50 faktów o mnie

1. Mam czarne i gęste brwi, które mierzwią się przy zdejmowaniu swetrów przez głowę, więc codziennie rano układam je za pomocą specjalnej szczoteczki do brwi, którą wcześniej opryskuję lakierem do włosów.

2. Mam kartę pływacką, która nigdy mi się do niczego nie przydała.

3. Nie mam prawa jazdy ani karty rowerowej, choć to pierwsze pewnie przydałoby mi się wielokrotnie.

4. Prawie zawsze wychodzę z domu z empetrójką. Nie słucham muzyki z telefonu, bo empetrójka była pierwsza i nigdy się nie przestawiłam na telefon.

5. Jestem katoliczką (mimo to nigdy nie podjęłam drażliwego tematu wiary na swoim blogu) i szanuję tradycję piątkowego postu. Z tego powodu na piątkowy obiad jadam zazwyczaj pierogi ruskie lub rybę z frytkami i sałatką.

6. Nienawidzę wesel.

7. Jestem skąpa jak Szkot, kupowanie ciuchów w promocji przyprawia mnie o rozkosz. Myślę, że mogłabym być niezłym materiałem na żonę, bo nie trzeba mnie zabierać na randkę do drogiej knajpy i na pewno wyszłabym za faceta, który oświadczyłby mi się słowami: „wyjdź za mnie! Ten pierścionek jest z dwudziestoczterokaratowego złota, ma nawet certyfikat, a wylicytowałem go na aukcji internetowej za jedyne 240zł”.

8. W niektórych kwestiach jestem upierdliwą perfekcjonistką, układam poduszki na łóżku niemal pod linijkę, kosmetyki w łazience ustawiam wielkością i etykietami do przodu. Jeśli zaprosisz mnie do domu i zobaczę w Twojej łazience kosmetyk stojący etykietą do ściany, odwrócę go.

9. Lubię sprzątać, ogromną przyjemność sprawia mi rozpuszczanie kamienia przy pomocy płynu Cilit

10 Co roku zarywam noc żeby obejrzeć na żywo rozdanie Złotych Globów i Oscarów.

11. Całe gimnazjum paliłam papierosy. Były to Marllboro lighty setki.

12. W okresie gimbazy chętnie upijałam się również winem. Zawsze nalegałam by składać się na coś powyżej piętnastu złotych za butelkę.

13. Założyłam kiedyś pamiętnik, ale nie podobało mi się, że moich tekstów nikt nie czyta, więc po dwóch wpisach przestałam go prowadzić. Kilka lat później komputer stacjonarny został przeniesiony do mojego pokoju i założyłam blog.

14. Wchodziłam w zawiłe relacje uczuciowe z kilkoma osobami, które miały na imię Bartek (w grę weszli Bartłomieje i Bartosze) lub Michał. Do dziś jestem ostrożna kiedy poznaję kogoś o jednym z tych imion, tak na wszelki wypadek.

15. Nie lubię piw smakowych typu Karmi i piwa z sokiem.

16. Jestem nieśmiała. Zabranie głosu na tle jakiejś grupy, np. na zajęciach na studiach, poprzedza u mnie kołatanie serca. Chęć zabrania głosu zmaga się u mnie zawsze ze strachem, ale mam nadzieję, że tego nie widać.

17. Właśnie mam deja vu.

18. W lataniu samolotem podnieca mnie start. Uwielbiam. Dalsza część lotu mnie nudzi, bo nie przepadam za przemieszczaniem się żadnymi środkami transportu poza rowerem.

19. Nienawidzę kupować kurtek zimowych i butów.

20. Dobrze znoszę upały, choć nie przepadam za opalaniem się i wolę siedzieć w cieniu niż w słońcu.

21. Nie słodzę kawy ani herbaty.

22. Czasem chodzę sama do kina, co dziwi wiele osób.

23. Bardzo nie lubię chodzić w piżamie po domu. Jeśli się obudziłam to wstaję i od razu się ubieram.

24. Bardzo lubię jasne, pełne naturalnego światła pomieszczenia i nigdy nie zasłaniam okna roletą w pokoju. Wiem, że ktoś może się wieczorem gapić, ale nie przeszkadza mi to. Wyjątek stanowi działka. Jest położona w lesie, nie ma tam latarni, a ja boję się, że przez moją wyobraźnię zobaczę w ciemności np. dwoje świecących oczu i dostanę zawału. Tam spuszczam rolety zawsze.

25. Nie jem w fastfoodach i nie piję coli.

26. Nie lubię damskich, małych torebek na krótkim pasku do ręki. W ogóle na co dzień noszę torby na ramie z męskich działów sieciówek.

27. Nie mam szpilek.

28. Jestem zakochana w zapachu Chanel Coco Madmoiselle.

29. Codziennie coś mi się śni i albo pamiętam cały sen, albo urywki.

30. Moje włosy mają w tej chwili od czubka głowy 61,5cm długości.

31. Moim ulubionym malarzem jest Salvador Dali i cieszę się, że miałam okazję zwiedzić muzeum w Figueres w Hiszpanii, gdzie jest pochowany.

32. Nie mam żadnych tatuaży.

33. Jak na dziewczynę, to chyba trochę za dużo przeklinam. Czasem mi to przeszkadza.

34. Kiedyś miałam w lewym uchu trzy dziurki, z czego dwie zrobiłam sobie sama za pomocą spiłowanego kolczyka, który wcześniej zdezynfekowałam spirytusem.

35. Za młodu zrobiłam sobie przy pomocy aparatu cyfrowego i statywu kilka nagich zdjęć, które następnie tak zabunkrowałam na dysku, że nigdy ich nie znalazłam. To było naprawdę dawno temu i już nie mam komputera, na którym były.

