położyć się bokiem i podeprzeć głowę ręką, a stąd tylko krok do kolejnych pozycji. Zakładania nogi na oparcie, albo zjechania niżej i trzymania stóp na ścianie (jeśli tylko ściana występuje). Zmarnowana wakacyjnym lenistwem, przybrałam tę właśnie pozę i jadąc po ścianie skarpetą, poczułam nagle cieplejsze miejsce. Niezwykle mnie to zaintrygowało, więc zaraz skoczyłam na równe nogi i pogłaskałam ścianę ręką, żeby się upewnić, że na pewno grzeje sama z siebie, a nie oddaje tylko moje ciepło. Chwilę potem pobiegłam do babci, opowiedziałam jej o niezwykłym zjawisku ciepłego punktu na ścianie i choć babcia wytłumaczyła mi, że to tylko rura z ciepłą wodą, nic niezwykłego, dla mnie ciepła plama była dowodem na coś zupełnie innego. Wyobrażałam sobie, że dom żyje i to jest miejsce, gdzie można sprawdzić jego puls. Jeszcze tego samego dnia obiegłam wszystkie pomieszczenia i doszukałam się kilku takich miejsc, do których można było przyłożyć policzek albo rękę i zmierzyć tętno.

Dowodów na życie domu i tak raczej nie brakowało, bo cały czas wydawał jakieś dźwięki. Coś ciągle skrzypiało, wszędzie tykały zegary (w tym jeden wybijał godziny) i pyrkały żarówki. Bojler uderzał z wielką mocą, kiedy odkręcało się gorącą wodę w łazience, a gdy ktoś zadzwonił, odzywało się kilka telefonów porozstawianych w różnych miejscach. Dom-twierdza z kratami w oknach i ogródkiem pełnym ślimaków. Dom-twierdza, który prowadził ze mną nieustanny dialog. Raz po raz parzył mnie w stopę, pozwalał zjeżdżać po wypastowanych schodach na dywaniku, czasem uśpił mnie w wannie lub przed telewizorem, regularnie zapraszał do kątów, gdzie odkrywał przede mną zakamarki pełne skarbów (np. piękną flagę Polski, którą rozwinęłam i wymachując nią uderzyłam w zegar, który przestał tykać, a ja się nie przyznałam, że to przeze mnie).

I nagle, choć nikt się tego nie spodziewał, dziadkowie stamtąd wyjechali i już nie wrócili. Postanowili przeprowadzić się bliżej syna i wylądowali na Podlasiu. Któregoś pięknego dnia przyjechali po mnie, żeby mnie zabrać na ferie i oznajmili, że już nie jedziemy do Warszawy. Siedziałam wtedy przy stole w kuchni i myślałam, że spadnę z krzesła. Nie mogłam uwierzyć, że tak po prostu można podjąć taką decyzję, że się będzie już zawsze budzić gdzie indziej. W innym mieście. I tam żyć, tam robić zakupy, chodzić na spacery, do dentysty i kościoła. Że się zostawi wszystkich znajomych, utarte ścieżki, ulubione miejsca. Jak oni mogli nie kochać tamtego domu? Sadzili wokół niego pierwsze rośliny, tam urodził się brat taty, oboje się tam wychowali. Ja też właśnie pod tamtym dachem spędziłam pierwszą noc w swoim życiu, a potem pierwszy dzień po przyjściu na świat w pobliskim szpitalu… Ale oni to zrobili. Wyjechali do miasta, z którym nic ich nie łączyło i trzeba było się z tym oswoić.

Nie miałam wpływu na decyzję dziadków, musiałam więc zrobić coś z dotykającymi mnie jej skutkami. Postanowiłam nastawić się pozytywnie. Może ten nowy będzie lepszy? Większy, bardziej nowoczesny, nowszy? – tak sobie myślałam wsiadając do samochodu. Naprawdę starałam się widzieć tylko jasne strony i choć nowe królestwo dziadków nie zrobiło na mnie wrażenia, udało mi się na dzień dobry nie nazywać po imieniu jego słabych stron. Nowy dom okazał się zwyczajnym klockiem bez tożsamości, takim, jakich buduje się wiele od kilkudziesięciu lat. W środku powitał mnie wąski korytarz, duża przestronna kuchnia i długi pokój dzienny. Spodobała mi się spora narożna wanna na piętrze, bo nigdy wcześniej się w takiej nie kąpałam. Dom był wygodny i jasny, choć wąski korytarz na parterze i wejście do piwnicy tylko z zewnątrz, obniżały nieco jego potencjał. Nie miał jednak zakamarków – strychu, schowków za małymi drzwiczkami. Nic w nim nie skrzypiało, okna zostały wymienione na nowe. Pokój, w którym miałam spać był przytulny, biały, z ładnym parkietem. Przejechałam po ścianie ręką. Żadnych ciepłych miejsc. Ten dom nie oddychał.

2.

Stojąc na korytarzu pełnym debatujących kursantów wypatrywałam M. Nie widziałam jej, więc wiedziałam, że albo jeszcze nie przyszła, albo jest w sali i ją przepytują, choć stawiałam na to pierwsze. Jakaś gaduła, z którą nigdy wcześniej nie rozmawiałam dopadła mnie w końcu, bo stałam sama, więc starałam się życzliwie jej wysłuchać, choć trochę się niecierpliwiłam. Kiedy podeszła do nas jeszcze jedna osoba, poczułam się zwolniona z obowiązku rozmowy, która zaczęła się od wycieczki na Majdan, a potem nieoczekiwanie zeszła na temat podkładów do twarzy.

