Mól książkowy jest młody. U starych, mole są w szafach.

Jadę na lektorat. Mam daleko i w połowie drogi muszę się przesiąść z jednego autobusu do drugiego. Jest rano i jestem nieprzytomna. Oprócz tego jest Środa Popielcowa. Co może się stać ciekawego przez nałożenie na siebie tych pozornie niezależnych od siebie okoliczności? Wczesna godzina, przystanek autobusowy, Środa Popielcowa… Nic, gdyby nie jeszcze jedna okoliczność, która będzie spoiwem poprzednich. Jest nią Msza w okolicznym kościele, która kończy się mniej więcej w momencie, w którym docieram na przystanek. Co środę zbiera się na nim sporo osób, ale w Środę Popielcową zalewa go szarańcza staruszków z głowami posypanymi grafitowym prochem. Cóż, tłum, jak tłum. Stoję sobie spokojnie nieświadoma nadciągającego zagrożenia. A wspomniane zagrożenie zbliża się z każdą sekundą. Lont bomby już iskrzy i skraca się wraz malejącą odległością autobusu od przystanku. Kiedy terkoczący silnik wchodzi na niższe tony i otwierają się drzwi linii nr 31, czuję jak wokół mnie zaczyna trząść się ziemia.

Pędzą. Walą jak taran. Wlewają się do autobusu jeden za drugim ugniatając się po drodze, jak ciasto na pierogi. Widzę wokół siebie antenki beretów, fryzury a la kalafior i brązowe kaszkiety. Nie mogę wyjść z podziwu nad siłą tej ludzkiej masy. To znaczy znam to z autopsji. Kiedy chodziłam do liceum, to były takie dni, kiedy pół szkoły kończyło zajęcia o tej samej godzinie i nie mogliśmy pomieścić się do autobusów. Tylko, że wtedy pchał mnie tłum silnych nastolatków cytujących tekst ze skeczu Ani Mru Mru o otwarciu supermarketu: „open the door! Open the door!”… Teraz mam jakby deja vu, tylko ludzie są 50 lat starsi. W pewnym momencie korek robi się tak duży, że mam wrażenie, że czoło fali przewróci autobus. Co gorsza, czuję, że moja torba utknęła między dwoma staruszkami cisnącymi się za mną. Kiedy próbowałam się ruszyć, pasek torby trzymał mnie jak pas bezpieczeństwa w samochodzie. Jednocześnie ktoś z boku zaczął robić mi wyrzuty, że blokuję przejście, bo stoję zamiast iść. Chwyciłam więc pasek i podjęłam próbę wyswobodzenia torby. Niestety, nieskutecznie. Szarpiąc mocniej, zaczęłam się bać, czy czasem razem z torbą nie wyrwę czyjegoś ramienia, w końcu to starsi ludzie. Z drugiej strony, w ogóle tego nie widać. Raz po raz z niemłodych gardeł płyną mocne okrzyki: „no niechże się pan przesunie! Nie widzi, że idą?”, „nic nie patrzy, tylko pcha! Jak tak można!”. Jestem wysoka, więc udaje mi się ratować twarz, ale poniżej klatki piersiowej czuję tryjakące mnie tu i tam łokcie, kolana i drewniane laski. Po dzielnej walce udaje mi się wyrwać torbę, która jakimś cudem zdołała wyjść bez szwanku. Jeszcze moment i znalazłam się w autobusie. Komentarzom dotyczącym skandalicznego zachowania współpodróżnych nie ma końca. Wszystkie wygłaszane są w eter, gdzieś pod nosami skrzywionych, pomarszczonych pań, z których każda pewnie uważa, że adresat doskonale wie, że to do niego i patrzeć w oczy nie trzeba. Mimo wszystko, udało się. Jedziemy. Jeden przystanek, drugi, przy trzecim ktoś wstaje ze swojego miejsca. Przystojny, wysoki chłopak z jasnymi włosami. Rozgląda się chwilę w poszukiwaniu przejścia, które nie istnieje. Wreszcie odzywa się: „Ja muszę, przephaszam… Ja muszę, przephaszam…” Od razu słychać, że obcokrajowiec. Składa błagalnie dłonie i patrzy na panie, jak kot ze Shreka. One pozostają jednak niewzruszone. Jedna nie odwracając się, głośno odpowiada: „trzeba było wstać wcześniej!”. Ta, najlepiej jechać na dachu i ześlizgnąć się przy swoim przystanku. Postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce, bo wiem, że chłopak nie jest w stanie wydukać po polsku wiele. Z uśmiechem na ustach, najłagodniej jak potrafię, mówię do starszych osób, że jedyny sposób, żeby wypuścić pana, to wyjść na chwilę. Pan wyjdzie, a my zaraz wszyscy wrócimy… Czekam na jakąś reakcję licząc, że nie będzie to rzucenie na mnie klątwy. O dziwo, kiedy autobus się zatrzymuje, ludzie zaczynają… wychodzić gęsiego. W ciszy, spokoju, kilka osób rusza do drzwi, więc i ja idę z nimi. Robi się trochę luzu, oswobodzony cudzoziemiec wychodzi i wszyscy wracamy. Moje serce rośnie. Wchodzę jako ostatnia i okazuje się, że metalowe ramię poruszające drzwiami chwyta mnie za nogawkę, a zamykające się drzwi wykręcają mi nogę. Trochę boli, ale to nic, jeszcze jeden przystanek i wychodzę.

