Ugnij kolano przed Królem Słońce

Breaking Bad to póki co w moim mniemaniu serial doskonały. Na dzień dzisiejszy jedyny, podczas którego wyciszałam telefon, i do którego zasiadałam w towarzystwie ulubionych przysmaków, żeby dogodzić sobie tak, że już bardziej się nie da. Ktoś może powiedzieć, że przesadzam, ale dla mnie była to prawdziwa uczta dla zmysłów. Serial, w którym nie było takiego elementu, na który położono by lachę. Majstersztyk operatorski, świetny dobór podkładów muzycznych, wyśmienite aktorstwo, świetnie napisane postacie, a do tego po mistrzowsku budowane emocje i mocna historia. Póki co, nie odnalazłam tych wszystkich składników w tak dobrych proporcjach w żadnym innym serialu, nawet świetnej Grze o Tron, która jest w mojej hierarchii stopień niżej. Bycie na tej niższej pozycji stawiało Grę w kłopotliwej sytuacji, bo na moich schodach z ulubionymi serialami były właściwie tylko te dwa stopnie, więc będąc pod Breaking Bad była zarówno na szarym końcu i jednocześnie miała srebrny medal. Oczywiście to świetnie, bo inne seriale też oglądałam i choć często były bardzo dobre, to nie wdrapały mi się do mózgu zostawiając po sobie ślad. Do teraz, bo teraz jest jeszcze trzecie miejsce i brązowy medal, który poszybował do Francji, do Wersalu.

Przez pięć lat sieć telewizyjna Canal+ przygotowywała się do stworzenia swojej najambitniejszej i najdroższej produkcji. Serial o XVII-wiecznym królu Francji Ludwiku XIV Bourbonie, jego poddanych i zapierającym dech pałacu nosi tytuł Wersal, choć w polskiej wersji jest jeszcze podtytuł Prawo krwi (cóż, lepsze jest wrogiem dobrego) i jest to projekt międzynarodowy, co stoi ością w gardle części francuskiego społeczeństwa. Dobrze wiemy, jak bardzo Francuzi hołubią swój język i kulturę. Próbowali wymyślić i wprowadzić do codziennego języka swoich rodaków francuskie odpowiedniki anglojęzycznych terminów komputerowych. Tak jak francuski backspace czy enter na pewno znalazł kilku zwolenników, tak wszelkie dłuższe nazwy, które po angielsku dają się magicznie poskracać, po francusku były za długie i musiały jednak ustąpić miejsca swoim pierwowzorom. Wyobrażam sobie więc, że przy niejednym stole podczas rodzinnej kolacji grzmiały zapewne głosy oburzenia, kiedy okazało się, że w tym wielkim, kosztującym 30mln Euro projekcie, Króla Słońce zagra Anglik. Jego brata, księcia Filipa też zagra Anglik, a żoną Filipa będzie Szwajcarka. W ogóle Szwajcarów, Kanadyjczyków i Brytyjczyków w obsadzie nie brakuje. Francuzów za to jest jak na lekarstwo. Na szczęście francuski jest sam Wersal, ponieważ pałac jest użyczany ekipie. Oczywiście nie jest to główna lokalizacja, ponieważ jest on zamknięty dla zwiedzających tylko na jeden dzień w tygodniu. Kręcenie serialu trwałoby wieki, gdyby miał on rozgrywać się tylko w oryginalnych wnętrzach, więc są one odtwarzane we francuskich studiach filmowych i właśnie scenografia i kostiumy pochłaniają 12% budżetu.

Cały ten nakład finansowy, decyzja aby główne role grali brytyjscy aktorzy, a także koncentracja fabuły na dworskich intrygach, plotkach, romansach i subtelnej grze pozorów, mogą przywieźć widzowi na myśl seriale właśnie takie, jak Gra o Tron czy House of Cards. To wszystko jest jedną wielką machiną do zjednywania sobie współczesnego, głodnego igrzysk i chleba widza. Dopracowane do ostatniej sylaby dialogi przypominające słowną grę w ping ponga, budzące apetyt sceny erotyczne wplatane niemalże co piętnaście minut i zapierające dech kostiumy są przepisem na sukces. Do tego ciekawa muzyka i całkiem oryginalne prowadzenie kamery (np. z góry, kadrujące twarz bohatera od czoła w dół) dodają obrazowi świeżości.

