Ogród ogradowany.

Najpierw musi być gorąco. Dzięki temu powietrze unoszące się do góry ma szansę wypiętrzyć chmurę. Chmura gradowa to wielkie bydlę, może mieć grubość nawet piętnastu kilometrów. Cumulonimbus składa się w swojej dolnej części z kropelek wody, które są poruszane i wdmuchiwane do góry przez gorące powietrze z nagrzanej ziemi. Trochę tak, jakby ktoś wprawiał je w ruch suszarką. Jeśli jednak chmura jest tak wielka, to im dalej od jej dolnej części, tym zimniej. Dlatego górne partie obłoku składają się już nie z wody, lecz kryształków lodu. Do nich właśnie przyklejają się niesione przez prądy z dołu kropelki wody i zamarzają na nich. W ten sposób tworzą się gradziny, które stają się coraz większe i większe, a tym samym cięższe i cięższe. W końcu powietrze nie jest w stanie ich już unosić, więc zaczynają spadać na ziemię w postaci gradu.

Żeby gradzina była gradziną musi mieć przynajmniej pięć milimetrów średnicy. Największe odnotowane gradziny miały średnicę nawet dwudziestu centymetrów. Żeby dotrzeć do ziemi każda gradzina musi pokonać kilkanaście kilometrów i może spadać z prędkością do stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

W sobotę odpaliłam komórkę żeby sfilmować burzę, a okazało się, że czeka na mnie większa, gradowa atrakcja.

Advertisements

Lotta buduje.

Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy po pół roku przekładania i odkładania mojego wielkiego planu na samodzielne stworzenie organizera na biżuterię, wreszcie go zrobiłam!

Wszystko zaczęło się od tego, że poszukiwanie w moim przepastnym koszyku na biżuterię pary kolczyków graniczyło z cudem. Nurkując wśród tańszej i droższej biżuterii, która podczas wykopków dzwoniła jak sanie Mikołaja, myślałam tylko o tym, żeby kiedyś sprawić sobie sito do przesiewania rzecznego piachu, takie jakiego używają poszukiwacze złota. Chyba szybciej byłoby wysypać na nie zawartość koszyka i wytrząsnąć odpowiedni kolczyk. Wiedziałam też, że mieszając w koszyku jeszcze bardziej plączą się moje łańcuszki i ciągnąc za jeden wyciągnę kołtun pozlepianych precjozów, z którego będę musiała po kolei wyjmować jakieś zawieszki, pierścionki i bransoletki. Szykowanie się gdziekolwiek zawsze wiązało się ze szperaniem w koszyku, a potem nie miałam ochoty wkładać do niego biżuterii z powrotem, bo wiedziałam, że znów w nim utonie. Wtedy odkładałam wszystko co z siebie zdjęłam na półkę, na której rosła coraz większa góra, bo codziennie dochodziły nowe „kosztowności”. Później był stały punkt programu podczas odkurzania, kiedy coś twardego zadzwoniło w rurze. Mój wzrok nerwowo kierowałam na półkę i modliłam się, żeby to nie był kolczyk, który z niej spadł.

W końcu postanowiłam jakoś zorganizować sobie te wszystkie świecidełka. Zależało mi żeby miały jakieś swoje przegródki, wieszaki, oddzielne miejsca, ale żeby nie były na widoku. Widziałam w sklepach takie wieszaki na biżuterię w kształcie ręki, na której palcach można powiesić pierścionki, albo malutkiego wieszaka krawieckiego z sukienką. Ładne, ale jak się to obwiesi całą biżuterią, jaką się ma, to będzie to wyglądało jak papuga stojąca na biurku lub półce – cała tęcza kolorów i jeszcze wszystko błyszczące. Męczy oczy, wprowadza chaos. Wolałam coś co można zamknąć. No i znalazłam. Szafeczki na biżuterię z lustrem lub ramkami na zdjęcia. Rewelacja, powiesiłabym na ścianie. Tylko, że… Małe, które jednak są w stanie coś pomieścić zaczynają się od 119zł, średnie 229zł, duża… 749zł!


