Slow dating

Już niedługo nasze pierwsze spotkanie offline. Ciekawe czy będzie tak miłe, jak te online. Wiele razy słyszałam, że jak poznaje się kogoś w internecie, to powinno się przejść do spotkań najszybciej jak się da. Chodzi o to żeby nie ciągnąć w nieskończoność wirtualnej znajomości, w której wysyłamy w świat trochę zniekształcony obraz siebie i odbieramy też zniekształcony obraz drugiej osoby. Rodzą się wyobrażenia, oczekiwania, a potem wszystko może pęknąć jak bańka mydlana. Czytałam jakiś czas temu artykuł w Newsweeku, o tym jak bardzo można się zdziwić spotykając kogoś internetowego w realu. Za pośrednictwem sieci ktoś może wydawać się niezwykle interesujący, potem na spotkaniu okazuje się, że ta osoba rzeczywiście jest interesująca, ale… jej zapach jest dla nas nie do zniesienia. Nie mówiąc już o ludziach, którzy na portalach randkowych ściemniają. Dodają nieaktualne zdjęcia sprzed kilku, a nawet kilkunastu kilogramów, zaznaczają, że są wyżsi niż w rzeczywistości… Zawsze zastanawiałam się jak można podać o sobie nieprawdziwe dane, dodać wyretuszowane zdjęcie, a potem pojawić się na spotkaniu. Co takie osoby mówią kiedy widzą zdziwienie w oczach tego kogoś, z kim rozmawiały internetowo zarywając noce? Pewnie zakładają, że zdołają przekonać chłopaka/dziewczynę, że nie warto marnować dobrze zapowiadającej się znajomości z powodu małego kłamstewka dotyczącego tak drugorzędnej, względem charakteru, sprawy jak wygląd. Może też używają argumentu: „gdybyś wiedział jak naprawdę wyglądam, chciałbyś rozmawiać? Spotkać się? Nie miałem/miałam wyjścia”.

Osobiście, nie jestem przekonana do weryfikowania profilu drugiego człowieka najszybciej jak się da. Wstydzę się po prostu. Boję się, że jeśli wymienię z kimś trzy maile i pójdę na spotkanie, to czeka mnie drętwa kawka z obcym człowiekiem. Nie znoszę tej samokontroli, braku swobody i bycia obserwowaną w gronie ludzi, których nie znam. Pierwsze spotkanie to dla mnie najgorsza część zawierania znajomości. Nie znoszę kiedy siedzę z koleżanką przy stoliku i nagle podchodzi do nas ktoś z jej znajomych i zostaję mu przedstawiona. Modlę się żeby nie padły wtedy słowa: „dosiądziesz się?”. Jestem miła i dużo się uśmiecham, przecież to nie wina naszego gościa, że przyszedł i zechciał się przysiąść, to ja mam problem z przełamywaniem lodów. Wiem, że następne spotkanie już będzie lepsze, zakładając, że do niego dojdzie. Najgorsze są jubileusze, jakieś rocznice, gdzie nie wypada się nie pojawić, gdzie są całe rodziny obcych mi ludzi, z którymi drugiego spotkania raczej już nie będzie, więc po prostu trzeba wysiedzieć swoje. Nigdy nie chciałam więc dopuszczać do sytuacji, żeby moje spotkanie z kimś, kto może okazać moim ostatnim przystankiem na drodze szukania miłości, było drętwe i niekomfortowe. To sprawiło, że szybko odrzucałam zaloty panów, którzy po dwóch mailach już szukali miejscówki na spotkanie i mocno na nie naciskali. Szybko tłumaczyłam, że ja rozumiem, że internet to nie to samo co spotkanie, ale jednak chciałabym jeszcze pogadać, poznać się, pożartować. Jeśli interlokutor wyskakiwał z zarzutem: „no cóż, widzę, że tobie zależy bardziej na takiej wirtualnej znajomości, a mnie coś takiego nie interesuje”, to odpowiadałam, że widocznie mamy inne oczekiwania i powinniśmy szukać dalej. Grzecznie się żegnałam i faktycznie szukałam dalej.

