Jestę biegaczę

Pochwaliłam się kiedyś, że w ramach postanowienia, że poprawię kondycję zaczęłam biegać. Rozwlekle opisałam wtedy moje doznania związane z lekcjami wychowania fizycznego i dodałam, że z moich obserwacji wynika, że wcale nie jestem miłośniczką siedzącego trybu życia, na co mylnie wskazywały niepowodzenia w niemal wszystkich dyscyplinach sportu poza moim ukochanym pływaniem. Jak wspominałam, postanowiłam się zmobilizować i dołączyć do grona biegaczy korzystając z bardzo zachęcającego programu treningowego. Polega on na tym, że nie zaczyna się od razu biegać tylko przygotowuje organizm do biegania stopniowo przeplatając bieg z marszem.

Wygląda to tak, że wychodzimy na treningi co dwa dni. Każdy trening trwa 30 minut. Najpierw biegniemy tylko przez minutę, a potem maszerujemy 4 minuty i tak robimy 5 powtórzeń, co daje nam 30 minut. W tym jest tylko 5 minut biegu, ale jest ruch na świeżym powietrzu, jednak jakiś wysiłek i mobilizacja. Po tygodniu decydujemy się biec już 2 minuty na 3 minuty marszu i tak z każdym tygodniem zwiększamy czas biegu, zmniejszamy czas marszu i stopniowo również liczbę powtórzeń, by na końcu biec 14 minut na 1 minutę marszu w dwóch powtórzeniach, a potem już biec całe pół godziny.
No i właśnie wczoraj nadejszła ta wiekopomna chwila, kiedy to przebiegłam swoje pierwsze pół godziny.

Od dnia kiedy biegłam tylko jedną minutę do wczoraj upłynął… Niemal rok. Wszystko dlatego, że były takie miesiące, w których nie biegałam w ogóle, np. bardzo gorący sierpień, kiedy wypadł mi wyjazd na Maltę. Czasem zdarzało się, że nie dałam rady wyjść na trening wtedy, kiedy chciałam, a kiedy już mogłam to niemiłosiernie lało. Czasem wybierałam też między bieganiem, a rowerem i wygrywał rower, więc mijało np. 10 dni, a ja miałam za sobą tylko jeden trening np. z trzema minutami biegu i nie mogłam przeskoczyć na następny etap. Musiałam (i chciałam) dokończyć liczbę treningów zgodną z planem, czyli 4. To sprawiło, że sprawa się przedłużała, ale nie poddawałam się i dobrze, bo dziś z uśmiechem wspominam, jak to po pierwszych treningach, na których przecież biegłam tylko 5 minut miałam zakwasy, a wczoraj biegłam całe pół godziny i czuję się doskonale.

Satysfakcjonuje mnie również fakt, że biegałam prawie cały rok, a więc również w czasie takiej pogody, podczas której jeszcze rok temu nie wystawiłabym nosa za drzwi. Mam za sobą treningi podczas deszczu (no dobra, mżawki), padającego śniegu, upału i na mrozu. Tegoroczna zima jest (była?) łaskawa, więc nie musiałam przerywać treningów z powodu oblodzonych chodników czy śnieżyc.

Pytania jakie mogą się Wam teraz nasunąć z pewnością są dwa:
– czy schudłam,
– czy czuję różnice w kwestii kondycji fizycznej.

Obie odpowiedzi brzmią… nie 🙂 Nic się właściwie nie zmieniło. Nie odchudzałam się i nie zmieniłam diety. Nadal jestem tak samo słaba fizycznie i na pewno gdyby mnie dziś zaprowadzić na w-f byłabym tak samo beznadziejna. Nie jestem w stanie stwierdzić czy teraz dostaję zadyszki później przy wchodzeniu na czwarte piętro, ale mogę stwierdzić, że gdyby rok temu o tej porze ktoś kazał mi biec przez pół godziny non stop, to po dziesięciu minutach bym spuchła i wypluła płuca, a zakwasy trzymałyby mnie 3 dni. Nie sądzę jednak, żeby tak krótkie treningi jakoś znacząco wpływały na moją tężyznę fizyczną w codziennym życiu. W ogóle słyszałam, że efekty w odchudzaniu pojawiają się jeśli zmieni się dietę i ćwiczy regularnie przez przynajmniej 40 minut, a ja moje treningi nigdy nie były dłuższe niż 30 minut.