Nie ma opcji. Zrobię sobie taką sama. Najpierw pomyślałam o lustrze jako drzwiczkach, a potem o jakiejś sporej ramie z sieci typu Jysk. Po chwili dotarło do mnie, że po co mam kupować coś takiego, skoro mam płótna, które można by wykorzystać. Pierdzielnę sobie bohomaz i szafeczka będzie jeszcze bardziej „moja”. No więc jak pomyślałam, tak zrobiłam, tym bardziej, że malować lubię bardzo i miałam taki plan, żeby do pokoju wprowadzić trzeci kolor. Mam niebieski klosz przy lampie biurkowej, dwie niebieskie poduszki na łóżku, więc wybrałam motyw nadmorski z niebieskimi akcentami. Potem narysowałam na kartce projekt szafki i odłożyłam do przemyślenia. Strasznie bałam się za to zabrać, głównie z tego względu, że nie posiadam narzędzi do budowania jakichkolwiek mebli. Mam tylko brzeszczot, śrubokręt i młotek. Nie mam poziomicy, ani żadnych sprzętów, które pozwoliłyby mi uciąć cokolwiek równo. Wiem za to, że można przycinać listewki w sklepach, bo te wszystkie Nomi i tym podobne oferują takie usługi. Po paru dniach patrzenia i myślenia jak i z czego wykonać szafkę poszłam do sklepu. To był styczeń i w dziale ze śrubkami była inwentaryzacja. To oznaczało, że nie mogłam kupić wkrętów, zawiasów i innych małych rzeczy. Mogłam za to kupić kątownik do zrobienia trzymadełka na kolczyki i listwy do ramy. Jak się okazało, pan nie chciał ich przyciąć, bo oni tam tną grube drewno, np. przycinają drzwi. W końcu jednak wziął najgrubsze listewki i przyciął mi je na wybrany wymiar. Z resztą musiałam poradzić sobie sama. Kiedy przyniosłam wszystko do domu ogarnęło mnie zniechęcenie. Cholera, nie mam narzędzi, wszystko potnę krzywo i spieprzę, może lepiej dać sobie spokój. I tak listwy poszły do kąta na pół roku.

W międzyczasie przeczytałam książkę o minimalizmie, o której już wspominałam i zaraziłam się straszliwie tą ideą wysprzątania wszystkiego i hiperorganizacji przestrzeni. Patrzyłam na ten swój koszyk z biżuterią i jeszcze drugi też z biżuterią i soczewkami do aparatu i tak sobie myślałam, jak to byłoby fajnie zlikwidować ten biżuteryjny chlew. W końcu zakasałam rękawy i wzięłam się za te listewki. Przycinanie na balkonie poszło jak z płatka. Okazało się, że drewno jest miękkie i nawet ja jestem w stanie sobie z nim poradzić. Potem jeszcze wypad do budowlanego po te wszystkie wkręty i cudowny, nieśmierdzący i szybkoschnący klej Total Vikol i szybko udało mi się zbudować ramę odpowiadającą wielkością ramie obrazu. Potem dorwałam ten drewniany kątownik i chyba w jedyne 15 minut zrobiłam w nim brzeszczotem szparki na kolczyki. Najgorzej było z malowaniem tego na wszystkiego na biało i rozginaniem haczyków, które miały taki kształt, że w zamierzeniu twórców miały wisieć na ścianie, o tak:

a ja chciałam je przykleić od spodu. Okazało się, że drewno chłonie farbę, więc musiałam malować trzy razy, co trochę mnie nudziło i męczyło. Potem jeszcze całość pokryłam lakierem satynowym. Na końcu robiłam część na pierścionki. To jest jedyne miejsce, gdzie szafka ma plecy. Zrobiłam je z jakiejś dykty, która została mi od biureczka na komputer stacjonarny, które stoi teraz na działce. Wnętrze wypełnione jest pociętymi na paski gąbkami do mycia naczyń mini, które kupiłam w Pepco za 1,49zł. Gąbki owinięte są granatowym materiałem z poszewki na poduszkę, którą też znalazłam w Pepco za 1,99zł. Uszka do zawieszenia konstrukcji na ścianie miałam, bo kupiłam kiedyś opakowanie liczące 10 sztuk do zawieszenia tablicy korkowej. Do wykonania tej prostej szafki musiałam więc kupić:

– 3 listewki,
– opakowanie haczyków,
– 4 łączniki metalowe kątowniki,
– garść wkrętów,
– klej Total Vikol,
– dwa zawiasy,
– opakowanie 10 gąbek do mycia naczyń,
– poszewkę na jasiek.