Jak wspomniałam jakiś czas temu, pojawił się w moich internetach pewien Zainteresowany z wadą w postaci mitycznego zamknięcia w sobie. Początki były na tyle trudne, że naprawdę sama tak do końca nie wiedziałam dlaczego z nim rozmawiam. Tak jak mówiłam, była jakaś ściana między nami, jakieś taka zimna ostrożność z jego strony, która mnie odpychała. Brak emocji, zachowawcze, trochę wystudiowane odpowiedzi na pytania, a jednocześnie było w nim wszystko to, czego oczekiwałam o wirtualnej znajomości – chęć rozmowy, poznania siebie nawzajem, wspólnego spędzania czasu, wspólnych żartów i żadnego parcia na natychmiastowe spotkanie. Po prostu czasem jak opowiedziałam mu coś zabawnego, to pytałam czy ta historia go rozbawiła, bo bez tego nie byłam pewna. Nie wiem kiedy przyszedł przełom, jakoś nie odnotowałam tego. Po prostu któregoś wieczoru czytając o tym, jak Zainteresowany złamał rękę, siedział w kolejce do lekarza po papiery do odszkodowania i tam spotkał owłosioną postać, która mydło widziała ostatnio chyba przed wojną, zaczęłam śmiać się na głos. Nie wiem czy to zdarzyło mi się pierwszy raz odkąd się poznaliśmy, być może. W każdym razie dostrzegłam wtedy, że on zaczął grać w moją grę. Nie kryguje się już tak bardzo, snuje opowieści o swoim życiu, opisuje spostrzeżenia, czego wcześniej nie robił. Nagle zrobił się elokwentny? Nabrał cech, których miesiąc temu mu brakowało? Nic z tych rzeczy, on po prostu przełamuje lody jeszcze dłużej niż ja. Interesowałam go kiedy się poznaliśmy, ale nie miał do mnie zaufania, które udało nam się zbudować. Dlatego teraz jest najlepszy czas na spotkanie dla nas. Może inni mają inaczej, może potrzebują szybkiego wyłączenia komputera, ale dla nas dobrze jest właśnie tak, jak jest. Mam wrażenie, że Zainteresowany rozpoznałby mnie w tłumi nawet gdyby nie wiedział jak wyglądam. A że zdjęć nie retuszuję, to chyba chłop szoku nie przeżyje.

Advertisements

Jak zacząć i skończyć znajomość w 24 godziny.

Zmęczona niepowodzeniami w wirtualnym randkowaniu zdecydowałam się wirtualnie nie randkować. Nie jest to mój pierwszy raz, ta sinusoida trwa w najlepsze od dawna. Poprzednie relacje, które opisywałam tutaj spokojnie umarły. Gość, który potrafił budować zdania podrzędnie złożone, w które wtrącał łacińskie sentencje, stracił mną zainteresowanie i rozpłynął się w powietrzu, nie odpisując na moją odpowiedź (i chwała Bogu, chyba go po prostu nie polubiłam). Z tym, który zachłysnął się przebóstwieniem mojej skromnej osoby zakończyłam znajomość eleganckim listem. Przyjął to na klatę i zrobił tym na mnie wrażenie. Zapytał czy może od czasu do czasu napisać i na pożegnanie wysłał mi link do bardzo fajnej, starej piosenki o rozstaniu. Dodał, że czuł co się kroi, bo dość długo nie odpowiadałam (nienawidzę dawać kosza i zwlekam z tym). Zarobił tym u mnie na tyle dużo punktów, żebym zaczęła przez chwilę żałować, że nie pogadałam z nim dłużej.

Potem znów zrobiłam sobie przerwę. Nie ma co walczyć z wiatrakami. Jeżeli nikt nie przykuwa mojej uwagi, to nie ma sensu wychodzić przed szereg. Wtedy przychodzi moment, kiedy zamiast działać, obserwuję lub po prostu znikam. Przychodzą do mnie kolejni mężczyźni i patrzą na mnie, a potem odchodzą. Czasem ktoś się odezwie, ale jeśli nie budzi mojego zainteresowania, to nie odpowiadam.