– Czekałam aż przyjdziesz, specjalnie nie wchodziłam na egzamin pierwsza – powiedziałam M. na powitanie, kiedy wreszcie się pojawiła.
– O. wiedziała, że ja przyjdę później, nie gadałaś z nią?
– Nie, jej też jeszcze nie ma. Ale egzaminy idą piorunem. Wszyscy mówią, że jest przyjemnie i szybko. Właściwie to nie będę ukrywać, że mam do Ciebie konkretną sprawę.
– Tak? A jaką? – odpowiedziała M. zdejmując szalik.
– Bo ja mam pociąg jak zwykle o 19:25 i nie przeniosłam tego biletu na wcześniejszą godzinę, tak jak początkowo planowałam, bo wpadłam na lepszy pomysł. Jestem w Warszawie ostatni dzień, nawet jeśli wejdziemy na egzamin na końcu, to i tak skończymy około 13:00. I ja bym chciała, żebyś mi powiedziała jak mam dojechać do domu.
– Do domu?
– Do pierwszego domu, w którym mieszkałam. Powiem Ci gdzie to jest, a Ty mi powiedz którym tramwajem, metrem lub autobusem jechać. Albo jeśli masz czas, to jedź ze mną.
– Mam czas, nie ma problemu.

No i pojechałyśmy razem. Metrem, czyli nie tak, jak ja jeździłam z dziadkiem. Z dziadkiem jeździłam głównie samochodem, ale czasem też autobusem. Tramwajem jakoś rzadziej. Dużo też chodziliśmy pieszo, a ja nie nadeptywałam na linie. Załatwialiśmy coś u niego w pracy. Pamiętam, jak chodziłam po szarych korytarzach jakiejś instytucji. W gabinetach siedzieli zajęci pracą dorośli i co chwilę ktoś reagował na mnie entuzjastycznym okrzykiem: „ojej, to twoja wnuczka!?” i strasznie mnie zawstydzał. W Warszawie z moich wspomnień nie ma metra. Są tylko czerwone autobusy z syrenką z boku i szerokie chodniki z dużych kwadratowych płyt. I to ciche osiedle ukryte wśród skrzyżowań, na które jadę teraz z warszawską koleżanką. Zdając się na nią nie obserwuję trasy. Nie mam pojęcia gdzie wsiadłyśmy i gdzie wysiadłyśmy, a dla niej wszystko było jasne. Rozpoznawała w wielkich budynkach siedziby obecnych i byłych instytucji, wiedziała też co ciekawego znajduje się za nimi. Bardzo blisko, choć nie widać. Opowiadała sporo o ulicach, przebudowach w okolicy. Aż w końcu gwar ustąpił miejsca ciszy i przed naszymi oczami pojawiły się pierwsze domy starego osiedla. Tu nasze role się odwróciły. To była już nieznana strefa dla niej, za to znana dla mnie.

– Tu przejechałam na łyżworolkach pierwsze metry… A na tamtym chodniku mój ojciec puścił wózek, który spadł z wysokiego krawężnika i uderzyłam twarzą w ulicę. Tego nie pamiętam, to opowiadała mi mama. A zaraz będzie dom, w którym mieszkał chłopiec w moim wieku. Jedno z niewielu dzieci w okolicy, bo tu mieszkali sami emeryci. Bardzo chciałam się z nim pobawić i podglądałam go z poddasza, ale babcia powiedziała, że nie mogę, bo jego ojciec jest Żydem. Nie rozumiałam tej odpowiedzi, ale rozumiałam co to znaczy „nie możesz” i to musiało mi wystarczyć. A tu po lewej będzie dom, przy którym mieszkał i szczekał pies Bartek. Kiedyś przed nim stała buda, ale minęło już tyle lat… O, jest i buda. Tylko Bartka już na tym świecie nie ma.
Że też chciało jej się tego słuchać. Umilkła i pozwoliła mi się wygadać. Pamiętałam drzewa i krzaki, dom z dziurami po kulach, wystrzelonych podczas Powstania Warszawskiego; opowiadałam jej, że kiedyś tu była kostka brukowa ułożona w jodełkę, ładniejsza niż dzisiejszy asfalt.

– A tam mieszkała sąsiadka, która codziennie wciskała mi morele z własnego drzewa. Przekładała je przez tę siatkę. A za siatką, w tym ogrodzie stałam ja. Bo to jest właśnie ten dom. Uśmiechnęłam się, jakbym zobaczyła dawnego przyjaciela, który wrócił po latach z zagranicy. Rozpoznaję go, choć wygląda inaczej. Trochę schudł, przerzedziły mu się włosy nie nosi już okularów. Tak właśnie się poczułam, kiedy za furtką, tak blisko, a jednak za daleko, żeby dotknąć, zobaczyłam swój dom z pulsującymi ścianami. Ten sam co dawniej, z tym samym brzydkim tynkiem. Ale już bez krat, po których zostały tylko dziury. Z przybudówką i przeniesionymi w inne miejsce drzwiami. Z nową skrzynką na listy, zawieszoną na starej furtce.

