Karmnik dla ptaków i jesienny las.

Rok temu na fali spontanicznej decyzji nabyłam karmnik dla ptaków. Do niego, tego samego dnia, w tym samym sklepie, dokupiłam pokarm dla kanarków. Nie do końca wiedziałam czym karmić ptaki, ale byłam świadoma, że chleb, zwłaszcza świeży, to nie jest najlepszy wybór, a ziarna dla kanarków z pewnością rozpieszczą też żołądki wróbli. Potem okazało się, że w wielu sklepach można znaleźć kule tłuszczowe dla sikorek i inne nasiona, które ptaki bardzo lubią więc szybko uzupełniłam braki.

Nie pamiętam ile kosztował ten karmnik, ale muszę przyznać, że miał jeden porządny minus – nie był zabezpieczony żadnym lakierem przed pleśnią i brudem. Nie wiem czemu, jakoś nie chciało mi się wtedy niczego kupować i malować go. Postanowiłam znaleźć mu zaciszne miejsce na balkonowym parapecie, gdzie będzie raczej chroniony przed deszczem i pomalować go na wiosnę, jak ptaki nie będą już z niego korzystać. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Karmnik wylądował na metalowej puszce po Johnnie’m Walkerze, która miała grubość ramy okiennej i dzięki temu był na wysokości szyby, żebym mogła widzieć ptaki. Owinęłam go sznurkiem, którzy przycięłam oknem żeby się nie ruszał i voila!

Niestety, po kilku dniach dokarmiania ptaków szyba zaczęła robić się brudna. Przylatywało co najmniej 6-7 wróbli naraz, obserwowanie jak jedzą było fajne, ale… zaczął się robić naprawdę niezły bałagan. Pokarm wpadał ptakom między metalową puszkę, a ramę okienną, parapet był cały zasrany, a dolna część okna cała w smugach. Wtedy wpadłam na pomysł, że przykryję parapet folią, żeby łatwiej mi było sprzątać na wiosnę. Cienka folia spożywcza przywarła do powierzchni i na szczęście nie rozerwała się przez zimę, ale nasiona i tak pod nią wpadały.

W tym roku postanowiłam lepiej się przygotować do sezonu dokarmiania, bo wiedziałam, że karmnik nie może już stać na parapecie. Po pierwsze, kupiłam Sadolin i w wakacje pomalowałam karmnik na działce, gdzie mógł spokojnie śmierdzieć na tarasie. Potem znalazłam gruby, drewniany kołek, który idealnie nadawał się na nogę. Nie wiem jakie jest jego pochodzenie. Z jednej strony był spróchniały, ale na szczęcie i tak był za długi, więc odcięłam całą tę zepsutą część. Były też na nim resztki brązowej farby, którą zdjęłam specjalnym, żelowym rozpuszczalnikiem do farb, który wcześniej kupiłam do czyszczenia furtki i bramy. Kiedy już wszystko elegancko pomalowałam kilka razy, to okazało się, że nie mam pomysłu jak połączyć obydwa elementy. Karmnik był za mały żeby włożyć do niego gwóźdź i przybić przez podłogę do nogi, a dachu nie da się zdjąć. Wpadłam więc na pomysł, że może da się zrobić dziurę w podłodze od zewnątrz, potem wyjąć gwóźdź, włożyć go od środka do zrobionej wcześniej dziury i jakoś jednak przybić (pomimo blokady, jaką jest dach) stukając długo i cierpliwie bokiem młotka. No i znów jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wbiłam spory gwóźdź w podstawę karmnika i… za cholerę nie mogłam go już wyciągnąć. Mordowałam się ciągnąc obcęgami ten cholerny gwóźdź z całej siły, ale nie chciał drgnąć. W końcu stanęłam przed drzewem w kształcie litery Y, przełożyłam karmnik pomiędzy konarami, chwyciłam gwóźdź obcęgami i zapierając się nogą o drzewo ciągnęłam używając całej swojej mocy. Po jakimś czasie wyrównanej walki gwóźdź dał za wygraną, a ja doszłam do wniosku, że sytuację uratuje tylko jakiś bardzo mocny klej.

