Zaskroniec dla odważnych

Sobota jak wiele innych, tylko gorąco wyjątkowo. Wychodzę z domu, włączam zraszarkę, która ma podlewać rododendrony i wracam do kuchni sprawdzić, czy dziadkowa kawiarka bulgocze. Po chwili siedzę już z kawą na dworze. Na tarasie dokładnie. Zwykły poranek. Drzewa szumią, słońce świeci…
Nagle coś przykuwa mój wzrok. Coś się rusza koło jedynego stopnia prowadzącego na taras po mojej prawej stronie. Wąż. Zaskroniec. Momentalnie dębieję. Odkąd odszedł mój świętej pamięci pies, zwierzyna leśna chodzi po moim ogrodzie jakby nigdy nic – nornice, wiewiórki, żaby, dzięcioły, owady wszelkiej maści i wielkości. Do jednych przyzwyczaić jest się łatwiej, do innych trudniej, ale jak pokazuje przykład mojej osoby, nie jest to niemożliwe. Zaskrońce póki co nadal stanowią wyjątek.
Pierwotny instynkt nie pozwala mi nawet spróbować żyć z nimi w jako takiej symbiozie i po sobotnich wydarzeniach na pewno prędko się to nie zmieni.

No więc siedzę tam gdzie siedziałam. Po mojej prawej, oddalony ode mnie jakieś półtora metra zwija się czarny zaskroniec pokryty delikatnymi łuskami o satynowym połysku. Jest młody, zgrabny i wąski, ma 80 cm, może metr długości. Zaskroniec i ja nie jesteśmy jednak sami. Jest jeszcze ona – żaba. Jest szara, niewielka, mniej więcej jak zaciśnięta pięść trzyletniej dziewczynki. Siedzi do nas tyłem nieświadoma niebezpieczeństwa. Nie mija nawet dziesięć sekund od pojawienia się zaskrońca w zasięgu mojego wzroku, gdy zaczyna się śmiertelny spektakl.
Jeden skok wystarczył by żaba nie miała żadnych szans. Pochwycona za prawe udo zaczęła piszczeć przeraźliwie, choć wyraz jej pyszczka nie zmienił się i nie zdradzał oznak przerażenia. Pierwszy raz usłyszałam piszczącą żabę. Wydawała z siebie dźwięk podobny do pisku myszy. Były to urywane sygnały, jak wtedy, kiedy do kogoś dzwonimy i linia jest zajęta. Kiedy żaba została pochwycona podskoczyłam na krześle, podkuliłam nogi i stłumiłam własny jęk obiema rękami. Tak to jest w naturze – pomyślałam. Zaskrońce zjadają żaby. Starałam się uspokoić myślą, że nie dzieje się nic złego, że każde zwierzę czymś się żywi, to nie jest nic nienormalnego. A jednak kiedy obserwowałam te wydarzenia moje mięśnie wciąż były odrętwiałe i swędzące od napięcia wywołanego mieszanką strachu i obrzydzenia. Mogłam wstać i odejść, wejść do domu, ale coś nie tylko trzymało mnie wciąż na krześle, ale i kazało mi przyglądać się rozwojowi akcji.

Zraniona żaba spróbowała wydostać nogę ze szczęk węża, ale ponieważ (jeśli akurat nie skacze) jest stworzeniem dość powolnym, nie dała rady zrobić zbyt wiele w tej beznadziejnej sytuacji. Próby odpychania się od ziemi przednimi kończynami spełzły na niczym, obleśny gad, którego była ofiarą bez problemu przysunął ją w miejsce, z którego planowała czmychnąć i rozwierając elastyczną paszczę zaczął pochłaniać zdobycz posuwając maleńką główkę z każdym kęsem bliżej odwłoku. Ma jakiś jad? Sparaliżuje ją? Otumani? – zadawałam sobie pytania z nadzieją na twierdzącą odpowiedź. Kiedyś w jakimś filmie przyrodniczym usłyszałam, że natura wcale nie jest okrutna lecz obojętna. Nie zabija bezmyślnie, ale nie kieruje się też miłosierdziem. Jest w tym chyba jakiś rodzaj sprawiedliwości, proste zasady, bez kruczków i gwiazdek. Jest w tym coś szlachetnego, podobnie jak w tym, że polujący na antylopę lew od razu dobiera się do jej gardła. Skręcenie karku to szyba śmierć, dlatego teraz bardzo wierzyłam, że czcigodna natura wyposażyła zaskrońca w mechanizm, który szybko pozbawi życia ginącą w ohydny sposób żabę. Jak się okazało, rzeczywistość bezlitośnie sprowadziła mnie na ziemię. Na moich oczach żaba wchłaniana przez zaskrońca uporczywie trzymała się życia, a przewracające się w moim żołądku, bliskie wydostania się górą na zewnątrz soki, ostrzegały mnie przed kipiącą wyobraźnią, która raczyła moją głowę realistyczną wizją bycia połkniętym żywcem.