Takie podejście wymaga jednak pójścia na kompromis z historią. Wielu krytyków zwraca uwagę na to, że Ludwik XIV nie był smukłym przystojniakiem z lśniącymi włosami, a Wersal za jego czasów nie błyszczał, jak klejnot, co pokazuje serial. Miłośnicy historii bez cenzury chętnie podkreślają, że w sztywnych królewskich perukach panoszyły się wszy, a po śmierdzącym moczem pałacu spacerowały szczury. Czy to jednak w jakikolwiek sposób dyskwalifikuje serial Canal+? Według mnie nie i to w najmniejszym nawet stopniu. Wersal nie jest serialem historycznym, jest serialem rozrywkowym opartym na najważniejszych wątkach z życia Króla Słońce. Pokazuje jak arcyciekawy był to człowiek i skutecznie zachęca do uzupełnienia szkolnej wiedzy o tej postaci. Decyzja żeby ta historia była opowiadana po angielsku jest pewnie jakimś chwytem marketingowym (pół świata może obejrzeć serial bez napisów), ale i mocnym sygnałem, że obowiązuje nas pewna umowność.

Choć czasem trudno się oprzeć wrażeniu, że twórcy serialu ocierają się niebezpiecznie o granicę niewiarygodności i bywa, że czuję, że bardzo chcą wyrwać mnie z kapci efektownymi, choć pustymi, jak kalorie wodotryskami, to jednak muszę przyznać się bez bicia, że na myśl o każdym kolejnym odcinku przechodził mnie dreszcz ekscytacji. Pewnie chodzi nie tylko o serial, ale i autentycznie fascynującą osobę głównego bohatera, najdłużej panującego króla europejskiego. Ludwik był jako dziecko zdolnym uczniem, a później doskonałym strategiem i smakoszem. Przejadał tak ogromne ilości jedzenia, że sekcja zwłok po jego śmierci wykazała, że jego żołądek był prawie dwa razy większy, niż u przeciętnego człowieka. Miłość do jedzenia odbiła się również na jego zębach, które szybko zaczęły się psuć i zostały wyrwane (niech żyje kanałowe), co nie zmniejszyło królewskiego apetytu. Kłopoty z przeżuwaniem były impulsem do wzbogacenia wersalskiej kuchni o pasztety. Ważnym elementem okresu panowania Ludwika była etykieta, którą król stworzył m.in. po to, żeby łatwiej manipulować poddanymi. Wystarczył zbyt płytki ukłon (lub też odpowiednio głęboki, ale w królewskich oczach jednak za płytki), żeby wypaść z łask władcy i ponieść karę za nieokazanie mu należnego szacunku. Wiele zasad królewskiej etykiety miało jednak ręce i nogi i przetrwały one do dnia dzisiejszego.

Etykieta i królewska miłość do władzy sprawiły jednak, że pałac wersalski stał się specyficznym miejscem. Państwem w państwie, w którym panowały odrębne niż na zewnątrz zasady. Kto wszedł za mury pałacu i stał się jego mieszkańcem, szybko zostawał jego więźniem. Największym spośród tych więźniów był chyba jednak sam Ludwik. Wszak czym jest król bez swojego pałacu?

A tak Wersal budowano

Advertisements

Wąż zjada swój ogon

Raz zdarzyło mi biec i zapomnieć, że biegnę. Zmęczona muzyką włączyłam radiową Trójkę. Akurat była audycja o DDA. Wciągnęłam się totalnie, zaproszony psycholog budował obraz takiej osoby, opowiadał o jej cechach, reakcjach na pochlebstwa, wyjątkowym zachowaniu w sytuacjach granicznych, chęci pomocy innym… I wtedy zobaczyłam kogoś, kogo znam bardzo dobrze. Wszystko się pokrywało. Ta jego onieśmielająca siła z jednej i przytłaczająca słabość z drugiej strony. To emocjonalne pokiereszowanie. Jezu, jakby ten psycholog o nim opowiadał. Biegłam i biegłam i tak się zasłuchałam, że gdyby audycja trwała jeszcze trzy godziny, to pewnie biegałabym dalej te trzy godziny. Nachalny blok reklamowy wyrwał mnie jednak z letargu i dopiero wtedy spojrzałam na zegarek. Biegłam półtorej godziny bez większego wysiłku. Z reguły po 45 minutach treningu z ledwością recytuję Igorową Inwokację i czuję, że znów dałam sobie w kość trochę za mocno, ale nie tym razem i to było bardzo fajne. Więc moje ciało stać na coś takiego?