Oczywiście teraz będę biegać dalej, bo widzę w tym korzyści. Jakie?
Po pierwsze – bieganie odstresowuje. To jest 30 minut tylko dla mnie, a wysiłek pomaga przestać myśleć.
Po drugie – to się stało po prostu przyjemne. Są oczywiście gorsze chwile kiedy muszę ze sobą walczyć, bo się męczę (np. jak wiele silny wiatr), ale udało mi się już dojść do takiego etapu, kiedy bieg wygląda trochę jak jazda na rowerze kiedy się już tak rozpędzimy, że pedały same się kręcą. Biegnę i czuję jak moje stopy odbijają się od podłoża niczym kauczukowe piłeczki i po prostu sunę do przodu bez jakiegoś bolesnego wysiłku.
Po trzecie – magia prysznica po. Jeżeli ktoś z Was nigdy nie garnął się do sportu, to i tak na pewno zna to uczucie kiedy jest tropikalny upał, że aż ubranie przykleja się do skóry i prysznic jest wtedy rozkoszą nie do zastąpienia. Po solidnym treningu jest podobnie, nie ma nic milszego niż spłukać spocone ciało orzeźwiającą wodą.
Po czwarte – fajna jest świadomość, że się robi dla siebie coś dobrego. Bieganie wzmacnia odporność, dotlenia mózg, pobudza do pracy układ krwionośny, działa dobrze na serce i (jeśli biega się z głową) na stawy. No i w ogóle, wyzwala to endorfiny.

Jeszcze kilka słów w kwestii ubrań. Nic się u mnie nie zmieniło od czasów tego wpisu. Biegam w ciuchach narciarskich, to znaczy bluzach z polaru, koszulkach termoaktywnych, zimą doszła do tego narciarska kurtka i kalesony (czy może getry? Bo kalesony są chyba tylko dla mężczyzn) pod spodnie. Do tego oczywiście czapka, rękawiczki i polarowa, narciarska opaska na szyję. Słowem – na cebulę. Butów nie zmieniłam, bo nie było potrzeby, choć na przyszły rok kupię pewnie drugie, które nie będą całe z materiału, który może nasiąknąć wodą jeśli jesień i zima będą cięższe niż teraz.

Wychodzę z założenia, że buty to jest najważniejsza część wyposażenia biegacza. Raz zapomniałam ich zabrać na działkę i biegałam w trampkach, w których przyjechałam. Masakra, wydawało mi się, że człapię płaskimi podeszwami po podłożu i czuję każdą nierówność. Nieodpowiednia amortyzacja butów to obciążenie dla stawów, więc warto zainwestować w buty zaprojektowane do biegania. Co do ubrań, to myślę, że to sprawa drugorzędna. 20 lat temu nie było tkanin przepuszczających wilgoć i ludzie jakoś biegali, więc wydaje mi się, że t-shirt i spodnie od dresu dla początkujących też się sprawdzą.

Idzie wiosna! Warto zatem przetestować ten program treningowy i biegać dla zdrowia. Jeśli mnie się udało, każdemu się uda.

Advertisements

Walentynki, a jakże.

Walentynki, to i temat będzie walentynkowy.
O swoich miłosnych doznaniach nie piszę już od dawna, chyba trochę pod wpływem jakiejś komentującej, która zwróciła mi uwagę na ciągłe pisanie o byłych i niedoszłych facetach. Przestałam więc o tym pisać, tym bardziej, że byłam już na końcówce żałoby po Wrocławianinie, więc nie potrzebowałam już tego robić tak często. Weszłam wtedy w stan, którego zwykle się nie docenia, przestałam czuć cholerny ból, który rozrywał moją duszę od środka i to było tak, jakbym się wreszcie najadła po wielodniowym głodowaniu. Wystarczyła chwila żebym w przypływie błogostanu trochę zapomniała jak ten głód męczy.

