Malownicze Livigno i narty.

Kurde, jak zwykle najtrudniej zacząć wpis. Co dziwne, jak mam pisać o swoim pierwszym okresie, o tym jaki mam ból dupy i egzystencjalne problemy, to wszystko płynie jak z płatka, a jak mam po prostu opisać gdzie byłam i co widziałam, to jakoś to idzie jak po grudzie.

No nic, zaczynamy. Byłam na nartach w Livigno, ale bez obaw, nie będę opisywać w szczegółach swoich dalszych postępów, bo mój okres nauki jazdy na nartach chyba dobiega końca. Przestałam jeździć pługiem i zsuwać się po bardziej stromych stokach. Oczywiście do stylowego narciarstwa nadal mi daleko – narty ustawiam dość szeroko, bywam sztywna, jakby ktoś spuścił manekina z góry, ale zdecydowanie wymykam się już spod łatki osoby początkującej. Jest tylko jedna rzecz w kwestii nart, o której muszę wspomnieć. Nie wiem jak to się stało, ale w tym roku w ogóle nie bolały mnie mięśnie. Rok temu wracałam ze stoku jak pobita, w listopadzie musiałam przetrwać pierwsze dwa dni zakwasów, a teraz, w marcu zupełnie nic mnie nie bolało. Czy to możliwe, żeby to była zasługa biegania? A może niewielka przerwa pomiędzy wyjazdem listopadowym, a marcowym? Przyznam szczerze, że pakowałam się na ten wyjazd trochę z nosem spuszczonym na kwintę, jakoś nie chciało mi się ruszać z domu i ciągle myślałam o tym, że jeszcze trzeba będzie przetrwać te zakwasy, a do tego ta wielogodzinna jazda samochodem. Nienawidzę tego. Mój minorowy nastrój budowały również informacje pogodowe z kurortu. Duże opady śniegu i temperatura do minus czternastu czy szesnastu w nocy sprawiły, że po prostu nie chciało mi się jechać. Do tego wszystkiego mam już jako takie obycie z miejscowościami narciarskimi i wiem czego spodziewać się na miejscu – hotele, hotele i jeszcze raz hotele, kilka pizzerii i sklepy z tandetnymi pamiątkami, w których obok kubków z namalowanymi górami stoją popielniczki z cyckami czy penisami. Wszystko robione w jednej fabryce w Chinach i wysyłane na cały świat, a potem podpisane przez pracowników sklepu zwykłym, czarnym markerem, żeby było, że Maso Corto czy Livigno…

To wszystko miało wpływ nie tylko na mój humor, ale i na to, jak ostatecznie wyglądała moja walizka. Zapakowałam kilka najcieplejszych rzeczy, które w ogóle do siebie nie pasują i zdecydowałam się zabrać starą, puchową kurtkę, którą ubrudziłam kiedyś farbą olejną, kiedy otarłam się o świeżo pomalowaną futrynę. Poza tym, że farby nie da się sprać, przestała mi się podobać i od dawna w niej nie chodziłam, ale na taki wyjazd była idealna, bo jest długa i ciepła, więc gdyby trzeba było wyskoczyć do sklepu po pomidory, to będę miała w czym. To jak będę wyglądać nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia, bo nie zamierzałam specjalnie nigdzie wychodzić. Jak się później okazało, trzeba było jednak o tym pomyśleć.

Livigno to malowniczo położona miejscowość sąsiadująca bezpośrednio ze Szwajcarią. W tej chwili prowadzą do niej trzy drogi: z Bormio, z Sondrio i szwajcarskiego Zernz. Dwie pierwsze drogi dojazdowe są zamknięte zimą, ta z Sondrio jest nieprzejezdna, a otwarcie tej z Bormio jest zależne od opadów śniegu. Zimą zostaje więc tylko droga ze Szwajcarii, która istnieje właściwie od niedawna i wcale nie była planowana jako droga do Livigno, które dla nikogo nic nie znaczyło i było zimą odcięte od świata na dziewięć miesięcy. Chodziło o budowę zapory wodnej Punt dal Gall przy jeziorze Lago del Gallo. W tym celu trzeba było wybudować drogę i wykuć tunel w skale, który połączył Szwajcarię z Livigno i pozwolił ludziom swobodnie kursować do Włoch również zimą. To sprawiło, że po roku 1968, kiedy to powstał tunel, miasteczko zaczęło się gwałtownie rozwijać. Mało tego, sąsiedztwo Szwajcarii sprawiło, że cały obszar Livigno jest jedną, wielką strefą wolnocłową. Wyobraźcie więc sobie miasteczko liczące sześć tysięcy mieszkańców, zatopione wśród Alp, gdzie w stylowych domach z drewna i kamienia mieszczą sklepy sprzedające odzież i buty Prady, Fendi, Chanel, YSL, Gucci… Co drugi sklep to perfumeria, a co trzeci to monopolowy, w którym półki uginają się od trunków zamkniętych w najładniejszych butelkach, jakie tylko można zaprojektować. Do tego na każdym kroku fajna knajpa, malowniczy kościółek i świetna, darmowa komunikacja miejskimi skubisami, które podjeżdżają na przystanki co kilka minut. To wszystko w otoczeniu ponad stu kilometrów tras narciarskich znajdujących się po obu stronach doliny. A to jeszcze nie koniec, bo w miasteczku można zrelaksować się w SPA, pójść potańczyć, można pojeździć konno, skorzystać z tras dla narciarzy biegowych (w Livigno trenuje Justyna Kowalczyk), a latem nawet pływać na desce czy kajakiem po pobliskim jeziorze.

