Jak zacząć i skończyć znajomość w 24 godziny.

Zmęczona niepowodzeniami w wirtualnym randkowaniu zdecydowałam się wirtualnie nie randkować. Nie jest to mój pierwszy raz, ta sinusoida trwa w najlepsze od dawna. Poprzednie relacje, które opisywałam tutaj spokojnie umarły. Gość, który potrafił budować zdania podrzędnie złożone, w które wtrącał łacińskie sentencje, stracił mną zainteresowanie i rozpłynął się w powietrzu, nie odpisując na moją odpowiedź (i chwała Bogu, chyba go po prostu nie polubiłam). Z tym, który zachłysnął się przebóstwieniem mojej skromnej osoby zakończyłam znajomość eleganckim listem. Przyjął to na klatę i zrobił tym na mnie wrażenie. Zapytał czy może od czasu do czasu napisać i na pożegnanie wysłał mi link do bardzo fajnej, starej piosenki o rozstaniu. Dodał, że czuł co się kroi, bo dość długo nie odpowiadałam (nienawidzę dawać kosza i zwlekam z tym). Zarobił tym u mnie na tyle dużo punktów, żebym zaczęła przez chwilę żałować, że nie pogadałam z nim dłużej.

Potem znów zrobiłam sobie przerwę. Nie ma co walczyć z wiatrakami. Jeżeli nikt nie przykuwa mojej uwagi, to nie ma sensu wychodzić przed szereg. Wtedy przychodzi moment, kiedy zamiast działać, obserwuję lub po prostu znikam. Przychodzą do mnie kolejni mężczyźni i patrzą na mnie, a potem odchodzą. Czasem ktoś się odezwie, ale jeśli nie budzi mojego zainteresowania, to nie odpowiadam.

Mojego zainteresowania nie budzą osoby, które już na pierwszy rzut oka mają inne oczekiwania niż ja. Nie bardzo widzę się u boku pana pod krawatem, który zajmuje się księgowością. Oczywiście nie skreślam takich osób, ale jeśli jedynym zdjęciem, które chłop ma w profilu jest zdjęcie z dyplomu czy innego paszportu i nie napisał on nic o swoim hobby, to nie czuję się zachęcona. Poza tym omijam szerokim łukiem panów, którzy mają jako zdjęcia główne selfiaki z łazienek z górą prania lub Palmolive’ami, Niveami i Listerine’ami w tle. Nie czuję się też kompanem do rozmowy z osobami, które publikują jako profilowe swoją gołą klatę albo opierają się o Mercedesa/BMW (szczytem powinna być klata i BMW na jednym zdjęciu, ale takiego ekshibicjonizmu jeszcze na szczęście nie widziałam). Nie ma znaczenia jak wyglądają i czy mają co pokazać, ja już czuję, że nie czuję. Koniec.

Niestety, jak tak długo siedzę w bierności, to zaczyna mi przychodzić do głowy, że przecież nikogo w życiu nie poznam, jeśli nie przełamię pewnych stereotypów i nie spróbuję przyjąć drugiego człowieka takim, jakim jest, niezależnie od tego czy zrobił sobie łazienkową fotę z lampą odbitą w brudnym lustrze czy nie. Wtedy jak ktoś zechce się do mnie dobić i trafi na właśnie ten moment, to podejmuję próbę nawiązania kontaktu.

