Francja – pipole (i trochę Amelii).

Dziś wstępu nie będzie (ale na szczęście będzie zakończenie).

Dziewczynka robiąca sobie selfie z wieżą Eiffla.

Sacre Coeur

We Francji nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych.

W okolicach bazyliki znajduje się kamienica Amelii. Na dole naprawdę do dziś sklep warzywny, w którym pracował jej sąsiad, okropny pan Collignon i dobroduszny Lucien.


Obrazek stąd


Obrazek stąd

Po lewej od wejścia do sklepu, od strony ulicy znajduje się witryna z artykułami z gazet, dotyczącymi filmu.

Knajpka z oknem na wynos na Montmartre.

W poszukiwaniu paryskiego szyku można być światkiem sytuacji, gdy remiza z Pipkowa Dolnego spotyka się Dynastią.

Cartier krótko przed otwarciem. A mogłam kupić sobie kolię.

I na zakończenie, tak dla przypomnienia:

Pipole wrócą w jeszcze jednej odsłonie za niedługo 😉

Advertisements

Nieminimalistyczny w formie wpis o minimalizmie

Minimalizm to idea, która pociągała mnie od dłuższego czasu. Chyba pierwszym bodźcem był drobny remont pokoju, w którym postanowiłam wymienić kilkuletnie, poszarzałe tapety na nowe. Wybrałam sobie kolory, wzory i po dwóch dniach pracy panów tapeciarzy (o której jakości może lepiej nie będę się wypowiadać), mój pokój będący zarówno sypialnią, jak i miejscem pracy, odmienił się całkowicie. Nie chciałam tego zepsuć zapełniając półki przypadkowo ułożonymi rzeczami, jak to miało miejsce przed remontem, więc postanowiłam zrobić ostrą selekcję. Wyrzuciłam „pamiątki” w postaci bibelotów zbierających kurz czy butelki po czeskim piwie, która „zdobiła” półkę nad biurkiem. Postanowiłam posegregować walające się luzem kable, słuchawki, płyty instalacyjne od różnych sprzętów, których już nie mam. W końcu wpadłam na genialny pomysł, jakim było włożenie tego wszystkiego do pudełek po butach, które wcześniej okleiłam ozdobnym papierem. W ten sposób na półkach zapanowała harmonia, a ja do dziś wiem gdzie zajrzeć w poszukiwaniu kabla USB czy pamiątkowych kartek, albo starych listów, które są dla mnie ważne. Pierdoły, których nie potrzebowałam oddałam lub wyrzuciłam. Oczyszczona, wygodna w użyciu przestrzeń, którą sobie zafundowałam przyprawiała mnie o rozkosz, szybko przekonałam się, jak wygodnie jest nie przedzierać się przez sterty papierów w poszukiwaniu jakiegoś rachunku czy dowodu wpłaty.

Niestety, sprzątanie przyniosło tylko niewielkie korzyści. Nadal pomimo niewielu konkretnie sprecyzowanych obowiązków życiowych nie potrafiłam się ogarnąć. Pędząc na autobus zawsze zadaję sobie pytanie jak to możliwe, że właśnie nie idę, tylko pędzę? Dlaczego jestem spóźniona? Gdzie popełniam błąd i co jest nieułożone? Wychodzę biegać i myślę o tym co dziś zrobiłam po łebkach, co mnie jeszcze czeka do zrobienia i co zawaliłam. Dlaczego kolejny raz przepraszam swojego zleceniodawcę za zbyt późno oddane teksty? Dlaczego jak umawiamy się, że mam coś zrobić „do środy”, to tak często wysyłam pracę w środę o godzinie 23:59?

Jestem nieogarnięta, to prawda, ale może da się coś z tym zrobić? Może, wbrew pozorom, tych obowiązków jest za dużo, bo np. mam swoje hobby, którym chcę się poświęcać, ale jest ich właśnie za dużo, próbuję złapać siedem srok za ogon i dlatego nawet to, co lubię robić, robię na pół gwizdka? Może należy z czegoś zrezygnować, sprawdzić ile dokładnie czasu zajmują mi różne czynności i przestać obiecywać sobie, że jakoś to będzie, że jakoś dam radę te końce ze sobą związać?

Wtedy postanowiłam pierwszy raz w życiu zrobić coś, czego się po sobie kompletnie nie spodziewałam – iść do księgarni i kupić poradnik. Coś, czym w gruncie rzeczy gardziłam przez całe życie, co wydawało mi się marketingową ściemą dla zagubionych, znalazło się w moim domu. Kupiłam książkę Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym.

Słyszałam o tej książce same dobre opinie, przede wszystkim, że jest ona zatopiona w polskich realiach, życiowa, mądra, napisana lekko i sensownie. Chyba czegoś takiego poszukiwałam – nie bestsellera napisanego przez amerykańskiego naukowca, tylko polskiej książki dla polskiej dziewczyny, która chce, a nie może.