No. I ja przyjechałam chodzić po sklepie Prady w kurtce brudnej od farby olejnej, śniegowcach i dresach, bo nawet nie wzięłam przyzwoitych dżinsów. Z drugiej strony, takich jak ja było wielu, ludzie chodzili w ciuchach narciarskich i nikt się specjalnie nie przejmował, ale dama w norkach i pełnym makijażu to też był zwykły widok na ulicach miasteczka. Nie mogę powiedzieć, że czułam się bardzo źle w swoich ubraniach, ale wolałabym zapoznawać się zapachami nowych perfum ładniejszej kurtce.

Pierwszy spacer po miasteczku i komórkowe zdjęcia:


Livigno wieczorem i zdjęcia z aparatu, których nie strzelałam już tak na oślep.


Sklepik z drewnianymi pamiątkami

Wystawa sklepiku i perfumy wystawione przed drogerią.

Świąteczny look ma się dobrze


Może Maserati?


A może zegarek za pięć tysięcy euro?


Torebki Fendi

Ta z oczami ❤


Dzięki tym czerwonym ogrzewaczom spokojnie można było posiedzieć wieczorem na dworze

Na deser wrócę jeszcze do tematu nart i cen. Otóż, jeśli chodzi o narciarstwo to warunki są przednie. Świetne, szerokie stoki, zróżnicowane trasy dla każdego, szkółki dla dzieci i dorosłych, narciarskie place zabaw – rewelacja. Z pogodą wcale nie było tak źle jak zapowiadali, tylko jeden dzień był na tyle mroźny i wietrzny, że niektóre wyciągi zostały zamknięte. Livigno nazywane jest “włoskim Tybetem”, więc słońce świeci tu prawie codziennie. Można zatem korzystać z leżaków przy knajpach.

Wytrwałym rezentuję film, który sama nakręciłam. Uważnym obserwatorom nie umknie fakt, że wyprzedzam niektórych ludzi, co świadczy o mojej śmiałości i rosnących umiejętnościach.

Jedyną niedogodnością był panujący na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów wiatr. Wieje on również na powyższym filmie, choć nie bardzo to widać. Najgorsze jest to, że wiało w stronę jadących, więc czasem kończyłam przy bramkach ze sztywną twarzą i spowalniało mnie na podjazdach, co chyba nawet trochę widać. Poniżej film nakręcony z wyciągu, szybko się urywa, bo odmarzała mi ręka. Widać na nim śnieg płynący jak fale na wodzie. Generalnie nie było mi zimno, marzyłam jednak o kominiarce.

Jeżeli chodzi o ceny w strefie bezcłowej, to najbardziej opłaca się kupować alkohol. Moje ukochane Campari w butelce litrowej kosztowało około 32zł (plus dzbanek do robienia drinków gratis), podczas gdy butelka 500ml kosztuje w Polsce około 40zł. Naprawdę, tutaj można sporo zaoszczędzić. Jeżeli chodzi o markowe ciuchy, perfumy i elektronikę, to sprawa przedstawia się podobnie jak w strefach na lotniskach. Po sprawdzeniu cen w Internecie wychodzi na jedno. Oczywiście zdarzają się bardzo atrakcyjne promocje na towary z najwyższej półki, ale to jest wciąż rabat na buty, po którym nie kosztują one już 6000zł tylko 5000, więc i tak mnie nie stać. Jeżeli chodzi o codzienne produkty, to w piekarniach chleb jest drogi, 4 euro za bchenek? 16zł? Masakra… Za to można kupić taniej dobrą czekoladę i najeść się w przyzwoitej cenie w jednej z knajpek. Mile zaskoczyły mnie ceny na stokach, tak jak ciasta czy kanapki były raczej drogie, tak dobra kawa za 1,50 euro to niezła cena w porównaniu do poprzednich kurortów, w których byłam.

I jeszcze zupełnie na koniec. Podczas jednego ze spacerów trafiłam na cmentarz. Tam pierwszy raz widziałam kolumbarium. Niesamowite miejsce, pełne wspomnień i zdjęć zmarłych, ich prywatnych rzeczy porozkładanych wokół kawałeczka ściany zmarłego. Niestety, wśród nieżyjących było bardzo wielu młodych ludzi, którzy zginęli w górach.

A! I jeszcze jedna ciekawostka. W Livigno w sklepach sportowych sprzedawano rowery z najgrubszymi oponami jakie widziałam. Oczywiście latem w miejscu stoków są specjalne trasy dla miłośników rowerów górskich (na drugim planie pancia w futrze).

A tu wracam do domu. Bez torebki Fendi.