– Tam gdzie jest to małe okno był strych czy taki mały pokój? – odezwała się w końcu moja przewodniczka.
– To był pokój. Wcale nie taki mały, po prostu okno dachowe jest małe. Mimo to, wcale nie był ciemny, w przeciwieństwie do drugiego pokoju na tym piętrze. Jest po drugiej stronie, takie samo okienko wychodzi na ogród.

Przed drzwiami tego pokoju była tylko ogromna przestrzeń białej ściany nad spiralnymi schodami. Całą noc drzwi pozostawały otwarte i w bladym snopie światła z pokoju majaczyły na niej kontury afrykańskich masek. Miały puste oczy, otwarte usta i zawsze budziły we mnie niepokój. Bałam się na nie patrzeć, ale chyba jeszcze bardziej przerażało mnie, że mogłabym się od nich odwrócić i leżeć do nich tyłem. Co ciekawe, kiedy wstawał dzień, to właśnie w moim pokoju było ciemnawo, ponuro, przez to małe okno. Sytuacja się odwracała, światło wpadało do pokoju przez drzwi, od strony tej ściany z maskami, którą rozjaśniało duże okno w korytarzu. Wtedy maski już nie straszyły, były zwykłą ozdobą, a ściana jaśniała blaskiem. Dodatkowo, z dołu docierały do mnie dźwięki radia, którego dziadek słuchał przy goleniu. Przyjemne dźwięki muzyki, miły zapach kosmetyków i świeże światło poranka kazały mi natychmiast wygramolić się spod kołdry i zejść na mleko z miodem albo kakao. I pomyśleć, że w nocy bałam się nawet patrzeć w stronę schodów.

– Ciekawe… A piętro niżej? Te trzy okna?
– Pierwsze to okno z korytarza. Potem jest z sypialni, a trzecie… Trzecie… Zaraz, nie. To jest korytarz, a w sypialni po tej stronie nie było okna. Tam była szafa i taka mała replika Mony Lisy. Zawsze myślałam, że ona jest dużo warta, bo wydawało mi się, że skoro to Mona Lisa, to musi być droga i już. Więc może to jest gabinet, nie sypialnia… Nieee, niemożliwe. W gabinecie były dwa okna, pierwsze wychodziło na ulicę, drugie nie mogło być po drugiej stronie domu, bo ten pokój nie był aż taki wielki… Przepraszam, ale zdaje się, że… Nie pamiętam.

To była przytłaczająca myśl. Wydawało mi się, że pamiętam wszystko, włącznie z pęknięciami na suficie, ale nie. Nagle odkryłam, że im bardziej próbuję ożywiać szczegóły, tym bliżej moim wspomnieniom do snów. Wszystko się miesza i przesuwa. Nagle zdaję sobie sprawę, że Mona Lisa wisiała jednak na innej ścianie, że nie pamiętam czy w łazience stały jakiekolwiek meble, jaki był wzór na skórzanych pufach w gabinecie, czy do salonu schodziło się po dwóch stopniach czy trzech. Wszystkie miejsca nieuwiecznione na fotografiach, czyli te, do których mogę wrócić tylko pamięcią, okazują się skrzywionym, niedokładnym, pełnym luk obrazem. Czymś innym niż w rzeczywistości. Czymś tak nieprawdziwym, jak platoniczna miłość.

– Ten trzepak też tu stał… Tylko za nim rosła czereśnia. A tu próbowałam odgarniać śnieg… I pokaleczyłam się o tynk… – snuję swoją opowieść, zastanawiając się czy czegoś znów nie przeinaczam.

W pewnym momencie z sąsiedniego domu wychodzi facet. Staje przed drzwiami i udaje, że się na nas nie gapi i nas nie słucha. Zaczynam zastanawiać się czy nie za długo tu stoimy, czy ktoś zaraz nas nie przegoni, zapyta dlaczego tkwię tu i smyram jego ogrodzenie, wskazuję palcem na okna i macam klamkę furtki. Zaczynam czuć się nieswojo, jak intruz, a jednocześnie buzują we mnie wszystkie emocje świata. Gniew, że nie mogę tam wejść i zobaczyć więcej, smutek, że to już nie moje, radość, że w ogóle tu jestem. Do tego ekscytujący surrealizm tego momentu.
Po chwili milczenia spoglądam na zegarek, a potem na M.

– Idziemy? – uśmiecham się.
– Idziemy – odpowiada.
Ona chyba wcale nie była znudzona, miała chęć iść jeszcze ze mną na naleśniki, ale okazało się, że jej chłopak wrócił z jakiegoś zlotu fanów średniowiecza i musiała po niego iść na dworzec. Znów wsiadłyśmy do metra, ale tym razem droga do centrum była jakaś krótsza. Potem przez „Patelnię” i na Marszałkowską, aż w końcu rozdzieliłyśmy się przy naleśnikarni. Siedząc samotnie przy stoliku miałam chęć natychmiast obejrzeć jeszcze raz zrobione pod domem zdjęcia, ale rozproszyła mnie najpierw kelnerka, która rozlała wodę gościa z sąsiedniego stolika, a potem dostałam kilka powiadomień na Messengerze. Jak tam egzamin, o której wracam, co robię… Wystarczyła godzina, żeby moja wyprawa rozwodniła się jak sen. Stała się tak samo odległa ja stare wspomnienia. Przegrała z tym, co tu i teraz.

