Co w Tobie piszczy?

Przeprowadzałam jakiś czas temu wywiad z narkomanem. Narkomanem i degeneratem z patologicznej rodziny. W jego żyłach płynęła kiedyś chyba każda możliwa używka, od kawy po opary kleju. Opowiadał historię swojego życia. Matka i ojciec pili, zmieniali partnerów życiowych, nie byli w stanie opiekować się swoimi dziećmi. Nic dziwnego, że wszystkie zeszły na złą drogę i już się ze sobą nie kontaktują. W końcu jednak w życiu tego chłopaka pojawiło się kilka wyjątkowych osób. Takich, które zamiast mówić: „skończysz jak twoi rodzice, nic z ciebie nie będzie”, powiedzieli: „masz wielki potencjał. Chcesz się uczyć? Iść do technikum?”. Oczywiście to nie wystarczyło. Po pierwszej zmarnowanej okazji musiała zdarzyć się następna, potem znów była wpadka – kradzież telefonu, pobicie, aż wreszcie postanowienie poprawy i ktoś, kto dał kolejną szansę. W końcu udało się. Nasz bohater nie bierze, nie pije, nie kradnie, skończył dwa kierunki studiów, ma żonę i dwójkę dzieci. Piękna historia ze szczęśliwym zakończeniem.

Patrzę jednak na niego i mam wrażenie, że widzę farbowanego lisa. Mówi szybko i niedbale. Jego język zdradza, że sili się na elokwencję, używa słów, których znaczenia nie zna. Jedzie ze swoją opowieścią jak katarynka, w emocjach strzela chronologicznie ułożonymi faktami, brzmiąc trochę jak raper z blokowiska ze znanego składu, który święcił triumfy piętnaście lat temu. Cały czas gestykuluje, jego lewa noga nerwowo podskakuje pod stołem, jakby czekał na wyrwanie zęba.
Droga, którą przeszedł ten chłopak budzi wielki podziw. Prawda jest jednak taka, że ona wcale się nie skończyła, zupełnie jakby nie dało się tak do końca wyjść z bagna. Wszystko dlatego, że teraz trzeba mozolnie brnąć dalej przez każdy kolejny dzień. Budzić się rano i trzymać szlaku, ciągle od nowa trwać przy tym, co się wybrało, na mocy podjętej kiedyś decyzji. To zupełnie tak, jak z osobami grubymi, którym udało się schudnąć dwadzieścia kilo. One gdzieś tam głęboko w sobie dalej są grube i będą już do końca życia, jeśli dziś wypiją kufel zimnego piwa, które zagryzą żółtym serem, jutro dadzą się namówić na kawałek tortu weselnego, żeby nie zrobić przykrości państwu młodym, pojutrze zajedzą stres tłustym łososiem, albo dadzą sobie nagrodę za wytrwałość w postaci dużych lodów. Tak się nie da, nie ma sentymentów. Los można odmienić, można nie być grubym, wyjść z narkomanii, odnieść sukces zawodowy, a nawet, choć to prozaiczne, po prostu codziennie się uśmiechać i myśleć pozytywnie. Cena jest jednak wysoka, jeśli mamy predyspozycje do czegoś innego, chociażby do tycia, i będziemy ponosić ją codziennie do końca życia, zakładając, że uznamy, że cel jest wart zachodu. Jeśli walczymy, robimy z siebie farbowane lisy, bo tak naprawdę nie my się zmieniamy. Zmieniamy nasze życie.
Wybuchowy człowiek, który ciągle musi liczyć do dziesięciu, żeby nie krzyknąć na żonę czy matkę, w pewnym sensie neguje swoją osobowość. Zyskuje jednak co innego. Świadomość samokontroli i panowania właśnie nad własnym życiem. Warto podjąć ryzyko, bo profity są nieocenione.

Najciekawsze jest to, że każdy z nas z czymś walczy, choć wydaje nam się, że inni mają lepiej i nie mają takich problemów, jak nasze. Mają, w mniejszym lub większym stopniu. Według książki Twój psychologiczny autoportret, istnieje czternaście typów osobowości. Nie ma wśród nich lepszych ani gorszych, wszystkie, jeśli nie przerodzą się w zaburzenie, mają swoje mocne i słabe strony.