Advertisements

Narty. Bardzo. Cz. III

Mam obsuwę. Plan dnia zepsuli mi wczoraj konsultanci t-mobile, do których dzwoniłam by zgłosić problem wyskakujący przy ostatnim etapie przedłużenia umowy, przez który nie byłam w stanie zakończyć transakcji. Użerałam się z panami i paniami dwie i pół godziny. Wyskakiwały różne kwiatki, np. „ja panią skieruję do działu technicznego, proszę zapisać sobie numer” po czym ten numer, który dostawałam był tym samym, który dostałam dwie osoby temu, i który przekserował mnie do tej osoby, która teraz daje mi numer „do siebie”. W końcu nie wytrzymałam i zaniechałam walki. Jeden z konsultantów zapisał sobie mój problem i powiedział, że go zgłosi, a ja dostanę esemesa z informacją o jego rozwiązaniu „najpóźniej jutro”. Esemes nie przyszedł po dziś dzień, za to przyszedł mail. Jest w nim napisane, że dwa dni temu zaczęłam transakcję i jej nie dokończyłam. Zostałam zachęcona by to zrobić, a jeśli będę mieć jakieś kłopoty, mam je zgłosić (sic!). Pokazałam monitorowi figę, niech się wypchają teraz, mam jeszcze czas. Potem wizyta u dentysty, spotkanie z koleżanką i… się rozmyło.

Teraz smyrając się językiem po górnej szóstce z prawej strony (mam tam opatrunek, który mnie intryguje), mogę trochę napisać.

Jeszcze w temacie narciarstwa – po pytaniu„czy na nartach jest zimno” pada zaraz pytanie „czy po nartach bardzo bolą mięśnie”. Wszystko zależy od człowieka, tego czy na co dzień uprawia sport czy nie, ale jeśli jest się raczej słabowitym, jak ja, to bolą. Nie jest to jakiś straszny ból, mięśnie szybko się przyzwyczajają, ale co ciekawe, można odkryć, że ma się niektóre mięśnie, o których się nie wiedziało. Czasem narty trzeba nosić, np. z kolejki do kolejki i później do hotelu. Najwygodniej moim zdaniem, jest zarzucić je na ramię. Jak tak trochę ponosiłam ten cały sprzęt zaczęłam czuć swoje mięśnie szyi i ramion, oraz jakieś mięśnie w środku brzucha, być może odpowiedzialne za powstawanie kaloryfera. Na szczęście, dzięki Igorowi wiem, że bez dodatkowych, doustnych wspomagaczy przepoczwarzenie się w kulturystkę mi nie grozi, więc wcale się nie przejmowałam, że wrócę do Polski z zalążkiem karku dresiarza. Z resztą po zaledwie tygodniu to byłoby niemożliwe. W każdym razie, wszystko szybko się rozciąga, tylko w pierwszych dniach nie chce się człowiekowi wstać z łóżka przez te napięte mięśnie.

Z tyrolskim lodowcem wiąże się nie tylko niemal całorocznie działający ośrodek narciarski, ale również pewne znaczące odkrycie archeologiczne. Otóż, w 1991 roku, para niemieckich turystów natknęła się w górach na zamarznięte ciało człowieka. Turyści myśleli, że odkryty nieszczęśnik to też turysta, tak jak oni. Kiedy jednak specjalne służby zaczęły badać ciało okazało się, że jest ono starsze niż ktokolwiek by przypuszczał. Ötzi, bo tak nazwano mumię od doliny Ötztal, gdzie ją znaleziono, żył około 5300 lat temu.
Ötzi zginął w tragicznych okolicznościach podczas wysokogórskiej wyprawy, podczas której natknął się na czterech, wrogo nastawionych ludzi. Dwóch zabił dwiema strzałami, z trzecim stoczył walkę wręcz z użyciem noża, ale niestety pojawił się ten czwarty, którzy strzelił do naszego bohatera od tyłu. Naukowcy odkryli czerwone krwinki i fibrynę w miejscu rany, które są końcowym produktem krzepnięcia krwi. Oznacza to, że Ötzi zmarł szybko i nie męczył się. Nie wiadomo jakie zamiary mieli napastnicy, bo Człowiek Lodu nie został okradziony. Dzięki temu ostał się jego ekwipunek oraz ubrania, które naukowcy odtworzyli komputerowo. Dzięki temu wiemy jak ubierali się ludzie epoki miedzi, a także co jedli, ponieważ w ciele Ötziego zachowały się niestrawione resztki dwóch ostatnich posiłków.
Wszystko to wiemy dzięki odkrywcom Ötziego i dzięki samemu lodowcowi, który najpierw zakonserwował jego ciało, a potem odkrył je topniejąc.