Tak to wyglądało jakieś pięćdziesiąt lat temu

A tak jest dziś

Jakiś samochód, którym jeździł dziadek i przy okazji furtka

Furtka dziś

Babcia miała rękę do kwiatów, więc kiedy tam mieszkała teren wokół domu nie wyglądał tak smętnie jak na początku ani tak nijak jak teraz.

Na koniec, zdjęcie ze środka. Moje trzecie urodziny. Na stole stoi album fotograficzny z kartką urodzinową przyklejoną na pierwszej stronie. To kartka od dziadków. Napisali, że życzą mi dużo: “grzeczności i rozumku”. Czy tylko ja mam wrażenie, że to taka eufemistyczna forma: “ogarnij się i opamiętaj”?

Pragnę zwrócić uwagę, że dziadek założył na moje urodziny krawat. Bardzo dawno nikt nie zakładał dla mnie krawata. Chcę też uspokoić, że flaszka stojąca przed otwartym albumem nie jest moim prezentem, a moja przygoda z alkoholem zaczęła się dużo później.

Advertisements

Ogród ogradowany.

Najpierw musi być gorąco. Dzięki temu powietrze unoszące się do góry ma szansę wypiętrzyć chmurę. Chmura gradowa to wielkie bydlę, może mieć grubość nawet piętnastu kilometrów. Cumulonimbus składa się w swojej dolnej części z kropelek wody, które są poruszane i wdmuchiwane do góry przez gorące powietrze z nagrzanej ziemi. Trochę tak, jakby ktoś wprawiał je w ruch suszarką. Jeśli jednak chmura jest tak wielka, to im dalej od jej dolnej części, tym zimniej. Dlatego górne partie obłoku składają się już nie z wody, lecz kryształków lodu. Do nich właśnie przyklejają się niesione przez prądy z dołu kropelki wody i zamarzają na nich. W ten sposób tworzą się gradziny, które stają się coraz większe i większe, a tym samym cięższe i cięższe. W końcu powietrze nie jest w stanie ich już unosić, więc zaczynają spadać na ziemię w postaci gradu.

Żeby gradzina była gradziną musi mieć przynajmniej pięć milimetrów średnicy. Największe odnotowane gradziny miały średnicę nawet dwudziestu centymetrów. Żeby dotrzeć do ziemi każda gradzina musi pokonać kilkanaście kilometrów i może spadać z prędkością do stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

W sobotę odpaliłam komórkę żeby sfilmować burzę, a okazało się, że czeka na mnie większa, gradowa atrakcja.

Lotta buduje.

Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy po pół roku przekładania i odkładania mojego wielkiego planu na samodzielne stworzenie organizera na biżuterię, wreszcie go zrobiłam!

Wszystko zaczęło się od tego, że poszukiwanie w moim przepastnym koszyku na biżuterię pary kolczyków graniczyło z cudem. Nurkując wśród tańszej i droższej biżuterii, która podczas wykopków dzwoniła jak sanie Mikołaja, myślałam tylko o tym, żeby kiedyś sprawić sobie sito do przesiewania rzecznego piachu, takie jakiego używają poszukiwacze złota. Chyba szybciej byłoby wysypać na nie zawartość koszyka i wytrząsnąć odpowiedni kolczyk. Wiedziałam też, że mieszając w koszyku jeszcze bardziej plączą się moje łańcuszki i ciągnąc za jeden wyciągnę kołtun pozlepianych precjozów, z którego będę musiała po kolei wyjmować jakieś zawieszki, pierścionki i bransoletki. Szykowanie się gdziekolwiek zawsze wiązało się ze szperaniem w koszyku, a potem nie miałam ochoty wkładać do niego biżuterii z powrotem, bo wiedziałam, że znów w nim utonie. Wtedy odkładałam wszystko co z siebie zdjęłam na półkę, na której rosła coraz większa góra, bo codziennie dochodziły nowe „kosztowności”. Później był stały punkt programu podczas odkurzania, kiedy coś twardego zadzwoniło w rurze. Mój wzrok nerwowo kierowałam na półkę i modliłam się, żeby to nie był kolczyk, który z niej spadł.

W końcu postanowiłam jakoś zorganizować sobie te wszystkie świecidełka. Zależało mi żeby miały jakieś swoje przegródki, wieszaki, oddzielne miejsca, ale żeby nie były na widoku. Widziałam w sklepach takie wieszaki na biżuterię w kształcie ręki, na której palcach można powiesić pierścionki, albo malutkiego wieszaka krawieckiego z sukienką. Ładne, ale jak się to obwiesi całą biżuterią, jaką się ma, to będzie to wyglądało jak papuga stojąca na biurku lub półce – cała tęcza kolorów i jeszcze wszystko błyszczące. Męczy oczy, wprowadza chaos. Wolałam coś co można zamknąć. No i znalazłam. Szafeczki na biżuterię z lustrem lub ramkami na zdjęcia. Rewelacja, powiesiłabym na ścianie. Tylko, że… Małe, które jednak są w stanie coś pomieścić zaczynają się od 119zł, średnie 229zł, duża… 749zł!