Nie wiem jaki jest koszt tego wszystkiego, ale z pewnością nie przekroczył on 30zł. Z tego co miałam w domu użyłam:

– płótna 60x40cm i dobrze pamiętam, że kupiłam je w promocji w Empiku za 10zł,
– farb akrylowych. Są dostępne w każdym sklepie dla plastyków, ok. 8-10zł za tubkę. Na dobrą sprawę wystarczy biała i trzy kolory podstawowe czyli żółty, niebieski i czerwony, z których da się umieszać każdy inny kolor,
– lakieru akrylowego Vidaron satynowego,
– dwóch gwoździ do wbicia w ścianę,
– dwóch uszek do przymocowania do ramy.

Do tego przydały mi takie narzędzia jak cążki do robienia biżuterii (rozginałam nimi haczyki), papier ścierny, brzeszczot, młotek, rozsuwany nożyk do cięcia gąbek. Jeżeli ktoś nie ma żadnej z powyższych rzeczy, to koszt zrobienia takiej szafki wzrośnie, ale i tak będzie się opłacało. Nie mówiąc już o satysfakcji! Własny obraz można zamienić na kupioną w sklepie lub antykwariacie ramę na zdjęcie, ale musi być dosyć gruba, żeby można było przymocować do niej zawias.

Co było najtrudniejsze? Wcale nie równe łączenie listewek bez poziomicy (one po prostu nie są równo połączone 😀 ), najtrudniejsze było wkręcanie wkrętów bez elektrycznej wkrętarki. Drewno jest miękkie i pierwsze obroty śrubokrętem idą gładko. Gorzej jest dokręcić wkręt do końca (myślałam, że zniosę jajo z wysiłku), naprawdę elektryczna wkrętarka to cudowne narzędzie. Poza tym, przykręcenie równo zawiasów mnie przerosło i drzwiczki opadają, czego na szczęście za bardzo nie widać. Poza tym, brakuje mi jeszcze jednej rzeczy – zamknięcia na haczyk lub magnes. Drzwiczki się otwierają, więc będę musiała jeszcze dokupić ten drobiazg.

I jeszcze jedna rada dla chętnych. Do drewnianego kątownika nie można wkręcać wkrętów i lepiej nie wbijać gwoździ. Listwa jest za cienka i pęka na pół. Właśnie dlatego haczyki są przyklejone (na Total Vikol), a nie przybite.

To może teraz szafka na buty?

Francja – pipole (i trochę Amelii).

Dziś wstępu nie będzie (ale na szczęście będzie zakończenie).

Dziewczynka robiąca sobie selfie z wieżą Eiffla.

Sacre Coeur

We Francji nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych.

W okolicach bazyliki znajduje się kamienica Amelii. Na dole naprawdę do dziś sklep warzywny, w którym pracował jej sąsiad, okropny pan Collignon i dobroduszny Lucien.


Obrazek stąd


Obrazek stąd

Po lewej od wejścia do sklepu, od strony ulicy znajduje się witryna z artykułami z gazet, dotyczącymi filmu.

Knajpka z oknem na wynos na Montmartre.

W poszukiwaniu paryskiego szyku można być światkiem sytuacji, gdy remiza z Pipkowa Dolnego spotyka się Dynastią.

Cartier krótko przed otwarciem. A mogłam kupić sobie kolię.

I na zakończenie, tak dla przypomnienia:

Pipole wrócą w jeszcze jednej odsłonie za niedługo 😉

Francja po raz pierwszy.

Kiedy pierwszy raz pojechałam do Francji miałam siedem lat i moje życie było proste. Nieustannie zapuszczałam włosy, które miały urosnąć do balu przebierańców do pasa i codziennie je mierzyłam. Niestety, moja mama regularnie przyprowadzała mnie do fryzjera utrzymując, że jeśli chcę, żeby włosy szybciej rosły, muszę podcinać końcówki. W ten sposób zawsze sięgały tylko do ramion.