Mojego zainteresowania nie budzą osoby, które już na pierwszy rzut oka mają inne oczekiwania niż ja. Nie bardzo widzę się u boku pana pod krawatem, który zajmuje się księgowością. Oczywiście nie skreślam takich osób, ale jeśli jedynym zdjęciem, które chłop ma w profilu jest zdjęcie z dyplomu czy innego paszportu i nie napisał on nic o swoim hobby, to nie czuję się zachęcona. Poza tym omijam szerokim łukiem panów, którzy mają jako zdjęcia główne selfiaki z łazienek z górą prania lub Palmolive’ami, Niveami i Listerine’ami w tle. Nie czuję się też kompanem do rozmowy z osobami, które publikują jako profilowe swoją gołą klatę albo opierają się o Mercedesa/BMW (szczytem powinna być klata i BMW na jednym zdjęciu, ale takiego ekshibicjonizmu jeszcze na szczęście nie widziałam). Nie ma znaczenia jak wyglądają i czy mają co pokazać, ja już czuję, że nie czuję. Koniec.

Niestety, jak tak długo siedzę w bierności, to zaczyna mi przychodzić do głowy, że przecież nikogo w życiu nie poznam, jeśli nie przełamię pewnych stereotypów i nie spróbuję przyjąć drugiego człowieka takim, jakim jest, niezależnie od tego czy zrobił sobie łazienkową fotę z lampą odbitą w brudnym lustrze czy nie. Wtedy jak ktoś zechce się do mnie dobić i trafi na właśnie ten moment, to podejmuję próbę nawiązania kontaktu.

