Cud w stajence.

Chciałam spróbować czegoś nowego, dlatego kiedy musiałam zapisać się na w-f na studiach, wybrałam jazdę konną. Była dodatkowo płatna, więc chętnych nie było zbyt wielu. Wiedziałam też, że wybierając takie zajęcia nie trafię do grupy ogólnej, która miała zwykłe zajęcia na sali gimnastycznej, jak w szkole. Nie do końca wiedziałam wtedy na co się piszę, ale w moim mniemaniu wszystko było lepsze od w-fu „jak w szkole”, nawet jeśli na jazdę trzeba było wstać nieetycznie wcześnie i przetransportować się do centrum, skąd studentów zabierał bus, który jechał dalej do stadniny. Zapisałam się z koleżanką, która już jeździła, bo była obozie jeździeckim. Pozostałych dziewczyn nie znałam i nie interesowały mnie, dlatego dziś ich nie pamiętam. Pamiętam za to widoki za oknem busa.

Świat między 6:00, a 8:00 rano. Lasy i szare polany spowite mgłą, które mijaliśmy po drodze do ośrodka jeździeckiego. Promienie porannego słońca omiatały oszronione trawy, które z szarych robiły się żółte. Były chyba nawet momenty, kiedy marzyłam żeby nigdy nie wysiadać, żeby już zawsze przed moimi oczami zmieniały się te impresjonistyczne obrazy ze światła i bladych, pastelowych kolorów. Niestety, zawsze przychodziła chwila kiedy wyłączał się silnik, otwierały się drzwi i uderzał mnie stajenny smród. Zanim zdążyłam się przyzwyczaić witałam się uśmiechem z kotami, przebierałam się i walczyłam o jedynego konia, z którym byłam w stanie się dogadać. Każdy był w stanie, dlatego każda z nas chciała na nim jeździć. Problemem nie był jednak jeden normalny koń, problemem byłyśmy my. Każdy, kto uczy się jeździć konno musi najpierw oswoić się koniem. Koń ma to do siebie, że jest większy od człowieka i naturalne jest, że człowiek nie czuje się dobrze przy tak silnym i wielkim zwierzęciu. Żeby jednak móc współpracować z koniem, trzeba ten lęk przełamać. Jak to zrobić? Trzeba zamknąć człowieka z koniem w boksie i kazać człowiekowi go wyczyścić przed jazdą. Brudny koń źle świadczy o jeźdźcy, więc do moich zadań przed każdymi zajęciami należało konia wyszczotkować, wyczyścić mu kopyta, a potem włożyć na niego siodło i wpakować uzdę do pyska. Zadanie trudne do wykonania na pierwszy raz. Jak się okazało, na drugi i trzeci raz także. Za pierwszym razem weszłam do boksu trochę na Johna Wayne’a, bo nie bałam się dużych zwierząt. Powiedziano mi, że natrafiam na jednego z najłagodniejszych i najinteligentniejszych koni. Niestety, inteligencja konia może odbić się człowiekowi czkawką, bo nietrudno mu zorientować się, że jest górą, a że żaden koń nie pali się do nudnego łażenia po padoku na lonży, to będzie starał się zrobić co w jego mocy, żeby nie wychodzić z boksu. Biorę szczotkę, podchodzę, a koń odsuwa się ode mnie. Robię więc nieśmiało krok do przodu, a on… Zaczyna tupać przednimi kopytami. Zaczynam się bać, ale jeszcze się nie poddaję. Mówię coś do niego, uspokajam go, a on zaczyna się wiercić, kręcić głową, prychać i znów tupać i to tak, że cofam się gwałtownie uderzając plecami w ścianę. Wiem, że z kopytami nie mam szans. Nie ma mowy, nie dotknę jego nogi i nie wyczyszczę kopyta. Jedna, dwie próby i wiem, że przegrałam, nie jestem w stanie nawet go wyszczotkować. Idę do sąsiedniego boksu po dziewczynę, która jeździ od lat i proszę ją o pomoc. Tłumaczy mi, że muszę być konsekwentna i stanowcza, bo inaczej koń nie będzie mnie słuchał. Próbowałam, ale co się robi z bydlakiem, który na ciebie tupie? Cała ta moja pewność siebie to gra i on to wie. Jazda idzie lepiej niż bliskie spotkanie w boksie. Anglezowanie łapię w mig i już na drugich zajęciach jeżdżę sama, bez lonży, a trener zajmuje się pozostałymi początkującymi. Może i szybko załapałam, ale i tak się denerwuję, bo koń nie zawsze mnie słucha, np. zatrzymuje się kiedy chce, albo skręca gdzie chce.

