Kiepski zakup na Allegro

Jakieś trzy tygodnie temu dokonałam pierwszego w moim życiu fatalnego zakupu w serwisie aukcyjnym Allegro. Zgubiona rutyną nie sprawdziłam komentarzy sprzedającego, tylko kliknęłam na jego Nick na stronie aukcji i wysunęła mi się ramka, w której było napisane, że ma 98,6% pozytywnych komentarzy. To mnie uspokoiło i mi wystarczyło, nie wchodziłam już na stronę użytkownika, żeby poczytać komentarze. Facet prowadził na Allegro sklep, miał zadbaną stronę z aukcją, obszerny opis produktu, którym byłam zainteresowana i dużo zdjęć.

Przedmiotem, który zamówiłam był radiobudzik klapkowy. Miał być prezentem dla mojej mamy, bo jej budzik się zepsuł. Szukałam czegoś dużego, z dużymi przyciskami, funkcją drzemki i dobrze widoczną godziną. Ten radiobudzik, który znalazłam spełniał wszystkie te wymagania, więc niewiele myśląc kliknęłam Kup teraz

Paczka przyszła po dwóch dniach, wcześniej jeszcze dostałam maila, że sprzedający otrzymał wpłatę i wysyła towar. To miłe, bo zazwyczaj nic od sprzedających nie dostaję, poza mailem wysłanym przez automat.

Kiedy zaczęłam otwierać paczkę, pierwszą rzeczą, którą zauważyłam było podniszczone pudełko. Pomyślałam jednak, że może w transporcie o coś uderzyło i zniszczony jest tylko bok, ale im więcej papieru i folii bąbelkowej odkrywałam, tym bardziej było dla mnie jasne, że całe pudełko wygląda jak psu z gardła wyciągnięte. Na dodatek było w niektórych miejscach pooklejane taśmą. Kiedy natomiast otworzyłam samo pudełko i zobaczyłam jak wygląda kupiony przeze mnie sprzęt musiałam mieć minę jak ta dziewczynka, kiedy spaliła sobie włosy:

W milczeniu, skupieniu z otwartymi ustami obracałam w rękach urządzenie, które ewidentnie nosiło znamiona użytkowania. Nie wiedziałam co robić – czy od razu pisać do Allegro czy dzwonić do właściciela. Postawiłam na telefon do właściciela, który na szczęście szybko odebrał. Ładnie się przedstawiłam i powiedziałam co też przyniósł mi kurier sugerując, że chyba doszło do pomyłki, bo towar był opisywany w aukcji jako nowy. Powiedziałam, że wygląda na wyjmowany z pudełka, a na co pan odparł, że oczywiście, że był wyjmowany z pudełka, żeby sprawdzić czy działa. Skoro pan wywołał wilka z lasu zapytałam więc o owo pudełko i jego stan, na co pan odpowiedział, że przecież je wyrzucę, więc co za problem. Zaszokowana postanowiłam odpuścić temat pudełka, skoncentrowałam się na stanie sprzętu, pomiętej instrukcji do niego (składającej się z jednej kartki) i równie pomiętej i niepodbitej i niepodpisanej karty gwarancyjnej w języku niemieckim. Powiedziałam wprost, że ten radiobudzik jest brudny, nie uwierzę w to, że jest nowy. Na co pan: „no bo to jest sprzęt nowy-powystawowy”. Zaskoczona odparłam, że opis aukcji nic o tym nie mówił i zapytałam czy mogę go wymienić na nowy-nowy, bo sprzedawca miał na aukcji jeszcze 20 takich sprzętów. Pan odpowiedział ku mojemu zdziwieniu, że nie. Czy to znaczy, że wszystkie były takie brudne i on z pełną świadomością je sprzedawał jako nowe? Nawet nie postarał się, żeby wyglądały jak najlepiej? Nawet używany sprzęt wysyła się przecież jakoś przygotowany, wszystkie używane kurtki, które sprzedałam wcześniej odwiedzały pralnię.