(źródło: http://www.cyfroteka.pl)

Nie ma możliwości, żeby ktokolwiek z nas był obrazem tylko jednego typu. Wszyscy jesteśmy mieszankami tych czternastu, choć może się zdarzyć, że niektórzy ludzie nie przejawiają żadnych cech pewnych typów. Najczęściej jeden z typów dominuje, bywa też, że jedna osoba przejawia dwa typy, które się równoważą, a pozostałe są widoczne w mniejszym lub większym stopniu. Można powiedzieć, że te typy są trochę jak karty w grze – jedne są mocne, inne słabe. Dostajemy je, kiedy przychodzimy na świat i musimy rozegrać nimi nasze życie. Najfajniej byłoby mieć wszystkiego po trochu, proporcjonalnie. Niestety, czytając tę książkę, jeszcze przed zrobieniem testu, już wiedziałam, którą osobowość reprezentuję, jakie cechy wysuwają się u mnie na pierwszy plan. Mój typ to oczywiście dramatyczny. Osoby, które mają pecha mieć taką osobowość, mają szczęście być kreatywne, twórcze, uwodzicielskie i czułe na nastroje innych, wrażliwe estetycznie. Mają też nieszczęście być roztargnione, niesumienne i skłonne do wpadania w związki z nieodpowiednimi ludźmi, bo kręcą je namiętności i pasje, a nie spokojne, przyziemne trwanie z umiarkowanym partnerem z dnia na dzień. Co ciekawe, wykres, który obrazował zrobiony przeze mnie test, wykazywał również bardzo silną osobowość poważną (w praktyce, od maksymalnej liczby punktów oba typy dzieliły cztery punkty, można więc uznać je za prawie tak samo silne. Prawie, bo wizualnie na wykresie dramatyczność wyszła wyżej). Ja poważna? Od kiedy? Jak szybko wyszło na jaw… Od zawsze. Osoby o typie poważnym są wyczulone na emocje innych ludzi, więc bardzo przeżywają, że np. kogoś skrzywdziły lub zachowały się nietaktownie. Mają tendencję do patrzenia na życie przez pryzmat szklanki do połowy pustej, a nie pełnej. Ciężko pracują, ale nie zawsze potrafią się docenić, są bardzo samokrytyczne i surowe dla siebie, nie zawsze w siebie wierzą. Potrafią za to przyjąć na klatę okrucieństwo świata. Bez zaklinania rzeczywistości widzą świat jako miejsce, w którym nie każdy może odnieść sukces i czasem dzieją się bardzo złe rzeczy, więc nie zawsze wszystko będzie dobrze. Dlatego osoba poważna ze spokojem przyjmie porażkę, bez wyniszczającej zazdrości pogratuluje sukcesu komuś lepszemu, nie wpadnie w wir chorej rywalizacji o złote kalesony.
Jak się okazuje, bardzo niewiele jest we mnie cech osoby awanturniczej i władczej, przy czym bycie awanturniczym nie oznacza tu wcale, że jest się tyranem bijącym żonę i dzieci. Jak wspomniałam, wszystkie czternaście typów osobowości, które opisuje książka, to zdrowe i normalne typy osobowości, które nie są od innych lepsze ani gorsze. Typ awanturniczy, to tyle co temperamentny. Osoba, która ma silną kartę tego typu będzie lubiła wyzwania i ryzyko. Podoba jej się życie pełne dynamicznych zmian, chętnie wybierze się w podróż autostopem, zmieni miejsce zamieszkania czy skoczy ze spadochronem. Typ władczy lubi szefować, jest dobry w przydzielaniu pracy, chętnie bierze sobie na głowę najtrudniejsze sprawy i realizuje złożone zadania. Wiem, że gdybym tak postarała się wyłączyć na trochę (albo i dłużej) wewnętrznego krytyka mojej osobowości poważnej i przytłumiła impulsywność wynikającą z osobowości dramatycznej, a rozwinęła więcej władczości i chęci podejmowania ryzyka, to lepiej radziłabym sobie w świecie.

Czy jednak będę farbowanym lisem, jeśli dzięki pracy i decyzji spróbuję zmienić sobie nieco układ kart? Jeśli tylko zaakceptuję siebie taką, jaką jestem i nie zagłuszę tego, co najlepsze w mojej dramatyczności i poważności, to na pewno nie. W końcu narkoman z mojego wywiadu zawsze będzie gdzieś tam w środku ćpunem, ale za to takim, który zamienił strzykawkę na sport i wolontariat, co było doskonałą decyzją, a nie głupią, pozorną walką z własnym ja. Wcale nie jest tak, że ktoś, kto jest przegrany na starcie, musi być przegrany na mecie.