Nie ma opcji. Zrobię sobie taką sama. Najpierw pomyślałam o lustrze jako drzwiczkach, a potem o jakiejś sporej ramie z sieci typu Jysk. Po chwili dotarło do mnie, że po co mam kupować coś takiego, skoro mam płótna, które można by wykorzystać. Pierdzielnę sobie bohomaz i szafeczka będzie jeszcze bardziej „moja”. No więc jak pomyślałam, tak zrobiłam, tym bardziej, że malować lubię bardzo i miałam taki plan, żeby do pokoju wprowadzić trzeci kolor. Mam niebieski klosz przy lampie biurkowej, dwie niebieskie poduszki na łóżku, więc wybrałam motyw nadmorski z niebieskimi akcentami. Potem narysowałam na kartce projekt szafki i odłożyłam do przemyślenia. Strasznie bałam się za to zabrać, głównie z tego względu, że nie posiadam narzędzi do budowania jakichkolwiek mebli. Mam tylko brzeszczot, śrubokręt i młotek. Nie mam poziomicy, ani żadnych sprzętów, które pozwoliłyby mi uciąć cokolwiek równo. Wiem za to, że można przycinać listewki w sklepach, bo te wszystkie Nomi i tym podobne oferują takie usługi. Po paru dniach patrzenia i myślenia jak i z czego wykonać szafkę poszłam do sklepu. To był styczeń i w dziale ze śrubkami była inwentaryzacja. To oznaczało, że nie mogłam kupić wkrętów, zawiasów i innych małych rzeczy. Mogłam za to kupić kątownik do zrobienia trzymadełka na kolczyki i listwy do ramy. Jak się okazało, pan nie chciał ich przyciąć, bo oni tam tną grube drewno, np. przycinają drzwi. W końcu jednak wziął najgrubsze listewki i przyciął mi je na wybrany wymiar. Z resztą musiałam poradzić sobie sama. Kiedy przyniosłam wszystko do domu ogarnęło mnie zniechęcenie. Cholera, nie mam narzędzi, wszystko potnę krzywo i spieprzę, może lepiej dać sobie spokój. I tak listwy poszły do kąta na pół roku.

W międzyczasie przeczytałam książkę o minimalizmie, o której już wspominałam i zaraziłam się straszliwie tą ideą wysprzątania wszystkiego i hiperorganizacji przestrzeni. Patrzyłam na ten swój koszyk z biżuterią i jeszcze drugi też z biżuterią i soczewkami do aparatu i tak sobie myślałam, jak to byłoby fajnie zlikwidować ten biżuteryjny chlew. W końcu zakasałam rękawy i wzięłam się za te listewki. Przycinanie na balkonie poszło jak z płatka. Okazało się, że drewno jest miękkie i nawet ja jestem w stanie sobie z nim poradzić. Potem jeszcze wypad do budowlanego po te wszystkie wkręty i cudowny, nieśmierdzący i szybkoschnący klej Total Vikol i szybko udało mi się zbudować ramę odpowiadającą wielkością ramie obrazu. Potem dorwałam ten drewniany kątownik i chyba w jedyne 15 minut zrobiłam w nim brzeszczotem szparki na kolczyki. Najgorzej było z malowaniem tego na wszystkiego na biało i rozginaniem haczyków, które miały taki kształt, że w zamierzeniu twórców miały wisieć na ścianie, o tak:

a ja chciałam je przykleić od spodu. Okazało się, że drewno chłonie farbę, więc musiałam malować trzy razy, co trochę mnie nudziło i męczyło. Potem jeszcze całość pokryłam lakierem satynowym. Na końcu robiłam część na pierścionki. To jest jedyne miejsce, gdzie szafka ma plecy. Zrobiłam je z jakiejś dykty, która została mi od biureczka na komputer stacjonarny, które stoi teraz na działce. Wnętrze wypełnione jest pociętymi na paski gąbkami do mycia naczyń mini, które kupiłam w Pepco za 1,49zł. Gąbki owinięte są granatowym materiałem z poszewki na poduszkę, którą też znalazłam w Pepco za 1,99zł. Uszka do zawieszenia konstrukcji na ścianie miałam, bo kupiłam kiedyś opakowanie liczące 10 sztuk do zawieszenia tablicy korkowej. Do wykonania tej prostej szafki musiałam więc kupić:

– 3 listewki,
– opakowanie haczyków,
– 4 łączniki metalowe kątowniki,
– garść wkrętów,
– klej Total Vikol,
– dwa zawiasy,
– opakowanie 10 gąbek do mycia naczyń,
– poszewkę na jasiek.

Nie wiem jaki jest koszt tego wszystkiego, ale z pewnością nie przekroczył on 30zł. Z tego co miałam w domu użyłam:

– płótna 60x40cm i dobrze pamiętam, że kupiłam je w promocji w Empiku za 10zł,
– farb akrylowych. Są dostępne w każdym sklepie dla plastyków, ok. 8-10zł za tubkę. Na dobrą sprawę wystarczy biała i trzy kolory podstawowe czyli żółty, niebieski i czerwony, z których da się umieszać każdy inny kolor,
– lakieru akrylowego Vidaron satynowego,
– dwóch gwoździ do wbicia w ścianę,
– dwóch uszek do przymocowania do ramy.

