Prewencyjna amputacja języka.

Tomasz Terlikowski zawsze ciekawił mnie jako człowiek. Podobno w prywatnych kontaktach jest bardzo sympatyczną i ciepłą osobą, artykuł o nim w Newsweeku, który czytałam kilka lat temu budował raczej jego pozytywny wizerunek. Tym, co zawsze podobało mi się u tego publicysty, uznawanego przecież za kontrowersyjnego, była kultura wypowiedzi. Czasem oglądałam na You Tubie jego przeglądy prasy, w których rzuca gazetami po pokoju, ale komentuje artykuły zawsze na poziomie (abstrahuję od tego czy merytorycznie i czy są to poglądy, z którymi się zgadzam czy nie, chodzi mi tylko o styl wypowiedzi).

Właściwie jedyną wpadką, która skończyła się dla Terlikowskiego sądem, był spór z Alicją Tysiąc.
Teraz o tej sprawie niewielu już pamięta, za to wszyscy wiemy, jak bardzo obrażony był pan Tomasz na papieża Franciszka za wypowiedź o mnożeniu się jak króliki. Choć dzieci pana Terlikowskiego są raczej zaplanowane, co może sugerować ten świetny wywiad dla Wysokich Obcasów udzielony przez jego żonę, to jednak potraktował on te słowa bardzo osobiście.

W tym wypadku dziwi niezmiernie fakt, że człowiek, który na słowa papieża odpowiedział, że cieszy się, że jest królikiem i smuci go, że papież mówi takie rzeczy ludziom, który idą pod prąd światu, może proponować osobom takim jak Angelina Jolie pójście z prądem i niemal pewną śmierć na raka.


obrazek stąd

Zaskakuje ten kontrast pomiędzy nadwrażliwością na punkcie własnej rodziny i kompletną niewrażliwością, jeśli chodzi o czyjąś. Zastanawiam się, czy Pan Terlikowski mówiłby to samo, gdyby jego żona była nosicielką genu BRCA1 i miała świadomość, że być może już niedługo jej dzieci będą patrzyły na jej śmierć, tak jak ona przeżywała śmierć najważniejszych kobiet w swoim życiu – matki, babci i cioci.
Myślę zatem, że jesteśmy świadkami powstania nowych jednostek służących mierzeniu cynizmu – skali terlika, gdzie dziesiątką może być przytoczona na obrazku wypowiedź.

Ostatecznie, obrażony Terlikowski wycofał się z krytyki papieża, kiedy okazało się, że to nie tak, że papież powiedział, że dzietność jest be, ale niesmak pozostał, bo papież według pana Tomasza wypowiada się nieprecyzyjnie. Na szczęście, sam pan Terlikowski wypowiada się bardzo precyzyjnie. Może być wzorem dla Franciszka.

Advertisements

Malownicze Livigno i narty.

Kurde, jak zwykle najtrudniej zacząć wpis. Co dziwne, jak mam pisać o swoim pierwszym okresie, o tym jaki mam ból dupy i egzystencjalne problemy, to wszystko płynie jak z płatka, a jak mam po prostu opisać gdzie byłam i co widziałam, to jakoś to idzie jak po grudzie.

No nic, zaczynamy. Byłam na nartach w Livigno, ale bez obaw, nie będę opisywać w szczegółach swoich dalszych postępów, bo mój okres nauki jazdy na nartach chyba dobiega końca. Przestałam jeździć pługiem i zsuwać się po bardziej stromych stokach. Oczywiście do stylowego narciarstwa nadal mi daleko – narty ustawiam dość szeroko, bywam sztywna, jakby ktoś spuścił manekina z góry, ale zdecydowanie wymykam się już spod łatki osoby początkującej. Jest tylko jedna rzecz w kwestii nart, o której muszę wspomnieć. Nie wiem jak to się stało, ale w tym roku w ogóle nie bolały mnie mięśnie. Rok temu wracałam ze stoku jak pobita, w listopadzie musiałam przetrwać pierwsze dwa dni zakwasów, a teraz, w marcu zupełnie nic mnie nie bolało. Czy to możliwe, żeby to była zasługa biegania? A może niewielka przerwa pomiędzy wyjazdem listopadowym, a marcowym? Przyznam szczerze, że pakowałam się na ten wyjazd trochę z nosem spuszczonym na kwintę, jakoś nie chciało mi się ruszać z domu i ciągle myślałam o tym, że jeszcze trzeba będzie przetrwać te zakwasy, a do tego ta wielogodzinna jazda samochodem. Nienawidzę tego. Mój minorowy nastrój budowały również informacje pogodowe z kurortu. Duże opady śniegu i temperatura do minus czternastu czy szesnastu w nocy sprawiły, że po prostu nie chciało mi się jechać. Do tego wszystkiego mam już jako takie obycie z miejscowościami narciarskimi i wiem czego spodziewać się na miejscu – hotele, hotele i jeszcze raz hotele, kilka pizzerii i sklepy z tandetnymi pamiątkami, w których obok kubków z namalowanymi górami stoją popielniczki z cyckami czy penisami. Wszystko robione w jednej fabryce w Chinach i wysyłane na cały świat, a potem podpisane przez pracowników sklepu zwykłym, czarnym markerem, żeby było, że Maso Corto czy Livigno…