Advertisements

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość.

Dysonans poznawczy. Rok temu kiedy po raz kolejny usłyszałam tę frazę postanowiłam ją wreszcie zgooglować i sprawdzić dokładnie co to znaczy. Kiedy już się dowiedziałam, namierzałam u siebie to zjawisko co chwilę i doszłam do wniosku, że nie dotyka mnie ono tylko wtedy, kiedy śpię. W skrócie, dysonans poznawczy mamy wtedy, kiedy fakty, z którymi się zderzamy nijak nie pasują do tego, z czym chcielibyśmy się zderzyć i to wywołuje u nas dyskomfort, z którym próbujemy sobie poradzić przez zaklinanie rzeczywistości. Najłatwiej zrozumieć to na przykładzie osoby palącej papierosy. Pali, lubi to, nie wyobraża sobie bez tego życia, ale dowiaduje się, że palenie wywołuje raka i choroby serca. Pojawia się dyskomfort związany z rozdźwiękiem pomiędzy tym czego dowiaduje się o paleniu, a tym, że chce palić. Ten dyskomfort jest tak nieznośny, że trzeba go jakoś zlikwidować. Można przestać palić, ale to będzie bardzo trudne. Można też zacząć tłumaczyć sobie, że może jednak uda nam się wymknąć śmiertelnej chorobie. Chyba każdy z nas, kto zna osobę nałogowo palącą słyszał od niej opowiastkę o czyimś dziadku czy wujku, który palił jak smok i umarł po dziewięćdziesiątce na jakąś chorobę w ogóle niezwiązaną z paleniem. To jest właśnie sposób na radzenie sobie z dysonansem poznawczym, który może działać długo- lub krótkofalowo.

Wspominam o tym nieprzypadkowo, bo dzięki książce Katarzyny Surmiak-Domańskiej Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość, przykurzona już w mojej pamięci teoria o dysonansie poznawczym znów nabrała kolorów. To właśnie ta książka doprowadziła mnie do wniosku, że jednym ze źródeł rozwoju rasizmu jest właśnie dysonans poznawczy. Jest to mój prywatny wniosek niepoparty treścią książki, która sama w sobie jest wyważonym, pełnym obiektywizmu i dystansu reportażem, a jej autorka absolutnie nie aspiruje do roli naukowca, starającego się dociec skąd biorą się motywy rasistów. Opisuje ona po prostu jak to się wszystko zaczęło i jak wygląda dzisiejszy Ku Klux Klan. A jak się zaczęło? A no zaczęło się od plantacji bawełny, na których można było zarobić krocie. Gorąca, południowa część Stanów Zjednoczonych stała się kolebką bawełny, a dzięki nowince technicznej, jaką była zmechanizowana odziarniarka bawełny, prace szły jeszcze szybciej.

Obrazek stąd

Początkowo na specjalne kontrakty zatrudniano na plantacjach białych niewolników z Europy. Byli to ludzie, którzy przyciśnięci biedą decydowali się sprzedać samych siebie za transport do USA. Z czasem, kiedy okazało się, że tania siła robocza jest coraz bardziej potrzebna, pojawiały się nawet osoby, które porywały bezdomnych i biedaków wprost z ulic, np. w Irlandii, i przywoziły ich do pracy w Stanach. Niestety, biały człowiek źle znosił upały i wielogodzinną pracę na polu bawełny w palącym słońcu. To właśnie wtedy pojawił się pomysł, żeby zamiast białych przywieźć na pola czarnych, którzy znacznie lepiej zniosą wysokie temperatury. I ten pomysł się sprawdził.