36. Jak chodziłam do liceum, to pewien chłopak powiedział mi, że jest chory na raka i chce się popełnić samobójstwo. Kiedy zaczął wysyłać mi smsy, że połknął garść tabletek, interweniowałam i powiedziałam o wszystkim mamie, która zadzwoniła do jego rodziców. Wtedy wydało się, że ze wszystkim kolega kłamał, więc postanowił naprawdę łyknąć te tabletki i trafił na płukanie żołądka. Przez dwa tygodnie miałam w szkole opinię bezdusznej zdziry, przez którą chłopak chciał się zabić. Okropne uczucie.

37. Nie mam za sobą żadnych doświadczeń z narkotykami/dopalaczami, nie paliłam nawet trawy.

38. Fatalnie śpiewam.

39. Mam kłopoty z asertywnością.

40. Używam elektrycznej szczoteczki do zębów Oral-B.

41. Samodzielnie podjęłam decyzję o uśpieniu swojego ukochanego psa i towarzyszyłam mu gdy odchodził.

42. Robienie zdjęć jest jedną z niewielu czynności, które uspokajają moją duszę.

43. Mam słabość do mężczyzn z brodami.

44. Nigdy nie lubiłam się uczyć, ale bardzo lubiłam odrabiać zadania domowe – szczególnie o czymś pisać.

45. Bardzo lubię siedzieć z kimś w domu i rozmawiać przez długie godziny.

46. Nie lubię imprez i tłumów obcych ludzi.

47. Nigdy nie zdradzam powierzonych mi sekretów. Ułatwieniem jest fakt, że nie trzeba mi mówić co jest sekretem, a co nie.

48. Mam problem ze spóźnianiem się na spotkania. Nienawidzę tego w sobie.

49. Nie lubię bananów.

50. Lubię kupować chusty, szale i biżuterię w sieciówkach (w szczególności w Orsey’u).

Advertisements

Jeśli panicznie boisz się dentysty, przeczytaj ten wpis.

Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy to wzorem Igora opowiem, jak to zdarzyło mi się wyjść ze strefy komfortu. Nie jest to pierwszy raz, ale jeden z większych, dlatego jest wpis.

Co bystrzejsze osoby już po tytule będą bliskie domyślenia się o czym będzie dzisiejszy wpis, ale zanim przejdę do rzeczy, to jeszcze oczywiście odbędę małą podróż do przeszłości, gdzie wszystko się zaczęło.

Na wstępie zaznaczę, że należę do osób, które boją się prawie wszystkiego. Bardzo, bardzo udaję, że tak nie jest, ale w głębi duszy jestem galaretą jak Prosiaczek z Kubusia Puchatka. Na dodatek jak gąbka chłonę negatywne informacje na temat swój i otoczenia (nie dotyczy krytycznych komentarzy na blogu, bo w marcu stuknie mi dziesięć lat doświadczenia, choć tu też bywa różnie). Niewiele mi trzeba, żeby moja bujna wyobraźnia poszła w ruch, więc jak w dzieciństwie zaczęły do mnie docierać komentarze o dentystach-sadystach, to nietrudno domyślić się jakie były tego owoce. Żeby to jakoś eufemistycznie ująć… Stado słoni nie zaciągnęłoby mnie na dentystyczny fotel. Nie ma bata, nic, żadne przekupstwo nie wchodziło w grę, fobia do grobowej deski i koniec.

Nie pamiętam od czego się zaczęło, ale chyba pierwsza była moja koleżanka U., która siedziała ze swoim bratem M. na schodach klatki przed blokiem. Wyszłam się pobawić, podchodzę do nich i pytam co tak siedzą i nic nie robią. Na to U.: „bo nasza mama miała dziś usuwany ząb i bardzo źle się czuje. Powiedziała żebyśmy pobawili się na dworze, żeby mogła poleżeć w ciszy w domu”. Potem był kolega F. On któregoś dnia ni stąd ni zowąd wypalił: „rodzice mnie zabrali ostatnio do dentysty, bolało jak jasna cholera, już nigdy więcej nie pójdę”. Oliwy do ognia dolała koleżanka J.: „no, mówię ci. Baba mi przebiła ząb wiertłem i krew z mojego dziąsła trysnęła jej na fartuch”. No i na końcu był jeszcze chłopak koleżanki, którego poczęstowałam słodyczami: „nieeee… Ja to nie jem żadnych słodyczy. Mam bardzo wrażliwe zęby, leczyłem je kanałowo, a ostatecznie wylądowałem u chirurga szczękowego”. Jedyną osobą, która miała dobre skojarzenia z dentystą była moja mama. Próbując mnie namówić wciskała mi kit o cudownych znieczuleniach, w które nie wierzyłam i opowiadała jak delikatna jest nasza sąsiadka, która jest dentystką i do której warto iść. Mama wiedziała, że od jakiegoś czasu psuje mi się dolna szóstka i kombinowała jak tu mnie jednak przekonać. Niestety, doświadczenie kazało mi jej nie wierzyć. Jak zabierała mnie na szczepienie, to też było, że to nic nie boli – „to jak ugryzienie komara” – mhm, jasne. Wątróbka miała być super, w szkole miało mi się podobać, a św. Mikołaj miał istnieć. Nie, za dużo tych wtop. Wiedziałam, że mamie zależy na moim zdrowiu, więc w razie czego może kłamać. Koledzy nie mają interesu, więc na pewno mówią o dentystach prawdę.