Oczywiście było „chcę pobyć sama, skoncentrować się na sobie, za wcześnie na kogoś nowego”, ale czas rekonwalescencji minął, zapomniałam, że „faceci są głupi” i zaczęłam tęsknić za miłością. Tęsknić, ale nie szukać jej z jakimś wielkim zapałem, bo nigdy nie umiałam tego robić. Mam za to ciekawe sny, wśród których są, rzadkie jak sukcesy polskiej reprezentacji w piłce nożnej, sny erotyczne i częstsze sny ogólnorozwojowe z udziałem mężczyzn. Treść tych pierwszych nie należy do najbardziej złożonych i wysublimowanych, ale te drugie zawsze są jakimś ciekawym nawiązaniem do przeszłości. Ostatnio śniło mi się, że mam trzyletnie dziecko z zabójczo przystojnym, brodatym facetem. Niestety, w tym śnie zostawiłam mu to dziecko gdy było niemowlakiem i właśnie pojawiłam się pierwszy raz po trzech latach, żeby je zobaczyć. Facet nie był zadowolony z mojego pojawienia się, ale ja też miałam kilka zarzutów co do jego zachowania. Wypowiedziałam wtedy słowa, które włączają alarm u każdego faceta, tzn.: musimy porozmawiać. Ledwo nabrałam powietrza na następne zdanie, a on już wyczarował między nami lodową ścianę niczym Elsa z Frozen. Kurde, jakie to było rzeczywiste… To jego błądzenie wzrokiem żeby tylko na mnie nie spojrzeć, gburowate napięcie w twarzy i zdawkowe odpowiedzi. Nie pamiętam o czym była ta rozmowa, ale pamiętam ten dreszcz po przebudzeniu. Przez te miesiące samotności zdążyłam naprawdę zapomnieć, że tacy jesteście. Zaraz mi się przypomniały te wszystkie ciężkie rozmowy i szarpanina o każde słowo. I moje zmuszanie faceta żeby się domyślał co zrobił źle niestety też… Swoją drogą, to jakieś dziwne. Niby facet nie rozumie aluzji, nie umie się domyślać, trzeba wysyłać do niego wprost klarowne komunikaty, a jakoś poezję, filmy i prozę rozumie, choć aluzji w nich tyle co związków miłosnych w Modzie na sukces. Jak to możliwe, że chłop może napisać świetną recenzję artystycznego filmu pełnego symboliki, a nie rozumie co mówi do niego jego własna dziewczyna?

W każdym razie, przypomniało mi się to i nagle doceniłam, że moja wolna sobota wygląda mniej więcej tak:

Nie dzielę już dni na te przed rozstaniem i po rozstaniu. Nie piszę już tutaj o nieudanej miłości. Przychodzą jednak takie sny jak ten, który opisałam i jako kropla oliwy do ognia przychodzi… kolejny mail od Wrocławianina. Wtedy na chwilę wszystko się zatrzymuje, a ja widząc B w fioletowym kółeczku na tablecie czuję przechodzącą przez moje ciało falę niepokoju. To coś jak wtedy kiedy zatrzymujemy się nagle na ulicy, bo dociera do nas, że w kieszeni brakuje nam komórki lub kluczy do domu.

Przeczytałam długi mail po łebkach i przykryłam tablet papierami na biurku.

Ta relacja miała dla mnie ogromne znaczenie i zostawiła we mnie ślad, dlatego nigdy nie odczytam takiego maila jak zwykłego SPAMu. Czy mogę powiedzieć zatem, że dostałam swój walentynkowy list?