No i jest. 29 lat, bardzo wysoki, blondyn, przystojny. Na jednym zdjęciu zrobionym w hali przylotów wygląda jakby brakowało mu szarych komórek, ale to tylko zdjęcie. Sama na większości tak wychodzę, więc nie zwracam uwagi. Patrzę w co jest ubrany, czy się uśmiecha, czy pozuje swobodnie czy stoi jakby kij połknął. Na profilowym pozuje przy samochodzie, ale to nie jest Mercedes tylko jakieś niebieskie auto z minionej epoki. Ma rozwiane włosy, fajną koszulę w kratę, sympatyczny wyraz twarzy. Profil w porządku, niewiele mówi o sobie, ale niczym mnie do siebie nie zraża i mówi do mnie „hej”. Nie lubię takich bezpłciowych zagajeń, ale to jest człowiek, a nie sukienka szyta na miarę, nie? Nie będę go skreślać. Też odpowiem „hej” – myślę sobie. Zobaczymy jak zacznie rozmowę . No i zaczął. Jest późno, szykuję się do spania i kręcąc się po mieszkaniu prowadzę z nim grę zdanie po zdaniu. On zaczyna mówiąc do mnie na pani. Czyżby lubił pobawić się konwencją? Fajnie! Pyta co u mnie, mówię, że ciemno (mam na myśli, że za oknem), on każe mi włączyć lampkę (znaczy przyjął, że w domu ciemno), nie wyprowadzam go z błędu, odpisuję, że już włączyłam i od razu jest lepiej. Chwilę gawędzimy o tym co widać przy włączonej lampce. Odpowiedzi przychodzą po kilku, kilkunastu minutach. Moje do niego też, bo między jedną a drugą ogarniam łóżko, myję zęby itd. W końcu włażę pod kołdrę i czekając aż tablet znów zawibruje, zasypiam jakby nigdy nic. Odpowiedź czytam dopiero następnego dnia rano i odpisuję w porze obiadowej, kiedy jestem już na tyle wolna, że będę mogła odpowiadać. Przepraszam za swoje wczorajsze wyjście po angielsku i zgodnie z prawdą przyznaję, że po prostu zasnęłam. Trudno się temu dziwić, konwersacja po północy musiała się tak skończyć.
Chcę trochę wyjść z gry w zdania i produkuję dłuższą wypowiedź. Opowiadam, że tak to chyba jest, że człowiek czuje się czasem wieczorem jeszcze rześki i myśli, że w łóżku jeszcze poczyta, przejrzy internet czy pokonwersuje, ale w styczności z kołdrą i ciszą przegrywa szybciej niż sądził. Te słowa chyba inspirują go do niewinnego flirtu, bo zaczyna mówić o tym, co innego może tak zrelaksować, że człowiek odpływa. I przychodzi mu do głowy domowe SPA. Trudno się z tym nie zgodzić, więc zgadzam się. Czuję jednak, że wchodzimy na grząski grunt. Jestem uczulona na pretensjonalną romantyczność i sztuczne próby budowania erotycznego napięcia, zwłaszcza ze strony kogoś obcego, z kimś wymieniłam dziesięć wiadomości przez internet. Muszę to szybko rozładować i wybieram sposób, który sprawdza się najlepiej – żart. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że od czasu do czasu fajnie poleżeć w wannie. Jest okazja żeby dopalić stare świece z Caritasu. Zastanawiam się czy dodać, że czasem robię wtedy moje ukochane Campari… Wiem, że wtedy świece z Caritasu przyblakną, a on może poczuć się zachęcony do dalszej gry. Popełniam ten błąd i wspominam o Campari. On na to, że to luksusowo (mam nadzieję, że mówi to z przymrużeniem oka) i niestety pyta jakie są moje dalsze zabiegi. Mam ochotę odpowiedzieć, że depiluję pachy, wycinam skórki i obcinam paznokcie u stóp. Odpowiadam jednak, że nie robię nic specjalnego, że tak rozpoczęty wieczór lubię skończyć piżamą i książką. „Naprawdę tyle czasu gadamy o zabiegach kosmetycznych? Przecież to nudne” – dodaję. Błagam, zapytaj teraz o książkę. Zapytaj co właśnie czytam…. Nie pyta. Mówi, że fajnie się trochę dowiedzieć o kobiecych zabiegach i to wcale nie jest nudne, zwłaszcza dla niego, bo on jako facet niewiele o takich rzeczach wie. Odpowiadam, że jest tego sporo, ale ja mam pod tym względem chyba niewiele potrzeb. Ta odpowiedź zostaje chyba odebrana jako wystarczająca, bo kolejnym pytaniem jest pytanie o to, jak zamierzam spędzić wieczór. Na wieczór był konkretny plan – malowanie paznokci i druga część Sin City. Mam teraz taki sam problem jak z Campari. Jeśli powiem mu o malowaniu paznokci, to poczuje się zachęcony żeby ciągnąć rozmowę w stronę tego, co jeszcze robię z ciałem. Z drugiej strony, mam obawy, że facet jest pustakiem i jeśli powiedziałabym, że będę dziś czyścić buty, to zapytałby czy wśród nich są czerwone szpilki. Idę po bandzie, mówię o paznokciach i filmie, po czym oddalam się dwie godziny. Kiedy wracam sprzed telewizora, odczytuję wiadomość. Pyta o kolor lakieru i dodaje, że grał kiedyś w Sin City 3000. Odpowiadam ironicznie, że na moich paznokciach skrzy się bamberski różowy, taki, na którego widok każda sześciolatka piałaby z zachwytu. Taka jest prawda, ten lakier to moja jedyna kolorystyczna fanaberia. Nie jest elegancki, ale autentycznie dodaje koloru szarym, zimowym dniom. Odpisuję, że o grze nawet nie słyszałam, ale bardzo podobała mi się pierwsza część Sin City. O tym, w jak udany sposób przeniesiono komiksową poetykę na ekran. Zapytaj mnie jak mi się podobała druga część, no dalej. „Musisz miec teraz piekne paznokcie, na pewno jest na co popatrzec”. Matko przenajświętrza!. Niezrażona próbuję ciągnąć temat filmu. Piszę, że bardzo lubię Evę Green, że liczyłam na Złoty Glob dla niej za Penny Dreadful i w Sin City też chciałam ją zobaczyć… „Rozumiem, ze stopy na ten sam kolor do kompletu?”. Hmm… Jest tu gdzieś chyba taki przycisk blokuj…. „Nie maluję paznokci u stóp” po co mu dalej odpowiadam?. „No ale jak latem zakładasz odkryte sandały, to może jest bardziej opłacalne? :)” Nie wierzę. „Wiesz, to nie pasuje chyba do mojej osobowości.” – ciągnę. „Niewiele się maluję, nie farbuję włosów, może czasem strzelę jakiś bezbarwny, ale raczej nawet się nad tym nie zastanawiam…”. „Jezeli pomalujesz te paznokcie na jasny kolor badz jakiś pastelowy to chyba nic sie nie stanie? Zapewne latem lubisz zalozyc jakis obcasy pewnie jezeli chodzi o taka pore roku to zapewne lubisz np sandaly na koturnie? :)”

W tym momencie wiem, że kończymy. Trzeba tylko zrobić to w jakiś elegancki sposób, blokada jest chamska. Myślę jak tu delikatnie powiedzieć – ‘to była nasza ostatnia rozmowa’, kiedy przychodzi cios ostateczny dla tej beznadziejnej znajomości. „Moze wyslij mi na maila i pochwal się tym pieknym kolorem prosze :)”.