Pamiętam, że jako dziecko czytałam o Człowieku Lodu w książce „Wielkie Zagadki Przeszłości”, którą moja mama zamówiła w Przeglądzie Reader’s Digest (czy Wam też zaczęli w końcu sami wysyłać książki, których nie zamawialiście i chcieli żebyście za nie zapłacili?). W życiu nie przyszłoby mi wtedy do głowy, że będę kiedyś tak blisko miejsca jego odkrycia. Miejsce to jest zaznaczone na każdej mapce z trasami narciarskimi, również na tej, którą ja wstawiłam dwie notki temu. Jest ono zaznaczone czerwoną kropką i toporkiem. W ogóle w miejscowości i na stoku znajdują się różne „Ötzi Shopy” i „Ötzi Bary”. Można kupić oczywiście również różne pamiątki z rysunkowym wyobrażeniem żywego Ötziego i upiorne magnesy na lodówkę z fotografią jego zmumifikowanego ciała, które teraz znajduje się w specjalnej komorze w muzeum w Bolzano. Panuje tam stała temperatura -60 stopni i wilgotność sięgająca 100%

A pochmurne, listopadowe miasteczko wyglądało tak

Srogo

Mały narciarz

Widok z okna razem z oknem

I bez okna

Pomnik upamiętniający budowę kolejki linowej

Kościółek i Ötzi Shop

Narty. Bardzo. Cz. II

Dziś jest JUTRO (dlaczego wielkimi literami?), bo jutro to deixis czasu, to znaczy, że wczoraj jutro to było dzisiaj, a dzisiaj wczorajsze jutro to jest teraz. A to znaczy, że jest wpis 🙂

Najpierw wrócę jeszcze na chwilę do warunków na stoku. Okazuje się, że ciężką przeprawą mogą być wyciągi krzesełkowe. Jak zapytałam tych znajomych, który dojechali na czas do Maso Corto jak się jeździ, to kolega odpowiedział, że są stare krzesełka bez systemu hamowania i: „wyciąg wypierdala z krzesełek na końcu”. Większość wyciągów jest zbudowana tak, że one kończą się… na urwisku. Można z nich np. zjechać w prawo do stoku, w lewo do knajpki i na wprost w niechronioną siatką przepaść. Jak się umie jeździć na nartach, to się nawet tego nie zauważy, bo miejsca na manewry jest dużo, ale jak się uczy, to się po prostu widzi takie rzeczy i to powoduje u nowicjusza lekki stres. Jedyne moje upadki na nartach podczas tego wyjazdu miały miejsce właśnie przy wyciągach. Tam oczywiście siedzi pan i gdyby sytuacja była ciężka, to on zatrzyma krzesełka, żeby ludzie nie wpadali jeden na drugiego, więc do żadnej wielkiej kraksy nie ma prawa dojść. Może być za to śmiesznie. Za pierwszym razem jak wjeżdżałam do góry i chciałam zejść, to miałam taką akcję, że jak już wstałam z krzesełka i pozwoliłam się przez nie popchnąć po płaskim, to okazało się, że moja prawa noga wjechała pod krzesełko i zaklinowała się pomiędzy siedziskiem, a podłożem, bo okazało się, że długość mojego buta przyczepionego do narty odpowiadała odległości siedziska od podłoża. Nie mogłam ruszyć nogą i wepchnęło mnie na krzesełko z powrotem. Przejechałam kilkadziesiąt centymetrów i grunt pod nartą zaczął opadać, a krzesełko, hmm… właściwie to raczej kanapa, zaczęła szykować się do powrotu na dół. Nie chciałam zjechać na dół więc… wykonałam rozpaczliwy skok! Zaraz po skoku znalazłam się na śniegu, zaczęłam przewracać się do tyłu i ostatecznie wykonałam ślizg na kolanach, taki jak piłkarze cieszący się ze zdobycia gola. Na szczęście skacząc kierowałam się ku hałdzie śniegu po prawej, a nie urwisku po lewej. Upadek nie był bolesny, skończył się tylko na sporej ilości śniegu pod kurtką, który ochłodził mi na chwilę plecy. Bardzo chciałabym zobaczyć jak to wyglądało z boku.

Chyba drugiego dnia spotkałam na stoku Polaków (co nie jest niczym niezwykłym, bo w Maso Corto Polaków jak kusych psów). Dziewczyna właśnie się uczyła jeździć i to był jej drugi dzień ćwiczeń. Bez instruktora, za to z chłopakiem/mężem. Żaliła się, że idzie jej średnio, dziś już sześć razy się przewróciła. Po krótkiej rozmowie o pogodzie chłopak i dziewczyna postanowili zjechać pierwsi. Najpierw ruszył on, w ogóle nie zwracając uwagi na dziewczynę. Jak ruszyła ona, to pomyślałam tylko: „przecież ona się zaraz wypier…” i zanim skończyłam tę myśl dziewczyna leżała już twarzą do śniegu. Pogubiła kijki, jedna z nart jej się wypięła. Kiedy siadała na śniegu powiedziała próbując się śmiać: „to był właśnie przykład czego nie robić na nartach”. Chłopak zatrzymał się i czekał aż jego towarzyszka się podniesie. Dla mnie ta cała historia nauki jazdy tej dziewczyny była czymś, czego nie powinno się robić.

Już w pierwszej notce narciarskiej mówiłam chyba o wartości jaką są lekcje z instruktorem.
1. Instruktor widzi twoje błędy i nie pozwoli ci ich utrwalić, a utrwalenie błędów skutkuje kontuzjami.
2. Instruktor będzie cię uczył krok po kroku, zabierze cię na stok dopasowany do poziomu, więc nie wypracujesz w sobie podświadomego lęku przed jazdą.
3. Jak podejdziesz do sprawy poważnie, nie na zasadzie kilka dni z instruktorem to strata czasu i pieniędzy, przecież wystarczą mi dwie godziny, to wyniesiesz wiedzę i umiejętności, które będą procentowały całe twoje życie.