Oczywiście odpowiedziałam, że bezzwłocznie oddam sprzęt i proszę o zwrot pieniędzy. Facet się zgodził i nie żegnając się odłożył słuchawkę. Oczywiście zanim wysłałam sprzęt przygotowałam jego dokumentację fotograficzną i zrobiłam zrzut ekranu strony z aukcją. Po moim telefonie aukcja ta natychmiast została zakończona, a po około dziesięciu minutach sprzedający wystawił swoje radiobudziki ponownie, tylko tym razem napisał, że jest to sprzęt powystawowy, a pudełka: „noszą ślady magazynowania”. Oczywiście natychmiast sprawdziłam stronę z komentarzami tego allegrowicza i okazało się, że w zalewie pozytywów miał 22 (dziś już 23) negatywy. Wszystkie praktycznie za to samo. Użytkownicy pisali, że sprzęt kupowali jako nowy, dostawali coś brudnego i brzydkiego, dzwonili i jakimś cudem nagle sprzęt przepoczwarzał się z nowego w tzw. powystawowy. Rzuciłam też oczywiście okiem na pozytywne komentarze. Okazuje się, że facet handluje głównie używanym małym AGD i RTV, a większość jego aukcji jest opisana uczciwie – sprzęty kosztują 12-18zł i jeśli coś nie działa lub jest w złym stanie, to jest to wyszczególnione, więc osoby, które kupowały sobie używane radyjko do garażu i dostawały je w zniszczonym pudełku niczemu się nie dziwiły, ot, używany sprzęt. I stąd 98,6% pozytywów. Wygląda na to, że sprzęty wyglądające lepiej pan chciał opchnąć za wyższe ceny i opisywał je jako nowe i ja taki właśnie sprzęt kupiłam, a wyglądał on tak:

Za szybką radiobudzika latała jakaś srebrna kulka

Po odesłaniu radiobudzika nawet nie musiałam zbyt długo czekać na zwrot kosztów za sprzęt, ale jak się okazało, pan nie dołożył do nich kosztów za przesyłkę, co go obowiązuje. Co ciekawe, pan ma bardzo ładnie opisane na stronie jak należy postępować w razie zwrotu przesyłki. Należało dołożyć do sprzętu kartkę ze swoim numerem konta do przelewu i opisanymi roszczeniami, gdzie zwracałam uwagę koszty przesyłek (myślałam początkowo, że musi zapłacić wszystko), ale pan oddał tylko cenę towaru. Sprawdziłam więc na stronie UOKiK jakie mam dokładnie prawa w kwestii rozwiązania umowy na odległość. Okazuje się, że sprzedający ma obowiązek zwrócić koszty przesyłki oraz towaru, a ja na własny koszt zwracam towar, jeśli nie jestem z niego zadowolona, choć tak naprawdę w ogóle nie muszę podawać powodu.

Napisałam więc do pana kolejną wiadomość, w której zwróciłam uwagę na to, że nie przelał mi kosztów przesyłki i podałam linki do stron UOKiK, które mówią o dyrektywach, które taki nakaz na sprzedającego nakładają. Na jednej ze stron była jeszcze wzmianka o nowej dyrektywie, która wejdzie w życie 13.06.2014r. odnośnie dodatkowych zasad zwrotu kosztów (jak długo klient może oczekiwać na zwrot kosztów itd.). Pan najwyraźniej otworzył podaną przeze mnie stronę i przeczytał ją bez zrozumienia, bo odpisał mi tylko, że przecież ta dyrektywa wchodzi w życie dopiero 13.06.2014r. Odpisałam wtedy, że to nie tak jak myśli i ona jest uzupełnieniem do dyrektywy, którą mamy już od 1997 roku – podałam oczywiście odpowiednie linki i przypomniałam o wyroku Trybunału Sprawiedliwości w tej sprawie, który mówi wyraźnie, że w razie odstąpienia od umowy kosztami przesyłki jest obciążony sprzedający. Jeszcze raz grzecznie poprosiłam o zwrot kosztów, co spotkało się z brakiem reakcji kontrahenta.