Na następnych zajęciach trafia mi się inny koń, Fokus. Jest fajniejszy, bo nie tupie (mniej inteligentny?). Od początku próbuję go zmylić. Wchodzę do boksu nucąc melodię z Czterech pancernych i psa. Niech myśli, że mam dobry humor, podśpiewuję, niczego się nie boję i wszelkie próby siły nie zrobią na mnie najmniejszego wrażenia. Kopyt nie czyszczę, ale nie przyznaję się do tego przed trenerem. Koń zabiera głowę kiedy chcę założyć mu uzdę, więc znów proszę koleżankę o pomoc. Domyślam się, że ten też koń wie, że się go boję. W następnym tygodniu zastaję swojego konia stojącego do mnie tyłem. Nie wiem co z nim zrobić, więc znów zaczynam nucić melodię z Czterech pancernych, mając nadzieję, że może koń zechce do mnie podejść i odwróci się sam. Fokus podnosi łeb i kieruje uszy w moją stronę, ale ani myśli się odwrócić. Idę po stajennego i mówię co się stało. Podchodzimy do boksu, facet otwiera górną część i… jakby nigdy nic uderza konia ręką w zad. Fokus lekko się wzdryga i obraca wolno jak mucha w smole. Wtedy pierwszy raz widzę, że on chyba nie do końca zdaje sobie sprawę ze swojej fizycznej przewagi nad człowiekiem. Wtedy pierwszy raz próbuję z czyszczeniem kopyt. Delikatnie sunę ręką po pęcinie aż koń… sam podnosi kopyto do czyszczenia. Uśmiecham się i zabieram do pracy. Uzda, to wciąż za dużo. Fokus się szarpie, a ja boję się tych wielkich zębów. Wiem jednak, że i na to przyjdzie czas. Może za tydzień?
Za tydzień będzie czekało mnie jednak rozczarowanie. Wejdę do stajni, zanucę znaną Fokusowi melodię, zobaczę, jak na jej dźwięk kieruje uszy w moją stronę i dowiem się, że dziś jeżdżę na innym koniu. Na największym koniu w stadninie. Jest młody, smukły i piękny, a do tego czarny jak węgiel. Wygląda jak konie Czarnych Jeźdźców z Władcy Pierścieni. Patrząc na niego nie czuję się dobrze. Czuję się, jakby zaraz miał mnie posiąść ogromny murzyn. Rzeczywiście, siedzi się na nim strasznie wysoko, jak na słoniu (tak myślę, bo nigdy nie siedziałam na słoniu). Jest fajnie, ale koń ma długie nogi i porusza się szybciej niż inne. Muszę jechać za inną dziewczyną i widzę, że siedzę jej na zadzie. To może sprowokować konia przede mną do kopnięcia mojego konia. Może on przypadkowo trafić mnie w rzepkę kolanową, więc staram się jakoś wyhamować to swoje czarne bydlę. Niestety, niewiele to daje więc proszę koleżankę żeby jechała trochę szybciej. Nie może, bo przed nią są kolejne konie. Denerwuję się, nie wiem co się robi w takiej sytuacji. Nie mija chwila kiedy mój koń się płoszy i… zaczyna uciekać gdzie go oczy poniosą. Nie wiem gdzie skręcamy, raz w prawo, raz w lewo, po całym padoku. Przed sobą widzę tylko ten jego czarny łeb i uszy, gdzieś po bokach majaczą ściany, a inne konie wydają się stać w miejscu. O dziwo, mój mózg staje na wysokości zadania. „Tylko spokojnie…” zdaje się mówić do mnie. „Noga zaplątała się w strzemię. Nie możesz spaść, bo koń cię pociągnie. Po prostu się trzymaj, to twoje jedyne zadanie. On przecież nie będzie biegł wiecznie”. Ta myśl dodaje mi otuchy, choć czuję, że kompletnie nie mam kontroli nad sytuacją. Wiem, że lewa noga utknęła na dobre, a moje bezwładne ciało zachowuje się tak, jakby ktoś wrzucił je do obracającego się bębna wielkiej pralki. Siodło rytmicznie wali mnie po tyłku, ale boli mnie każdy skrawek ciała razem z wnętrznościami. Nagle pojawia się wybawienie – trener. Zatrzymuje konia i obraca sprawę w żart.
– Twój pierwszy galop! Trzymasz się? – pyta jakby chodziło o łzawienie oczu przy krojeniu cebuli.
– Tak, tak, wszystko ok! – odpowiadam z uśmiechem i jak zwykle udaję najsilniejszą, kiedy jestem najsłabsza.
Wiem, że do następnych zajęć będę czuła strach. Kiedy schodzę z tego cholernego konia czuję, że chyba rzeczywiście posiadł mnie ogromny murzyn. Ledwo stoję na nogach, uda i tyłek bolą jak cholera, kiedy idę czuję się tak, jakbym spędziła rok w stanie nieważkości i nagle ktoś postawił mnie na ziemi, wciąż kręci mi się w głowie. Nie chcę więcej widzieć tego cholernego konia, który podobno przestraszył się dźwięku miotły, kiedy tak się spłoszył.