Dolna, lewa szóstka zaczęła mi się dawać we znaki w gimnazjum. Nie bolała, ale zaczęła z jakiegoś powodu pękać. Całymi dniami smyrałam ją językiem na lekcjach i czułam jak kawałeczek korony od wewnętrznej strony zaczyna się poddawać. Któregoś pięknego dnia zatrzymałam się wracając ze szkoły na środku chodnika między klatką schodową z lewej, a czterema szumiącymi brzozami z prawej strony i wyplułam na rękę kawałek ułamanego zęba. Zakręciło mi się w głowie. Doszłam do domu i ukryłam ząb w maleńkiej, ceramicznej szkatułce, w której trzymałam kuleczki na wilgoć z małych woreczków dokładanych do kartonów z butami. W końcu ząb zaczął boleć przy dotykaniu, więc przestałam gryźć lewą stroną. Wtedy w mojej głowie rozpanoszył się demon strachu. Wiedziałam, że zęba nie da się już uratować. Wiedziałam, że jeśli pójdę do dentysty, to trzeba będzie go usunąć. Wiedziałam, że będę wstydzić się otworzyć usta, że nie będę wiedziała jak wyjaśnić dlaczego zgłaszam się tak późno. „Krew z mojego dziąsła trysnęła jej na fartuch” – przypominałam sobie. Zastanawiałam się też jak wygląda stan pozostałych zębów, czy czasem nic się nie dzieje. Dbałam o zęby jak mogłam, tak na wszelki wypadek, a jednocześnie jak widziałam gdzieś w mieście tablice: Nocna pomoc stomatologiczna, to zaraz myślałam – to jest miejsce, do którego niedługo trafię ze stanem zapalnym zwijając się z bólu, jeśli nie zdobędę się na odwagę, żeby iść wcześniej.

No i przyszedł moment, kiedy moja mama zaniepokoiła się jednym ze swoich zębów, który zaczęła jakoś dziwnie czuć. Opowiadała mi o tym, więc wypaliłam: „jak zadzwonisz do pani M., to zapisz mnie też”. Nie wierzyłam własnym uszom, poczułam jak moje serce wali aż w gardle, a potem… Potem poczułam się z siebie dumna i spokojna, tym bardziej, że pierwsza wizyta to tylko kontrola i rozmowa.

Kiedy pojawiłam się w gabinecie byłam sina, ale na szczęście przytomna. Dentystka okazała się wspaniałą osobą, która powiedziała, że mam ładne zęby i że nie będzie dużo pracy. O połamaną szóstkę nawet nie pytała. Za to ja zapytałam o moją ukochaną kwestię – ból.

– A tak w skali jeden do dziesięć, to jak bardzo będą bolały te zabiegi?
– Zero. Dostaniesz znieczulenie.
– Ale… Widzi pani, moi znajomi też mieli znieczulenie, a opowiadali mi takie rzeczy…
– Martuś, znieczulenie działa w ten sposób, że paraliżuje nerw, który wysyła sygnał o bólu do mózgu. Jeśli nie będzie w stanie go wysłać, to jak możesz coś poczuć?
– …
– Tylko pytanie jak długo wytrzymasz…
– Ten ból?
– Nie, głupia! Z otwartą gębą!

I tak kiedy już dotarło do mnie jak działa znieczulenie, to połowa strachu poszła w las. Zaczęłyśmy od borowania jakichś górnych zębów na stycznych, o których psuciu się nie wiedziałam, bo słabo je widać w lustrze. No nie powiem, żeby to było przyjemne, ale nie ma mowy o żadnych drastycznych scenach w rodzaju rozwiercenia łuku szczęki czy krztuszeniu się własną krwią i śliną. Z niecierpliwością czekałam jednak na diagnozę związaną z moją nieszczęsną szóstką i nadeszło to, czego się spodziewałam – usuwanie. Przyjęłam to spokojnie, ale okazało się, że moja ulubiona dentystka nie bardzo chce ją ruszać z uwagi na swoje zwyrodnienie nadgarstka. Zaproponowała mi, że podrzuci mnie koleżance, która jest… chirurgiem szczękowym. Kiedy usłyszałam słowo chirurg pomyślałam natychmiast o szpitalu i śmierci, ale znów zostałam uspokojona. Chirurg okazał się po prostu specjalistą z lepszymi narzędziami, większym doświadczeniem w rwaniu, specjalizacją chirurgiczną i tyle. Byłam umówiona na dziś na dwunastą. Czułam stres, jak każdy, więc żartowałam przed samą sobą, że mam nadzieję, że waga wykaże spadek po tym zabiegu, choć przecież raczej się nie ważę.

Rwaczka okazała się bardzo sympatyczna. Uprzedziłam ją, że jestem psychicznie nierówno zważona i ma mnie traktować jak trzyletnie dziecko. Zapytała czy mam skłonności do omdleń. Odpowiedziałam, że mam, choć nie zemdlałam już tyle lat, że zupełnie o tym zapomniałam. No cóż, przypomniała mi o tym. Kiedy pani zbliżyła się ze strzykawką żeby podać mi znieczulenie odsunęłam głowę i powiedziałam cicho:
– Żel. U pani M. dostaję jeszcze żel znieczulający na wkłucie.
– A, więc jednak rzeczywiście mamy duże dziecko – powiedziała i uśmiechnęła się uprzejmie prosząc asystentkę o żel.

Obawiam się, że żel to placebo i jego działanie jest słabe. Nie jestem też aż tak wrażliwa na ból, ale lubię wszystko co ma szansę poratować mnie psychicznie i tutaj żel sprawdza się tak samo jak uśmiech czy krzepiące słowo i dlatego jest ważny.