Taka odruchowość czasem się zdarza. Po stoliku toczy się ołówek i automatycznie wyciągasz rękę. Łapiesz go, choć wydaje ci się, że cała akcja dzieje się za szybko, że pewnie nie wyjdzie, nie złapiesz. O, udało się. I czujesz się jak nadczłowiek.

Kiedy poznałam M. i już wszyscy włącznie z nami wiedzieli, że będziemy razem, to też miewałam to ekscytujące uczucie, które kazało mi myśleć, że moje ciało wyprzedza mój mózg. Tylko, że tym razem działo się coś nowego. Rozmawialiśmy w większej grupie ludzi. Nawet nie staliśmy obok siebie i nagle, kiedy nasz wzrok się spotykał, miałam wrażenie, że zaraz podejdę i go pocałuję. Przechodził mnie dreszcz, podobny do uczucia nagłego strachu i coś pchało mnie do niego bardzo gwałtownie. To było trochę tak, jakbym schodziła ze schodów i nie zauważyła, że czeka jeszcze jeden stopień. Spadam, uderza mnie lęk i w ostatniej chwili łapię równowagę. Spojrzenie, zapach, przypadkowe otarcie o jego ramię i mam wrażenie, że on nie będzie miał nic przeciwko. Spadam ze stopnia, jakby prosto na niego i… Przywołuję się do porządku, mówię w myślach: „Ej, co robisz?”. Łapię równowagę. Te chwile zdarzą mi się jeszcze kilka razy, dopóki nie przełamiemy ostatnich lodów i nie zaczniemy spotykać się, jak ludzie. Nagle zdaję sobie sprawę, że tylko z nim tak było. Wszystkie te późniejsze związki były już inne. Nic we mnie nie wyszło nigdy naprzeciw innego mężczyzny do stanu tak całkowitego zatracenia, że moje wewnętrze ja zapragnęło rządzić się samo, bez rozumnej kontroli. Może nawet wszyscy ci następni nie byli ze mną tak do końca? Nie wróciłabym już do M., ale zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś zdarzy mi się tak… Zdjąć łańcuchy. Blokuje mnie brak otwartości, konwenanse, stereotypy. Każdy zainteresowany mną mężczyzna automatycznie staje się w moich oczach naiwniakiem, a niezainteresowany celem i częścią jakiejś głupiej gry. W grze, jak to w grze – remis cieszy umiarkowanie, wolę żeby ktoś przegrał, nawet jeśli to mam być ja. Póki co przegrywam każdą znajomość i siedzę już chyba w tych łańcuchach cała.

Da się coś na to poradzić? W końcu miłość nikogo nie oszczędza.

Ending story.

Śpię w najlepsze. Jest rano, nie wiem która, ale chyba jeszcze przed ósmą. Dzwoni. Budzik? Nie, telefon. Mama. Siedzisz? – pyta. Tak… – odpowiadam siadając z zamkniętymi oczami i podciągając uwięzione pod kołdrą nogi pod brodę.

Dziadek umarł.

No i się zaczyna. Moja wyobraźnia materializuje szklaną klatkę, która natychmiast mnie w sobie zatrzaskuje. Reaguję jak prawdziwa dorosła – spokój, opanowanie, odrobina niedowierzania, delikatny, ledwo wyczuwalny zawrót w głowy i przytkanie w klatce piersiowej na trzy do pięciu sekund. Zaraz, zaraz… Czy my się nie umawialiśmy tak, że odejdziesz, jak sobie wszystko wybaczymy? Z drugiej strony, ileż mogłeś czekać, nie paliłam się. Miałam swoje powody. Jak dzwoniłeś, to gadałeś tylko o nich, o babci, albo o sobie. A, że oni lecą do K. Deamlinerem, z przesiadką na Heathrow, a że sto lat temu spotkałeś chama, który popchnął profesora na przystanku tramwajowym przy Parku Dreszera, innym razem, że Ci jacyś ludzie z domu rzeczy wynoszą. Czekałam aż zapytasz jak żyję. Czy mam na chleb, czy jestem zdrowa, czy miałam dobry dzień… Nigdy o tym nie myśleliście, raz na trzy lata wpadaliście z genialnym pomysłem typu – Marta już taka duża, może by jej kupić komputer? – Marta już ma komputer – odpowiadała moja mama i cieszyła się nie z komputera, tylko z tego, że znów was wyprzedziła, co nie było za trudne. Tylko raz byłeś pierwszy. Z łyżworolkami. Wcale ich nie chciałam, ale się z tym nie ujawniłam. Pamiętam, jak wybieraliśmy je w sklepie. To znaczy nie wybieraliśmy, rozmiar stopy za mnie wybrał. Miałam wtedy chyba 37, może 38 z zadatkami na znacznie więcej, więc trzeba było wybrać większe łyżworolki, żeby były na lata. To był później mój straszny kompleks, wydawało mi się, że po prostu nie ma takich butów, w których moje stopy wyglądałyby na drobne. Na wystawie coś wypatrzyłam, potem wyszukiwałam swój rozmiar na półce, a kiedy otwierałam pudełko, moim oczom jawiły się męskie buciory, które wyglądały znacznie gorzej inaczej niż ich mniejszy odpowiednik.