W tym momencie piszę już zwięzłą odpowiedź. Zaczynam jak zawsze, że wygląda na to, że każde z nas szuka kogoś innego. Może dałam mu kilka błędnych sygnałów i sama pociągnęłam gadkę nie w tę stronę, w którą chciałam, ale czuję, że jest niewiele miejsc, w których nasze oczekiwania się spotykają, więc tracimy czas. Zaraz zaznaczam, żeby nie myślał, że odebrałam go jako płytkiego faceta (choć tak się właśnie stało), bo osobiście nie widzę nic złego z gadaniu o paznokciach i kosmetykach (bo taka jest prawda, cóż w tym zdrożnego?), po prostu mnie nie odpowiada taki styl bycia i prośby o zdjęcia.

Zanim skończyłam wywód zdążyłam już dostać: „podam Ci swoj e mail ok?”, „Nie, nie podawaj! :D” Zdążyłam go wyhamować, a wtedy on… Zaczął się tłumaczyć. Po co? Nie lepiej obrócić to w żart i jak najszybciej zacząć inny temat? Gdyby po prostu zapytał mnie co czytam, to pewnie odpowiedziałabym i jednak pociągnęła jeszcze tę rozmowę. Niestety, on wolał grad zapewnień, że chciał tylko żebym pokazała mu ten różowy kolor i to miał być tylko ‘dodatek’, a on naprawdę chciał już skończyć ten temat. Jaja sobie robił? Przecież to oczywiste, że gdybym wysłała mu zdjęcie, to zacząłby komplementować moje dłonie i liczyłby na to, że wyślę mu jeszcze jakieś inne swoje członki.

Dodałam delikatnie, że po prostu nie zaiskrzyło i jeśli pociągniemy to dalej, to rozczarowanie będzie po prostu większe. Nie mogłam mu powiedzieć, że potrzebuję podniety intelektualnej, a on mi jej nie daje, bo to byłoby okrutne. Napisałam tylko żeby zauroczył kogoś innego, bo ze mną marnuje czas. Dostałam na to: „jezeli masz dar oceny drugiej osoby ze to.nie to.po paru zdaniach to gratuluje ahhhh”.

Na co dzień nie mam. Miałam w tym wypadku.

Pytania do wszystkich mężczyzn.

On pisze, że nie odpisuję i to go martwi. Wiem i myślę cały czas, że nie odpisałam, a już dawno powinnam, ale nie mogę zebrać myśli, to po pierwsze, nawaliło się spraw, to po drugie, naprawdę kiedy tylko się da robię te moje minimalistyczne porządki. Można określić, że przepastna szafa jest już uporządkowana w siedemdziesięciu procentach. Odpisuję z komórki, że usiądę do komputera wieczorem i odezwę się. Mój pokój wygląda jak stajnia Augiasza (naprawdę chętnie spłukałabym to wszystko wodą) i jeśli nie zacznę układać tych rzeczy, które zdecydowałam się zostawić, to po prostu nie będę miała gdzie spać. Kończę bardzo późno, ale jak obiecałam, siadam do komputera.