Kiedy czekałam aż znieczulenie zadziała zaczęłam zastanawiać się nad tym omdleniem i czy czasem szum, który słyszę właśnie w głowie to ja czy radio. Miła asystentka szybko zaczęła mnie zagadywać i wnet pojawiła się dentystka. Przysiadła, kazała im otworzyć usta, przez chwilę przed oczami błysnęły mi srebrne szczypce i już drugie uszy zamknięte w mojej głowie nasłuchiwały jak prują się tkanki trzymające szóstkę. Czułam delikatny łaskoczący ból, którym zdawał się bronić ząb. Był bez szans, bo po kilku sekundach już nie był częścią mnie.
– Juch?! – Zapytałam zdziwiona
– Jeszcze tylko drugi korzeń.
Kolejne dwie sekundy i już w miejscu po zębie znalazł się opatrunek z gazy, a dentystka zamknęła mi szczękę.
– Ząb jest w koszu – dodała.

Nie mogłam uwierzyć. Tyle lat strachu, żeby pozbyć się go zanim skończy się piosenka Myslovitz w radiu, którą słyszałam kiedy zabieg się zaczynał. Jeszcze kilka razy z niedowierzaniem zapytałam czy mam teraz po prostu pójść do domu. Dostałam wskazówki co robić dalej i poszłam. Jestem już osiem godzin po zabiegu, myślałam, że jak zejdzie znieczulenie, to będzie bolało, więc przygotowałam Ibuprom, ale właściwie to ból jest do wytrzymania i go nie połknęłam.

Jasne, są gorsze rzeczy (poród?) i trudniejsze, dłuższe, bolesne zabiegi. Ktoś może się więc śmiać, że tak się bałam, ale dla mnie to była duża rzecz i ważny krok, z którego jestem dumna. I naprawdę mocne wyjście ze strefy komfortu. Brak mi teraz jednego zęba, fakt. Mój dentystyczny demon zmiażdżył mi piętę, ale ja dziś zmiażdżyłam mu głowę.

A zęby Lotty wyglądają mniej więcej tak.

Acha! W miniblogu o mnie zamieściłam „50 faktów o mnie”. Widziałam to już na kilku blogach i vlogach, więc zainteresowanych odsyłam właśnie do kategorii o mnie.

Alfabet cz. II

Obrazek stąd

Właściwie nie wiem do końca od czego zacząć w odniesieniu do filmu Alfabet. Może najlepiej od tego, że od zawsze spotykam się z krytyką obecnego systemu edukacji i to ze strony uczniów, i rodziców, i samych nauczycieli. Tym ostatnim zarzuca się brak pasji i zaangażowania do pracy, zwraca się też uwagę na przeładowany program, na to, że malutkie dzieci już od pierwszej klasy dźwigają ciężkie plecaki i niszczą sobie kręgosłupy, a polska szkoła nie nadąża za standardami wprowadzanymi na Zachodzie. Problem, według reżysera filmu, leży jeszcze głębiej niż tylko w braku zaangażowania i kiepskich metodach nauczania. Leży on w ogólnym przekonaniu, że najlepszą metodą kształcenia jest nauczenie dziecka rywalizacji z innymi, wzajemnej konkurencji, a zdobyta przez dziecko wiedza musi zostać poddana weryfikacji i zamieniona na wymierną ocenę. Największą szkodą takiego podejścia, jest zabijanie w dziecku kreatywnego myślenia. Dziecko nie ma możliwości wybrania własnej drogi dochodzenia do wiedzy, nie może też zdecydować kiedy i czego ma zacząć się uczyć. Jest prowadzone przez dorosłych i to oni wskazują jedyne prawidłowe odpowiedzi (często zamieszczane na końcu książki, z której dziecko się uczy).

Zastępowanie kreatywnego myślenia u dziecka przez wdrożenie je w system kar i nagród, piątek i jedynek, szkoły gdzie wszyscy mają obowiązek nauczyć się tego samego w tym samym czasie, to nie jedyna bolączka. Wybranie takich metod skutkuje również niechęcią dziecka do nauki. Jako przykład, jeden z badaczy wypowiadających się w filmie, podał naukę języków obcych przez małe dzieci. Rodzice wiedzą, że umiejętności językowe kształtują się bardzo dynamicznie u trzyletnich dzieci, więc chętnie zapisują takie maluchy do szkół językowych. Tylko, że trzylatkowi język obcy nie jest potrzebny, jeśli nie zna żadnych dzieci, z którymi chciałby się w tym języku porozumiewać. Nie widzi więc on naturalnej potrzeby poznawania języka, którego musi się uczyć, nie wie po co to robi. Wtedy zaczyna uczyć się dla mamy i taty, bo rodzice pieją z zachwytu jak wypowie jakieś słowo czy zdanie w obcym języku. Dziecko szybko przestaje więc uczyć się dla siebie, po prostu spełnia oczekiwania dorosłych. Taka postawa i uczenie się dla ocen ma ogromy wpływ na rozwój, a raczej brak rozwoju samodzielnego myślenia, dokonywania samodzielnych wyborów i przewidywania ich konsekwencji. Nauka, do której się zmusiliśmy szybko ucieka z głowy, a czas, który na nią poświęciliśmy jest czasem bezpowrotnie straconym. Nierzadko osoby, które świetnie się uczyły nie potrafią odnaleźć się w pozaszkolnym życiu – mają kłopoty z samodyscypliną, organizacją czasu, znalezieniem i utrzymaniem pracy, podtrzymywaniem i rozwijaniem relacji międzyludzkich. Przykładem szkoły, która najbardziej niszczy dziecięcą kreatywność i naturalny pęd do wiedzy, jest w filmie jedna z elitarnych szkół w Chinach. Dzieci z chińskich szkół uczą się najdłużej i najwięcej, ze wszystkiego mają egzaminy, najpóźniej kładą się spać. Prężnie rozwijającą się gałęzią gospodarki, generującą wysokie zyski w Państwie Środka, są instytucje zajmujące się dodatkowymi korepetycjami dla słabszych uczniów i opracowaniem testów i egzaminów dla dzieci na każdym etapie kształcenia. Coraz młodsze dzieci piszą testy i uczą się bardzo dużo zamiast bawić się na świeżym powietrzu.

