Wysoka cena sztuki.

Rozpisałam się trochę kiedyś o minimalizmie i podjęłam silne postanowienie wprowadzenia zasad minimalizmu w życie. Wcale nie było mi trudno, wręcz przeciwnie. Ta książka, o której pisałam wtłoczyła mi do głowy reguły, dzięki którym bardzo szybko selekcjonuję otaczające mnie przedmioty i bez namysłu dzielę rzeczy na te do oddania, sprzedania, wyrzucenia i zachowania.
Z ogromną radością pozbyłam się z biurka plastikowego organizera na dokumenty, który pełen był starych rachunków, paragonów, wyciągów okresowych z konta, instrukcji obsługi do sprzętów, których już dawno nie mam i innych takich. Wszystko co ważne poszło do podpisanych teczek i znalazło miejsce w szafce, a reszta od dawna jest w koszu na papiery. Szafka w biurku też jest już nie do poznania. Wyrzuciłam z niej tony starych płyt CD z oprogramowaniem, którego nie odtworzyłby już mój komputer, filmami dołożonymi do gazet, których nie chcę oglądać lub oglądałam i wspaniałymi programami typu pilates czy podstawy ogrodnictwa. Znalazłam też jakąś płytę ze zdjęciami ludzi, których nie znam (wywaliłam). Poza tym wyniosłam kilka worków ze starymi farbami, papierami kolorowymi, plastikowymi pędzlami czy kubkami rozrabiania farb. Wszystko suche, przeterminowane i dawno zapomniane. A przede wszystkim nikomu nieprzydatne i zawalające miejsce na półce. Wykopałam takie „skarby”, jak: sztywna plastelina, połamane kredki świecowe, teczka z przyborami plastycznymi z lat 90-tych, którą szpanowałam na plastyce w podstawówce, i która prawie nie mieściła mi się na ławce i mnóstwo moich pięknych malunków, którymi teraz się pochwalę. Fanfary:

Jak nietrudno się domyślić, tym co bardzo mnie kręciło było filmy Disney’a, a w szczególności, tu zaskoczenie, Król Lew, na którego punkcie miałam obsesję. Sama namalowałam sobie wielkiego Simbę na płycie styropianowej, która została z jakiegoś remontu i powiesiłam na ścianie, a do łóżka chadzałam z walkmanem i kasetą z muzyką z filmu, przy której zasypiałam. Najfajniejsze były jednak kredki, które dostałam od dziadków. Wybraliśmy się do wielkiego zabawkowo-papierniczego i wypatrzyłam je na najwyższej półce. Dziadek proponował mi inne, bo upatrzone były drogie ze względu na pudełko z Królem Lwem, ale ja odpowiedziałam uczciwie, że to właśnie o to pudełko mi chodzi. Raz oberwało mi się za nie, bo po lekcjach przychodziłam do świetlicy, gdzie pojawiała się też dziewczyna, której zawsze się bałam. Była ode mnie starsza kilka lat, potężnie zbudowana i bardzo arogancka. Czepiała się moich fryzur, ubrań, wszystkiego. Raz przysiadła się do mojego stolika i zaczęła wmawiać mi, że poza pudełkiem od kredek nic się dla mnie nie liczy, więc ona sobie te kredki weźmie. Podniosła za brzegi plastikową tackę, w której były kredki i zaczęła z nimi odchodzić powtarzając, że przecież pudełko jest najważniejsze. ‘Oddaj to’ – powtarzałam ze spokojem jak katarynka mając nadzieję, że nie widzi jak się jej boję. ‘Oddaj to, albo idę z tą sprawą do twojej mamy’. Jak na ironię, mama tej dziewczyny była psychologiem, pracowała w naszej szkole i bardzo ją lubiłam. Ten tekst zawsze działał, a ja nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego córka psychologa jest taka problematyczna. To tak jakby córka projektantki mody chodziła źle ubrana. W każdym razie, przyszedł kiedyś w moim życiu taki dzień, kiedy skończyłam kolejny rysunek Simby i nigdy nie rozpoczęłam następnego. Rysowałam jednak inne rzeczy i chyba szło mi coraz lepiej, bo pani od plastyki mnie zachwalała i namówiła na kółko plastyczne, na którym świetnie się bawiłam. A potem poszłam do gimnazjum i tam poznałam nową nauczycielkę plastyki, zupełnie inną niż moja wychowawczyni z podstawówki.