Wszyscy, którzy są ze mną długo, albo czytali stare wpisy wiedzą, że jeszcze jakieś dwa lata temu intensywnie szukałam miłości swojego życia. W związku z tym, że grono moich znajomych jest niewielkie, a ja sama nie jestem specjalnie imprezowa i nie przepadam za zawieraniem znajomości w parkach i na ulicach, postawiłam na nowoczesność, czyli portal randkowy. Najpierw czułam się na nim jak pies na wystawie, ale szybko o tym zapomniałam, kiedy znalazłam profile osób, które mi się spodobały. Myślałam, że mnie i mężczyznę mojego życia dzieli kilka kliknięć, ale tak nie było. Jak każdy przeżywałam rozczarowania lub spotykałam się z brakiem odpowiedzi. Odkryłam również, że na takich portalach statystyki sztucznie pompuje pokaźne stado martwych dusz. Sama też musiałam grzecznie odmawiać panom dalszej znajomości. Okazało się, że nie zawsze przynosiło to zamierzony skutek, bo jak widać, nieodpisywanie na wiadomości jest wiodącym trendem w serwisach, które zostały założone po to, żeby umożliwić ludziom rozmowy. Siliłam się na eufemizmy, pisałam z największą delikatnością o różnicach między mną, a interlokutorem, zamykając wszystko pogodnym akcentem w stylu: „widzę, że tu jest mnóstwo fajnych dziewczyn, więc życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach i pozdrawiam”. Na do stawałam mail w stylu: „O! Odpisałaś, fajnie. A mogłabyś mi powiedzieć co ci się we mnie nie spodobało? Skąd taka decyzja? Co musiałbym zmienić ewentualnie? Na pewno nie chcesz się spotkać?”.

Udało mi się nawiązać też kilka ciekawych znajomości z nietuzinkowymi ludźmi, z których jedna trwa nawet do dzisiaj. Problem tkwi w tym, że nad nimi wszystkimi wisiała zawsze klątwa friendzone’y. Kontynuowanie ich to podsycanie tlącego się, uczuciowego płomienia, który nigdy nie zamieni się w ogień. Nie chcę czegoś takiego, dokładam wszelkich starań żeby nie ranić. Nie wiem co się ze mną stało, może to jest po prostu dojrzałość? Kiedyś spotykałam się z facetami czując, że to nie to, a potem po prostu ich o tym informowałam. ‘Sorry, Winnetou, z tej mąki chleba nie będzie’ i odchodziłam. Życie, tak to już jest. Spałam spokojnie.

W końcu zrezygnowałam z tego wszystkiego. Nie usunęłam konta, po prostu zajęłam się życiem i… Dobrze mi było z tym. Widać to także na moim blogu, ze świecą można szukać mojego ostatniego wpisu, w którym pojawia się filozofowanie na temat moich relacji damsko-męskich czy inna gra w zaloty. Nie jest to wynik wprowadzonego w życie planu, ja tego nie postanowiłam tak jak postanawia się przejść na dietę. To po prostu wyszło naturalnie. Oczywiście, miałam takie myśli leżąc np. na plaży nad Bałtykiem, że fajnie byłoby gdyby był ze mną ktoś wyjątkowy, ale to była krótka refleksja. Zamiast wchodzić w nią głębiej, zanurzałam głębiej dłonie w miękkim piasku i rozkoszowałam się tym uczuciem. Było dobrze, aż przyszedł mail. A potem drugi mail.

Większość mężczyzn, którzy do mnie pisali, nie siliła się na internetowy podryw stulecia. Z reguły dostawałam krótkie pytanie czy mam ochotę pogadać, albo miłą wiadomość, w której facet uzasadnia dlaczego to właśnie ja wpadłam mu w oko. Składała się ona zazwyczaj z odniesień do tego, co napisałam w profilu i stanowiła listę podobieństw między mną, a rozmówcą. Teraz było trochę inaczej. D. walnął z grubej rury, że nigdy nie był tak pewny, że pisze do właściwej osoby. W ten sposób od razu popełnił błąd, za który skreślam mężczyzn w pięć sekund. Ten błąd nazywa się przebóstwienie. Występuje on wtedy, kiedy chłop w pierwszym kontakcie, nie znając jeszcze dziewczyny już zbudował sobie w głowie jej obraz, który zaczyna uwielbiać. Stawia dziewczynę na ołtarzu i zaczyna:
– czuję, że to jest to, wreszcie cię znalazłem,
– to się nie może nie udać, jesteśmy bratnimi duszami,
– masz wszystkie cechy, jakich szukam w kobiecie, zrobię dla ciebie wszystko i nie odpuszczę,