No i tak się zbierałam w sobie przez kolejne tygodnie żeby iść do sklepu po ten klej, kiedy nagle doznałam olśnienia – przecież trzeba zrobić podpórkę z deski! Przybić ją od góry do drewnianej nogi, a wystające części od dołu do karmnika. Naprawdę nie wiem jak ja mogłam na to nie wpaść od razu. Trzeba było to zrobić latem, a teraz tylko przywiązać konstrukcję do balkonu. Cóż, chyba koniec końców ważne, że w ogóle mnie olśniło…

Tegoroczna jesień, która jest wyjątkowo długa i ciepła wywiała mnie na działkę na długi weekend listopadowy. To jest pierwszy raz kiedy rezydowałam na działce tak późną jesienią. Z reguły nocne przymrozki kazały już spuścić wodę z rur i zamknąć sezon. W tym roku jest jednak inaczej, temperatura nawet do plus piętnastu w ciągu dnia sprawiła, że na swoje działki w miniony weekend przyjechali wszyscy sąsiedzi. Jedni nawet zaprosili gości na jakieś specjały z wędzarni, więc jedyną niedogodnością listopadowych dni była ich długość, co sprawiło, że już po czwartej po południu sąsiad chodził do wędzarni z latarką.

Raz zdarzyło mi się, że przyjechałam na działkę w marcu i w nocy spadł śnieg (nie miałam wtedy aparatu, ale miałam komórkę, więc jest dokumentacja zdjęciowa). Teraz przyjechałam w okresie, kiedy telewizja już zalewa widzów reklamami świątecznymi. Trochę nawet wpasowały się one w mglisty klimat chłodnych wieczorów przy kominku. Poza tym zrobiłam już dawno zaplanowane porządki w szafie i pozbyłam się połowy ciuchów. Na działkę przez dziesięć lat trafiało wszystko w czym nie chciałam już chodzić, w tym spodnie z czasów gimnazjum kiedy to walczyłam z niedowagą, dzwony (!) i jakieś stare obszerne bluzy unisex. Kiedy dla zabawy założyłam na siebie te ubrania wyglądałam jakbym się teleportowała do współczesności z 1998 roku.

Poza tym zajęłam się rzecz jasna poszukiwaniami odpowiedniej deski do mojego karmnika. Nie znalazłam ani w drewutniach ani w piwnicy nic płaskiego o wymiarach około 15x15cm, więc postanowiłam połączyć ze sobą dwie prostokątne deseczki, które wcześniej zabezpieczę Sadolinem. Przywiozłam gwoździe różnej długości ze skrzynki z narzędziami i drut do podwiązywania roślin, żeby przywiązać karmnik do balkonu.

Tak to mniej więcej wyglądało:

A tak wyglądają deseczki przybite do kołka:

Jak się okazało, niektóre gwoździe przelazły przez podłogę karmnika do środka. Pokryłam je więc gorącym klejem z pistoletu, który otulił ostre końce i ptaki się nie nadzieją.

A tak wygląda gotowy karmnik. Jak widać, dodatkowo przywiązałam go do balkonu. Boję się trochę, że jakby przyszła konkretna wichura, to moje deseczki mogą pęknąć i dzięki temu zabezpieczeniu karmnik nie roztrzaska się o chodnik, tylko zawiśnie przy balkonie i będę mogła go odratować.

A to już listopadowe zdjęcia działkowe. Niektóre rośliny kwitną.

Tu już w tym roku nie posiedzę.

Advertisements

Wstać. Pojechać. Wrócić.

Tego widoku nie zapomnę nigdy. Ani tej ciągnącej się przez pola i lasy autostrady. Tamtego dnia mój ulubiony dobierany wyszedł bez pętelek i ciągnął się przez środek głowy jak rzadko, a głęboko granatowa sukienka z bierzmowania leżała jak ulał, bo od piętnastego roku życia nie przytyłam i nie urosły mi cycki. Prawie nie wyjmowałam jej z szafy, jest klasyczna i prosta w kroju, skromna, nie ma żadnych ozdób i nadaje się idealnie na jakieś kościelne uroczystości i egzaminy. No i teraz na ten pogrzeb. W czarnej bluzce pod spodem, czarnych rajstopach i butach z długimi cholewami wyglądałam blado i posępnie. To znaczny zgodnie z okazją, choć jak się okazało niewiele osób ściśle trzymało się dress code’u i tylko symbolicznie dołożyło czarną marynarkę czy żakiet do stroju w innym kolorze.