Choć sklep był pełen kolorowych łyżworolek dla dziewczyn, na mnie pasowała jedna para czarnych. Po zewnętrznej stronie widniał napis Roxa Europa, a pod podeszwą lśniły nigdy nieużywane kauczukowe kółka. Najlepsze możliwe, bez grama gumy, nie mówiąc o plastiku. Do tego dostałam niewygodne nakolanniki i niewygodne ochraniacze na nadgarstki. Po udanych zakupach poszliśmy razem do Parku Łazienkowskiego. Miałeś tę swoją czarną, skórzaną torbę na ramię, żeby nosić w niej moje buty. Założyłam łyżworolki siedząc na ławce i zawstydzona tym, że nie umiem jeździć, ukryłam zażenowanie pod kwaśną miną panny Mary skaczącej pierwszy raz na skakance w filmie Tajemniczy Ogród. Wyraźnie poirytowana brakiem natychmiastowych postępów i niepewnością wynikającą z niestabilności, szybko się ciebie uczepiłam i starałam się wprowadzać w życie każdą usłyszaną od ciebie poradę. Żeby się pochylić, bo inaczej przewrócę się do tyłu, żeby ugiąć kolana, żeby starać się prowadzić nogi naprzemiennie, krokiem łyżwowym i żeby się nie bać, bo mnie trzymasz.

No i tak dzięki tobie nauczyłam się jeździć. Wystarczył jeden dzień żeby załapać, żeby poczuć wiatr we włosach i oddać ci honor – łyżworolki są super.

Jadę jakbym robiła to od zawsze, mam wrażenie, że nic mnie to nie kosztuje i w duszy dziękuję ci za taki prezent. Tak zatapiam się w myślach o tym, jak to będzie, gdy pokaże go koleżankom, że nawet nie wiem kiedy wyrasta przede mną jak spod ziemi wielki czarny pies. Nie zdążyłam dobrze odczytać jego zamiarów. Szczekał, ale czy chciał mnie zaatakować? Zatrzymałam się i momentalnie znów poczułam niestabilnie, na tych wąskich kółkach. Nie mogłam się ruszyć, jakbym miała nogi zatopione w zastygłym betonie. Chyba zasłoniłam twarz rękami i zamknęłam oczy czekając, aż gdzieś na ciele poczuję pierwsze ugryzienie, a wtedy zjawiłeś się ty i twoja czarna torba z moimi butami w środku. Patrzyłam urzeczona, jak odganiasz psa i machasz na niego torbą, kręcąc się wokół własnej osi, niczym mistrz w rzucie młotem.  Widzę, jak trzymająca się na napiętym od siły odśrodkowej pasku torba, skutecznie odwraca uwagę psa ode mnie, ale nie pozwala mu podejść do ciebie. Jeszcze chwila i potwór już jest na smyczy skrępowanego sytuacją właściciela. Jeszcze tylko solidny ochrzan za puszczenie groźnego psa wolno w parku, w którym bawią się dzieci, i już jestem bezpieczna, spokojna, a ty jesteś moim superbohaterem. Nauczycielem jazdy na rolkach i rycerzem w jednej osobie.

Myję zęby w tej swojej szklanej klatce. Dźwięki z ulicy są jakby przytłumione. Cały świat został za szybami i choć widzę go i słyszę, to nie mam do niego dostępu, a on nie ma dostępu do mnie. Kiedy zaczyna się twój pogrzeb siedzę w samolocie startującym do Portugalii. Ja wyskakuję w górę, Ciebie ładują do ziemi. Nasze ciała są przez to strasznie daleko, ale zawsze będziesz pierwszą osobą, która poświęciła swoje ciało, żeby obronić moje przed niebezpieczeństwem.

Wiem, powiedziałbyś mi, że tak naprawdę to poświęciłeś tylko torbę. Wiem.