Odpowiednik kobiety-bluszcza, ot co. Dlaczego to jest niebezpieczne? Bo on widzi obrazek, który sam sobie zbudował. Kobieta, która poleci na ten grad komplementów srodze się przejedzie. Wizerunek zbudowany na emocjach, niemający żadnego umocowania w rzeczywistości musi runąć tak samo szybko, jak powstał. Kiedy tylko okaże się, że dziewczyna ma też jakieś wady, to przestanie być kolorowo i z obietnic wiecznej miłości trzeba będzie się wycofać. Najlepiej rakiem, po cichutku, jakby do niczego nie doszło.
Miałam nie odpowiadać, ale pomyślałam, że może jednak odpiszę. Opowiem mu jak to widzę, może to pomoże mu na przyszłość. Nie chcę żeby to zabrzmiało tak, jakbym uważała się za jakieś ucieleśnienie męskich marzeń. Doskonale wiem, że nie podobam się wszystkim, ale obiektywnie rzecz biorąc łapię się do wora pt.: ‘Atrakcyjna kobieta’ i wiem, że z tym łączą się nie tylko pozytywne aspekty. Jest jeszcze właśnie ten efekt wyobrażenia, z którym nie mają problemu dziewczyny o nienachalnej urodzie, które od razu kochane są za wnętrze. Jak mówiła Rita Hayworth – idą do łóżka z Gildą, a budzą się u boku Rity.

No więc napisałam. Bardzo podziękowałam za te jakże konkretne deklaracje, ale chciałabym go przestrzec, że ja takie konkrety słyszałam już z niejednych ust, a potem była wielka klapa. Dodałam oczywiście, że tak to wszystko wygląda z mojej perspektywy i że absolutnie nie chcę mu imputować czegoś, czego w tym liście nie ma. Rozumiem, że „zrobiłaś na mnie wielkie wrażenie”, może znaczyć dokładnie to, co zostało napisane i nic więcej. Odpisał oczywiście, że się nie spodziewał, że odpiszę. Napisał to trochę w tonie: „Jezus Maria! Odpisałaś?! Dajcie wody!”. Przepraszał za błąd ortograficzny z poprzedniego maila (wszystko przez to wrażenie, pod którego jest wpływem). Spoko, tylko jeden facet, który ze mną pisał nie robił błędów. Jest polonistą.
Postanowiłam jednak przyjrzeć się jego profilowi. Ciekawy, zabawny. Pisze o sobie, że urodził się podczas jednego z meczów mistrzostw świata przy stanie bezbramkowym. Jest przystojny i wysoki, jest programistą i szuka dziewczyny, która kocha polską literaturę. Dobrze żeby kochała też piłkę. Nagle zaczynam dostrzegać dosyć ciekawego człowieka, choć profil jest skromny. Mam ochotę z nim trochę porozmawiać, coś mnie w nim intryguje, ale cholernie boję się, że zrobię mu niepotrzebnie nadzieję. Odpisuję rzeczowo i jak na siebie niezbyt obszernie. Przez moje wahania i obowiązki długo czeka na kolejną wiadomość. W końcu decyduje się napisać mi o sobie więcej, bo wie, jak mało dowiedziałam się z profilu. Tutaj pan D. beztrosko popełnia kolejne błędy. Zamiast przedstawić mi siebie pisze co się z nim działo przez ostatnie lata. O zdanym egzaminie na prawo jazdy, pracy zagranicą, złożeniu CV do dużej firmy i kierunkach studiów, na które niepotrzebnie poszedł. Na szczęście nadmienia też trochę o pasji muzycznej, wysyła mi bardzo fajny utwór jakiegoś starego zespołu, który pewnie już nie istnieje. Okazuje się, że grał na basie w zespole muzycznym przez wiele lat. Lubi kulturę, sztukę – to interesuje mnie znacznie bardziej niż to gdzie pracował. Nie uzewnętrznia się za bardzo, kiedy zaczyna mówić sprawach emocjonalnych czy byłych związkach ucina temat określeniami typu: „tak wyszło, że sprawy się pokomplikowały”.

