Pożyczę Wam

Idą święta, więc muszę napisać kilka słów. Mogę nie pisać długo, długo, ale jak są święta, to bez życzeń się jednak nie obędzie. Ten rok… Boże, cóż to był za rok! W styczniu poznałam mężczyznę, który w ciągu miesiąca zawładnął moim sercem (bo sama wpychałam mu je na siłę). W kwietniu (a może to już był maj?) on wykopał mnie na księżyc, a ja poczułam się jak rozdeptany robak. Zupełnie nie wiem co się wtedy działo, zdaje się, że wcześniej tak nie cierpiałam. A może po prostu już tego nie pamiętam. Bałam się, że cierpienie to będzie jedyna rzecz, jaką wyniosę z tej ponurej znajomości, ale dziś widzę, że może nie tylko to. Od dawna wydawało mi się, że ja nie jestem zdolna już nic poczuć, myślałam, że „wyrosłam” z pasji do drugiego człowieka. Ta pustka trwała całe lata, nudziłam się praktycznie przy każdym mężczyźnie, choć cholernie pracowałam, żeby tak nie było. W końcu pomyślałam sobie, że namiętności i motyle w brzuchu zdarzają się tylko jak jest się nastolatkiem, a jak człowiek zbliża się do trzydziestki, to to po prostu znika. Zupełnie jak magia świąt. Dowiadujesz się, że Święty Mikołaj nie istnieje i od tego czasu, krok po kroku czar Bożego Narodzenia pryska. Człowiek robi się dorosły i w święta chciałby już tylko dobrze zjeść i się wyspać. Wydawało mi się, że może z miłością jest tak samo, że w pewnym wieku to już po prostu nie uderza do głowy. Chcesz mieć po prostu kogoś obok, kogoś z kim zjesz i się prześpisz… A tu jednak okazało się, że owszem, to uderza. Do głowy i po głowie, jak widać.

Wiele zmieniło się też w moim życiu zawodowym, prywatnym. Wyczekiwany od lat remont całkowicie odmienił moje otoczenie. Niemal wszystko zostało zburzone i postawione na nowo. Ukończyłam ciekawe szkolenie, poznałam nowych ludzi, trochę przybrązowiłam kolor włosów henną, polubiłam ciemne szminki… Niby drobiazg, a jednak widzę w lustrze trochę inną osobę. Co ciekawe, te największe i najlepsze zmiany przyszły w tym drugim półroczu, wtedy kiedy już nie byłam szczęśliwa, kiedy przechodziłam stan naprawdę silnego załamania. Nie jadłam kilka tygodni, a ja niczego tak nie lubię, jak jeść. Ukrywałam się, żeby siedzieć i płakać, a teraz… Teraz z czerwoną szminką na ustach stoję w świetle swoich małych sukcesów.
Strasznie się boję, że ten facet mnie zepsuł. Trochę zimna ryba się ze mnie zrobiła, przez niego pochodzę do ludzi w sposób podejrzliwy i asekuracyjny. Ale jednak, paradoksalnie, może to właśnie on był dla mnie pewnym motorem do zmian, choć nie mam z nim żadnego kontaktu i nie jemu chcę cokolwiek udowadniać. Koniec końców, jakimś cudem, sama nie wiem jak, przekułam pół roku koszmaru po odrzuceniu przez faceta, który za łamanie niewieścich serc powinien dostać dożywocie, w moje najlepsze pół roku od wielu lat.

A teraz idą święta, w idealnym dla mnie czasie, kiedy się już niczym nie zadręczam. W tym roku zapowiadają się spokojnie, tylko w gronie osób, które kocham i które mnie kochają. Udało mi się ze wszystkim zdążyć – mam prezenty, mam kreację, napierniczyłam pierników, a szykowanie świątecznych dekoracji w odnowionym mieszkaniu to była sama przyjemność. Oby się teraz nie skopało. To jest to czego i sobie i Wam życzę, bo trucizna wchodzi w życie niepostrzeżenie, cicho i miesza bardzo mocno. Dlatego niechaj się nie skopie! Ani w czasie świąt ani w przez cały nadchodzący rok. Najlepiej nigdy.

Na koniec chciałabym zaprezentować swoje pięknie zapakowane prezenty świąteczne. Lubię się namęczyć przy pakowaniu i nigdy nie wybieram prostych rozwiązań w postaci gotowych torebek. Dałabym radę chyba nawet konia na biegunach zawinąć w papier, ale tym razem porobiłam własnoręczne torebki z papieru świątecznego oraz gwiazdki. Zawieszki też są własnej roboty, mam karbowane nożyczki. Jak dostrzegą dociekliwi, wzór na większej torbie układa się bokiem. To nie jest specjalnie, to jest błąd i nie mogę patrzeć, ale nie będę robić nowej torby, jakoś przeżyję. Jeśli ktoś jeszcze nie spakował swoich prezentów, to proszę czerpać, poniżej przedstawiam filmy, z których korzystałam, żeby stworzyć te paczki.

paczki

Advertisements