Innych problemów nie miałam. Nie miałam też konkretnych marzeń, nie zastanawiałam się kim zostanę w przyszłości, a kiedy ktoś dorosły o to pytał i odpowiadałam, że nie wiem, słyszałam zwykle: pewnie lekarzem, jak tata. Wtedy odpowiadałam, że na pewno nie, bo „zasypiam” na widok krwi. Raz otarłam sobie rękę o tynk na domu dziadów i kiedy przyszłam do kuchni po plaster, zaczęłam narzekać na ekstremalne zmęczenie i ostrzegać mamę, że już nie wytrzymam i zaraz zasnę. Niby nic strasznego, ale od tamtej pory nie podchodziłam nawet do tej ściany, o którą się zraniłam. W każdym razie, naprawdę nie wiedziałam kim chcę być w przyszłości – żyłam chwilą. Nie zajmowało mnie nic poza tym, co jest tu i teraz. Jako dziecko szczęśliwe i wolne nie byłam również zmuszana do niczego, co nie było konieczne. Chodziłam do szkoły, jak wszystkie dzieci, ale porezygnowałam prawie ze wszystkich zajęć dodatkowych, które proponowali mi rodzice, m.in. z lekcji pianina i tenisa. Naprawdę dobrze czułam się tylko w wodzie i z umiarkowanym entuzjazmem chodziłam na angielski, więc został tylko język i basen. Tata kochał języki bardziej niż ja, przynajmniej wtedy. Mówił biegle po angielsku i uczył się francuskiego, na te nasze wakacje, a ja nie zapamiętałam ani jednego słowa, choć kręciłam się po pokoju, kiedy słuchał tych swoich kaset przy wielkim radiomagnetofonie – prezencie ślubnym. Kilka tygodni i już umiał zamówić kawę, zapytać o drogę, zarezerwować pokój w hotelu… Ja w tym czasie uczyłam się latać i wisiałam na drążkach przed blokiem głową do dołu.

Nie ma co się dziwić, że na myśl o wakacjach we Francji budzi się we mnie kolorowa plątanina wspomnień niezwiązanych stricte z tym krajem. Te historie, które stamtąd przywiozłam mogłyby zdarzyć się wszędzie indziej i dlatego kiedy trafiłam do Francji po raz drugi, nie czułam, że do niej wróciłam.

Francja mojego dzieciństwa kręci się wokół pola namiotowego pod Paryżem. Doskonale pamiętam duży, niebieski namiot, który miał dwa pomieszczenia i można było w nim stać. Pamiętam też długą podróż i moje tylne siedzenie w samochodzie, które mama zapełniła moimi ulubionymi zabawkami. Nie zapomnę nigdy nowych sukienek dla lalek Barbie, które czekały na mnie na termolodówce za siedzeniem pasażera. Zajęły mnie na kilka godzin, zwłaszcza, że rzep zielonej był trochę za wąski i sukienka ciągle rozpinała się lalce na plecach, z czym zaciekle walczyłam. Potem przez długi czas leżałam i kopałam w siedzenie taty, aż w końcu, w wyniku mojej ciężkiej pracy, skóropodobna tapicerka oparcia dała za wygraną i po cichutku zdarłam pokaźnej długości, wąski pasek materiału. Nie zerwałam go na szczęście, więc tata dał radę później przyszyć go czarną nicią. Długa droga była dla mnie zawsze największym koszmarem, zwłaszcza, że często podczas jazdy cierpiałam na zawroty głowy. Nie wiem czemu, ale nigdy się do tego nie przyznałam, założyłam chyba, że każdy tak ma i to po prostu niewygoda wielu godzin telepania się. Później trzeba było jeszcze „pokazać się panu” w okienku na granicy i już czułam, że jestem odrobinę bliżej celu, który wybrali rodzice.

Pole campingowe było duże, wygodne i strzeżone. Mieliśmy butlę gazową i garnki, dmuchane materace, z których pourywały się zatyczki, więc zostały zastąpione moimi kredkami, i dużo jedzenia. Wśród jedzenia były kartony z sokiem jabłkowym. Boże, jak on mi smakował. Nie chciałam pić niczego innego, wydawało mi się, że piję po prostu płynne jabłka…
Wszędzie było pełno samochodów i podobnych namiotów. Był plac zabaw dla dzieci i wspólne toalety i prysznice. Pryszniców nie pamiętam, ale toalety jak najbardziej. Pewnego dnia, kiedy bawiłam się na terenie campingu poszłam do budynku z toaletami, weszłam do pierwszej kabiny, zamknęłam ją od środka, wdrapałam się na deskę klozetową, potem na spłuczkę i przeskoczyłam górą przez ściankę do drugiej, którą też zamknęłam. Potem tym samym sposobem dostałam się do kolejnych, aż pozamykałam wszystkie. Później wlazłam na klamkę i przeskoczyłam przez drzwi.
Od urodzenia psociłam, np. zamieniałam kurki z ciepłą i zimną wodą, wpuszczałam rodzicom chomika pod kołdrę w niedzielny poranek, odkleiłam strzałkę z szyldu, która wskazywała gdzie znajduje się optyk (w którym moi rodzice płacili akurat za oprawki dla mnie) i przykleiłam ją tak, żeby wskazywała odwrotny kierunek. Wspomniane kabiny zamknęłam rano, a potem poszłam zwiedzać Paryż. Wieczorem, kiedy przyszłam z mamą na siku, w toalecie stała kolejka. Ustawiłyśmy się w niej, a ja milczałam dobrych kilka minut, aż w końcu znudziłam się i powiedziałam, że to ja zamknęłam kabiny rano. Zdziwienie mojej mamy było bezcenne, nie miała pojęcia jak to zrobiłam. Pamiętam jak dziś jej słowa: Martunia, otwórz paniom toalety. Wtedy podsunęłam pod drzwi mały kosz na śmieci, wskoczyłam na klamkę, do kabiny, i za chwilę wyszłam drzwiami.
Nie przypominam sobie, żebym za jakiekolwiek żarty oberwała.