To wszystko miało wpływ nie tylko na mój humor, ale i na to, jak ostatecznie wyglądała moja walizka. Zapakowałam kilka najcieplejszych rzeczy, które w ogóle do siebie nie pasują i zdecydowałam się zabrać starą, puchową kurtkę, którą ubrudziłam kiedyś farbą olejną, kiedy otarłam się o świeżo pomalowaną futrynę. Poza tym, że farby nie da się sprać, przestała mi się podobać i od dawna w niej nie chodziłam, ale na taki wyjazd była idealna, bo jest długa i ciepła, więc gdyby trzeba było wyskoczyć do sklepu po pomidory, to będę miała w czym. To jak będę wyglądać nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia, bo nie zamierzałam specjalnie nigdzie wychodzić. Jak się później okazało, trzeba było jednak o tym pomyśleć.

Livigno to malowniczo położona miejscowość sąsiadująca bezpośrednio ze Szwajcarią. W tej chwili prowadzą do niej trzy drogi: z Bormio, z Sondrio i szwajcarskiego Zernz. Dwie pierwsze drogi dojazdowe są zamknięte zimą, ta z Sondrio jest nieprzejezdna, a otwarcie tej z Bormio jest zależne od opadów śniegu. Zimą zostaje więc tylko droga ze Szwajcarii, która istnieje właściwie od niedawna i wcale nie była planowana jako droga do Livigno, które dla nikogo nic nie znaczyło i było zimą odcięte od świata na dziewięć miesięcy. Chodziło o budowę zapory wodnej Punt dal Gall przy jeziorze Lago del Gallo. W tym celu trzeba było wybudować drogę i wykuć tunel w skale, który połączył Szwajcarię z Livigno i pozwolił ludziom swobodnie kursować do Włoch również zimą. To sprawiło, że po roku 1968, kiedy to powstał tunel, miasteczko zaczęło się gwałtownie rozwijać. Mało tego, sąsiedztwo Szwajcarii sprawiło, że cały obszar Livigno jest jedną, wielką strefą wolnocłową. Wyobraźcie więc sobie miasteczko liczące sześć tysięcy mieszkańców, zatopione wśród Alp, gdzie w stylowych domach z drewna i kamienia mieszczą sklepy sprzedające odzież i buty Prady, Fendi, Chanel, YSL, Gucci… Co drugi sklep to perfumeria, a co trzeci to monopolowy, w którym półki uginają się od trunków zamkniętych w najładniejszych butelkach, jakie tylko można zaprojektować. Do tego na każdym kroku fajna knajpa, malowniczy kościółek i świetna, darmowa komunikacja miejskimi skubisami, które podjeżdżają na przystanki co kilka minut. To wszystko w otoczeniu ponad stu kilometrów tras narciarskich znajdujących się po obu stronach doliny. A to jeszcze nie koniec, bo w miasteczku można zrelaksować się w SPA, pójść potańczyć, można pojeździć konno, skorzystać z tras dla narciarzy biegowych (w Livigno trenuje Justyna Kowalczyk), a latem nawet pływać na desce czy kajakiem po pobliskim jeziorze.