Dla wszystkich kontemplujących miłosne perypetie:

Ranne ptaki

Ostatnimi czasy odwracam sobie małymi krokami rytm dobowy. Póki co z sukcesami. Chodziło mi o to żeby się wysypiać, budzić się zanim zadzwoni budzik lub w momencie gdy zadzwoni, ale żeby nie wiązało się to z traumatycznym przeżyciem podobnym do zepchnięcia z pomostu do zimnej wody. Postawiłam sobie trzy założenia żeby tego dokonać. Po pierwsze ustawić każdy dzień tak, żeby to co mam do zrobienia zrobić do dziewiątej wieczorem i mieć godzinę na wprowadzenie się w stan sprzyjający zaśnięciu. Moim błędem były wieczorne posiadówki przy komputerze. Nie dość, że emitowane przez monitor światło nie usypia, to jeszcze jak się wciągnęłam w czytanie czegoś czy przeglądanie stron to zaraz było: „a jeszcze pięć minut… Właściwie to dziesięć” itd. Koniec z tym, żadnego komputera, wyłączony telewizor, radio, nawet górne światło. Wieczór to czas na czytanie książki, a wcześniej kąpiele, balsamy, kremy i czesanie włosów. No i żadnego szykowania sobie piątej kolacji.

Druga sprawa to niewłączanie drzemki kiedy zadzwoni budzik. Jak zadzwonił, to znaczy, że wstajemy, koniec kropka. No i trzecia zasada, którą stosuję od dawna – jak już wstałam, to ścielę łóżko. Od razu. Teraz już dość wcześnie robi się jasno, więc jak się pościeli łóżko w pokoju wypełnionym światłem dziennym, to wygląda to tak, jakby dzień się już dawno rozpoczął, zaraz senność znika. Nie ukrywam, że najtrudniejszy jest pierwszy krok i cały czas się boję, że niedługo mi się to wszystko zawali, że czegoś nie dam rady dopiąć i usiądę o tej dwudziestej pierwszej do jakiejś pracy i znów zacznę chodzić spać po północy. Z drugiej strony, czy wtedy stanie się coś strasznego? Nie, jeśli tylko zacznę się starać odwrócić ten stan znowu, a nie stwierdzę, że „widocznie tak musi być”.

Jest to trochę pracy, ale efekty są tego warte. Po pierwsze praca przy dziennym świetle dłużej, po drugie przyjemność wstawania kiedy jest się wyspanym i energia, która się z tym wiąże. Dodatkowy czas na dobre śniadanie, kawę makijaż, rozciąganie się, a w sobotę np. wstawienie prania i przede wszystkim rozkoszowanie się poranną ciszą, kiedy wszyscy dookoła jeszcze śpią. Dzień jest dniem, a noc jest nocą – nie odwrotnie.

Całe życie wydawało mi się, że jestem nocnym markiem, a ja po prostu nie umiałam się zorganizować. Teraz mam większą świadomość dokonywania wyborów, bo wiedząc, że chcę żeby wieczór poświęcić na szykowanie się do spania, muszę z czegoś rezygnować na rzecz obowiązków, które chcę skończyć przed wieczorem. No i na przykład poświęcam czas na oglądanie przemówienia Bronisława Komorowskiego, bo przecież zbliżają się wybory, a sprawy społeczne nigdy nie były dla mnie błahe, to jest przecież ważne itd., ale potem zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest tak, że to faktycznie jest ważne, ale wśród spraw najmniej dla mnie w tej chwili ważnych? I w ten sposób zaczynam wartościować każdą czynność, którą robię w ciągu dnia. Poza tym coraz bardziej zaczyna mnie interesować minimalizm i prostota, bo zaczynam tak samo zachowywać się robiąc zakupy. Tak jak zastanawiam się czy warto na coś poświęcić czas, tak zaczynam się zastanawiać czy naprawdę potrzebuję danej rzeczy, którą chcę kupić.

Albo zostanę jakimś outsiderem i dziwakiem, albo to będzie naprawdę przełomowy rok w moim życiu. Mam nadzieję, że jednak to drugie.

P.S.
Karmnik jest oblegany przez tłumy ptactwa. Do sikorek i wróbli dołączyła ostatnio para synogarlic, które są duże, więc jedzą stojąc na balustradzie balkonu. Raz widziałam nawet wróbla, który chciał dostać się do karmnika wchodząc po plecach synogarlicy, która nic sobie z tego nie robiła. Zdjęcia są lekko zamazane, ponieważ mam dziwne żaluzje otwierane na magnes, których nie da się podnieść.

Grupa trzymająca władzę.