Afrykanie nie umieli pisać ani czytać, przywiezieni z różnych części Afryki często mówili różnymi językami, więc trudno było im porozumiewać się nawet między sobą, nie wiedzieli co to są pieniądze, skąd bierze się ubrania, byli sprzedawani jak towar i podobnie jak towar traktowani przez swoich nabywców. Biali panowie wiedzieli jednak, że mając do czynienia z czarnym, mają przed sobą jednak człowieka, a nie krowę czy konia. Wielu próbowało więc cywilizować Afrykanów, a przede wszystkim chrystianizować. Zwieńczeniem tego procesu było nadanie nowego, amerykańskiego imienia i chrzest. Początkowo prawo zapewniało nawet czarnym wolność po zakończeniu kontraktu i gwarantowało otrzymanie ziemi, na której mogliby rozwinąć własny biznes. Mogli iść gdzie chcą, żyć gdzie chcą, założyć rodzinę i urodzić wolne dzieci w Ameryce. Takim Afrykaninem jest główny bohater filmu Zniewolony. 12 Years a Slave, który zostaje porwany na Północy i sprzedany jako niewolnik na Południu, gdzie nikt nie zwraca uwagi na fakt, że ma papiery na to, że jest wolnym człowiekiem. Im dalej od plantacji bawełny, im bliżej północy Stanów, tym mniejsza była tolerancja dla niewolnictwa. Niestety, dobrze wiemy, że nie każdy biały był dobrym panem, nie każdy traktował czarnych służących jak ludzi, lecz bardziej jak inwentarz. I tu pojawiał się czasem dysonans poznawczy. Biały widział, że czarny niczym się od niego nie różni, ale gospodarka Południa niewolnictwem stała. Czarni musieli dalej na tych plantacjach pracować, najlepiej do śmierci, nie mieć wymagań, być tani w utrzymaniu, być na każde zawołanie, bo to takie wygodne i opłacalne. Co należy więc zrobić? Jakoś załagodzić ten dyskomfort psychiczny związany ze złym traktowaniem czarnych. Najpierw należało przekonać się, że Stary i Nowy Testament widzą dobro w niewolnictwie. Przecież Świątynię Jerozolimską budował nie kto inny, jak niewolnicy – zgoda na niewolnictwo jest więc Bożym planem zbawienia. Potem należało zwrócić uwagę, że przecież czarni to gorsza rasa. Nie wyglądają tak jak biali, nie wykształcili sobie w Afryce podobnych do naszych wzorców zachowań, konwenansów, ubioru – tupią przecież przy ognisku odziani w spódniczki z trawy, nie rozwijają się więc intelektualnie jak my. Takie myślenie uspokoiło sumienie i nakazało białym traktować czarnych tak, jak na to „zasługują”. Regularne poniżanie nie pozostało bez konsekwencji dla poniżanych. Najsłabsi psychicznie dali się przekonać, że faktycznie są głupi, skoro ciągle im się to wmawia. Co wtedy robili? Żeby „pomóc sobie” w tej sytuacji podświadomie faktycznie głupieli, spełniając tym samym oczekiwania swoich najemców. Skrzywieni psychicznie stawali się ulegli, bezrefleksyjni, potrafili sami o sobie wymyślać uwłaczające własnej godności dowcipy. Biały myślał sobie wtedy: „kurde, przecież ci czarni faktycznie są głupi, nie ma co mieć wobec nich wyrzutów sumienia, wszystko jest tak, jak powinno być” i dysonans poznawczy znikał.

Uprzemysłowiona Północ (Unia) widziała tę sprawę inaczej i kiedy starła się w Południem (Konfederacją) w wojnie secesyjnej, którą wygrała, to przy okazji również niewolnictwo zostało zniesione. Został za to wzajemny antagonizm i strach. Często nieprzystosowani do życia w zachodniej cywilizacji czarni i drżący przed zemstą wolnych już niewolników biali, byli niepewni swojej przyszłości. Jedni i drudzy bali się rozbojów, prześladowań i gwałtów na sobie nawzajem, do których faktycznie dochodziło. Czy właśnie wtedy powstał Ku Klux Klan? Tak. Czy właśnie po to, by chronić białych przed czarnymi i zaprowadzić porządek? Nie, to rozwinęło się z czasem. Ku Klux Klan zrodził się jako niewinna zabawa podchmielonych i niewiedzących co robić dalej ze swoim życiem, przegranych, młodych Amerykańskich żołnierzy. Samo określenie Ku Klux Klan nie znaczy zupełnie nic, brzmi jak brzmi, bo miało się je fajnie wymawiać.
Czy członkowie Klanu chcieli kogokolwiek mordować? Nie. Chcieli robić sobie żarty, udawać zjawy i bawić się w tajemniczy klub, który jest elitarny, trudno się do niego dostać i nie wiadomo do końca kto do niego należy (w czapie z ze szpicem i dziurami na oczy łatwo ukryć tożsamość). Dlaczego Klan jednak zaczął zabijać i stał się taki, jakim znamy go np. z filmu Django Unchained? Właśnie przez strach, stereotypy o czarnych, pokłosie okrucieństwa jakim jest niewolnictwo, nienawiść, która rodzi nienawiść, czyli zło, które pączkowało w Stanach przez długie lata.
A jaki jest Ku Klux Klan dzisiaj? Jeżeli chodzi od ideę i motywacje do działania, podobny do tego z początków ubiegłego stulecia. Jeśli chodzi o wizerunek, zupełnie inny.