Twórca filmu zwraca uwagę na to, że każdy człowiek rodzi się kreatywny i ma naturalną chęć poznawania świata. Małe dziecko chętnie odrywa głowę lalce, bo bardzo chce zobaczyć co jest w środku. Ta chęć jest filarem ewolucji, a tradycyjna szkoła skutecznie ją tłamsi, czemu dodatkowo sprzyja przekonanie, że każde dziecko musi umieć to samo, to znaczy przez kilka lat nauki w szkole podstawowej musi przyswoić podstawę programową, uczyć się w klasach podzielonych na wiek, a więc przy ograniczonych możliwościach uczenia się dzieci nawzajem od siebie. Jedynym źródłem wiedzy jest nauczyciel. To on jest mistrzem i dzieci mają uczyć się od niego, zupełnie jakby same przyszły na świat bez żadnego potencjału. Potem nagle to się zmienia i dziecko musi zostać specjalistą w czymś – prawnikiem, lekarzem, fryzjerem, ale skoro chodziło przez lata do klasy, w której wszystkich równało się do odgórnie wytyczonej średniej, to trudno podjąć mu dobrą i samodzielną decyzję odnośnie przyszłości. Niezależnie od stopnia utalentowania, dzieci zrównuje się do wspomnianej średniej. Wybitne w szkole się nudzą, ich potencjał nie jest wykorzystywany, a za słabe wyciąga się za uszy przez dodatkowe korepetycje.

Niemiecki badacz przedstawiony w filmie, który jest biologiem i zajmuje się badaniem ludzkiego mózgu, zwraca uwagę, że nie istnieje rozwój przez konkurencję i rywalizację. Żeby coś stworzyć trzeba się jednoczyć. Za przykład podał m.in. obalenie Muru Berlińskiego, które wymagało zjednoczenia się wielu ludzi w imię wspólnego dobra. Podobnie dzieje się w naturze, organizmy jednokomórkowe łączą się w procesie ewolucyjnym i tworzą wielokomórkowe, a nasze mózgi są zdolne do tworzenia wielkich rzeczy nie dlatego, że lewa i prawa półkula współzawodniczą ze sobą, lecz dlatego, że współdziałają. Myślę, że koronnym przykładem jest tutaj również rozmnażanie. Jeżeli zechcę mieć dziecko, to muszę się zjednoczyć z drugim osobnikiem chociaż na jedną noc. Wiemy więc jedno – jednoczenie się sprzyja kreatywności, tworzeniu i budowaniu, a współzawodnictwo i podziały, nie. Jak więc na tej podstawie budować system edukacyjny? Autor filmu podpowiada dość lakonicznie, że należy budować go na wolności, która redukuje niepotrzebny stres, oraz zachęcaniu dzieci do poznawania świata.

Tutaj padają dwa bardzo ciekawe przykłady realizacji takiego założenia. Jednym z nich jest postać trzydziestosiedmioletniego mężczyzny chorego na Zespół Downa. Jest Włochem i skończył na uniwersytecie pedagogikę, a w momencie kręcenia filmu kończył jeszcze psychologię. Jest on pierwszą w Europie osobą z Zespołem Downa, która ukończyła studia wyższe. Oczywiście nietrudno się domyślić, że było to możliwe dzięki niewielkiemu stopniowi upośledzenia, ale jest coś jeszcze. Nauczyciele pracujący z dziećmi w szkołach specjalnych są inaczej przygotowani do pełnienia swojej misji, niż ci w szkołach tradycyjnych. Przede wszystkim nie mogą oni odwołać się w swojej pracy dydaktycznej do rywalizacji czy wpajania swoim uczniom, że oceny są ważne, bo na dzieci chore to nie podziała. Jedyne co robią, to zachęcają do nauki i towarzyszą uczniowi szanując to, że przez swoją chorobę przechodzi on proces edukacyjny we własnym tempie. I to jest właśnie klucz do sukcesu. Erwin Wagenhofer zwraca uwagę na to, że nie istnieją żadne racjonalne powody żeby wszystkie dzieci musiały uczyć się tego samego w tym samym tempie i wieku. Nie uważa, że istnieją jakiekolwiek przeciwwskazania by dzieci będące w różnym wieku uczyły się tego samego w jednej klasie, bo nie każde dziecko jest gotowe coś pojąć w tym samym czasie, co inne. Nie uważa też, że jakieś zdolności są lepsze lub gorsze od innych, ani że problemy dziecka takie jak dysleksja czy ADHD je dyskryminują czy uniemożliwiają skończenie studiów.