Kiedy po tygodniu oczekiwania przekonałam się, że pieniądze pewnie nie przyjdą, postanowiłam powiadomić o sprawie UOKiK. Okazuje się, że prowadzą oni bardzo wygodne centrum porad, do którego można napisać maila i uzyskać odpowiedź w ciągu pięciu dni. Napisałam wieczorem i odpowiedź otrzymałam już następnego dnia rano. W swoim liście opisałam szczegółowo moje doznania związane z kontrahentem i przesłanym mi przez niego przedmiotem, a pan jasno i precyzyjnie odpowiedział co robić. Okazuje się, że w takiej sytuacji należy szukać rzecznika praw konsumenta z regionu, w którym się mieszka i wysłać do niego specjalne zawiadomienie. Ten rzecznik będzie kontaktował się w naszym imieniu ze sprzedającym, co kończy się nałożeniem na sprzedającego kary za stosowanie klauzul niedozwolonych i może grozić karą pieniężną w wysokości do dziesięciu procent jego rocznych dochodów.

Przed napisaniem takiego pisma postanowiłam jeszcze raz uderzyć po dobroci do mojego sprzedawcy i napisałam mu wyraźnie, że skontaktowałam się UOKiK, moje roszczenia mają silne podstawy i uświadomiłam go jaka grozi mu kara oraz, że poza zawiadomieniem do konsultanta UOKiK zwrócę się ze sprawą również do Allegro.

Jakieś dziesięć minut po wysłaniu tego maila dostałam potwierdzenie z banku tego pana, że na moje konto została dokonana wpłata w wysokości czternastu złotych – tyle właśnie wynosiły koszty przesyłki.

Wygląda więc na to, że naprawdę warto zawalczyć o swoje prawa i uczciwe podejście sprzedających do klientów. Większość osób, które wystawiły temu panu negatywne komentarze pisały, że nie oddał za przesyłkę i najwyraźniej machnęły na to ręką. Nie wiem czy facet ma nielegalny interes – w mojej paczce nie było paragonu, na opakowaniu nie było ceny, ale nie jestem aż tak zafiksowana żeby donosić o tym do US – cholera wie, może odebrałabym w ten sposób chleb rodzinie? Już teraz facet musi się borykać z niepotrzebnymi nerwami związanymi z tymi telefonami klientów, oddawaniem pieniędzy i stratą związaną z oddawaniem kosztów przesyłki, może to go czegoś nauczy, a jak nie, to niewiele pomoże.

W każdym razie, jeśli mieliście podobną sytuację do mojej – walczcie, UOKiK naprawdę przychodzi z pomocą.

Advertisements

Pytanie do wszystkich o dobry komunikator

Jak u większości polskich internautów, moja przygoda z komunikatorem internetowym zaczęła się od GG. Założyłam sobie numer i zarywałam noce rozmawiając z kolegami, a potem nieprzytomna wstawałam do szkoły. Oni z pewnością też. GG było fajne i towarzyszyło mi długie lata, nawet jeśli kolejne aktualizacje mnie rozczarowywały. Kiedy zaczęły mnie rozczarowywać za bardzo, po prostu przestałam je przeprowadzać i miałam sobie stare, niezaktualizowane, ale lekkie GG. Do czasu, kiedy jakoś pod koniec 2009 roku wyskoczył mi komunikat, że jeśli nie zaktualizuję programu, to użytkownicy mający najnowszą wersję nie będą w stanie się ze mną skontaktować. Nie wiedziałam co zrobić, nie chciałam topornego i niepotrzebnego mi gadu radia, czy jak to się zwało, ruchomych, czy pionowych (!?) statusów itp. Ustawiłam więc sobie pełen goryczy status: „ja nie chcę nowego, topornego GG” i na to odpowiedziała moja koleżanka, która doradziła mi zainstalowanie AQQ, co pozwoli mi samej zdecydować co chciałabym mieć w swoim komunikatorze. Po krótkiej rozmowie już byłam zdecydowana i zakochana w nowym programie, a najbardziej podobało mi się to, że mogę tam sobie przenieść GG, zostanie stary numer, nie będę musiała robić ani aktualizacji, ani informować wszystkich o zmianie numeru itd. No po prostu byłam zachwycona, spędziłam cały wieczór na przeglądaniu wtyczek i skórek i złożyłam sobie z nich komunikator idealny.