Po południu spotkałam tę dziewczynę w barze. Nawiązała do tego upadku, więc powiedziałam jej, że za szybko weszła w zakręt. Na co ona, że ona nie może później, bo jak wchodzi w zakręt po zjechaniu kilku metrów, to nabiera strasznej prędkości. Powiedziałam jej więc co ma zrobić, bo doskonale znam ten problem z moich pierwszych lekcji: „rozpędzasz się zjeżdżając, nie skręcając, powinnaś mocno otworzyć tył nart, ustawić je do pługa, wtedy zjedziesz wolno. A po skręcie noski nart nakierować pod górę. Nie da się jechać na nartach do góry, więc zwolnisz”. Dziewczyna była zaskoczona, nikt jej tego nie powiedział. Odparła coś, że chyba się nie nauczy… Tego jej chłopa nie było, nie wiem jakie metody instruktarzu on dla niej wybrał, ale chyba była to krótka komenda: „no, to teraz jedź za mną”.
W kolejnych dniach już nie spotkałam tej pary, ale mam nadzieję, że moja porada pomogła tej dziewczynie.

Była jeszcze jedna rzecz, nad którą się zastanawiałam zanim spróbowałam nart. Nurtowało mnie pytanie czy na nartach jest zimno. Dziś już wiem, że nie jest, choć zdarzają się niekomfortowe warunki, takie jak mocny wiatr – wtedy sztywnieje twarz i człowiek marznie na wyciągach, bo tam tylko siedzi i się nie rusza. Ciekawym, nowym doświadczeniem jest też jazda we mgle, której miałam okazję zakosztować. Na szczęście jaskrawe końcówki palików ustawionych wzdłuż trasy elegancko biły po oczach i wskazywały drogę, ale wiadomo, że słaba widoczność uprzykrza jazdę. Nic fajnego.

Ostatniego dnia było jednak jeszcze gorzej. Mgła, szadź, wiatr i zamarznięty śnieg. Na dole było pochmurno, ale ciepło, więc mimo wszystko ubrałam się i ruszyłam na górę. Ten Armagedon, który ukazał się moim oczom kiedy otworzyły się drzwi gondoli sprawił, że wpadłam tylko do knajpy na rogalika (kolejka linowa jeździ co pół godziny) i zjechałam na dół. W takich warunkach zmarzłabym na pewno, a zjeżdżanie byłoby po prostu walką o życie.

Widok, a raczej jego brak, z restauracji na górze

Kolejna, chyba ostatnia część jutro 🙂
(no, chyba że jogger nawali jak przedwczoraj, ale pewnie już tak nie będzie).

Narty. Bardzo. Cz. I

Fascynującą opowieść o moim drugim sezonie narciarskim zacznę od tego, że krótko przed wyjazdem zaczęłam się zastanawiać czy ja w ogóle pamiętam jak się jeździ. Usiadłam na krześle i próbowałam ustawić przed sobą stopy tak, jak robiłam to podczas jazdy i… jakoś żaden układ mi nie pasował. Nie martwiłam się tym jednak, bo wiedziałam, że będzie jak z rowerem – tego się nie zapomina. Warto nie zapominać również o przygotowaniu ciała na zbliżający się wysiłek, zwłaszcza jeśli było się “najgorszym ciałem w klasie z w-fu”. Wstać zza biurka i wskoczyć na narty, to chyba prosta droga do kalectwa. Postanowiłam więc intensywnie biegać (bo w założeniu miałam biegać co dwa dni, a zdarzały się tygodniowe przerwy, a miesiąc przed nartami już się spięłam) i w ten sposób przygotować trochę nie tylko mięśnie, ale i cały organizm do wysiłku na świeżym powietrzu zimą.

W Maso Corto temperatura nie spadła jeszcze dużo poniżej zera. Wręcz przeciwnie, był taki dzień, kiedy termometr pokazywał nawet 12 stopni, a co za tym idzie, w miasteczku śniegu było jak na lekarstwo (po drodze na zielonych łąkach pasły się jeszcze stada owiec). Za to nad miasteczkiem, położonym w sennej dolinie Val Senales, wiły się skąpane w śniegu szczyty gór. To właśnie tam, ponad 1000 metrów wyżej znajduje się lodowiec o nazwie Hochjoch. Na lodowcu śnieg nie topnieje nigdy, a w związku z tym można pojeździć na nartach nawet latem, choć ostatnie lata globalnego ocieplenia, które skurczyły lodową skorupę o ponad 400 metrów sprawiły, że w ostatnich latach poza sezonem narciarskim był on wyłączony z użytku dla narciarzy. W tym roku ma być znów otwarty. Dowiedziałam się też, że jeszcze kilka lat temu funkcjonował wyciąg, którym narciarze mogli przedostać się na austriacką stronę Alp, ale niestety śnieg w jego okolicach całkowicie stopniał i wyciąg już nie jest czynny. A’ propos Austrii – Tyrol Południowy kiedyś do niej właśnie należał, więc właściwie lodowiec ma podwójne nazewnictwo Hochjoch/Kurzrasgletcher. Po pierwszej wojnie światowej został przyłączony do Włoch, a mieszkająca wokół niego ludność została poddana italianizacji za sprawą Mussoliniego.