Drugim ciekawym przykładem przedstawionym w filmie, jest postać Francuza, który… nigdy nie chodził do szkoły. Nie wiem jak we Francji podchodzi się do czegoś takiego, jak obowiązek szkolny i czy jego rodzice zapłacili karę za jego ewentualne niedopełnienie, ale prawda jest taka, że facet nie spędził w szkole ani jednego dnia życia. Swoją historię zaczął od tego, że w wieku trzech lat znalazł książkę i zobaczył litery. Litery „o” kojarzyły mu się z jajkami, a „c” z kieliszkami. Zapytał więc swojego taty co to są te jajka i kieliszki, a tata wytłumaczył mu, że to litery. Potem chłopiec poznał jeszcze kilka innych liter, ale czytanie go nie zaciekawiło. Odłożył więc książkę. Mijał czas, miał więc 4 lata, 5, 6, 7 i… nadal nie umiał czytać, co w ogóle nie niepokoiło jego rodziców. W końcu zainteresował się jakąś dziedziną wiedzy (której za nic nie mogę sobie przypomnieć) i dowiedział się od rodziców, że żeby ją zgłębić powinien nauczyć się czytać, bo istnieje wiele książek na jej temat. I wtedy właśnie, kiedy chciał i czuł, że czytanie jest mu potrzebne, nauczył się wszystkich liter i zaczął czytać bardzo szybko. Potem znalazł podręcznik do niemieckiego i zaczął uczyć się tego języka, poświęcając mu z własnej woli kilka godzin dziennie. Nie zakuwał, po prostu czytał, powtarzał, słuchał kaset dołączonych do podręczników i teraz mówi po niemiecku biegle. Dodał, że nauczył się w ten sposób wszystkich języków, jakimi włada, z czego wynika, że jest ich więcej niż jeden. Poza tym interesował się muzyką, więc któregoś dnia poszedł do lutnika i zapytał czy nie mógłby nauczyć się od niego fachu. Lutnik nie poprosił go o żaden dyplom, tylko po prostu wpuścił na zaplecze. Okazało się, że chłopak ma świetny słuch, do dziś więc lutnik i Francuz pracują razem i tworzą gitary. Poza tym, nasz bohater jest muzykiem i poetą. Nigdy nie zdawał z niczego żadnego egzaminu.
Wiele osób, które interesują tym chłopakiem, zadaje mu pytanie czy w związku z decyzją jego rodziców o nieposłaniu go do szkoły, przeciwstawia on wolność dyscyplinie. Na to Francuz odpowiedział, że nie przeciwstawia, bo te dwa pojęcia się ze sobą nie kłócą. Wspomniał, że zawsze był zdyscyplinowany, codziennie wstaje o szóstej rano żeby ćwiczyć, więc nie ma mowy o braku dyscypliny w jego życiu.

Na końcu pojawiła się jeszcze wspomniana wcześniej w filmie para, o której nie mówiłam. To starsi ludzie, też Francuzi, mieszkający na wsi w pięknym, starym domu z ogrodem. On był pracownikiem naukowym jakiegoś uniwersytetu, ona nauczycielką, która rzuciła pracę ze względu na system edukacyjny, z którym się nie zgadzała. Starszy pan zajmuje się dodatkowo analizowaniem dziecięcych rysunków i prowadzeniem zajęć artystycznych dla dzieci, które po szkole mogą na nich rozwijać swoją kreatywność, a raczej ocalać ją przed zagrożeniem zagłady, jaką niesie wadliwy systemem szkolny. Pokazywał on malunki dzieci, które przychodziły na zajęcia w latach osiemdziesiątych i te współczesne. Zwrócił uwagę na to, że kiedyś dzieci malowały co i jak chciały, a teraz próbują odwzorować oczekiwania dorosłych. Rzeczywiście, obrazki współczesnych dzieci wyglądały jak abstrakcje z muzeów sztuki nowoczesnej, ale moim zdaniem argumentacja tego badacza była za słaba. Dzieci, które dziś mają po 5-6 lat urodziły się w czasach mody na minimalizm, niewykluczone, że mieszkają w nowoczesnych mieszkaniach, umeblowanych zgodnie z surowym, chłodnym stylem industrialnym, gdzie rolety spuszcza się za pomocą pilota. Ich mamy noszą szare kostiumiki, a nie zwiewne sukienki w kwiaty i kapelusze, jakie modne były trzydzieści lat temu. Również dzisiejsza elektronika zamknięta jest w prostych formach, wystarczy spojrzeć na smartfony i laptopy. Myślę, że to mogło wpłynąć na poczucie estetyki dzieci i to jak malują. W każdym razie, na końcu filmu widzimy wnuczkę tego małżeństwa bawiącą się beztrosko wśród kwiatów w letni dzień. Długie sceny pokazujące dziecko, które z zainteresowaniem bierze w dłonie wielkie główki piwonii, wprowadzają w błogostan, każą widzowi ostatecznie uwierzyć, że zostawienie dziecka w spokoju jest najlepszą ścieżką edukacyjną dla niego. Sceny te stanowią kontrast dla tych z początku filmu, gdzie o brzasku dnia, zaspane chińskie dzieci podjeżdżają na rowerach pod wielopiętrowy moloch, w którym będą się uczyć. Są jednakowo ubrane, żadne się nie uśmiecha. Przeciwnicy reżimu w chińskich szkołach wydają mocny osąd, że ich dzieci: “wygrywają na starcie, ale przegrywają na mecie”. Z kolei dziadkowe francuskiej dziewczynki zastanawiają się co zrobić z jej edukacją, bo tradycyjna szkoła nie wchodzi w grę. Zgodnie mówią, że wszyscy jesteśmy winni dzieciom szczęście.

Film jest z pewnością wartościowy i ciekawy. Szkoda jednak, że zwolennicy tradycyjnej szkoły nie mieli możliwości stanąć w jej obronie. Pozostawia to lekki niedosyt, zwłaszcza wobec trochę łopatologicznej formy przedstawienia problemu. Z jednej strony widzieliśmy podporządkowane systemowi, całkowicie poddane rodzicom i nauczycielom, zwyczajnie nieszczęśliwe dzieci chińskie, a z drugiej, utopijne życie Francuza, który nigdy nie był w szkole. Jego wypowiedzi pojawiają się jako narracja do scen nakręconych w jego miejscu pracy. Pieczołowicie smaruje on drewniane pudło rezonansowe jakąś mazią, przyucza początkującą dziewczynę, skleja drewniane elementy niczym spokojny i szczęśliwy Jezus pracujący w zakładzie ciesielskim z Józefem. Później relaksuje się strzelając w lesie z łuku do tarczy, jedzie samochodem przez malownicze bezdroża. W końcu mamy śliczną, kilkuletnią wnuczkę otoczoną miłością dziadków, która bawi się w ogrodzie. Czy to nie aby za piękne? Nie ma nic pośrodku?