Ku mojemu zdziwieniu, zaskroniec kończący swoje śniadanie wcale nie zrobił się grubszy niż w chwili, kiedy je zaczynał. No, może odrobinę się poszerzył. Kiedy dostrzegłam, że wystające z jego otworu gębowego łapy nadal się ruszają zakręciło mi się w głowie. Jeszcze przed chwilą z całych sił życzyłam biednej żabie żeby skończyła, ale zdaje się, że nic to nie dało. Co teraz? Będziesz tu leżał i trawił? – zapytałam węża, który po krótkiej chwili namysłu (?) zdecydował się odpełznąć.

Żaba jest nisko w łańcuchu pokarmowym, na pewno nie żegna się ze światem umierając. Co więc dzieje się w jej głowie? Jak bardzo boli ją taka śmierć? Jak bardzo taka śmierć boli każde bardziej rozwinięte stworzenie ginące w ten sam sposób w brzuchu anakondy? Co to ma być, do cholery?! Na jakim ja świecie żyję?

Ktoś powiedział mi kiedyś, że to jest właśnie świat, który mówi jaki jest Bóg. Kiedy stoimy na szczycie góry widzimy widok, który zapiera dech. To jest właśnie Bóg. Zapiera dech, jest pięknie, kolory drzew, nieba, słońca, dźwięk strumienia, śpiew ptaków – to wszystko harmonizuje ze sobą i obrazuje Boży zamysł. Człowiek jest w jego centrum i wszystko co go otacza jest dla niego odpowiednie. Drzewa na tyle wysokie, by pod nimi usiąść i schronić się przed deszczem, trawa na tyle niska, by bez problemu po niej chodzić. W tym świecie, który jest skażony grzechem czai się także zło. W porównaniu z dobrem jest nieporównanie mniejsze, zawstydzone i schowane. Nie widać go ze szczytu góry. Węże, skorpiony, kleszcze, pająki… Są małe, ale i bardzo niebezpieczne. To dlatego trzeba się ich strzec chodząc po lesie, który ze swojej natury jest dobry i piękny. Całe życie trzeba dostrzegać piękno, ale i patrzeć pod nogi. Pomyślałam o tym tej opowieści ostatniej soboty, choć ona nie wyjaśnia wcale cierpienia zwierząt i ma z nim raczej niewiele wspólnego. Przyszła mi po prostu do głowy kiedy patrzyłam na odjeżdżającego w kierunku działki sąsiadów węża.

A potem znów usłyszałam szelest pracującej zraszarki.

Advertisements

Mała księga przysłów

Aforyzmy trzymają się nieźle, bo nasze życie dziwnym trafem jakoś tak się układa, że w wielu przypadkach są one aktualne. Kiedy dorastałam i miewałam okazję się o tym przekonywać na własnej skórze coraz częściej, to wyszukiwałam jakichś nieścisłości w przysłowiach, albo takich przysłów, które wykluczałyby się nawzajem. Wiem, że coś sensownego udało mi się wymyślić, ale do dziś w mojej pamięci przetrwał tylko jeden przykład – nic dwa razy się nie zdarza i historia lubi się powtarzać. Jedno wyklucza drugie, ale gdyby się tak dobrze zastanowić, to przecież ta historia, która lubi się powtarzać, w swojej powtórce nie będzie odwzorowaniem jeden do jednego określonych wydarzeń, jak w deja vu, więc właściwie drugi raz się nie zdarza, choć się powtarza. Wszak – nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