Denerwowałam się jak cholera, choć nie wiem czym. Nie miałam przed kim starać się dobrze wypaść, nie musiałam niegdzie przemawiać ani wybijać się przed szereg, musiałam tylko stanąć w kościele, a potem nad grobem i tyle. Wiedziałam jednak, że wszyscy będą się gapić, bo nie widzieli mnie wiele lat i właśnie dlatego czułam się tak źle. Jeżeli Twoim zadaniem jest nierobienie niczego, po prostu bycie i czujesz, że nie podołasz, to znaczy, że jesteś naprawdę w beznadziejnej sytuacji.

Nabożeństwo zaczęło się z opóźnieniem. Stary, zaniedbany, zabytkowy kościół był tak zimy, że na drewnianej ławeczce z oparciem skostniał mi tyłek. Proboszcz z rodzinnej miejscowości babci podszedł się przywitać.
– Oni tu przyjeżdżali, zawsze przychodzili na plebanię i opowiadali co u nich słychać. Bo pani jest żoną tego drugiego syna, którego tak bardzo kochali, tak? – zwrócił się do mamy – oni mi przywieźli takie ładne figurki z hebanu, mam je do dzisiaj, a potem się wyprowadzili. Ach, panie wiedzą o tym? Miały panie kontakt, tak…? – Facet jest wyraźnie zdziwiony. Co oni mu naopowiadali, do cholery?

W końcu stało się. Hałas za plecami kazał mi się odwrócić i przez szeroko otwarte, wysokie drzwi zobaczyłam dziadka w plamie miękkiego światła wlewającego się na posadzkę. Zmalał i zgarbił się. Tonął w za dużym płaszczu, a jesienny wiatr odwiewał mu z czoła kosmyk za długich, siwych włosów. Nie wchodził do kościoła tylko był wprowadzany przez wujka i ciocię, których w ogóle przy nim nie dostrzegałam, bo to on zaabsorbował skutecznie całą moją uwagę. Dziadek sunął prawie nie uginając kolan. Przypomniał Bukę z „Muminków”, jego głowa wystawała spomiędzy okrągłych ramion, jakby jego szyja zapadła się w głąb ciała. Dopiero po chwili dostrzegłam inne osoby. K. była tak strasznie drobna, że chyba pierwszy raz musiałam przyznać, że dziadkowie nie naginali prawdy mówiąc, że wygląda mizernie. Pomimo monstrualnych obcasów była niższa nawet od skulonego dziadka, a jej ramiona miały szerokość głowy. Gdyby nie te postarzające kozaki i wizytowa torebka byłabym pewna, że ma najwyżej dwanaście lat. Cioteczka z Gdańska jak zwykle w futrze i w pierwszej ławce. Fryzura i farbowanie jak spod ręki Roberta Kupisza, a do tego wszystkiego skórzana torba, której pasek był za długi, więc ciotka zawiązała go na supeł na odpowiedniej wysokości. Odstająca od supła końcówka sterczała jej z ramienia jak antena samochodowa, co pierwszy raz tego dnia wywołało serdeczny uśmiech na mojej twarzy. Wujek zgolił brodę, brata K. nie było, a bardzo chciałam go zobaczyć. Domyśliłam się, że kosi kasę gdzieś daleko i nie myliłam się. Floryda.

Potem jeszcze ten cmentarz i trąbki. To był mój pierwszy pogrzeb. U taty nie byłam, bo powiedziałam, że się boję i mogłam zostać w domu. Teraz niestety jestem dorosła i choć też się bałam nie mogłam zostać.

Cała ta sytuacja nie była taka zła. Panowie z trumną wypruli jak poparzeni, tamci z dziadkiem nie nadążali i zostali w tyle, więc ja mogłam spokojnie uciec do przodu odseparować się od reszty. Potem jakby coś we mnie pękło. Miałam wrażenie, że stoję na tym cmentarzu zupełnie sama. Moja głowa uwolniła się od wszystkich dźwięków i w całkowitej ciszy patrzyłam jak ciężka trumna jest opuszczana do grobu. Czułam się tak, jakbym była i tą trumną i tymi facetami, którzy ją opuszczają. I tą śmiercią i tą ciszą. Nie było mi ani zimno, ani ciepło. Niczego się nie bałam. Mogłoby to tak sobie trwać gdyby nie fakt, że z tą trumną coś było nie tak. Jakoś nie chciała się zmieścić. Dziadek podpełzł w eskorcie wujka i cioci i zaczął zaglądać do tej cholernej dziury. Kurwa, to jest właśnie moja rodzina – pomyślałam. Widziałam jak dziadek macha ręką, pochyla się nad grobem coś mówi do tych facetów, którzy dwoją się i troją żeby wpasować drewniane pudło z babcią do tej wnęki. Dookoła wszyscy byli tak poważni, że zachciało mi się śmiać. Wyobrażałam sobie co myślą. Wyobrażałam sobie ich kąśliwe uwagi. Po chwili na szczęście trumna wylądowała, ale dziadek nie chciał odsunąć się od pomnika. Wiedziałam już, że to będzie kolejny obrazek, którego długo nie zapomnę. Dziadek żegnający babcię.