Alfabet cz.I

W moim gimnazjum było ciekawie. Podobało mi się tam od pierwszego dnia, kiedy to na liście uczniów, która wisiała na drzwiach szkoły ktoś wpisał przez przypadek imię mojej mamy zamiast mojego. Mieliśmy betonowe boisko, które nie było ogrodzone i pamiętam, że kiedy przyszłam na rozpoczęcie roku szkolnego i stałam na nim samotnie, bo nie znałam jeszcze nikogo, to zastanawiałam się czy to oznacza, że podczas przerwy mogę odejść od budynku szkoły nieskończenie daleko. Potem poznałam A. i M., które podeszły do mnie, bo kojarzyły mnie z podstawówki i znalazły moje nazwisko na tej liście na drzwiach. To właśnie od nich dowiedziałam się, że na kartce jest błędne imię. Wkrótce poznałam resztę uczniów i natychmiast poczułam się z nimi dobrze, jakbym znała ich od zawsze. No, a potem weszliśmy do szkoły. Wszystko było odnowione, w salach stały nowe, pojedyncze ławki i krzesła, które w teorii wymagały od siedzącego prawidłowej postawy, ale dało się na nich zsunąć i wisieć, albo huśtać się jak na zwykłych krzesłach, więc poza wyszukanym kształtem niczym nie różniły się od innych, które znałam. Szłam długim korytarzem do Sali nr 5, która znajdowała się na końcu. Po drodze mijałam inne pomieszczenia, których drzwi były szeroko otwarte. Wszędzie były kolorowe ściany, nowe tablice i podłogi. Ramy okienne z naturalnego drewna wyglądały jak przeniesione rodem z pensjonatu w Zakopanem, wpuszczały ciepłe światło na filary z naturalnych cegieł. Wnętrza były kameralne i przytulne. Dwa piętra łączyły ze sobą przestronne klatki schodowe, z których jedna znajdowała się w czymś w rodzaju wieżyczki z zaokrąglonych ścian, w które wbudowano wąskie okienka.

W mojej szkole panowały pewne zasady. W piwnicy koło świetlicy znajdowała się szatnia. Wszyscy zostawiali tam kurtki i… musieli zmienić buty na trampki. Wszystko przez nowe podłogi, na których robiły się czarne kreski do butów. Chodziło też pewnie o brud i błoto. Nikomu się te zasady nie podobały, zwłaszcza dziewczynom. To były jeszcze czasy, kiedy to co dziś jest ostatnim krzykiem mody, w rodzaju hipsterskich czapek uszatek, grubych oprawek okularów, kaloszy i trampek było obciachem. Pojawiły się więc oczywiste próby sprzeciwu i na pytanie woźnego czy ochroniarza o trampki odpowiadało się: „nie mam i nie będę mieć”, a wtedy trzeba było przełknąć gorzką pigułkę upokorzenia. W takich sytuacjach osoba zadająca to niewygodne pytanie o buty przynosiła dwa worki na śmieci, którymi trzeba było owinąć sobie stopy. W zimowych butach z workami na stopach wyglądało się jak smerf, worki szeleściły, biły po oczach i szybko się darły, a potem ciągnęły za osobą, która musiała je nosić. To było naprawdę uciążliwe, ale sprawiło, że jednak każdy kupił trampki. Wydawałoby się, że to swego rodzaju triumf szkoły, ale nie do końca. Wiele osób chciało, żeby te obligatoryjne tenisówki były jakieś fajniejsze, nie te zwykłe, czarne z białymi noskami i sznurówkami. Wtedy kupowało się jakieś kolorowe, przypominające adidasy za co najmniej 40zł. No i wtedy zdarzało się, że ktoś ze szkoły zainteresował się takimi butami i wykradał je z szatni. Szatnia była pomieszczeniem zorganizowanym pod schodami, była mała i nie dało się tam wstawić dla każdego hamerykańskiej szafki na klucz, wszystko wisiało na wieszakach, a obuwie szkolne zostawiało się na noc. Wystarczyło, że właściciel fajnych butów wcześniej skończył lekcje, poszedł do domu i już można było sobie jego własność zabrać. Taka sytuacja kończyła się szkolnym dochodzeniem, które nic nie dawało, a osoba, która nie znalazła rano swoich bytów kończyła w workach na śmieci. Z tego powodu wszyscy decydowali się raczej na najtańsze, czarne trampki, które podpisywali długopisem. To się bardzo przydawało, bo zdarzały się też takie akcje, że ktoś np. ze złośliwości wyjmował koledze z reklamówki jeden but i np. wyrzucał go do kosza. Zdarzało się też tak, że spuszczeni z oka uczniowie urządzali sobie w szatni bitwę butami, które później były usypywane w jednym miejscu. Przypominało to górę butów z muzeum Auschwitz-Birkenau. Trzeba było wtedy szukać swoich, co ułatwiało właśnie podpisanie. Niestety wiązało się z tym spóźnienie na pierwszą lekcję, a jeśli buty się nie znalazły, to poza wydatkiem na nowe dochodziły jeszcze rzecz jasna worki wstydu.