No i jest. 29 lat, bardzo wysoki, blondyn, przystojny. Na jednym zdjęciu zrobionym w hali przylotów wygląda jakby brakowało mu szarych komórek, ale to tylko zdjęcie. Sama na większości tak wychodzę, więc nie zwracam uwagi. Patrzę w co jest ubrany, czy się uśmiecha, czy pozuje swobodnie czy stoi jakby kij połknął. Na profilowym pozuje przy samochodzie, ale to nie jest Mercedes tylko jakieś niebieskie auto z minionej epoki. Ma rozwiane włosy, fajną koszulę w kratę, sympatyczny wyraz twarzy. Profil w porządku, niewiele mówi o sobie, ale niczym mnie do siebie nie zraża i mówi do mnie „hej”. Nie lubię takich bezpłciowych zagajeń, ale to jest człowiek, a nie sukienka szyta na miarę, nie? Nie będę go skreślać. Też odpowiem „hej” – myślę sobie. Zobaczymy jak zacznie rozmowę . No i zaczął. Jest późno, szykuję się do spania i kręcąc się po mieszkaniu prowadzę z nim grę zdanie po zdaniu. On zaczyna mówiąc do mnie na pani. Czyżby lubił pobawić się konwencją? Fajnie! Pyta co u mnie, mówię, że ciemno (mam na myśli, że za oknem), on każe mi włączyć lampkę (znaczy przyjął, że w domu ciemno), nie wyprowadzam go z błędu, odpisuję, że już włączyłam i od razu jest lepiej. Chwilę gawędzimy o tym co widać przy włączonej lampce. Odpowiedzi przychodzą po kilku, kilkunastu minutach. Moje do niego też, bo między jedną a drugą ogarniam łóżko, myję zęby itd. W końcu włażę pod kołdrę i czekając aż tablet znów zawibruje, zasypiam jakby nigdy nic. Odpowiedź czytam dopiero następnego dnia rano i odpisuję w porze obiadowej, kiedy jestem już na tyle wolna, że będę mogła odpowiadać. Przepraszam za swoje wczorajsze wyjście po angielsku i zgodnie z prawdą przyznaję, że po prostu zasnęłam. Trudno się temu dziwić, konwersacja po północy musiała się tak skończyć.
Chcę trochę wyjść z gry w zdania i produkuję dłuższą wypowiedź. Opowiadam, że tak to chyba jest, że człowiek czuje się czasem wieczorem jeszcze rześki i myśli, że w łóżku jeszcze poczyta, przejrzy internet czy pokonwersuje, ale w styczności z kołdrą i ciszą przegrywa szybciej niż sądził. Te słowa chyba inspirują go do niewinnego flirtu, bo zaczyna mówić o tym, co innego może tak zrelaksować, że człowiek odpływa. I przychodzi mu do głowy domowe SPA. Trudno się z tym nie zgodzić, więc zgadzam się. Czuję jednak, że wchodzimy na grząski grunt. Jestem uczulona na pretensjonalną romantyczność i sztuczne próby budowania erotycznego napięcia, zwłaszcza ze strony kogoś obcego, z kimś wymieniłam dziesięć wiadomości przez internet. Muszę to szybko rozładować i wybieram sposób, który sprawdza się najlepiej – żart. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że od czasu do czasu fajnie poleżeć w wannie. Jest okazja żeby dopalić stare świece z Caritasu. Zastanawiam się czy dodać, że czasem robię wtedy moje ukochane Campari… Wiem, że wtedy świece z Caritasu przyblakną, a on może poczuć się zachęcony do dalszej gry. Popełniam ten błąd i wspominam o Campari. On na to, że to luksusowo (mam nadzieję, że mówi to z przymrużeniem oka) i niestety pyta jakie są moje dalsze zabiegi. Mam ochotę odpowiedzieć, że depiluję pachy, wycinam skórki i obcinam paznokcie u stóp. Odpowiadam jednak, że nie robię nic specjalnego, że tak rozpoczęty wieczór lubię skończyć piżamą i książką. „Naprawdę tyle czasu gadamy o zabiegach kosmetycznych? Przecież to nudne” – dodaję. Błagam, zapytaj teraz o książkę. Zapytaj co właśnie czytam…. Nie pyta. Mówi, że fajnie się trochę dowiedzieć o kobiecych zabiegach i to wcale nie jest nudne, zwłaszcza dla niego, bo on jako facet niewiele o takich rzeczach wie. Odpowiadam, że jest tego sporo, ale ja mam pod tym względem chyba niewiele potrzeb. Ta odpowiedź zostaje chyba odebrana jako wystarczająca, bo kolejnym pytaniem jest pytanie o to, jak zamierzam spędzić wieczór. Na wieczór był konkretny plan – malowanie paznokci i druga część Sin City. Mam teraz taki sam problem jak z Campari. Jeśli powiem mu o malowaniu paznokci, to poczuje się zachęcony żeby ciągnąć rozmowę w stronę tego, co jeszcze robię z ciałem. Z drugiej strony, mam obawy, że facet jest pustakiem i jeśli powiedziałabym, że będę dziś czyścić buty, to zapytałby czy wśród nich są czerwone szpilki. Idę po bandzie, mówię o paznokciach i filmie, po czym oddalam się dwie godziny. Kiedy wracam sprzed telewizora, odczytuję wiadomość. Pyta o kolor lakieru i dodaje, że grał kiedyś w Sin City 3000. Odpowiadam ironicznie, że na moich paznokciach skrzy się bamberski różowy, taki, na którego widok każda sześciolatka piałaby z zachwytu. Taka jest prawda, ten lakier to moja jedyna kolorystyczna fanaberia. Nie jest elegancki, ale autentycznie dodaje koloru szarym, zimowym dniom. Odpisuję, że o grze nawet nie słyszałam, ale bardzo podobała mi się pierwsza część Sin City. O tym, w jak udany sposób przeniesiono komiksową poetykę na ekran. Zapytaj mnie jak mi się podobała druga część, no dalej. „Musisz miec teraz piekne paznokcie, na pewno jest na co popatrzec”. Matko przenajświętrza!. Niezrażona próbuję ciągnąć temat filmu. Piszę, że bardzo lubię Evę Green, że liczyłam na Złoty Glob dla niej za Penny Dreadful i w Sin City też chciałam ją zobaczyć… „Rozumiem, ze stopy na ten sam kolor do kompletu?”. Hmm… Jest tu gdzieś chyba taki przycisk blokuj…. „Nie maluję paznokci u stóp” po co mu dalej odpowiadam?. „No ale jak latem zakładasz odkryte sandały, to może jest bardziej opłacalne? :)” Nie wierzę. „Wiesz, to nie pasuje chyba do mojej osobowości.” – ciągnę. „Niewiele się maluję, nie farbuję włosów, może czasem strzelę jakiś bezbarwny, ale raczej nawet się nad tym nie zastanawiam…”. „Jezeli pomalujesz te paznokcie na jasny kolor badz jakiś pastelowy to chyba nic sie nie stanie? Zapewne latem lubisz zalozyc jakis obcasy pewnie jezeli chodzi o taka pore roku to zapewne lubisz np sandaly na koturnie? :)”