Pierwsze wrażenia? Fatalne… Po pierwsze, książka jest pełna banalnych haseł takich, jak: że być, to nie mieć (kto by pomyślał, no nie?), że o wartości człowieka nie decyduje to jak wiele zgromadził, że gromadzimy za dużo, bo się zachłysnęliśmy tym, że w sklepach wreszcie wszystkiego pełno, bo wreszcie można, bo komuna upadła. Że wreszcie nie trzeba szyć sobie torby ze starych dżinsów, czego trochę szkoda, bo taka torba była przecież oryginalna. No i oczywiście, że kiedyś była wspólnota stołu, że nawet przy chlebie ze smalcem gromadziła się rodzina i sąsiedzi, bo żyło się razem, wszystko się od siebie pożyczało i to było takie piękne…. Czułam się trochę jakby autorka książki traktowała mnie jak przybysza z bogatego kraju, który nie zna polskiej historii, nie ma polskich rodziców i dziadków, którzy ciemne czasy PRLu wspominali po ostatnie dni życia i nie oglądała komedii Barei.

Potem przyszła kolej na stereotypy dotyczące minimalistów i tłumaczenie, że minimalizm to nie jest szukanie uzasadnienia dla biedy, że minimalista to nie jest singiel-podróżnik, który cały swój dobytek zmieści w jednym plecaku, a jak przyjdzie mu założyć rodzinę i pojawią się dzieci, to będzie musiał z minimalizmu zrezygnować.

Miałam wrażenie, że ja to wszystko wiem i po prostu tracę czas na tę książkę. Postanowiłam jednak czytać dalej, bo w spisie treści widziałam kilka rozdziałów, które mnie zainteresowały.
Potem zrobiło się trochę ciekawiej, bo autorka zaczęła opowiadać więcej o sobie. O tym jak to się stało, że minimalizm ją przyciągnął, o tym jak wyglądały jej potrzeby kiedy była młodą studentką, o tym jak na chwilę omamiła ją popkultura i zapragnęła stylu życia gwiazd Seksu w wielkim mieście, które jest szybkie, pełne zakupów, jadania na mieście, w którym jest kolorowo, towarzysko, a w zamrażarce zawsze czeka kubełek ulubionych lodów na chandrę… Szybko okazało się jednak, jak iluzoryczna jest chwila szczęścia w modnej knajpie. W końcu autorka zaczęła się zastanawiać czy jest w życiu szczęśliwa, czy może dała sobie wszczepić schemat szczęścia zaproponowany przez seriale i reklamy. No i w końcu zaczęła sprzątać w swoim życiu i układać je na nowo, bo choć żyła dostatnio, ciągle czegoś jej brakowało.

W książce nie pada żaden przepis na idealne życie, nie ma zbyt wielu konkretnych wskazówek, nic nie jest podane w tabeli, punktach, na wykresie. Po banalnym (z mojego punktu widzenia) wstępie, minimalistyczna opowieść zaczyna wypełniać się konkretną treścią. Można ją zdefiniować słowami: „nie powiem ci jak masz żyć, nie posprzątam ci kątów i nie zorganizuję planu dnia, ale opowiem ci czym jest dla mnie minimalizm i jak zmieniłam swoje życie, a ty weźmiesz sobie z mojej opowieści to, co uznasz za wartościowe”.

Po pierwsze, moje błędne myślenie o minimalizmie wynikało z tego, że założyłam, że minimalizm to odgruzowywanie życia poprzez odgruzowywanie przestrzeni (nie tylko fizycznej, chodzi też o kontakty towarzyskie, pracę, sferę emocjonalną czy duchową). Wszystko w myśl zasady: im mniej rzeczy i bodźców, tym więcej spokoju i ładu. Okazuje się jednak, że minimalizm to coś znacznie więcej. To także podejście i szacunek do tego so się ma, czego nie wyrzuciliśmy z życia i odważne kształtowanie swojego otoczenia. O tym wcześniej nie myślałam.