Dziś Ku Klux Klan to organizacja sprytnie prowadzona, nowoczesna, która nie promuje rasizmu i faszyzmu wprost, co jest zakazane. Działa przewrotnie, zamiast tego proponuje… miłość. Miłość do własnego dziedzictwa kulturowego, swojej rasy, historii i korzeni. Zachęca do zakładania czystych rasowo, pięknych rodzin, w których dzieci będą doskonale wychowane i grzeczne. Promuje się naturalność, skromność, elegancki ubiór, wiarę w chrześcijańskiego Boga, wyszukany język, dobrą edukację (to znaczy jedynie słuszną, uznaną przez Klan, nie tę, która wtłaczana jest w szkołach, w których uczy się seksu). Krytyka kolorowych (wszystkich – Afrykanów, Meksykanów, Chińczyków) jest bardzo wysublimowana i opiera się na łagodnej sugestii, np. „słyszałem, że jakiś Meksykanin próbował nielegalnie dostać się do Stanów wciśnięty pod deskę rozdzielczą samochodu. Czy takie zachowanie jest normalne?”.

Jaki jest dzisiejszy Ku Klux Klan, jak wyglądają miasteczka, w których żyją członkowie Klanu, co o nich sądzą pozostali mieszkańcy, jak klanersi odnoszą się do niewolnictwa, działań Hitlera czy Baracka Obamy? O tym wszystkim wspaniale pisze autorka wspomnianej książki, którą jak już się weźmie do rąk, to naprawdę trudno odłożyć. Bogactwo faktów i szczegółów, które można znaleźć w tej książce zaspokaja tlącą się na samą myśl o Ku Klux Klanie ciekawość, a jednocześnie nie wywołają one szumu informacyjnego. Są podane w sposób niezwykle obrazowy, przystępny, często zabawny, pozwalają ułożyć sobie w głowie obraz tej organizacji. Na dodatek nie pozostawiają czytelnika obojętnym na poruszone problemy, nieraz podczas czytania kręciłam głową i szeptałam pod nosem „ja pierdolę…” gdy coś mnie zaszokowało lub argumentacja któregoś z członków Klanu zbijała mnie z pantałyku.

Mknąc od jednej strony do następnej, przekonywałam się kolejny raz, że w każdym z nas czai się zło. Nie ma znaczenia jak wygląda historia naszego życia, każdy może być mniej lub bardziej bezwzględnym oprawcą dla drugiego człowieka. Wszyscy jesteśmy „beneficjentami” chociażby wspomnianego dysonansu poznawczego – czarni, biali, żółci, mężczyźni, kobiety i dzieci. Zło miał w sobie i Anders Breivik, i członek Ku Klux Klanu podpalający kościół czarnych i Twój szkolny kolega, który dawno temu publicznie ściągnął spodnie klasowemu ciamajdzie. Każdy z nas codziennie zdaje egzamin z człowieczeństwa, np. podczas dyskusji o nadciągającej fali uchodźców czy niemoralnej sąsiadce z trzeciego piętra, do której chyba wprowadził się kolejny facet. Warto o tym pomyśleć w kontekście tego, co mówią o swojej społeczności i o sobie członkowie Ku Klux Klanu. Zdziwicie się jak wiele podobieństw znajdziecie między nimi, a naszymi poczciwymi narodowcami, być może członkami Waszych rodzin lub w ogóle Wami samymi. Kupcie książkę i oceńcie sami czy w takiej postawie „mieszka miłość”.

Książka jest świeża, wydana kilka tygodni temu, dostępna na czytniki (za około 23zł) i w wersji papierowej (za 33zł z groszami). Dowiedziałam się o niej z Trójki i po wysłuchaniu wywiadu z autorką natychmiast ją kupiłam. Polecam gorąco i zachęcam do wysłuchania wywiadu tutaj.

Obrazek stąd