Ostry dyżur.

Każdy kto wykonuje swoją pracę długo i chociażby z najmniejszą pasją, zaczyna w końcu mieć zboczenie zawodowe. Mój ojciec, ortopeda, też je miał i dlatego któregoś dnia patrząc jak się bawię, wykrył moją wadę kręgosłupa. Miałam może z pięć lat i pamiętam, jak posadził mnie pod ścianą, a potem pociągnął mnie za nogi sprawdzając, czy są mniej więcej równej długości. Wiedział, że jeśli nie są, co nie jest niczym niezwykłym, bo dwie połowy ludzkiego ciała nie są odbiciem lustrzanym, to być może mam skoliozę. Mając dwie, równej długości nogi nie powinnam chodzić tak, jakby jedna była krótsza, a chodziłam. Skoro ten stan nie był winą nóg, to znaczy, że biodra pracują źle, bo kręgosłup jest skrzywiony. Zdjęcie wszystko potwierdziło i zostałam natychmiast zapisana na basen na zajęcia korekcyjne. Bardzo je lubiłam, ale to nie dlatego, że tak rajcowały mnie ćwiczenia w rodzaju nożyc pionowych i poziomych na plecach i brzuchu, ale na możliwość zabawy w wodzie i pływania. Byłam już wtedy po kursie pływackim i na samą myśl o tym, że będę mogła popływać przebierałam nogami ze zniecierpliwienia. Jedynym minusem basenu w sanatorium było to, że był płytki. Miałam siedem lat i w najgłębszym miejscu woda sięgała mi jedynie do klatki piersiowej. Dało się popływać, ale przy nurkowaniu nieraz uderzyłam kolanem w dno. W każdym razie, lubiłam jeździć na basen i pewnie nie jeździłabym tak często, gdyby nie ten kręgosłup.

Jako względnie zdrowe dziecko (rodzice wyczaili jeszcze astygmatyzm obserwując jak ustawiam głowę podczas oglądania wieczorynki), miałam jeszcze jedną, drobną wadę do skorygowania. Mianowicie, od czasu kiedy postawiłam swoje pierwsze kroki, miałam brzydki nawyk ustawiania stóp do wewnątrz. Chyba każde dziecko ma z tym problemy, ale mnie jakoś trudno było tego oduczyć. Wiem, że jest niezły sposób z założeniem dziecku butów na odwrót, ale u mnie nie podziałało. Rodzicie doszli do wniosku, że może coś jest ze mną nie tak i poprosili znajomego żeby to sprawdził. Znów trafiłam do szpitala, ale tym razem nie na prześwietlenie, tylko na ćwiczenia do sali rehabilitacyjnej. Pamiętam jak szłam przez korytarz z rodzicami i ustawiałam stopy normalnie, bo wiedziałam, że jestem obserwowana przez tego faceta, który szedł z nami. Mama była wtedy po operacji kolana i też miała mieć jakieś ćwiczenia w tej samej sali co ja, więc się nie denerwowałam, ale chyba trochę się wstydziłam. Wstyd i wszystkie inne uczucia zniknęły jednak, kiedy otworzyły się przede mną drzwi pomieszczenia, w którym miałam zostać przebadana. Było ogromne, miało chyba ze sto metrów kwadratowych i całe było wypełnione zabawkami, materacami, drabinkami, linami do wieszania się i wspinania, piłkami sięgającymi mi do pasa i wielkimi, kolorowymi kostkami z gąbki różnych wielkości i kolorów. Musiałam wtedy pomyśleć, że pewnie umarłam i trafiłam do Raju, to było znacznie lepsze niż basen. Dowiedziałam się, że jak skończymy badanie, to będę mogła się tym wszystkim pobawić. Jak się okazało, nie czekało mnie nic strasznego, musiałam tylko przejść się po rozciągniętym na podłodze sznurku, postać chwilę na jednej nodze, utrzymać równowagę na czymś chybotliwym itp. Okazało się, że moim nogom nic nie dolega, po prostu trzeba mnie jeszcze trochę pomusztrować. Zgodnie z obietnicą, mogłam pobawić się wszystkim co było w pomieszczeniu rehabilitacyjnym i z radością zajęłam się tym, czego nie mam w domu, a więc tym, na co można wleźć i się uwiesić głową do dołu, tymi wielkimi kostkami, z których można było zbudować np. labirynt albo tunel itp. „Szpital jest taki fajny” – pomyślałam wtedy pierwszy i ostatni raz.