W tym momencie wiem, że kończymy. Trzeba tylko zrobić to w jakiś elegancki sposób, blokada jest chamska. Myślę jak tu delikatnie powiedzieć – ‘to była nasza ostatnia rozmowa’, kiedy przychodzi cios ostateczny dla tej beznadziejnej znajomości. „Moze wyslij mi na maila i pochwal się tym pieknym kolorem prosze :)”.

W tym momencie piszę już zwięzłą odpowiedź. Zaczynam jak zawsze, że wygląda na to, że każde z nas szuka kogoś innego. Może dałam mu kilka błędnych sygnałów i sama pociągnęłam gadkę nie w tę stronę, w którą chciałam, ale czuję, że jest niewiele miejsc, w których nasze oczekiwania się spotykają, więc tracimy czas. Zaraz zaznaczam, żeby nie myślał, że odebrałam go jako płytkiego faceta (choć tak się właśnie stało), bo osobiście nie widzę nic złego z gadaniu o paznokciach i kosmetykach (bo taka jest prawda, cóż w tym zdrożnego?), po prostu mnie nie odpowiada taki styl bycia i prośby o zdjęcia.

Zanim skończyłam wywód zdążyłam już dostać: „podam Ci swoj e mail ok?”, „Nie, nie podawaj! :D” Zdążyłam go wyhamować, a wtedy on… Zaczął się tłumaczyć. Po co? Nie lepiej obrócić to w żart i jak najszybciej zacząć inny temat? Gdyby po prostu zapytał mnie co czytam, to pewnie odpowiedziałabym i jednak pociągnęła jeszcze tę rozmowę. Niestety, on wolał grad zapewnień, że chciał tylko żebym pokazała mu ten różowy kolor i to miał być tylko ‘dodatek’, a on naprawdę chciał już skończyć ten temat. Jaja sobie robił? Przecież to oczywiste, że gdybym wysłała mu zdjęcie, to zacząłby komplementować moje dłonie i liczyłby na to, że wyślę mu jeszcze jakieś inne swoje członki.

Dodałam delikatnie, że po prostu nie zaiskrzyło i jeśli pociągniemy to dalej, to rozczarowanie będzie po prostu większe. Nie mogłam mu powiedzieć, że potrzebuję podniety intelektualnej, a on mi jej nie daje, bo to byłoby okrutne. Napisałam tylko żeby zauroczył kogoś innego, bo ze mną marnuje czas. Dostałam na to: „jezeli masz dar oceny drugiej osoby ze to.nie to.po paru zdaniach to gratuluje ahhhh”.

Na co dzień nie mam. Miałam w tym wypadku.

Advertisements