Odgruzowałam łóżko i mam gdzie się położyć, siadam więc do komputera i odpisuję, choć jest po północy. Wiem, że muszę ostudzić jego zapał, zwłaszcza, że popełnia on kolejny błąd – chce się wymienić numerami telefonów. Tłumaczę mu, że ja mam w głowie alternatywny świat, który pomaga mi przetrwać na tym, który mnie otacza. Chyba tylko dzięki niemu jeszcze się nie powiesiłam. W sytuacjach kryzysowych buduję sobie swój Labirynt Fauna, żyję Życiem Pi i jestem podobna do Amelii. Jeśli nie znajdę swojego Nino, który zbiera podarte zdjęcia znalezione pod fotoautomatami, to pewnie będę w życiu sama, bo żaden twardo stąpający po ziemi pragmatyk mnie nie zrozumie. „Nie wymieniajmy się jeszcze numerami, nie plączmy się w to, jeśli jesteś pragmatykiem, bo cię skrzywdzę. Czekam już tak długo, że wszystko mi jedno czy to potrwa jeszcze rok czy dziesięć lat.”
D. odpisuje pomimo późnej pory. Mówi, że nie oglądał Amelii, więc właśnie włączył. Jest pierwsza czterdzieści pięć w nocy.

Gdyby istniał tylko D., to byłoby pół biedy, ale ja dostałam jeszcze jeden list. Napisał K. Postarał się, żadnych wpadek, komplementy idealnie wyważone, język – poezja. W sensie zabawa słowem, lekkość, erudycja (wychodzi mu to znacznie lepiej niż D.). Trochę zgrywał filozofa, ale wiem, że w dobrej wierze. Nie mogłam nie odpisać, ten list był po prostu za dobry. W ogóle K. to facet pt. Marzenie Teściowej – prawnik. Ma niezłą nawijkę, potrafi rozmawiać z kobietami i wie, że grad komplementów czy wyciąganie numeru telefonu to będzie gwóźdź do trumny, więc nie robi tego. Mam ochotę z nim pogadać, bo wiem, że z nim się pośmieję. Jest nić porozumienia, co prawda on lekko ją nadszarpuje stylizując wypowiedzi na oryginalne, przytaczając łacińskie cytaty (jeden zapisał błędnie, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Może się pomylił). Ma brodę, fajne hipsterskie okulary i występuje na zdjęciu w przegrzanej stylizacji z białą marynarką. Jest też drugie zdjęcie, przy rowerze, na którym prezentuje się lepiej. Miło nam się rozmawia, słowa biegną same, rozmawiamy o tym czego szukamy, o tym czego ludzie szukają. Póki co, boje się, że K. to człowiek radykalny, zdecydowany, bezkompromisowy. W jego twarzy jest niewiele łagodności, maluje się na niej cynizm, choć może to tylko pierwsze wrażenie, a z pierwszych wrażeń lepiej nie wyciągać wniosków.

W mojej skrzynce przewijają się więc dwa zdjęcia D. i K. Widzę dwóch różnych, przystojnych, wysokich facetów. Mają fajne fryzury i są młodzieżowo ubrani. Czyżby wizerunek ‘męskiego’, czytaj: zaniedbanego, faceta odchodzi wreszcie do lamusa? Co się teraz w ogóle dzieje, co ja robię? Rozmawiam? Flirtuję? Przecież ja do cholery ‘nie czuję’ ani jednej relacji, ani drugiej. Z drugiej strony jak mam poczuć bez rozmowy? Tak biernie siedzieć i patrzeć to ja mogę do usranej śmierci.
Ktoś napisał mi kiedyś w komentarzu do jednego z wpisów, że błąd, który robią kobiety, to próba zaprzyjaźnienia się z mężczyzną. Wzięłam to sobie bardzo do serca i przyznaję, że tak to właśnie działa. Można mieć kumpla z pracy, z którym gada się o bieżących sprawach i o pracy, ale nie można mieć kumpla z portalu randkowego. Tu drogi są tylko dwie – wyjdzie nam lub nie wyjdzie.

Co więc powiedziałby każdy z moich rozmówców na to, że gadam jeszcze z tym drugim?
Czy to jest możliwe, żeby którykolwiek z nich rozmawiał ze mną bez żadnych oczekiwań?
I dlaczego nie cieszę się, że jestem adorowana, tylko myślę o tym czy oni poczują się zranieni, kiedy powiem jak Terminator: „Hasta la vista, baby”.