Bareja wiecznie żywy

„Warzywniak”, „Sklep wielobranżowy”, a nawet „Delikatesy”. Nazwy sklepiku osiedlowego, w którym można kupić rano świeże bułki i mleko, zmieniały się kilka razy na przestrzeni lat. Sam sklep się zmieniał, a nawet znikał i pojawiał z nowym właścicielem. Jeśli się zamykał, to na krótko; całe szczęście, bo nie uśmiechałoby mi się biegać tylko po sól czy jajka do supermarketu z wózkami. Kiedy przypominam sobie, że czegoś nie kupiłam, wskakuję w półbuty, owijam się kurtką, zakładam kaptur i za kilka minut już jestem z powrotem w domu z produktem, którego mi brakowało.

Do osiedlowego prowadzą dwie drogi. Jedną lubię, a drugiej nie. Ta droga, której nie lubię (i w związku z tym nigdy jej nie wybieram), jest smutna i brzydka. Prowadzi wzdłuż ulicy, po prawej i lewej stronie chodnika są dwa rzadkie trawniki. Przycinane, ale zaniedbane. Jesienią szare, latem pełne żółtych placów, przez cały rok upstrzone plamkami śmieci i starych petów. Idzie się tak między nimi i skręca w lewo za banerem z reklamą autoczęści. A potem już prosto, wzdłuż pasażu, do drzwi sklepu. Druga droga, ta którą chodzę, prowadzi przez teren zielony sąsiedniego bloku. Mieszkańcy owej wspólnoty uczynili z niego małą oazę. Znów mamy dwa trawniki, ale zupełnie inne niż te, które opisałam. Trawniki przy drugiej drodze są zadbane i ogrodzone. Rośnie na nich kilka gatunków młodych sadzonek drzew i krzewów. Są wśród nich przywiązane do wsporników brzozy, jakieś choinki, wierzby… Latarnię i ścianę bloku w kilku miejscach porasta bluszcz. Płożące iglaki sięgają już prawie okien parteru, przesiadują na nich wróble, które wyglądają, jakby usadowiły się w wielkich gniazdach. Widzę, jak czasem sąsiedzi podlewają rośliny wężem wyciągniętym przez okno piwnicy. Przycinają je i nawożą. Na jednym z trawników postawili czerwoną tablicę z napisem: „Zakaz gry w piłkę”. Ładne otoczenie ma swoją cenę. Dobrze, że chodnikiem można przejść. Chadzam więc.

W prawo, jeszcze raz w prawo i wtedy drzwi do sklepu mam po prawej, nie jak w przypadku pierwszej drogi, lewej stronie.
Idę do sklepu po mąkę i mleko (naleśniki będę smażyć). Idę jak zwykle, ładniejszą drogą. Skręcam w stronę sklepu, a tam… Łańcuch.

buu:(

– Łańcuch? – mówię do siebie cicho. Łańcuch tworzy zagrodę przed sklepem. Prowadzi wzrok przez betonowe donice, które tworzą długi korytarz blisko ściany budynku. Jego koniec zdaje się wyznaczać oficjalne wejście na ścieżkę do sklepu, ale ja jestem wysoka i mogę nieoficjalnie przejść nad łańcuchem z mojej strony. Ja przejdę, ale jak tu matka z wózkiem może wejść? Albo pan z towarem? Myślę sobie, że wejdę i zapytam przy okazji.

Zanim jednak przepytam ekspedientkę na okoliczność, decyduję się wpisać w wyszukiwarkę mózgową odpowiednie zapytanie: ‘co się stało się, że wejście do sklepu jest praktycznie zabarykadowane’ i wyrzuca ona następujące odpowiedzi:

a) barykada wyłapuje osoby tak bardzo upojone alkoholem, że i tak ekspedientka nie da im na zeszyt kolejnej butelki. Nie pokonasz łańcucha, nie pijesz dalej;
b) barykada chroni elewację sklepu przed upojonymi alkoholem przechodniami, pragnącymi oddać na nią mocz;
c) nierozważni kierowcy parkują na chodniku i klientom potrzebny jest korytarz prowadzący do sklepu. Przynajmniej z jednej strony.

Jak się okazuje, prawda o barykadzie jest równie absurdalna, co kombinacje mojej głowy.

– Wszystko przez mieszkańców wspólnoty mieszkaniowej za sklepem. To przez nich ten łańcuch…
– Ale jak to? Kazali coś takiego zamontować?
– Nie, skargę napisali, bo uważają, że klienci kupują u nas piwo i rozrzucają butelki i puszki u nich na trawnikach – A, ha! Cena pięknego otoczenia wyższa niż sądziłam.
– No tak, ale przecież oni nie wiedzą skąd pochodzą te butelki. Zresztą nie widzę związku między butelkami a łańcuchem…
– No bo nam piwo zabrali. To, że butelki leżały na trawniku, jest prawdziwym powodem, ale nie można złożyć takiej skargi, bo faktycznie, nigdzie nie jest napisane, że to butelki z naszego sklepu. Przyszła do nas kontrola, że jest skarga, bo my tu alkohol sprzedajemy, a zaraz obok dom dziecka jest. A są przepisy, które mówią ile metrów musi być oddalony punkt sprzedaży alkoholu od domu dziecka i my jesteśmy za blisko. No i zabrali, to wymyśliliśmy, że wydłużymy tym łańcuchem drogę do sklepu, rozumie pani?
– Rozumiem…
– Zmierzyliśmy, droga jest dłuższa, urzędnicy się zgodzili i znów alkohol sprzedajemy.

Advertisements