Wnikliwa analiza prognozy pogody wyświetlanej na ekranie w hali przy kolei linowej

Żeby pojeździć na nartach trzeba najpierw przedostać się gondolą na wysokość 3200 metrów. Przejażdżka trwa sześć minut i może u nieco wrażliwych osobników powodować zatykanie się uszu i zawroty głowy, ale chyba niezbyt silne. Ja nie odczułam żadnych niewygód. Gondola wygląda właściwie tak jak ta w teledysku do Last Christmas, z tym że mamy 2014 rok, a nie 1984, więc drzwi otwierają się automatycznie. Jak już dojedziemy, to poza zapierającym dech widokiem, osoby początkujące, takie jak ja, ogarnie lęk. Z góry można zjechać na dół tylko jedną, niebieską, ale wyjątkowo stromą trasą. Koleżanka, która jechała samochodem, który dojechał na miejsce bez przeszkód, próbowała tędy zjechać (a był to jej trzeci sezon) i nie dała rady. W połowie stoku wypięła narty i zjechała na dół na tyłku. Na szczęście istnieje jeszcze możliwość skorzystania z wyciągu krzesełkowego i pojechania sobie na inną trasę. Właśnie tak robiłam do końca pobytu. Druga sprawa, o której warto powiedzieć, to dość strome trasy przejazdu krzesełek, które wiszą miejscami wysoko nad gołymi skałami. Dla osoby z lękiem wysokości to może być spełnienie najgorszych koszmarów. Do tego dochodzi fakt, że prawie żadna z wybranych przeze mnie tras nie była zabezpieczona siatką, a tylko oznaczona palikami i tablicami ostrzegawczymi, podczas gdy za słupkami ciągnęło się ładnych kilka metrów przepaści. Trzeba przyznać, że poza tym trasy są bardzo dobrze przygotowane, regularnie ratrakowane i szerokie, jednak dla kogoś kto jeszcze nigdy nie jeździł są to według mnie trudne warunki. Nie wiem gdzie tam jest szkółka narciarska i ośla łączka, ale przyznam, że pierwszego dnia jakoś słabo widziałam się na tych trasach. Na szczęście wcześniej przestudiowałam mapkę i znalazłam sobie płaskie miejsce dla siebie – długi orczyk (znajomy, który pali powiedział, że dałby radę dwie fajki na nim zaliczyć) z niebieską trasą widoczny na górze obrazka po prawej stronie.


Obrazek stąd

Ta trasa była idealna na rozruch. Pięknie, biało, niezbyt stromo, poza garbem na początku. Przeszkadzała mi tylko jedna rzecz – moi towarzysze. Jak uczyłam się jeździć, to spędzałam większość czasu z instruktorami, a moi znajomi sobie jeździli gdzie indziej. Teraz byli ze mną i przedzierzgnęli się niepostrzeżenie w „Wujków Dobra Rada”. No i się zaczęło: „wiesz… ty jakoś tak sztywno jeździsz, spróbuj bardziej miękko”, „ale nie jeździj* tak daleko od prawej do lewej, tylko bardziej zwrotnie”, „Myślę, że robiłabyś większe postępy gdybyś jeździła szybciej” itd… Potem było tak, że ja sobie jadę i wiem, że oni z orczyka się na mnie gapią. I jak tu się wyluzować?

Po wyjściu z kolejki

Orczyk raz

Prawda była taka, że postępy robiłam od początku, ale o tym wiedziałam tylko ja sama, bo do trzeciego dnia nic nie było po mnie widać. Po prostu pierwszego dnia musiałam poznać te nowe warunki, jak jechałam tą moją niebieską trasą, to najpierw liczyłam ile jeszcze muszę zrobić zakrętów żeby zjechać z tego pieprzonego garbu i znaleźć się na łagodnej części stoku. A po jakimś czasie już tego nie liczyłam, bo pieprzony garb przestał być wyzwaniem i wyluzowałam się psychicznie. Potem doszedł luz w sytuacjach niepewnych. Początkowo, jak uciekała mi narta, to myślałam, że natychmiast się zabiję i w mojej głowie pojawiało: „O Jezu! Motyla noga!” czy coś tam na „ka”, a po jakimś czasie było już tylko: „Oooo?” i tyle. Potem doszły nowe elementy stylu jazdy, takie jak opuszczone ręce, które były na tyle swobodne by np. poprawić w trakcie jazdy gogle czy dopiąć zamek, oraz większa ruchomość głowy, która pozwalała mi np. odwrócić się i sprawdzić kto też jedzie za mną.