Jako dziecko byłam też dużo bardziej otwarta niż dzisiaj, więc z chęcią szukałam kompanów do zabawy. Jestem jedynaczką, która nigdy nie cierpiała z tego powodu, ale towarzystwo rówieśników budziło we mnie entuzjazm. W Polsce miałam ich pod dostatkiem, ale we Francji? We Francji miałam tylko plac zabaw, a że uwielbiałam huśtawki, to przychodziłam tam kiedy tylko mogłam. I tam właśnie poznałam małą, śliczną Angielkę. Miała brązowe, kręcone włosy i prawie zawsze biegała boso. Miała brudne stopy i ręce i była bardzo energiczna. Mówiła do mnie bez przerwy, a ja nic nie rozumiałam. Rozumiałam za to co pokazuje mi palcem i biegałam za nią. Kręciłyśmy się na karuzeli, huśtałyśmy się, pokazałyśmy sobie nawzajem swoje zabawki. Pamiętam moment, kiedy Angielka nie chciała wrócić do swojego namiotu, choć mama wołała ją kilka razy. W końcu przyszła po nią, wsadziła ją sobie pod pachę i zaniosła przed namiot, gdzie na rozkładanych krzesełkach siedziała reszta rodziny. Widziałam jej namiot ze swojego. Kiedy tylko mama zestawiła ją na ziemię, dziewczynka usiadła po turecku tyłem do rodziny, wsparła brodę na rękach, a łokcie na kolanach. Czy potrzebny był mi jakikolwiek język? Nie było wątpliwości, że jest naprawdę obrażona. Wieczorem podeszłam do taty i powiedziałam mu, że ta dziewczynka ciągle mówi do mnie „talk to me in English”, a ja nie wiem co to znaczy. Kiedy się dowiedziałam, to odpowiadałam jej później, żeby to ona mówiła do mnie po polsku. Bezskutecznie rzecz jasna.
W końcu przyszedł dzień, kiedy zarówno mała Angielka, jak i my, musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Wtedy ona przyszła do mnie z mamą i podarowała mi Alfa, którego można przyczepić do ubrania. Przytuliłam ją i pobiegłam do samochodu po maskotkę dla niej. Szybko wybrałam coś odpowiedniego, ale kiedy wyszłam z samochodu okazało się, że nikt na mnie nie czeka. Pobiegłam do miejsca, gdzie stał jej namiot, ale nikogo i niczego już tam nie było. Obiegłam camping, zajrzałam na plac zabaw i do łazienek, ale przepadła jak kamień w wodę. Nie pożegnałyśmy się jak należy, nic jej nie dałam i czułam się z tym okropnie przez cały dzień. Tuliłam Alfa i miałam ochotę zagryźć tapicerkę ze zgryzoty, kiedy tata włączył silnik.

Pamiętam jeszcze wiele spotkań z innymi dziećmi, np. dziewczynkę z Centrum Pompidou. Świetnie się z nią bawiłam, choć tylko jeden dzień. Nie wiem skąd była, nie pamiętam jej imienia. Najlepiej pamiętam chyba chłopca, którego poznałam w Czechach. Woził mnie na ramie swojego roweru i umawiał się ze mną co rano przed hotelem. Czekałam na niego na balkonie, potem machałam mu i zbiegałam na dół. Nie zdawałam sobie wtedy jeszcze sprawy z tego jak podobny jest czeski do polskiego i wydawało mi się, że to ja nauczyłam go polskich słów, które on jakoś dziwnie przekręca…


Ja i dziewczynka z Centrum Pompidou.