Do tego przydały mi takie narzędzia jak cążki do robienia biżuterii (rozginałam nimi haczyki), papier ścierny, brzeszczot, młotek, rozsuwany nożyk do cięcia gąbek. Jeżeli ktoś nie ma żadnej z powyższych rzeczy, to koszt zrobienia takiej szafki wzrośnie, ale i tak będzie się opłacało. Nie mówiąc już o satysfakcji! Własny obraz można zamienić na kupioną w sklepie lub antykwariacie ramę na zdjęcie, ale musi być dosyć gruba, żeby można było przymocować do niej zawias.

Co było najtrudniejsze? Wcale nie równe łączenie listewek bez poziomicy (one po prostu nie są równo połączone 😀 ), najtrudniejsze było wkręcanie wkrętów bez elektrycznej wkrętarki. Drewno jest miękkie i pierwsze obroty śrubokrętem idą gładko. Gorzej jest dokręcić wkręt do końca (myślałam, że zniosę jajo z wysiłku), naprawdę elektryczna wkrętarka to cudowne narzędzie. Poza tym, przykręcenie równo zawiasów mnie przerosło i drzwiczki opadają, czego na szczęście za bardzo nie widać. Poza tym, brakuje mi jeszcze jednej rzeczy – zamknięcia na haczyk lub magnes. Drzwiczki się otwierają, więc będę musiała jeszcze dokupić ten drobiazg.

I jeszcze jedna rada dla chętnych. Do drewnianego kątownika nie można wkręcać wkrętów i lepiej nie wbijać gwoździ. Listwa jest za cienka i pęka na pół. Właśnie dlatego haczyki są przyklejone (na Total Vikol), a nie przybite.

To może teraz szafka na buty?

Francja – pipole (i trochę Amelii).

Dziś wstępu nie będzie (ale na szczęście będzie zakończenie).

Dziewczynka robiąca sobie selfie z wieżą Eiffla.

Sacre Coeur

We Francji nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych.

W okolicach bazyliki znajduje się kamienica Amelii. Na dole naprawdę do dziś sklep warzywny, w którym pracował jej sąsiad, okropny pan Collignon i dobroduszny Lucien.


Obrazek stąd


Obrazek stąd

Po lewej od wejścia do sklepu, od strony ulicy znajduje się witryna z artykułami z gazet, dotyczącymi filmu.

Knajpka z oknem na wynos na Montmartre.

W poszukiwaniu paryskiego szyku można być światkiem sytuacji, gdy remiza z Pipkowa Dolnego spotyka się Dynastią.

Cartier krótko przed otwarciem. A mogłam kupić sobie kolię.

I na zakończenie, tak dla przypomnienia:

Pipole wrócą w jeszcze jednej odsłonie za niedługo 😉

Francja po raz pierwszy.

Kiedy pierwszy raz pojechałam do Francji miałam siedem lat i moje życie było proste. Nieustannie zapuszczałam włosy, które miały urosnąć do balu przebierańców do pasa i codziennie je mierzyłam. Niestety, moja mama regularnie przyprowadzała mnie do fryzjera utrzymując, że jeśli chcę, żeby włosy szybciej rosły, muszę podcinać końcówki. W ten sposób zawsze sięgały tylko do ramion.

Innych problemów nie miałam. Nie miałam też konkretnych marzeń, nie zastanawiałam się kim zostanę w przyszłości, a kiedy ktoś dorosły o to pytał i odpowiadałam, że nie wiem, słyszałam zwykle: pewnie lekarzem, jak tata. Wtedy odpowiadałam, że na pewno nie, bo „zasypiam” na widok krwi. Raz otarłam sobie rękę o tynk na domu dziadów i kiedy przyszłam do kuchni po plaster, zaczęłam narzekać na ekstremalne zmęczenie i ostrzegać mamę, że już nie wytrzymam i zaraz zasnę. Niby nic strasznego, ale od tamtej pory nie podchodziłam nawet do tej ściany, o którą się zraniłam. W każdym razie, naprawdę nie wiedziałam kim chcę być w przyszłości – żyłam chwilą. Nie zajmowało mnie nic poza tym, co jest tu i teraz. Jako dziecko szczęśliwe i wolne nie byłam również zmuszana do niczego, co nie było konieczne. Chodziłam do szkoły, jak wszystkie dzieci, ale porezygnowałam prawie ze wszystkich zajęć dodatkowych, które proponowali mi rodzice, m.in. z lekcji pianina i tenisa. Naprawdę dobrze czułam się tylko w wodzie i z umiarkowanym entuzjazmem chodziłam na angielski, więc został tylko język i basen. Tata kochał języki bardziej niż ja, przynajmniej wtedy. Mówił biegle po angielsku i uczył się francuskiego, na te nasze wakacje, a ja nie zapamiętałam ani jednego słowa, choć kręciłam się po pokoju, kiedy słuchał tych swoich kaset przy wielkim radiomagnetofonie – prezencie ślubnym. Kilka tygodni i już umiał zamówić kawę, zapytać o drogę, zarezerwować pokój w hotelu… Ja w tym czasie uczyłam się latać i wisiałam na drążkach przed blokiem głową do dołu.