W kręgu moich zainteresowań przez długi czas funkcjonowało również stara miłość nie rdzewieje, kolejne przysłowie, któremu poświęciłam sporo uwagi. Kiedy byłam nieuleczalnie zakochana w moim pierwszym, poważniejszym chłopaku, który mnie zostawił wiązałam z nim wielkie nadzieje. Faktycznie, po niemal dwóch latach od naszego rozstania on chciał wrócić, ale okazało się, że to był już nie ten sam człowiek, a uczucie, które do mnie żywił zdecydowanie nie było niezardzewiałą miłością… Potem rozpatrywałam to porzekadło w kontekście własnych uczuć. Zastanawiałam się, czy czuję po latach cokolwiek do mojego, jak na razie jedynego, poważnego chłopaka… Pamiętam, jak raz Wrocławianin mnie przekonywał, żebym nie wyrzucała żadnych rzeczy związanych z moim byłym, bo kiedy emocje opadną, to będę je traktować jak część wspomnień z młodości i jeśli się ich pochopnie pozbędę, to coś stracę. Pomyślałam, że to rozsądne, ale podczas ostatniego remontu, kiedy odnalazłam mnóstwo zapomnianych rzeczy, takich jak nasze listy albo rysunki, to… jakoś je wyrzuciłam. Emocje dawno opadły, nie pozbywałam się tych rzeczy w jakimś rozgoryczeniu czy żalu, a kiedy czytałam fragmenty tego, co do siebie pisaliśmy moje serce nie zabiło mocniej. To było coś jak wyrzucenie starych zeszytów szkolnych. Był jakiś rodzaj sentymentu, ale, nie wiem czemu, zwyciężył pragmatyzm.
Czy teraz gdyby on nagle się odezwał, to dałby radę rozpalić dawny płomień? Bo mnie się wydaje, że już nie. Rozdział został zamknięty, trudno mi nawet sobie wyobrazić nas znów razem. Czyli stara miłość jednak rdzewieje? Chyba wolałabym się o tym nie przekonywać.

A bez pracy nie ma kołaczy? Jak często? Nietrudno przecież wyobrazić sobie bogatego dzieciaka, który pomimo kiepskich ocen i słabych, płatnych studiów dostaje ciepłą posadkę w dużej firmie ojca. Nietrudno też wyobrazić sobie, że to, czego pragniemy najbardziej często jest niezależne od włożonych w zrealizowanie tego pragnienia wysiłków. Moja ciocia na przykład od lat pragnie dziecka i choć ona i jej mąż bardzo się starają, badają, leczą itd., to dziecko jednak nie chce się pojawić. W kwestii miłości też podejmujemy starania. Można przeczytać Fromma, szukać zawzięcie, próbować wychodzić do ludzi, redukować swoje błędy, a księcia na białym koniu czy księżniczki z bajki ani widu, ani słychu. O pracę można też się starać latami, a potem ostatecznie przekwalifikować, bo pierwotny plan nie wypalił.

A na przykład łatwo przyszło, łatwo poszło? Jak kiedyś wymarzyłam sobie rower, to postanowiłam zacząć na niego zbierać pieniądze. Jak tylko odłożyłam kilka zaskórniaków, o moich planach dowiedzieli się dziadkowie, kupili mi więc rower, który łatwo przyszedł i… jeżdżę na nim do dziś.

Mam teraz takie cele, które chciałabym osiągnąć. Podejmuję różne próby by się chociaż zbliżyć do ich realizacji i zaczynam czuć się tak, jakbym do nich biegła przez ogromny basen z wodą sięgającą mi powyżej pasa. Niby biegnę, ale poruszam się bardzo powoli. Tak wolno, że nawet cel zaczyna blednąć.

Czy jest jakieś mądre przysłowie, które określa taką sytuację? Cóż, można zawsze powiedzieć, że jeśli przegram życie, to czas leczy rany . Czy są porzekadła, ludowe mądrości, które z jakąś, nawet nikłą dozą prawdopodobieństwa zakładają, że wkładając jeszcze więcej wysiłku w spełnienie swoich marzeń rzeczywiście się do nich zbliżamy? Bo chyba wszyscy uśmiechem reagujemy na – dla chcącego nic trudnego.

P.S.
Wpisy o Izraelu będą teraz w kategorii Izrael 😉