Mamie podobno zrobiło się gorzej już w środę, ale się nie przyznała, bo nie jest typem osoby, która lubi sobie pochorować, poleniuchować w łóżku i bez poczucia winy korzystać z tego, że wszyscy jej dogadzają. Chce być zdrowa i aktywna, a że nie jest, to udaje. Tym razem jednak dłużej nie mogła i w piątek się przyznała po nocnym ataku arytmii. Może sama zwiększyć sobie dawkę leków, więc zwiększyła i gówno to dało. Potem jeszcze zastanawiała się czy jednak jej nie przejdzie, bo jak zwiększy magnez, potas i elektrolity, to powinno być lepiej. Nie było, ale gorzej też nie. Czekała więc nie wiadomo na co, aż w sobotę trochę się pogorszyło i zapadła decyzja – jedziemy na izbę przyjęć. Pomogłam jej spakować rzeczy, wzięłam kubek i sztućce, tak na wszelki wypadek, rozpinaną piżamę, żeby łatwiej było to serce pooklejać kablami i pojechałyśmy. Byłam zła. „Jak ja nienawidzę szpitali. Tam zawsze jest chaos i śmierdzi słodkim, mdłym, szpitalnym smrodkiem”. Nic nie mówię, myślę dalej: „i wszystko jest takie stare i brzydkie. W każdej sali pyrkające jarzeniówki, buty piszczące na gumolicie, stare, głośne windy… I ta świadomość, że jak już się tam trafi, to znaczy, że nasze ciało odmawia nam posłuszeństwa. Co to, kurwa jest, ta zasrana arytmia? Ja rozumiem, że jak wychodzę na dwór z mokrą głową, to skutkiem będzie przeziębienie. Ale wrodzona, przewlekła choroba? Tak po prostu, znikąd i już, jako skutek niczego. I teraz jest północ, a my przez to cholerstwo jedziemy na śmierdzącą izbę”.
Podjeżdżamy i idziemy z parkingu zostawiając wszystko w samochodzie. Później najwyżej przyniosę. Chodnik ciągnie się wzdłuż podjazdu dla karetek. Wiem, że pod nim jest parking dla pracowników. Na myśl o tym, że tata tam parkował rozczulam się na chwilę i widzę to miejsce w trochę jaśniejszych barwach, ale tylko na chwilę. Wchodzimy, widzę, że rejestrację przenieśli z lewej strony na prawą. Na jej starym miejscu jest teraz ochrona i depozyt. Podłoga ta sama „ohydna” – myślę. Gdyby nie płaskie monitory komputerów, myślałabym, że teleportowałam się do początku lat dziewięćdziesiątych. Dobrze wiem, co będzie się teraz działo, bo to nie jest pierwszy raz, kiedy mama ląduje na izbie. Dostanie kroplówkę z potasem i magnezem, więc kiedy pani z rejestracji odprowadza ją do gabinetu, pytam czy będę mogła później wejść, żeby się nie nudziła. Dowiaduję się, że zobaczymy, może zostanę poproszona. Jest po północy, siadam w poczekalni i gapię się w telewizor. Emitują powtórki z poprzedniego dnia – rozmowy z politykami o referendum. Wszędzie kręci się pełno ratowników medycznych. Źle czuję się psychicznie, złość mija, ale martwię się o mamę. Zostawią ją czy tylko kroplówka? Co jak wyniki EKG będą złe? Matko, jak można pomalować korytarz na brzoskwiniowo i dodać turkusowe poręcze?