No i wszystko było pięknie przez prawie cztery lata, kiedy to dotarła do mnie wieść, że ówczesny inwestor odmówił dalszych chęci wspierania finansowego tego projektu. No i teraz można albo go zamknąć, albo poprosić jego użytkowników o dofinansowanie w postaci miesięcznego lub rocznego abonamentu wynoszącego odpowiednio dwa lub dwadzieścia złotych. Oczywiście jak tylko się dowiedziałam, że mam nagle płacić za coś, co normalnie jest darmową opcją dodawaną do każdej większej usługi jak Facebook, poczta Gmail, Skype czy nawet Outlook, to stwierdziłam, że trzeba postradać zmysły i być prawdziwym jeleniem żeby się na coś takiego zgodzić. Natychmiast stwierdziłam, że jak tylko zaczną pobierać opłaty (od kwietnia), to wypisuję się z interesu. No a potem przeczytałam na forum AQQ post napisany przez jego założyciela i nagle zrozumiałam, że dla wielu ludzi tworzących ten program jest to kawałek satysfakcjonującej i przynoszącej radość pracy, do której mają szczególny sentyment, i którą bardzo chcieliby kontynuować. Sponsor raczej się nie znajdzie, komunikator, który nie jest dodatkiem do czegoś większego chyba nie jest już rentowny. Teraz widzę, że doskonale wiedzieli o tym twórcy samego GG próbując jak najbardziej poszerzać usługi zaczynając od wprowadzenia swojego programu na urządzenia mobilne, kończąc na wciśnięciu jego użytkowników na portal społecznościowy GGeneracja (o ile nie pomyliłam nazwy). Ktoś w ogóle z tego guana korzystał?

No i teraz kurcze mam dylemat. Niby już nikt z moich znajomych czynnie nie korzysta z komunikatora, ale dla mnie to nadal wygodna forma przesłania komuś linka, czy pogadania z różnymi osobami, które znam tylko przez Internet, a przyznam z otwartą przyłbicą, że choć wielu uważa gadanie przez Internet za niedojrzałe i gimbazowe, to ja lubię tę formę komunikacji. Lubię śmiać się do monitora z tego co ktoś mi napisał i lubię tę iluzję zatartej granicy między mną a drugą osobą, bo przez komunikator to naprawdę ma niewielkie znaczenie czy ktoś jest na drugiej półkuli czy siedzi w drugim pokoju – i tak widzimy tylko nasze słowa. No i oczywiście mam joggerowy bot, który informuje mnie o tym, że na moim blogu pojawił się komentarz, albo że ktoś z obserwowanych coś napisał.
Ważne jest też dla mnie też to, że mój komunikator ma kapitalną skórkę zrobioną przez jednego z użytkowników AQQ, z tego co wiem, jest ona niedostępna w ogólnym zbiorze skórek, bo to prywatny projekt, o który poprosiłam sama i jego właściciel był tak miły, że przesłał mi go transferem danych. Dziś szukając jakiejś alternatywy przejrzałam kilka bezpłciowych lub po prostu brzydkich komunikatorów.

Nie chcę rezygnować z AQQ, nie chcę też płacić za coś, co jest ogólnie dostępne gratis, z drugiej strony to jest naprawdę dobry, zadbany komunikator z mnóstwem aktualizacji i ekspresową reakcją na każdy bug. Może warto? A może kurde nie, bo to tak jakbym nie potrafiła podjąć męskiej decyzji, tylko płaciła za to, że: „ktoś przecież tak ciężko pracował i to kocha…” i mi teraz przykro tak odchodzić… Tak się z naiwnych ciągnie kasę…

Koniec końców, dziś przemigrowałam na inny serwer i chciałam zapytać Was:

a) jeśli korzystacie z AQQ to czy zamierzacie płacić?
b) co sądzicie o płaceniu za komunikatory? Ma to szansę wypalić czy raczej taki komunikator i tak za rok upadnie?
c) jeśli korzystacie z innych komunikatorów to z jakich? Gdzie ewentualnie się przenieść?