Życzenia świąteczne z przydługim wstępem.

Znowu na ostatnią chwilę. Kto w wigilię ma czas na buszowanie po blogosferze? Chyba tylko osoby, które nie obchodzą świąt (i których święta też nie obchodzą). A może niekoniecznie? Może za rok ja też będę mieć trochę czasu żeby nie latać w okresie przedświątecznym z wywieszonym jęzorem. Może wreszcie stanę się minimalistką z prawdziwego zdarzenia i przestanę walczyć o to, żeby kolejna choinka mojego autorstwa przebiła ubiegłoroczną i stała się moim nowym, choinkowym opus magnum?

Święta mają być przecież na bogato. Stoję więc dziś pomiędzy tym co kiedyś (dotychczas kupowałam dość drogie prezenty, na które długo odkładałam, a na wigilijną kolację kupowałam nowy ciuch), a tym, czego chciałabym teraz (symboliczne prezenty, racjonalna ilość jedzenia). Niestety, ostatnie dwa tygodnie przed świętami to czas, kiedy zostaję zaprzęgnięta do pracy, która wygląda co najmniej, jak przygotowania do wesela. Dla mojej mamy ten mój cały minimalizm to rodzaj niegroźnej fanaberii i choć chyba powoli się nim ode mnie zaraża, to jednak świąteczne tradycje mają pozostać nietknięte najdłużej jak to możliwe. Dom jest już wysprzątany jak na przyjazd królowej angielskiej, dziś rano było pakowanie prezentów według nowej koncepcji (jednakowe, czerwone paczki z papieru, przepasane płóciennymi wstążkami w kratkę, z których wystaje delikatna folia w białe renifery), w domu rozbrzmiewa stara płyta z kolędami Preisnera, w pokojach mienią się brokatem stroiki, choinki i girlandy, a wszystko to wygląda jak hybryda sklepowej wystawy z hotelem. Jest pięknie, ale nie wiem czy powinnam siadać na kanapie. Położyłam się wczoraj pierwszej trzydzieści z niedoschniętymi paznokciami. Warto było?

Ten cały świąteczny kocioł przeplótł się jeszcze z dwoma wydarzeniami. Pierwszym był nagły atak bólu zęba, a drugim wykład o zegarach, na który zaprosiła mnie koleżanka. Jeżeli chodzi o ząb, to zaczął mi dokuczać, jak na ironię, dwa tygodnie po przeglądzie, według którego wszystko miało być w porządku. Przecierpiałam trzy dni łykając Ibupromy, aż w końcu doszłam do wniosku, ze skoro ból nie przechodzi, to musi zaradzić temu moja dentystka. I zaradziła. Ząb dostał lek, a ja miałam dzwonić i mówić jak się czuję. Wszystko dlatego, że nie dostałam antybiotyku, który miał zostać ewentualnie podany w ostateczności. Umówiłyśmy się na kolejną wizytę, na której ząb był leczony dalej, bez znieczulenia. Jest na wpółmartwy, więc z fotela nie spadłam. Później dentystka powiedziała mi coś, co sobie zapamiętałam. Powiedziała, że w medycynie coraz częściej działa się radykalnie, trochę, a nawet wbrew naturze, bo ludzie chcą żeby wszystko było bezboleśnie i szybko. Oczywiście, mogłam zostać naszprycowana antybiotykami i znieczuleniem i w godzinę poczuć się jak nowonarodzona, tylko że to tak naprawdę jest złudna pomoc. Natura stworzyła nas przecież tak, że nasz organizm potrafi sam walczyć z infekcją wysyłając przeciwciała i jeszcze dodatkowo uczy się o tym, co go zaatakowało, ale zajmie mu to kilkanaście godzin więcej niż po podaniu antybiotyku. Podobnie ze znieczuleniem. I tak każdy zabieg niesie za sobą jakieś ryzyko powikłań, po co wię farmakologizować się chemią dodatkowo? Oczywiście, gdybym miała wyć z bólu, to inna sprawa, ale praktycznie martwym zębie? Niestety, życie czasem musi poboleć i lepiej przez to przejść, choć świat obraża się na to, że coś musi potrwać dłużej, że na pewne efekty trzeba poczekać. Wszystko ma być przecież od ręki i na wczoraj.
Na tym wykładzie o zegarach, dowiedziałam się z kolei, że za czasów średniowiecza ludzie tworzyli prowizoryczne zegary na murach kościołów nie dokonując obliczeń, które umożliwiałyby takiemu zegarowi wskazywanie dokładnej godziny o każdej porze roku. Zegary pojawiały się po prostu tam, gdzie było w ciągu dnia dużo słońca i już. To sprawiało, że latem, kiedy dzień był długi, to i godzina trwała długo, a zimą, kiedy słońce jest nisko, cień biegł z jednej kreseczki na drugą znacznie szybciej i godzina trwała krócej. Było to oczywiście błogosławieństwo, bo oznaczało krótki dzień pracy. Słusznie zresztą, bo wcześnie robiło się ciemno. Zima była więc czasem odpoczynku. Sama natura wskazywała taki rytm, bo zimą nic nie rośnie, a wiele gatunków zwierząt zapada w sen zimowy. Dziś jest inaczej. W szybkim świecie, w którym każda doba ma dwadzieścia cztery godziny, a żadna pora roku nie może nam w niczym przeszkodzić, musimy wyciskać się nawzajem jak cytryny i pracować na pełnych obrotach czy za oknem jest jasno czy ciemno. Np. robić przedświąteczne zakupy w galeriach, gdzie i tak w ogóle nie ma okien, a hala Tesco jest otwarta całą dobę.

Wiem, że to stek komunałów, wiem, że mojego bloga nie czytają nastolatkowie, na których zegar słoneczny zrobi wrażenie, ale wiem też, że czasem jeśli coś jest tyle razy powtarzane, że aż się banalizuje, to czasem znaczy, że jest naprawdę ważne.
Dlatego właśnie chcę życzyć Wam na te święta i na cały nowy rok, żebyście nie dali się wkręcić w tryby plastikowego, szybkiego życia, które można osłodzić sobie antybiotykiem szybkich, łatwych i prostych wrażeń, które tylko pozornie nic nie kosztują i znieczulić się gotowymi rozwiązaniami problemów, które wydają się być dostępne na wyciągnięcie ręki. Szkoda jest zamknąć się w galerii życia, w której nie ma okien i nie wiadomo czy na zewnątrz jest jasno czy ciemno. Warto wyjść na powietrze. Czego życzę też sobie.

Wszystkiego najlepszego!

Advertisements