Wracając jednak do Francji. Pamiętam główne zabytki, wieżę Eiffla, Luwr, oczywiście Disneyland i Łuk Triumfalny. Wrażenie, jakie wywarł na mnie Łuk pamiętam do dzisiaj. Jak wspominałam, żyłam tym co mnie otaczało, nie zaglądałam do przeszłości, choć ją już wtedy zbierałam i segregowałam wspomnienia. Jeszcze niczego nie planowałam i na nic nie czekałam. Po prostu, wstawałam rano, brałam rodziców za ręce i szliśmy gdzieś coś oglądać. Nie spodziewałam się więc, że kiedy wyjdę podczas wieczornego spaceru z podziemnego korytarza pod rondem na Placu de Gaule’a, to moim oczom ukaże się przeogromny, podświetlony na żółto Łuk. Ta niespodzianka wprawiła mnie w osłupienie, zabytek wyglądał jak brama do jakiejś zaczarowanej krainy i rozbudzał moją wyobraźnię bardziej niż cokolwiek innego. Trzy tygodnie we Francji to też Wenus z Milo, obrazy puentylistów, bagietki jedzone na schodach, tłum przy Mona Lisie, pieczątka na ręce po wyjściu z Disneylandu, pomnik Chopina, gorące metro, a w metrze pierwsza kobieta z dredami, jaką kiedykolwiek widziałam. Wyglądała jak Whoopi Goldberg, uśmiechała się do mnie, brała włosy do rąk i pytała bezgłośnie z sąsiedniego siedzenia czy mi się podobają. Strasznie się wstydziłam, ale nie mogłam przestać na nie patrzeć. Później zobaczyłam na peronie śliczną, małą Azjatkę w jasnej sukience. Biegała po drugiej stronie torów i nawet mnie nie widziała. Wtedy chyba pierwszy raz popatrzyłam na siebie z rozczarowaniem. Azjatka, mała Angielka, Murzynka z metra… Byłam przy nich do bólu zwykła. Wielkie okulary (które sama sobie wybrałam), szare włosy i oczy, wystające kolana i pyzata twarz. Czułam się jak wzór przeciętności, żeby nie powiedzieć brzydoty. To uczucie zostało ze mną na długo i choć nie tonęłam w przesadnych kompleksach, to miałam wielką nadzieję przepoczwarzyć się w coś innego. Mama wydawała mi się podobna do księżnej Diany, więc miałam nadzieję, że może z czasem zgubię wygląd żeńskiej wersji Paula z serialu Cudowne Lata i stanę się podobna do niej. Dziś oglądam stare zdjęcia i z uśmiechem patrzę, na małą dziewczynkę, którą już nie jestem, ale świetnie ją znam i widzę wciąż w chudych nadgarstkach i okrągłej twarzy…

Po trzech tygodniach wszystko się skończyło. Skróciliśmy wyjazd, bo tata znów źle się poczuł, choć przecież rok wcześniej pokonał chorobę. Gdy wróciliśmy do Polski miał już przerzuty.

Malownicze Livigno i narty.

Kurde, jak zwykle najtrudniej zacząć wpis. Co dziwne, jak mam pisać o swoim pierwszym okresie, o tym jaki mam ból dupy i egzystencjalne problemy, to wszystko płynie jak z płatka, a jak mam po prostu opisać gdzie byłam i co widziałam, to jakoś to idzie jak po grudzie.