Nie ma co się dziwić, że na myśl o wakacjach we Francji budzi się we mnie kolorowa plątanina wspomnień niezwiązanych stricte z tym krajem. Te historie, które stamtąd przywiozłam mogłyby zdarzyć się wszędzie indziej i dlatego kiedy trafiłam do Francji po raz drugi, nie czułam, że do niej wróciłam.

Francja mojego dzieciństwa kręci się wokół pola namiotowego pod Paryżem. Doskonale pamiętam duży, niebieski namiot, który miał dwa pomieszczenia i można było w nim stać. Pamiętam też długą podróż i moje tylne siedzenie w samochodzie, które mama zapełniła moimi ulubionymi zabawkami. Nie zapomnę nigdy nowych sukienek dla lalek Barbie, które czekały na mnie na termolodówce za siedzeniem pasażera. Zajęły mnie na kilka godzin, zwłaszcza, że rzep zielonej był trochę za wąski i sukienka ciągle rozpinała się lalce na plecach, z czym zaciekle walczyłam. Potem przez długi czas leżałam i kopałam w siedzenie taty, aż w końcu, w wyniku mojej ciężkiej pracy, skóropodobna tapicerka oparcia dała za wygraną i po cichutku zdarłam pokaźnej długości, wąski pasek materiału. Nie zerwałam go na szczęście, więc tata dał radę później przyszyć go czarną nicią. Długa droga była dla mnie zawsze największym koszmarem, zwłaszcza, że często podczas jazdy cierpiałam na zawroty głowy. Nie wiem czemu, ale nigdy się do tego nie przyznałam, założyłam chyba, że każdy tak ma i to po prostu niewygoda wielu godzin telepania się. Później trzeba było jeszcze „pokazać się panu” w okienku na granicy i już czułam, że jestem odrobinę bliżej celu, który wybrali rodzice.

Pole campingowe było duże, wygodne i strzeżone. Mieliśmy butlę gazową i garnki, dmuchane materace, z których pourywały się zatyczki, więc zostały zastąpione moimi kredkami, i dużo jedzenia. Wśród jedzenia były kartony z sokiem jabłkowym. Boże, jak on mi smakował. Nie chciałam pić niczego innego, wydawało mi się, że piję po prostu płynne jabłka…
Wszędzie było pełno samochodów i podobnych namiotów. Był plac zabaw dla dzieci i wspólne toalety i prysznice. Pryszniców nie pamiętam, ale toalety jak najbardziej. Pewnego dnia, kiedy bawiłam się na terenie campingu poszłam do budynku z toaletami, weszłam do pierwszej kabiny, zamknęłam ją od środka, wdrapałam się na deskę klozetową, potem na spłuczkę i przeskoczyłam górą przez ściankę do drugiej, którą też zamknęłam. Potem tym samym sposobem dostałam się do kolejnych, aż pozamykałam wszystkie. Później wlazłam na klamkę i przeskoczyłam przez drzwi.
Od urodzenia psociłam, np. zamieniałam kurki z ciepłą i zimną wodą, wpuszczałam rodzicom chomika pod kołdrę w niedzielny poranek, odkleiłam strzałkę z szyldu, która wskazywała gdzie znajduje się optyk (w którym moi rodzice płacili akurat za oprawki dla mnie) i przykleiłam ją tak, żeby wskazywała odwrotny kierunek. Wspomniane kabiny zamknęłam rano, a potem poszłam zwiedzać Paryż. Wieczorem, kiedy przyszłam z mamą na siku, w toalecie stała kolejka. Ustawiłyśmy się w niej, a ja milczałam dobrych kilka minut, aż w końcu znudziłam się i powiedziałam, że to ja zamknęłam kabiny rano. Zdziwienie mojej mamy było bezcenne, nie miała pojęcia jak to zrobiłam. Pamiętam jak dziś jej słowa: Martunia, otwórz paniom toalety. Wtedy podsunęłam pod drzwi mały kosz na śmieci, wskoczyłam na klamkę, do kabiny, i za chwilę wyszłam drzwiami.
Nie przypominam sobie, żebym za jakiekolwiek żarty oberwała.