No. I ja przyjechałam chodzić po sklepie Prady w kurtce brudnej od farby olejnej, śniegowcach i dresach, bo nawet nie wzięłam przyzwoitych dżinsów. Z drugiej strony, takich jak ja było wielu, ludzie chodzili w ciuchach narciarskich i nikt się specjalnie nie przejmował, ale dama w norkach i pełnym makijażu to też był zwykły widok na ulicach miasteczka. Nie mogę powiedzieć, że czułam się bardzo źle w swoich ubraniach, ale wolałabym zapoznawać się zapachami nowych perfum ładniejszej kurtce.

Pierwszy spacer po miasteczku i komórkowe zdjęcia:


Livigno wieczorem i zdjęcia z aparatu, których nie strzelałam już tak na oślep.


Sklepik z drewnianymi pamiątkami

Wystawa sklepiku i perfumy wystawione przed drogerią.

Świąteczny look ma się dobrze


Może Maserati?


A może zegarek za pięć tysięcy euro?


Torebki Fendi

Ta z oczami ❤


Dzięki tym czerwonym ogrzewaczom spokojnie można było posiedzieć wieczorem na dworze

Na deser wrócę jeszcze do tematu nart i cen. Otóż, jeśli chodzi o narciarstwo to warunki są przednie. Świetne, szerokie stoki, zróżnicowane trasy dla każdego, szkółki dla dzieci i dorosłych, narciarskie place zabaw – rewelacja. Z pogodą wcale nie było tak źle jak zapowiadali, tylko jeden dzień był na tyle mroźny i wietrzny, że niektóre wyciągi zostały zamknięte. Livigno nazywane jest “włoskim Tybetem”, więc słońce świeci tu prawie codziennie. Można zatem korzystać z leżaków przy knajpach.

Wytrwałym rezentuję film, który sama nakręciłam. Uważnym obserwatorom nie umknie fakt, że wyprzedzam niektórych ludzi, co świadczy o mojej śmiałości i rosnących umiejętnościach.

Jedyną niedogodnością był panujący na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów wiatr. Wieje on również na powyższym filmie, choć nie bardzo to widać. Najgorsze jest to, że wiało w stronę jadących, więc czasem kończyłam przy bramkach ze sztywną twarzą i spowalniało mnie na podjazdach, co chyba nawet trochę widać. Poniżej film nakręcony z wyciągu, szybko się urywa, bo odmarzała mi ręka. Widać na nim śnieg płynący jak fale na wodzie. Generalnie nie było mi zimno, marzyłam jednak o kominiarce.

Jeżeli chodzi o ceny w strefie bezcłowej, to najbardziej opłaca się kupować alkohol. Moje ukochane Campari w butelce litrowej kosztowało około 32zł (plus dzbanek do robienia drinków gratis), podczas gdy butelka 500ml kosztuje w Polsce około 40zł. Naprawdę, tutaj można sporo zaoszczędzić. Jeżeli chodzi o markowe ciuchy, perfumy i elektronikę, to sprawa przedstawia się podobnie jak w strefach na lotniskach. Po sprawdzeniu cen w Internecie wychodzi na jedno. Oczywiście zdarzają się bardzo atrakcyjne promocje na towary z najwyższej półki, ale to jest wciąż rabat na buty, po którym nie kosztują one już 6000zł tylko 5000, więc i tak mnie nie stać. Jeżeli chodzi o codzienne produkty, to w piekarniach chleb jest drogi, 4 euro za bchenek? 16zł? Masakra… Za to można kupić taniej dobrą czekoladę i najeść się w przyzwoitej cenie w jednej z knajpek. Mile zaskoczyły mnie ceny na stokach, tak jak ciasta czy kanapki były raczej drogie, tak dobra kawa za 1,50 euro to niezła cena w porównaniu do poprzednich kurortów, w których byłam.

I jeszcze zupełnie na koniec. Podczas jednego ze spacerów trafiłam na cmentarz. Tam pierwszy raz widziałam kolumbarium. Niesamowite miejsce, pełne wspomnień i zdjęć zmarłych, ich prywatnych rzeczy porozkładanych wokół kawałeczka ściany zmarłego. Niestety, wśród nieżyjących było bardzo wielu młodych ludzi, którzy zginęli w górach.

A! I jeszcze jedna ciekawostka. W Livigno w sklepach sportowych sprzedawano rowery z najgrubszymi oponami jakie widziałam. Oczywiście latem w miejscu stoków są specjalne trasy dla miłośników rowerów górskich (na drugim planie pancia w futrze).

A tu wracam do domu. Bez torebki Fendi.