Czasem wracam do tego wspomnienia, kiedy myślę o starych ludziach. A myślę o nich teraz między innymi dlatego, że ukazał się nowy, smutniejszy od poprzedniego, raport o stanie czytelnictwa w Polsce. Z tego co wiem, statystyki czytelnictwa zaniżają osoby starsze, emeryci i renciści. Z moich doświadczeń (chociażby powyższego) wynika również, że osoby starsze nie zawsze są też wzorami do naśladowania jeśli chodzi zachowanie, czystość języka i kulturę słowa, zwykłą codzienną empatię i otwarcie na drugiego człowieka. Zastanawiam się, jak to się ma do powszechnej opinii o wyższości czasów minionych, nad współczesnymi, w których to „dzisiejsza młodzież” nie ma żadnych zasad i nie kieruje się w życiu żadnymi wartościami. Wiele razy słyszałam, jak wspaniała była przedwojenna szkoła. Słyszałam legendy o tym, jak wielkim szacunkiem cieszył się kiedyś zawód nauczyciela. Nie każdy miał szansę wtedy zdać maturę, która była prawdziwym egzaminem dojrzałości i równała się dzisiejszemu licencjatowi. Uczeń kończący szkołę zawodową był mistrzem w swoim fachu, a każda szkoła uczyła kultury, i przekazywała wzorce. Za nieprzyszytą do ramienia tarczę płaciło się surowo, a profesorom kłaniało w pas. Oczywiście panny chodziły ubrane skromnie, o żadnym makijażu w szkole nie było mowy, a kawalerowie zachowywali się, jak dżentelmeni. Chyba każdy z nas słyszał od swoich dziadków „za moich czasów takie zachowanie było nie do pomyślenia”. No właśnie. Dzisiejsi osiemdziesięciolatkowie są przecież absolwentami tych wspaniałych podstawówek i szkół średnich sprzed reform. Dlaczego więc nie czytają? Dlaczego tak często prezentują roszczeniową postawę, całkowity brak zrozumienia dla drugiego człowieka, czasem mam wrażenie, że zwykłą butę i egoizm?

Odpowiedzią pewnie jest komunizm. Dziesiątki lat życia w systemie zamknięcia i nagle, po odwilży otwarte granice, kapitalizm, nowe zasady, koniec z socjalem, wakacjami pod gruszą i jeszcze się okazało, że od dziś w przychodni w białym kitlu siedzi murzyn. Nie można oczekiwać, że każdy się w tym odnajdzie, ale pewnie jest też trochę prawdy w tym, że niesieni nostalgią wciągamy na piedestał co to stare, jako to, co na pewno lepsze, tracąc przy tym obiektywizm.

Dziś nowe media publiczne narodowe, czerpią garściami z tego co stare. Wróciły już programy Pegaz i Sonda, ma podobno wrócić Wielka Gra i Koło Fortuny. Nie wiem czy ten eksperyment się powiedzie, bo przecież wnuk programu Sonda już jest. Tworzy na YouTubie i nazywa SciFun. Cały szereg podobnych programów pokazuje przez całą dobę Discovery. A Pegaz? W TVN24 mam literacką Xięgarnię, na Filmwebie oglądam regularnie Movie Się o nowościach kinowych… Na moich oczach formuła, którą proponuje Internet coraz bardziej się profesjonalizuje. Nowe programy mogły być więc czymś świeżym, ze starą nazwą, jak nowoczesny odtwarzacz muzyczny zamknięty w pudełku retro, albo odgrzewanym kotletem. Po pierwszym odcinku Sondy widzę, że szala przechyla się ku kotletowi, a to może oznaczać krótkie zainteresowanie ze strony sentymentalistów, a przecież nie o to chodzi. Tak, jak przedwojennej szkole nie chodziło o to, żeby jej absolwenci byli dziś poza kulturą pisma.

Nie chcę się babrać w dyskusji politycznej, zastanawiam się jednak czy ten hurraoptymistyczny zwrot ku staremu ma sens. Poczekamy zobaczymy, ale przyznam, że będę trochę zdziwiona, jeśli okaże się, że wskrzeszone programy sprzed lat będą mieć przez długi czas wysoką oglądalność.

Advertisements