Jako dziecko byłam też dużo bardziej otwarta niż dzisiaj, więc z chęcią szukałam kompanów do zabawy. Jestem jedynaczką, która nigdy nie cierpiała z tego powodu, ale towarzystwo rówieśników budziło we mnie entuzjazm. W Polsce miałam ich pod dostatkiem, ale we Francji? We Francji miałam tylko plac zabaw, a że uwielbiałam huśtawki, to przychodziłam tam kiedy tylko mogłam. I tam właśnie poznałam małą, śliczną Angielkę. Miała brązowe, kręcone włosy i prawie zawsze biegała boso. Miała brudne stopy i ręce i była bardzo energiczna. Mówiła do mnie bez przerwy, a ja nic nie rozumiałam. Rozumiałam za to co pokazuje mi palcem i biegałam za nią. Kręciłyśmy się na karuzeli, huśtałyśmy się, pokazałyśmy sobie nawzajem swoje zabawki. Pamiętam moment, kiedy Angielka nie chciała wrócić do swojego namiotu, choć mama wołała ją kilka razy. W końcu przyszła po nią, wsadziła ją sobie pod pachę i zaniosła przed namiot, gdzie na rozkładanych krzesełkach siedziała reszta rodziny. Widziałam jej namiot ze swojego. Kiedy tylko mama zestawiła ją na ziemię, dziewczynka usiadła po turecku tyłem do rodziny, wsparła brodę na rękach, a łokcie na kolanach. Czy potrzebny był mi jakikolwiek język? Nie było wątpliwości, że jest naprawdę obrażona. Wieczorem podeszłam do taty i powiedziałam mu, że ta dziewczynka ciągle mówi do mnie „talk to me in English”, a ja nie wiem co to znaczy. Kiedy się dowiedziałam, to odpowiadałam jej później, żeby to ona mówiła do mnie po polsku. Bezskutecznie rzecz jasna.
W końcu przyszedł dzień, kiedy zarówno mała Angielka, jak i my, musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Wtedy ona przyszła do mnie z mamą i podarowała mi Alfa, którego można przyczepić do ubrania. Przytuliłam ją i pobiegłam do samochodu po maskotkę dla niej. Szybko wybrałam coś odpowiedniego, ale kiedy wyszłam z samochodu okazało się, że nikt na mnie nie czeka. Pobiegłam do miejsca, gdzie stał jej namiot, ale nikogo i niczego już tam nie było. Obiegłam camping, zajrzałam na plac zabaw i do łazienek, ale przepadła jak kamień w wodę. Nie pożegnałyśmy się jak należy, nic jej nie dałam i czułam się z tym okropnie przez cały dzień. Tuliłam Alfa i miałam ochotę zagryźć tapicerkę ze zgryzoty, kiedy tata włączył silnik.

Pamiętam jeszcze wiele spotkań z innymi dziećmi, np. dziewczynkę z Centrum Pompidou. Świetnie się z nią bawiłam, choć tylko jeden dzień. Nie wiem skąd była, nie pamiętam jej imienia. Najlepiej pamiętam chyba chłopca, którego poznałam w Czechach. Woził mnie na ramie swojego roweru i umawiał się ze mną co rano przed hotelem. Czekałam na niego na balkonie, potem machałam mu i zbiegałam na dół. Nie zdawałam sobie wtedy jeszcze sprawy z tego jak podobny jest czeski do polskiego i wydawało mi się, że to ja nauczyłam go polskich słów, które on jakoś dziwnie przekręca…


Ja i dziewczynka z Centrum Pompidou.

Wracając jednak do Francji. Pamiętam główne zabytki, wieżę Eiffla, Luwr, oczywiście Disneyland i Łuk Triumfalny. Wrażenie, jakie wywarł na mnie Łuk pamiętam do dzisiaj. Jak wspominałam, żyłam tym co mnie otaczało, nie zaglądałam do przeszłości, choć ją już wtedy zbierałam i segregowałam wspomnienia. Jeszcze niczego nie planowałam i na nic nie czekałam. Po prostu, wstawałam rano, brałam rodziców za ręce i szliśmy gdzieś coś oglądać. Nie spodziewałam się więc, że kiedy wyjdę podczas wieczornego spaceru z podziemnego korytarza pod rondem na Placu de Gaule’a, to moim oczom ukaże się przeogromny, podświetlony na żółto Łuk. Ta niespodzianka wprawiła mnie w osłupienie, zabytek wyglądał jak brama do jakiejś zaczarowanej krainy i rozbudzał moją wyobraźnię bardziej niż cokolwiek innego. Trzy tygodnie we Francji to też Wenus z Milo, obrazy puentylistów, bagietki jedzone na schodach, tłum przy Mona Lisie, pieczątka na ręce po wyjściu z Disneylandu, pomnik Chopina, gorące metro, a w metrze pierwsza kobieta z dredami, jaką kiedykolwiek widziałam. Wyglądała jak Whoopi Goldberg, uśmiechała się do mnie, brała włosy do rąk i pytała bezgłośnie z sąsiedniego siedzenia czy mi się podobają. Strasznie się wstydziłam, ale nie mogłam przestać na nie patrzeć. Później zobaczyłam na peronie śliczną, małą Azjatkę w jasnej sukience. Biegała po drugiej stronie torów i nawet mnie nie widziała. Wtedy chyba pierwszy raz popatrzyłam na siebie z rozczarowaniem. Azjatka, mała Angielka, Murzynka z metra… Byłam przy nich do bólu zwykła. Wielkie okulary (które sama sobie wybrałam), szare włosy i oczy, wystające kolana i pyzata twarz. Czułam się jak wzór przeciętności, żeby nie powiedzieć brzydoty. To uczucie zostało ze mną na długo i choć nie tonęłam w przesadnych kompleksach, to miałam wielką nadzieję przepoczwarzyć się w coś innego. Mama wydawała mi się podobna do księżnej Diany, więc miałam nadzieję, że może z czasem zgubię wygląd żeńskiej wersji Paula z serialu Cudowne Lata i stanę się podobna do niej. Dziś oglądam stare zdjęcia i z uśmiechem patrzę, na małą dziewczynkę, którą już nie jestem, ale świetnie ją znam i widzę wciąż w chudych nadgarstkach i okrągłej twarzy…

Po trzech tygodniach wszystko się skończyło. Skróciliśmy wyjazd, bo tata znów źle się poczuł, choć przecież rok wcześniej pokonał chorobę. Gdy wróciliśmy do Polski miał już przerzuty.