To wszystko sprawiało, że każdego dnia coraz bardziej paliłam się by wyjść na narty, choć dla kogoś patrzącego z boku cały czas wyglądałam podczas jazdy jak ofiara. Zauważalny dla otoczenia progres przyszedł trzeciego dnia, kiedy wreszcie ostatecznie przekroczyłam granice komfortu i weszłam tym samym w nowe, związane ze swobodną jazdą. Wtedy zaczęłam jeździć bardziej zwrotnie i przekonałam się, że prędkość (oczywiście dostosowana do moich umiejętności i rozsądna), jest moim wielkim sprzymierzeńcem. Wszystkie podjazdy do orczyków i krzesełek są na lekkich wzniesieniach lub płaszczyznach. Nie da się tam podjechać, jeśli na stoku nie nabierze się prędkości. A co się wtedy dzieje? Człowiek się zatrzymuje i musi zrobić coś niezwykle upierdliwego – doczłapać się do bramki w nartach na nogach. Chodzenie, to jest najgorszy element narciarstwa. Tempo poruszania się jest ślimacze pomimo dużego wysiłku, a jak się człowiek rozpędzi, to z przyjemnością dopływa sobie jadąc na krechę do samej bramki, przed którą stopniowo zwalnia. I to jest naprawdę fajne.

Z knajpki

Na tych filmach widać jak to wszystko wygląda w praktyce. Są miejsca, gdzie jest rozciągnięta siatka, ale jest też dużo punktów, o których mówiłam, gdzie są same paliki. Po niektórych z tych tras jeździłam, bo nie ograniczałam się tylko do orczyka, który widać na filmie około szóstej minuty.

Na tym filmie widać na początku jak wygląda podróż kolejką na dół. Zrobiłam własny filmik komórką, ale przy tym, który znalazłam jest do dupy, więc zdecydowałam się go nie wstawiać

Tyle na dzisiaj. Następna część JUTRO.

*programy do pisania podkreślają słowo jeździj. Dzieje się tak dlatego, że ta forma jest niepoprawna. Tryb rozkazujący od bezokolicznika jeździć brzmi jeźdź, a nie jeździj, tak jak od bezokolicznika chodzić brzmi chodź, a nie chodzij. Szok, no nie? 😉

Nieplanowany nocleg w “hotelu” Wild Bean Cafe by Hilton.

Chyba kiedyś wspominałam, że podróżuję od zawsze i dalej i bliżej. Nieobce mi są polskie góry, morze, Kaszuby i Mazury jak również Włochy, Francja czy Hiszpania. Z tego względu lęk przed podróżowaniem nigdy mnie nie dotyczył. Jak się jednak okazało, to wszystko trwało do pewnego czasu. Przyszedł kiedyś taki dzień, a raczej noc, kiedy to przeżyłam swoje pierwsze reisefiber. Leżałam wtedy i myślałam czy jestem należycie przygotowana do warunków panujących w Chorwacji, do której akurat jechałam. Zastanawiałam się czy na pewno nie rozboli mnie ząb albo czy się nie dostanę czasem udaru słonecznego, nie przeziębię od lodów i zimnych napojów i czy nie będzie mi potrzebne jakieś leczenie antybiotykami. Albo czy nie złamię nogi. Albo czy czasem nie nadepnę na jeżowca. No po prostu rozpatrywałam najgorsze scenariusze wakacyjne i zastanawiałam się skąd mi się to bierze? Dziś już wiem, po prostu zaczęłam myśleć jak dorosła osoba i zamiast marzyć tylko o pływaniu w chłodnej wodzie i zwiedzaniu zabytków, pomyślałam o swoim bezpieczeństwie.

Od tej pamiętnej nocy każdą moją podróż poprzedzało lekkie napięcie, a wieczór przed wyjazdem to już zawsze było intensywne sprawdzanie z listą w ręce czy wszystko mam dopięte na ostatni guzik. Jak się okazało, tak było również do czasu. W tym roku przed wyjazdem narciarskim panował w mojej głowie totalny luz. Spakowałam się bardzo szybko i pierwszy raz nie “odstawiłam się” jak to miałam w zwyczaju. To odstawianie się, o którym mówię polega na zafundowaniu sobie pełnego pakietu zabiegów pielęgnacyjnych w łazienkowym SPA, zrobieniu jakoś ładnie włosów i paznokci (bo przecież wystąpię na zdjęciach) i przygotowaniu najładniejszej (i najwygodniejszej) bielizny na każdy dzień (bo gdyby coś mi się stało i musieliby mnie rozebrać w szpitalu, to wolę się czuć komfortowo). W tym roku ze wszystkim tym byłam na bakier. Żadnych bieliźnianych komplecików, a w łazience tylko pakiet podstawowy, oparty głównie na myciu, choć przecież wybierałam się uprawiać sport urazowy. Do tego wszystkiego nie wyczyściłam karty w aparacie, nie przygotowałam sobie nowej muzyki na podróż do mp3 i nie przeszkadzało mi, że wyjdę z domu z telefonem naładowanym do połowy. W noc wyjazdu przeczytałam w łóżku kilka stron książki i zasnęłam jak kłoda nie myśląc o jakichkolwiek problemach w podróży. I jak tylko wyluzowałam się chyba bardziej niż powinnam, tak w podróży oczywiście pojawiły się problemy.