Nagle pojawiają się dwie młode babki. Muszą zmienić nazwiska dyżurujących lekarzy na podświetlanej tablicy, bo mamy już niedzielę. Wyjmują z rynienek przeźroczyste paski z nazwiskami i głowią się kogo wstawić na ich miejsca. Mają niby jakąś kartkę, ale ciągle popełniają błędy i arabski kardiolog nagle staje się pediatrą. Uśmiecham się obserwując te roszady. „Pomóc wam?” – rzuca ratownik i zaczyna głowić się razem z dziewczynami. W końcu udaje im się dojść do ładu kto jest kim i kto rzeczywiście dyżuruje. Odchodzą i znów robi się nudno, ale nie na długo. Przez rozsuwane drzwi wchodzi dwóch policjantów i jeden cywil między nimi. Mijają mnie i nagle dostrzegam, że facet ma kajdanki na rękach. Wtedy zdaję sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziałam na własne oczy żadnego przestępcy w kajdankach. Natychmiast zastanawiam się co zrobił i coś mi mówi, że to nie jest seryjny zabójca. Może złodziej? ‘Złodziej’ znika za kolejnymi drzwiami. W ogóle kręci się trochę ludzi, a wśród nich młody chłopak w czarnej czapce z daszkiem. Szybko wita się z ochroniarzami i leci na szpitalny korytarz pędząc dalej do jakiegoś skrzydła. Nie wiem dlaczego zwróciłam uwagę akurat na niego. Czas mija, czeka ze mną jeszcze kilka osób, jeden facet na dziewczynę, u której stwierdzono atak wyrostka i dwie nastolatki, które przyjechały do brata jednej z nich. Pytały o niego w recepcji, ale nie dowiedziały się niczego konkretnego. W końcu z korytarza za drzwiami, gdzie nie wolno wchodzić wyłania się kilku policjantów i jeden z nich tłumaczy dziewczynom, że z pacjentem, do którego przyszły wszystko jest w porządku i mają wracać do domu. Nagle, w tych samych drzwiach pojawia się lekarz i prosi do siebie starszego faceta, który siedział ze mną w poczekalni. No, nareszcie – odpowiada facet i rusza w kierunku drzwi. Lekarz wpuszcza go, a kiedy automatyczne drzwi się zamykają słyszę: jak pan tu trafił, to miał pan cztery i pół promila…. „No tak, przecież zlikwidowali izbę wytrzeźwień, teraz zwożą ich tutaj”… Ledwie o tym pomyślałam, a już czekały mnie kolejne wrażenia. Młody chłopak na wózku, napruty jak samolot. Chłopaki z SORu podejmują próbę tłumaczenia tego, co mówi koledze w rejestracji.