No nic, zaczynamy. Byłam na nartach w Livigno, ale bez obaw, nie będę opisywać w szczegółach swoich dalszych postępów, bo mój okres nauki jazdy na nartach chyba dobiega końca. Przestałam jeździć pługiem i zsuwać się po bardziej stromych stokach. Oczywiście do stylowego narciarstwa nadal mi daleko – narty ustawiam dość szeroko, bywam sztywna, jakby ktoś spuścił manekina z góry, ale zdecydowanie wymykam się już spod łatki osoby początkującej. Jest tylko jedna rzecz w kwestii nart, o której muszę wspomnieć. Nie wiem jak to się stało, ale w tym roku w ogóle nie bolały mnie mięśnie. Rok temu wracałam ze stoku jak pobita, w listopadzie musiałam przetrwać pierwsze dwa dni zakwasów, a teraz, w marcu zupełnie nic mnie nie bolało. Czy to możliwe, żeby to była zasługa biegania? A może niewielka przerwa pomiędzy wyjazdem listopadowym, a marcowym? Przyznam szczerze, że pakowałam się na ten wyjazd trochę z nosem spuszczonym na kwintę, jakoś nie chciało mi się ruszać z domu i ciągle myślałam o tym, że jeszcze trzeba będzie przetrwać te zakwasy, a do tego ta wielogodzinna jazda samochodem. Nienawidzę tego. Mój minorowy nastrój budowały również informacje pogodowe z kurortu. Duże opady śniegu i temperatura do minus czternastu czy szesnastu w nocy sprawiły, że po prostu nie chciało mi się jechać. Do tego wszystkiego mam już jako takie obycie z miejscowościami narciarskimi i wiem czego spodziewać się na miejscu – hotele, hotele i jeszcze raz hotele, kilka pizzerii i sklepy z tandetnymi pamiątkami, w których obok kubków z namalowanymi górami stoją popielniczki z cyckami czy penisami. Wszystko robione w jednej fabryce w Chinach i wysyłane na cały świat, a potem podpisane przez pracowników sklepu zwykłym, czarnym markerem, żeby było, że Maso Corto czy Livigno…

To wszystko miało wpływ nie tylko na mój humor, ale i na to, jak ostatecznie wyglądała moja walizka. Zapakowałam kilka najcieplejszych rzeczy, które w ogóle do siebie nie pasują i zdecydowałam się zabrać starą, puchową kurtkę, którą ubrudziłam kiedyś farbą olejną, kiedy otarłam się o świeżo pomalowaną futrynę. Poza tym, że farby nie da się sprać, przestała mi się podobać i od dawna w niej nie chodziłam, ale na taki wyjazd była idealna, bo jest długa i ciepła, więc gdyby trzeba było wyskoczyć do sklepu po pomidory, to będę miała w czym. To jak będę wyglądać nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia, bo nie zamierzałam specjalnie nigdzie wychodzić. Jak się później okazało, trzeba było jednak o tym pomyśleć.

Livigno to malowniczo położona miejscowość sąsiadująca bezpośrednio ze Szwajcarią. W tej chwili prowadzą do niej trzy drogi: z Bormio, z Sondrio i szwajcarskiego Zernz. Dwie pierwsze drogi dojazdowe są zamknięte zimą, ta z Sondrio jest nieprzejezdna, a otwarcie tej z Bormio jest zależne od opadów śniegu. Zimą zostaje więc tylko droga ze Szwajcarii, która istnieje właściwie od niedawna i wcale nie była planowana jako droga do Livigno, które dla nikogo nic nie znaczyło i było zimą odcięte od świata na dziewięć miesięcy. Chodziło o budowę zapory wodnej Punt dal Gall przy jeziorze Lago del Gallo. W tym celu trzeba było wybudować drogę i wykuć tunel w skale, który połączył Szwajcarię z Livigno i pozwolił ludziom swobodnie kursować do Włoch również zimą. To sprawiło, że po roku 1968, kiedy to powstał tunel, miasteczko zaczęło się gwałtownie rozwijać. Mało tego, sąsiedztwo Szwajcarii sprawiło, że cały obszar Livigno jest jedną, wielką strefą wolnocłową. Wyobraźcie więc sobie miasteczko liczące sześć tysięcy mieszkańców, zatopione wśród Alp, gdzie w stylowych domach z drewna i kamienia mieszczą sklepy sprzedające odzież i buty Prady, Fendi, Chanel, YSL, Gucci… Co drugi sklep to perfumeria, a co trzeci to monopolowy, w którym półki uginają się od trunków zamkniętych w najładniejszych butelkach, jakie tylko można zaprojektować. Do tego na każdym kroku fajna knajpa, malowniczy kościółek i świetna, darmowa komunikacja miejskimi skubisami, które podjeżdżają na przystanki co kilka minut. To wszystko w otoczeniu ponad stu kilometrów tras narciarskich znajdujących się po obu stronach doliny. A to jeszcze nie koniec, bo w miasteczku można zrelaksować się w SPA, pójść potańczyć, można pojeździć konno, skorzystać z tras dla narciarzy biegowych (w Livigno trenuje Justyna Kowalczyk), a latem nawet pływać na desce czy kajakiem po pobliskim jeziorze.