W następnym tygodniu chcę Fokusa, albo nie wyjdę na padok. Wiem, że po tym, co mnie spotkało dostanę to, czego sobie zażyczę. Fokus czeka. Stoi przodem. Nucę i wchodzę i do boksu dużo spokojniejsza niż wcześniej (w końcu znam ten pysk, no nie?). Dziś stawiam sobie nowy cel – uzda, a przede wszystkim wędzidło. Żeby wsadzić koniowi ogłowie trzeba stanąć obok niego tak, żeby patrzeć w tym samym kierunku co on. Głowa konia jest na wysokości naszego ramienia. Oplatamy ją od dołu ręką, ciągniemy, żeby pysk pojawił się w okolicach naszej brody i drugą ręką wkładamy wędzidło do pyska. Koń musi ten pysk otworzyć, a my wepchnąć wędzidło za zęby. Niestety, zwierzę rzadko ma ochotę współpracować, więc unosi łeb. Uśmiecham się na myśl o koniu zadartą głową. Stoi nieruchomo i łypie na mnie spod czarnych rzęs. Teraz trzeba poczekać aż się znudzi, a kiedy opuści łeb złapać go znowu. Pierwsza próba, druga, trzecia… Przy czwartej daje za wygraną i już się nie wyrywa, ale nie chce otworzyć pyska. Za to ja jestem twarda. Zrozumiałam, że nie stanie się nic złego. Fokus nie zwariuje i mnie nie kopnie, jeśli wsadzę mu przez przypadek palec do nosa, to nie umrze od tego, jeśli ugryzie moją rękę (w rękawiczce), to stanie się to przypadkiem, a ja ją szybko wyjmę i stwierdzę pewnie, że jest cała. Trzeba to zrobić po prostu, tak jak się zdejmuje garnek z gazu. Wtedy trzeba być ostrożnym, bo jest gorący, ale nie ma co dorabiać do tego ideologii. Nie siłuję się. Po prostu ponawiam próby raz za razem szukając metalowym wędzidłem przestrzeni pomiędzy górnymi, a dolnymi zębami. Proszę też konia grzecznie żeby otworzył pysk, bo zależy mi na naszych dobrych stosunkach. Odpowiada głośnym oddechem i zerkaniem, ale w końcu otwiera pysk. A może wcale go nie otworzył, tylko rozluźnił na chwilę żuchwę, a ja wykorzystałam chwilę i wepchnęłam uzdę? Ucieszona poklepałam konia po szyi i wyprowadziłam z boksu, czując się jak zwycięzca. A gdyby tak dało się z mężczyznami? Gdyby cierpliwość i nieustępliwość wobec nich, mogły przynosić tak imponujące rezultaty… Z mężczyzną przecież też nie ma co się siłować, może to dobra metoda? Z drugiej strony, mężczyzna wykastrowany ze swojej pierwotnej natury, osiodłany, prowadzony za wodze, zdolny jedynie do tego, by potargować się chwilę w boksie i ostatecznie zagryźć zimne wędzidło… Nie, to nie jest dobre dla nikogo. To jest dobre tylko dla konia. Którego lubię. I dlatego mam dla niego marchewki w kieszeni.

Advertisements