Najpierw wszystko szło jak z płatka – start od drugiej w nocy, dużo kanapek i sałatka na drogę, wszyscy w dobrych humorach, druga ekipa innym samochodem też wyruszyła, więc nie pozostawało nam nic jak tylko spokojnie jechać i spotkać się na postoju w Świecku. Poszło git, żadnych korków, dobry czas. No to jedziemy dalej i… w połowie trasy przez Niemcy znajomy mówi, że dziwnie zapada mu się sprzęgło. Po prostu nie odskakuje jak powinno. Wtedy doszły problemy ze zmianą biegów i trudności z wystartowaniem po postoju na stacji benzynowej związane ze… zgaśnięciem wszystkich zegarów. Nie napawało mnie to optymizmem, ale nic to, udało się samochód odpalić i jakoś jedziemy. Czas ok., słońce świeci, wjeżdżamy do Austrii i mając już zaledwie 200km do Maso Corto zatrzymujemy się na tankowanie i postój. Jest po czwartej po południu, chcemy ruszyć w dalszą podróż, ale… Sprzęgło zapadło się na amen i samochód nie rusza. Znajomi w drugim aucie pojechali dalej, z resztą są załadowani po dach, nie daliby rady nam pomóc. Kolega dzwoni do ubezpieczyciela. Pani prosi go o jakieś numery, a potem pyta czy na karcie, z której je odczytuje jest zaznaczone „tak” przy ewentualności zepsutego auta za granicą czy coś w tym stylu. Oczywiście zaznaczone jest „nie”. Pani żegna się uprzejmie i życzy powodzenia. I co teraz? A no okazuje się, że znajomy, znajomego znajomego ma warsztat i on mógłby ewentualnie podesłać nam na lawecie auto zastępcze. Z Polski. No właśnie… To oznacza wiele godzin czekania, a i tak nie wiadomo czy taka ewentualność jest możliwa. Pertraktacje i oceny różnych ewentualności trwają między naszą trójką dwie godziny. Okazuje się, że wysłanie samochodu będzie możliwe, kierowca wyjedzie o ósmej wieczorem, a do tego czasu mamy czekać tam gdzie samochód odmówił posłuszeństwa czyli na stacji BP w Wild Bean Cafe.

Nie ma problemu – jest ciepło, mamy Scrabble i karty, gra muzyka, jest bardzo droga kawa i herbata (w przeliczeniu papierowy kubek herbaty 10,62 PLN), jest narożna kanapa, więc będzie można się położyć i… Czekamy.

Pierwsze godziny były fajne. Kręcili się ludzie, podjadałam wałówkę, kopałam tyłki w Scrabble, przechadzałam się po sklepie na stacji i oglądałam maskotki, płyty z filmami, gazety… Czułam się trochę jak Natalie Portman w filmie Gdzie serce twoje, której bezdomna bohaterka przez jakiś czas mieszkała i urodziła dziecko w supermarkecie. Z czasem jednak robiło się coraz gorzej. Kanał telewizyjny z hitami muzycznymi rył mi powoli zmęczoną głowę. Potem zaczęło mi się robić zimno, więc wyciągnęłam z walizki kurtkę narciarską. Ludzie przestali przychodzić, a ja zaczęłam liczyć ile to już godzin nie ściągnęłam butów. W końcu wszyscy postanowiliśmy się poukładać na tych wąskich kanapach. Wtedy przyszła pani z nocnej zmiany i zaczęła piec bułki na rano. Maszyna do podgrzewania bułek dzwoniła co dziesięć minut wdzierając się do mojego słabego snu. Cały czas spałam na czuwaniu, bo bałam się, że spadnę z kanapy. Zaczęłam naprawdę marznąć, gdzieś ze szpary w drzwiach czy oknie owiewał mnie przeciąg. Leżąc na tej kanapie czułam się tak, jakbym postanowiła się zdrzemnąć na desce do prasowania. Obracając się chyba po godzinie leżenia z boku na brzuch byłam tak obolała, że pomyślałam, że ktoś w międzyczasie złamał mi biodro i bark. Przypomniało mi się wtedy jak Martyna Wojciechowska mówiła o ekipie swojego programu podróżniczego, że jej członkowie musieli opanować umiejętność wysypiania się w dowolnych warunkach, np. na lotnisku. Ja zdecydowanie tak nie umiem, ale jakoś udało mi się zapaść w letarg trwający do szóstej rano.

Letarg:

Po szóstej czytałam już bzdury na Pudelku ładując jednocześnie tablet i miałam wielką nadzieję, że za rogiem stacji ukaże się laweta z samochodem, ale przez kolejne minuty nic się nie działo.

Siedzę tutaj, bo pod siedziskiem były kontakty, a kabel od ładowarki krótki

Dopiero jedenasta była godziną wybawienia. Jeszcze nigdy tak szybko nie przenosiłam walizek i nie paliłam się do jazdy, co jednak nie powstrzymało mnie przed ostatnim rzutem oka na stół w rogu, przy którym spędziłam ostatnie dziewiętnaście godzin.

A gdybyśmy tak zatrzymali się w szczerym polu? Następnym razem będę pamiętać o naładowaniu wszystkich urządzeń elektronicznych, powerbanku na drogę i jednak wrócę do przygotowywania się przed podróżami na wszelkie ewentualności, a tę małą przygodę potraktuję jako cenną lekcję. Nic strasznego się w końcu nie stało.

A teraz zapowiedź. Famfary:

O samych nartach będzie JUTRO, Igorze 🙂