No. I ja przyjechałam chodzić po sklepie Prady w kurtce brudnej od farby olejnej, śniegowcach i dresach, bo nawet nie wzięłam przyzwoitych dżinsów. Z drugiej strony, takich jak ja było wielu, ludzie chodzili w ciuchach narciarskich i nikt się specjalnie nie przejmował, ale dama w norkach i pełnym makijażu to też był zwykły widok na ulicach miasteczka. Nie mogę powiedzieć, że czułam się bardzo źle w swoich ubraniach, ale wolałabym zapoznawać się zapachami nowych perfum ładniejszej kurtce.

Pierwszy spacer po miasteczku i komórkowe zdjęcia:


Livigno wieczorem i zdjęcia z aparatu, których nie strzelałam już tak na oślep.


Sklepik z drewnianymi pamiątkami

Wystawa sklepiku i perfumy wystawione przed drogerią.

Świąteczny look ma się dobrze


Może Maserati?


A może zegarek za pięć tysięcy euro?


Torebki Fendi

Ta z oczami ❤


Dzięki tym czerwonym ogrzewaczom spokojnie można było posiedzieć wieczorem na dworze

Na deser wrócę jeszcze do tematu nart i cen. Otóż, jeśli chodzi o narciarstwo to warunki są przednie. Świetne, szerokie stoki, zróżnicowane trasy dla każdego, szkółki dla dzieci i dorosłych, narciarskie place zabaw – rewelacja. Z pogodą wcale nie było tak źle jak zapowiadali, tylko jeden dzień był na tyle mroźny i wietrzny, że niektóre wyciągi zostały zamknięte. Livigno nazywane jest “włoskim Tybetem”, więc słońce świeci tu prawie codziennie. Można zatem korzystać z leżaków przy knajpach.

Wytrwałym rezentuję film, który sama nakręciłam. Uważnym obserwatorom nie umknie fakt, że wyprzedzam niektórych ludzi, co świadczy o mojej śmiałości i rosnących umiejętnościach.

Jedyną niedogodnością był panujący na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów wiatr. Wieje on również na powyższym filmie, choć nie bardzo to widać. Najgorsze jest to, że wiało w stronę jadących, więc czasem kończyłam przy bramkach ze sztywną twarzą i spowalniało mnie na podjazdach, co chyba nawet trochę widać. Poniżej film nakręcony z wyciągu, szybko się urywa, bo odmarzała mi ręka. Widać na nim śnieg płynący jak fale na wodzie. Generalnie nie było mi zimno, marzyłam jednak o kominiarce.

Jeżeli chodzi o ceny w strefie bezcłowej, to najbardziej opłaca się kupować alkohol. Moje ukochane Campari w butelce litrowej kosztowało około 32zł (plus dzbanek do robienia drinków gratis), podczas gdy butelka 500ml kosztuje w Polsce około 40zł. Naprawdę, tutaj można sporo zaoszczędzić. Jeżeli chodzi o markowe ciuchy, perfumy i elektronikę, to sprawa przedstawia się podobnie jak w strefach na lotniskach. Po sprawdzeniu cen w Internecie wychodzi na jedno. Oczywiście zdarzają się bardzo atrakcyjne promocje na towary z najwyższej półki, ale to jest wciąż rabat na buty, po którym nie kosztują one już 6000zł tylko 5000, więc i tak mnie nie stać. Jeżeli chodzi o codzienne produkty, to w piekarniach chleb jest drogi, 4 euro za bchenek? 16zł? Masakra… Za to można kupić taniej dobrą czekoladę i najeść się w przyzwoitej cenie w jednej z knajpek. Mile zaskoczyły mnie ceny na stokach, tak jak ciasta czy kanapki były raczej drogie, tak dobra kawa za 1,50 euro to niezła cena w porównaniu do poprzednich kurortów, w których byłam.

I jeszcze zupełnie na koniec. Podczas jednego ze spacerów trafiłam na cmentarz. Tam pierwszy raz widziałam kolumbarium. Niesamowite miejsce, pełne wspomnień i zdjęć zmarłych, ich prywatnych rzeczy porozkładanych wokół kawałeczka ściany zmarłego. Niestety, wśród nieżyjących było bardzo wielu młodych ludzi, którzy zginęli w górach.

A! I jeszcze jedna ciekawostka. W Livigno w sklepach sportowych sprzedawano rowery z najgrubszymi oponami jakie widziałam. Oczywiście latem w miejscu stoków są specjalne trasy dla miłośników rowerów górskich (na drugim planie pancia w futrze).

A tu wracam do domu. Bez torebki Fendi.