Na szczęście jeśli worki podarły się do połowy szkolnego dnia, to nie trzeba było nosić nowych jeśli się po nie nie poszło. Nauczyciele przymykali oko. Niestety, koncepcja szatni miała też inny minus – nie dało się wyjść ze szkoły wtedy, kiedy się chciało. Klucz do szatni miał ochroniarz i jeśli chciało się wziąć kurtkę i buty, a miało się jeszcze w planie lekcje, to on pytał dlaczego chcemy to zrobić i żądał pisemnej zgody na wyjście ucznia od dyrektorki. To oznaczało, że np. ucieczka z ostatniej lekcji była niemożliwa, no chyba że bez kurtki i w trampkach. Nie można było też przesiedzieć lekcji w świetlicy czy w kiblu, bo ochroniarz i woźny przykładali się do swojej pracy i po każdej przerwie łazili po budynku szkoły w poszukiwaniu wagarowiczów, po czym odprowadzali ich na lekcje. Można więc było zwiać z pierwszej lekcji poprzez przyjście do szkoły później, lub ze wszystkich przez nieprzyjście wcale. Teraz już było jasne dlaczego boisko szkolne pozbawione jest ogrodzenia.

Choć przychodzenie do takiej szkoły wyglądało jak poddawanie się kilkugodzinnemu aresztowi, to przyznam, że wspaniale się tam czułam. Bardzo lubiłam moją klasę i prawie wszystkich nauczycieli włącznie z ochroniarzem i woźnym. Lubiłam się z nimi ścierać, lubiłam moje konflikty z nimi. Chyba nawet lubiłam być przyłapywana na paleniu. Jasne zasady i zainteresowanie przez nauczycieli każdym uczniem dawały mi poczucie bezpieczeństwa, czułam się akceptowana i lubiana, choć burzliwy czas dorastania nie był dla mnie łatwy i nie raz płakałam przez nieszczerość koleżanek czy złamane przez pierwszego chłopaka serce. Było super z całym dobrodziejstwem inwentarza. Pamiętam też, że mieliśmy kiedyś na polskim takie zadanie, żeby napisać wypracowanie o tym co nie podoba nam się w szkole. No to po prostu była woda na mój młyn. Wymyśliłam, że przedstawię po jednym przykładzie ucznia i opiszę jak czuje się w naszej szkole. Podzieliłam wypowiedź na trzy krótkie rozdziały, pierwszym był: „Uczeń swobodny”, drugim: „Uczeń średniozorganizowany”, trzeciego określenia za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, ale chodziło o ucznia z najlepszymi ocenami. W każdym razie każdy z typów ucznia inaczej dopasowywał się do panującego w szkole systemu. Opisywane problemy ujmowałam w nacechowaną ekspresyjnie, żartobliwą treść, z której wynikało, że szkoła jest dla uczniów słabych i średnich trochę uciążliwym więzieniem, przeciwko któremu należy się buntować. Uczniowie najlepsi czuli się w szkole najlepiej, bo im nie przeszkadza, że nie mogą wyjść, poza tym nie palą, nie łajdaczą się, są chwaleni, więc nie mają na co narzekać.

Jak wspomniałam, ja czułam się w szkole zaopiekowana, buntowałam się chyba niejako z zasady, choć uwierało mnie trochę, to usystematyzowanie wszystkiego, z czym szkoła się wiązała. Nie podobał mi się np. system zbierania punktów, które były później zamieniane na ocenę z zachowania. Były wśród nich punkty za szczególne osiągnięcia albo podarowanie czegoś szkole w sensie materialnym, np. ofiarowanie albumów bibliotece itp. To z góry skreślało uczniów niezamożnych czy mniej zdolnych, którzy pomimo wzorowego zachowania nie mieli na nie szans. Zwróciłam na to uwagę w swojej pracy i chciałam, żeby nauczyciele o tym wiedzieli. Sama nie zajęłam w tej sprawie stanowiska i nie pisałam o sobie, co nie wynikało z chęci asekurowania się czy ze strachu, ja po prostu, tak jak wspomniałam, swoją szkołę bardzo lubiłam i byłabym nieszczera gdybym pisała o niej jako miejscu ucisku, ale wiedziałam, że wielu uczniów widzi to inaczej, a regulamin złożony z niemal samych zakazów po prostu podcina im skrzydła.

Myślę, że moja praca o szkole była najlepszą jaką napisałam w mojej gimnazjalnej karierze. Niestety nigdy nie została oceniona ani przeczytana przez nikogo, poza kilkorgiem kolegów. Wszystko przez to, że moja nauczycielka zapomniała, że nam to zadała, a ja nie mogłam jej o tym przypomnieć, bo wiem, że były osoby w klasie, które tego wypracowania nie napisały, a nigdy nie postąpiłabym niesolidarnie wobec grupy, z którą byłam bardzo zżyta.

Piszę o tym wszystkim, bo w poniedziałek byłam zaproszona na pokaz filmu dokumentalnego „Alfabet” Erwina Wagenhofera, który jest krytyką współczesnego systemu edukacji opartego na testach, egzaminach z kluczem odpowiedzi, zasadach wymyślonych przez dorosłych i współzawodnictwie, do którego przygotowujemy coraz młodsze dzieci. Właśnie o tym filmie chciałam napisać, ale wyszło jakoś inaczej. Zmobilizuję się zatem jutro, żeby ten wpis miał mniej niż 10 000 znaków. Niech to będzie więc wstęp, bo temat jest fajny i z powodu moich doświadczeń jest mi bliski, a film generalnie jest niedostępny, wyświetlany tylko na pokazach, w kinach studyjnych i festiwalach.

Tak więc dla zainteresowanych więcej jutro.