Warto zacząć od tego, że twoje rzeczy mają służyć tobie, nie ty im. I to się tyczy również domu czy pracy. Jeżeli twój dom jest dla ciebie za duży, tyrasz za trzech etatach żeby go utrzymać, a są w nim pokoje, z których nie korzystasz (albo co gorsza traktujesz je jako magazyny, w których chomikujesz nieużywane rzeczy), to rozważ przeprowadzkę się do mniejszego. To było uderzenie jak cegłą w głowę. Z jednej strony od zawsze czułam, że to jest normalne, że jak coś jest dla nas za drogie do utrzymania (np. samochód, który dużo pali), to należy to sprzedać. Ale z drugiej strony żeby tak postępować nawet z domem lub mieszkaniem? Przecież to często nie tylko pieniądze, ale majątek rodzinny, zwłaszcza jeśli mieszka się w mieszkaniu po rodzicach czy dziadkach. Jak to sprzedać, skoro to dorobek życia? Z drugiej strony, czy ktoś z nas wyobraża sobie, że dla dobra materialnego jakim jest za duży, czyli niespełniający naszych oczekiwań dom (będący w rzeczywistości kompozycją z cegieł i rur), rzeczywiście poświęca życie i pracuje na dwóch czy trzech etatach by to wszystko utrzymać? Jeżeli ten dom czy mieszkanie są naszym wielkim marzeniem, to ma to oczywiście sens. Jeśli jednak bardziej cenimy sobie pracę na jednym etacie i możliwość częstego spotykania się z rodziną i znajomymi, wysypianie się w weekendy i spokojne, wolne popołudnia, to wybierzmy po prostu skromny metraż, bo inaczej się wykończymy. I to nie ma nic wspólnego z brakiem szacunku do ciężkiej pracy rodziców czy dziadków. Dom ma służyć nam, nie my jemu.
To samo dotyczy pracy – zmieńmy ją odważnie, jeśli tylko zaczyna nas przytłaczać, albo wysuwa się na pierwszy plan, ponad to, czego naprawdę pragniemy. Co z tego, że ktoś powie, że nasze bezpieczeństwo finansowe wisi na włosku, albo, że rujnujemy sobie rozwój kariery zawodowej.
Cóż, w teorii to brzmi fantastycznie, ale w praktyce? Żeby tak wszystko postawić na głowie? Autorka tej książki wszystko to zrobiła. Minimalizm nie ograniczył się dla niej do posprzątania szafy, oddania książek do domu spokojnej starości czy rezygnacji niedzielnych spacerów po galeriach handlowych. Okazało się, że jest zdolna przewartościować życie, postawić wszystko na głowie, żeby żyć w sposób o jakim marzy. Uwolniła swój czas i przestrzeń, nie gniotą jej oczekiwania społeczne, nie odkłada realizacji pragnień na emeryturę, kiedy już pospłaca morze kredytów.

Minimalizm to decyzja – podejmowana w warzywniaku, sklepie ze sprzętem AGD, ale też w salonie samochodowym czy u jubilera. Minimalizm nie oznacza nieposiadania niczego, rezygnowania z hobby, nawet drogiego, bo jeśli rezygnujemy z niepotrzebnych wydatków, to zyskujemy czas i pieniądze na to, co najbardziej kochamy. Możemy zrezygnować z kupowania co miesiąc nowych butów i ciuchów, zacząć gotować w domu, a po pół roku uzbierać na wymarzone kino domowe. Minimalizm, to świadomość tego kim się jest i dokąd się zmierza. I właśnie dlatego, warto przeczytać tę książkę.

I na koniec takie małe zestawienie.

Co sobie myślałam zanim przeczytałam tę książkę o tej książce?
– że na pewno pomoże mi pozbyć się nadmiaru rzeczy,
– że dowiem się jakimi kryteriami mam się kierować pozbywając się rzeczy, żeby czasem nie wyrzucić czegoś potrzebnego,
– że dowiem się dzięki niej jak się wygasza materialne pragnienia i dokonuje minimalistycznych wyborów,
– że wraz z przeczytaniem ostatniej strony będę już widziała świat w innych barwach i obudzę się jako nowy, lepszy człowiek.

Czego naprawdę dowiedziałam się z tej książki?
– jak wiele błędów popełniałam przez długie lata. Dotychczas myślałam, że tylko gromadzę, ale nie. Dbałam również o to, jak ułożyć moje niepotrzebne rzeczy, np. kupiłam przestronne, wielkie szafy, w których mam kwadratowe półki. Ubrania leżą złożone w dwóch rzędach, więc drugiego nie widzę i nawet nie wiem co tam mam,
– że jednak nie jest ze mną tak źle jak sądziłam. Rozważam każdy zakup, do sklepów chodzę z listami zakupów, nie rajcuje mnie chodzenie po centrach handlowych dla rozrywki, a w sklepach z ubraniami pojawiam się w poszukiwaniu konkretnych rzeczy, a nie by zakupami poprawić sobie humor. Problemem są raczej rzeczy, które już zgromadziłam, a nie nowe, które gromadzę,
– że niewiele potrzebuję. Naprawdę radość sprawiają mi rzeczy małe, jak dobry obiad czy słoneczny dzień. Mam problem z wyrzucaniem, ale nie smuci mnie myśl, że pewnie nigdy nie zamieszkam w willi z basenem, nie kupię sobie brylantowej kolii czy nie zjeżdżę całego świata,
– czeka mnie ogromna praca. Pozbycie się niepotrzebnych rzeczy to dopiero początek, bo jeśli naprawdę chcę żyć minimalistycznie, to muszę być gotowa na podejmowanie niepopularnych decyzji, które wielu się nie spodobają, jak właśnie gotowość do przeprowadzek, zmiany pracy czy zerwania toksycznej znajomości, albo rezygnacja z bezproduktywnych przyjemnostek, które nic nie wnoszą (R.I.P. pudelek.pl – przesytem jest również szum informacyjny i natłok bodźców), bo można poleniuchować bardziej konstruktywnie i zdrowo dla psychiki.

P.S.
Może ktoś chce kupić czarną gitarę akustyczną w pokrowcu? Ma chyba z 10 lat, ale jest nieużywana, bo nigdy nie nauczyłam się na niej grać – stan jak ze sklepu 🙂 Pokrowiec też, bez żadnego przetarcia.