Droga na stypę była długa, bo w rodzinnej miejscowości, gdzie pochowana jest babcia psy dupami szczekają i nie ma żadnej knajpy. Wiedziałam, że jeszcze trochę muszę wytrzymać, wysiedzieć obiad i będę mogła wrócić do domu i zrzucić tę ołówkową sukienkę, choć doskonale wiedziałam, że zamknięcie jej z powrotem w szafie nie zamknie nic w mojej głowie.

Ciotka na parkingu przed przydrożnym zajazdem tuliła mnie jak ukochaną kuzyneczkę wypytując jednocześnie o to czy mam jakiegoś chłopa. Jej bezpośredniość mnie zarówno onieśmielała jak i pozwalała spuścić powietrze. W knajpie powoli szykowali się do świąt, małe choineczki świeciły w oknach napełniając wnętrze przyjemnym ciepłem. Zajęłam strategiczne miejsce na końcu stołu (ułatwiłoby ucieczkę) najdalej od dziadka, który znajdował się na przeciwległym końcu.
– To A. tam siedzi na końcu? – usłyszałam mocny, jak na mizerną posturę dziadka, głos. Nie odrywałam wzroku od talerza z niedoprawioną przystawką z tatara.
– Nie, to Marta – odpowiedziała ciocia B.
– To Marta ma taką małą głowę?
– Tak – odpowiedziałam spokojnie podnosząc jednak głowę i uśmiechając się.
Byłam głodna jak… Jak zawsze właściwie, więc gdy kelnerka przyszła zebrać zamówienie poczułam się podwójnie poratowana, wszak jak pies je to nie szczeka, a i żołądek się ucieszy. Nic bardziej mylnego. Jałowe rozmowy trwały w najlepsze, a rosół z torebki z pokrojoną na drobne kosteczki liofilizowaną marchewką był dla moich kubków smakowych niemałym rozczarowaniem. Z czasem atmosfera gęstniała, dziadek zaczął opowiadać jak to dwa razy spadł z łóżka, okazało się też, że K. wydoroślała i zamieniła się w zimną sucz, z którą trudno się dogadać. A była tak przeuroczym, trochę zawstydzonym i wrażliwym dzieckiem… O zmarłej nie padło ani słowo i chyba to był dobry ruch, a żeby trochę rozładować emocje wujek T. zaczął opowiadać o filmie „Last Vegas”, na którym był w kinie. Na drugim biegunie ciocia B. tłumaczyła dziadkowi bardzo głośno co znajduje się na talerzach, a ja odpowiadałam na pytania jakichś obcych ludzi, znajomych znajomych, którzy na szczęście siedzieli po mojej prawicy i nie miałam z nimi nic wspólnego (- wiesz, że jesteś w wieku naszej córki? – Naprawdę? Tak mi… Miło?). Grudzień. Na szczęście to był grudzień. Ciemno o szesnastej, do domu daleko, więc… My już się powoli pożegnamy.
– Ale dlaczego? Zostańcie! My zapraszamy nawet na nocleg – Seriously?

Nie było tak tragicznie. Musiałam objąć tych wszystkich ludzi, mojego ojca chrzestnego, dziadka i szkielet K. Nie było w tym z mojej strony nic nieszczerego. Konwencjonalna zagrywka, ale potrzebna i dla mnie naturalna, bo z rzucaniem się na ramiona w stylu Powrotu syna Marnotrawnego to to nie miało nic wspólnego.

A potem uciekłam szczęśliwie, choć przecież nie uciekłam wcale. Włączając sobie w słuchawkach to:

i zapierdzielając przed siebie przypomniałam sobie o tym wszystkim w ramach świątecznych refleksji.
Nawet mięśnie mnie nie bolą.