-Siedź nic ci nie będzie.
– Dowód poproszę.
– Eee… Blzrmm…
– Napruty?
– Tak, nie ma dowodu. Nie wstawaj!
– Imię ojca?
– Kazzz… Kazzimierz…
– Ale żeś przyrżnął w chodnik, chłopie…
– Data urodzenia?
– Aa… A… A kto mnie przywiózł?
– Specjalne służby. Podaj datę urodzenia.

Odwracam się żeby rzucić okiem na tego agenta. Ma zszytą głowę owiniętą białą siatką. Wygląda jak baleron. Jego ramię wsparte na podłokietniku wózka jest tak chude, jakby był dziesięcioletnim chłopcem. Zastanawiam się czy tacy pacjenci to normalka w każdą sobotę. Mija pierwsza w nocy, ludzie się kręcą, czasem ktoś przewozi z miejsca na miejsce puste łóżko, czasem zajęte. Nagle widzę, że policjanci wracają ze skazańcem. ‘Złodziej’ chce siku, więc wprowadzają go do toalety. Widzę, że normalnie z nim rozmawiają, ale nie słyszę o czym. Patrzę na mundurowego. Fajnie wygląda, ma broń za pasem i jeszcze jedną parę kajdanek. Po chwili widzę, jak skazaniec wyciąga do niego ręce do skucia. Nie widzę reszty ciała, tylko same ręce, które wyłoniły się zza framugi. „Czy on nie był skuty za plecami?” No właśnie. Policjant każe mu się odwrócić, ale facet się stawia. Nie wywijaj mi tutaj, nie będziemy się bawić w takie rzeczy, odwracaj się mówi policjant głośno i zdecydowanie, więc więzień jest posłuszny. Chwila moment i wychodzą znów uprzejmie rozmawiając. Cała ta sytuacja zaczyna mnie ciekawić. Obserwacja sprawia mi przyjemność. Lekarze kręcą się w tę i we w tę, niemłody ochroniarz chwali salową za posprzątaną i świeżo pachnącą toaletę. Ktoś szuka u recepcjonistki zostawionej książki, facet z chorobą nerek wypisuje się na własne życzenie ze szpitala, choć lekarka nie może uwierzyć, że prawidłowo sika. Wypytuje rodzinę, ale oni chyba nie chodzą z nim do kibla i trudno im cokolwiek powiedzieć. Nagle wraca bełkoczący pijaczek ze stłuczoną głową. Znudzony ratownik słucha jego tłumaczeń, już nie tak bełkotliwych jak przed godziną:Ja naprawdę nikogo nie sprowokowałem, nikomu nie ubliżyłem…. Nagle znów pojawia się ten chłopak w czarnej czapce z daszkiem. Zdejmuje czapkę i kłania się zgromadzonym czekającym. Jest pobudzony, nie wiem o co chodzi, ale czuję lekki niepokój, bo nie przepadam za takimi komediantami, którzy sądzą, że są tacy fajni i tak wszystkich bawią. Trochę się boję żeby się nie dosiadł, bo nie wygląda na pacjenta. Uszanowanko! – zwraca się do jednego z facetów, który podobnie jak ja siedzi w poczekalni już ponad dwie godziny. Facet nie reaguje, a chłopak pośpiewując tanecznym krokiem kieruje się do wyjścia. Automatyczne drzwi rozsuwają i wszyscy słyszymy jego ostatnie zdanie: Żona urodziła!. Wszyscy w poczekalni odwracają się do siebie z wielkimi uśmiechami, które nie zejdą nam z twarzy jeszcze ze dwie minuty. I wszystko jasne zwraca się do mnie gość, któremu chłopak przekazał przed chwilą uszanowanie. Więc nie jest wariatem. Mało tego, jego radość zaczęła mi się udzielać… Jakoś tak cieszyłam się z jego szczęścia jakbym go znała, poczułam, jak moje ciało rozpiera przypływ pozytywnej energii i wzruszenia. „Radość w szpitalu? Tym, którego tak nienawidzę, który śmierdzi i jest przedsionkiem tamtego świata? Na który tak wyrzekałam w samochodzie?”. Właśnie, że tak. Może jednak czasem szpital jest fajny. Mija druga. Izba pustoszeje, a chłopak z recepcji i jeden z ochroniarzy kładą się na kozetkach za swoimi ladami. Świeci się kilka świateł, telewizor słychać trochę lepiej, a szafy z przekąskami i napojami głośniej pracują. Położyłabym się, ale nie mam jak, bo krzesła w sali mają postać małych siedzisk przykręconych z żeliwnego stelaża. Są wyprofilowane pod okrągły kształt tyłka i dzieli je kilka centymetrów, jeśli się na nich położę wszystko zacznie mnie boleć. W końcu robi mi się zimno i łapiąc różne figury staram się skupić na telewizji. Niestety, wszystko co było na pasku z informacjami w TVP Info przeczytałam już ze czterdzieści razy. W końcu pojawia się SOR, a z nimi kolejny pijak, więc na chwilę ożywam. Znowu młody człowiek, bez koszulki, na wózku. Znowu zabawa w tłumacza. Nazwisko, brak dowodu, imię ojca, czy już tu kiedyś był… Podsłuchuję, czy może po prostu słyszę i słucham zaintrygowana, aż pojawia się mama, machająca do mnie bardzo dobrym, jak się później okaże, wynikiem EKG. Wstaję i podbiegam do niej. Wychodzimy, jeszcze raz rzucam okiem w stronę chłopaka. Jest cały siny.

– Kto będzie pytał o zdrowie?
– Nikt.

Advertisements