Teraz ja psuję zabawę

Pamiętam, jak pojechałyśmy z U do M. Ona miała dom na wsi, taki stary, z przechodnimi pokojami i wielką kuchnią, która znajdowała się w centrum. M miała kotkę, która jakiś czas wcześniej powiła kocięta. Miesiąc, może dwa przed naszym przyjazdem… Nie wiem dokładnie. W każdym razie, kotki znalazły nowe domy, a jeden został. Pamiętam jak dziś, że kiedy weszłam do kuchni, nie widziałam nic poza tym jednym, małym kotem. Natychmiast wyciągnęłam do niego ręce, żeby go przytulić. Niewykluczone, że wydałam z siebie również jakiś odgłos zachwytu. No po prostu nic nie mogło mi przynieść większej radości w tym momencie, niż zatopienie palców w puchowym, kocim futrze. Niestety, jak tylko kot wyczuł moją potworną ekscytację czmychnął wystraszony. Odsunęłam się wtedy rozczarowana i było mi źle, z tym, że kot tak na mnie zareagował. Później, kiedy siedziałyśmy u M w pokoju na podłodze i moje emocje się wyciszyły, powodowany ciekawością kot sam przyszedł się ze mną zapoznać. Może wyczuł, że mam nie tylko przyjazne nastawienie, ale i stabilne tętno, a więc można się do mnie zbliżyć, żeby się dać pogłaskać i z sobą pobawić. Kiedy siedząca również na podłodze U zobaczyła, że kot nadciąga w moją stronę powiedziała: „czasem trzeba poczekać na coś czego bardzo chcemy, żeby umieć z tego skorzystać”. Gdyby wtedy w kuchni kotek nie zdążył czmychnąć, a ja podniosłabym go z podłogi, to on podczas tego pierwszego spotkania byłby bardzo przestraszony, a ja poznałabym go bardzo powierzchownie i nasyciła nim egoistycznie. Dzięki cierpliwości mogłam posłuchać jak mruczy, co bez niej byłoby niemożliwe.

Przyszedł M, który tej cierpliwości nie ma jak i ja nie miałam, więc czmycham przed nim jak kot. Ja już się naczekałem odpowiednio długo. Już nie chcę dłużej. Już jestem odpowiednio zdystansowany, powiada. Cały czas pierdoli tylko o tym, że brakuje mu bliskiej osoby, jakie to życie teraz jest słabe itd. … miłość solą istnienia, mawia… No tak, ja wiem i też tak czuję, ale nie przeżywam jakimś cudem (jeszcze) histerii samotności, nie paraliżuje mnie ta myśl. Ja jestem całym jabłkiem – tłumaczę mu – nie połową, która szuka drugiej połowy; ja jestem typem, który szuka drugiego całego jabłka… Nie wiem czy zrozumiał… To znaczy wiem, że nie zrozumiał. Jedzie na Mazury i chce żebym mu puszczała sygnały. Sygnały?! Matko kochana, kiedy ja puściłam ostatni sygnał? Chyba w liceum… Albo wcześniej. Poza tym, on zdrabnia wyrazy. Nałogowo. Idzie do łóżeczka, był na spacerku, jest troszkę przeziębiony, życzy mi dobrej nocki, jest sam jakiś roczek, i pokaże mi foteczki. Dlaczego trzydziestoletni facet, wybiera taki infantylny język? Dlaczego ludzie nie widzą, że zdrobniania mają swoją funkcję w języku i oznaczają coś, co jest albo małe, albo miłe, urocze. Albo i małe i urocze. Jak słyszymy ‘łóżeczko’, to od razu kojarzymy je z tym dla dziecka. ‘Drzewko’ kojarzymy z młodą sadzonką, a słysząc ‘dywanik’ wiemy, że pewnie ma on rozmiar dużo mniejszy niż trzy na trzy metry… Czy M sypia w łóżeczku? Chyba nie. Jak wyglądał jego spacerek? Był krótki? Czy słodki? A foteczki? Są milusie, czy mają format pięć na pięć centymetrów? Na pewno nie, po prostu dorosły chłop się pieści. Jak mniemam spotkanie z koszmarem lingwistycznym ‘pieniążki’ czeka mnie już przy okazji następnej rozmowy. Wtedy chyba zwymiotuję. Nie… To jest kompletnie nie to. I włąśnie to parcie na związek. Gadanie wprost, że się usycha bez związku i tak dalej… Nie dla mnie. Muszę uciec, jak kot, ale wiem, że nie wrócę. On musi wiedzieć, że nie mnie szuka.

Jest jeszcze P. Z nim sytuacja jest inna. On nie pierdzieli banałów. Ma moje poczucie humoru. Ma sprawność językową, ironizując używa trudnych słów jak ‘kunktatorski’ na przykład. Powiedział, w kontekście rozmowy, że jestem ładną dziewczyną. Nie silił się na zaloty, komplementy o moich włosach, oczach, uszach czy czymkolwiek. Jego zainteresowanie moją osobą znajduje się wręcz na pograniczu braku zainteresowania. Podobnie jak u mnie. To znaczy u mnie to nie jest brak zainteresowania, to jest raczej taka emocjonalna cierpliwość, która zaprocentuje tym, że będę umiała skorzystać z tego, co mnie czeka. Bo czeka. To znaczy nie wiem czy z P., myślę sobie tak sobie ogólnie.

A z mojej twierdzy nie zostanie kamień na kamieniu.

P.S.
Jak widać biało się zrobiło. Niektóre notki będą za bardzo prywatne żeby tak wisiały, więc jeśli ktoś zechce je czytać, to dostanie ode mnie indywidualny login i hasło do wpisania w pole ‘zaloguj’ po prawej na dole. Mail jest w kategorii ‘o mnie’ (po prawej na dole, czy może gdzieś za połową…). Wtedy dostanie wszystko ze starymi wpisami włącznie.

Liczę, że ktoś się zgłosi i poczuję się wtedy jak ktoś ważny.

Advertisements