Pierwsze dni w gimnazjum były sporą rewolucją w moim życiu z wielu powodów i pierwsza lekcja plastyki w tamtejszej szkole na pewno jest jednym z nich i pozostanie w mojej głowie chyba do końca życia. Z poprzedniej szkoły zapamiętałam, że plastyka to bardzo przyjemny przedmiot, na którym się maluje, rysuje albo wykleja coś na zadany temat. Rywalizacja jest umiarkowana, czasem ktoś ma fajniejsze przybory, albo ktoś starszy pomoże mu coś na te lekcje przygotować, ale generalnie wszystko kręci się wokół zabawy, integracji, a na końcu są oceny w skali od 3 do 5, bo niżej niż trója za rysunek, to już jest chyba znęcanie się nauczyciela nad dzieckiem.
Na pierwszą lekcję przyszłam więc wyposażona w to, co przynosiłam w podstawówce, czyli kredki, ołówek i blok rysunkowy A4. Do klasy weszła ponuro ubrana pani po czterdziestce z szarymi sterczącymi loczkami i wyrazem twarzy Meryl Streep z filmu Diabeł ubiera się u Prady. W ogóle nie wyglądała na panią od plastyki. Nie pamiętam jej pierwszych słów, ale pamiętam swoje zdziwienie, kiedy zapytała nas o zeszyty. Zeszyt do plastyki? Mam teraz malować w zeszycie? Nie, zeszyt będzie do pisania, bo plastyka to nie tylko praktyka, jak się za po chwili dowiedziałam. Okazało się, że pani wyobraża sobie lekcje w ten sposób, że co drugie zajęcia będą teoretyczne i będziemy uczyć się o technikach malarskich, biografiach malarzy, stylach itd. Poznamy takie pojęcia jak np. impresjonizm, perspektywa, światłocień czy barwy czyste. Te pojęcia w końcu trzeba będzie gdzieś zapisać, a potem będzie normalny sprawdzian, jak z innych przedmiotów. Pozostałe lekcje będą zajęciami praktycznymi, będziemy wykonywać zadania, np. malować martwą naturę, czyli wprowadzać w życie to, czego dowiedzieliśmy się na lekcjach teoretycznych. No, powiem, że serce mi rosło z każdym kolejnym słowem, choć nauczycielka jakoś nie budziła mojego zaufania. Na końcu dostaliśmy listę rzeczy, które mieliśmy przynieść na kolejne zajęcia. Każdy miał trzymać wszystko na swojej półce w klasie żeby nie nosić tych rzeczy w kółko. Wszystko zapisałam na kartce z bloku, bo przecież nie miałam zeszytu. Oto ona, wykopana podczas moich minimalistycznych porządków (jeśli nie dajesz rady rozczytać, uspokajam, w kolejnym akapicie przywołuję ten spis):

Tak, wiem. Higieniczne przez „ch”. Tak w ogóle, to chyba nawet napisałam: „chidieniczne”, spuśćmy na to zasłonę milczenia 🙂
Do dziś w mojej głowie odbija się echem mocne: ‘tylko i wyłącznie firmy…’, bo pani miała do pewnych firm bardzo ciepły stosunek i uważała je za najlepsze. Po prostu tylko raz to zapisałam, ale to były słowa padające właściwie przy każdym produkcie. Pamiętam też długi wywód na temat plastikowych pędzelków dokładanych do farb dla dzieci. Rzeczywiście, są beznadziejne, ale trzeba podkreślić, że moje gimnazjum nie było szkołą o profilu plastycznym. Nie jest trudno się więc domyślić, że choć większość przyborów plastycznych z supermarketów nie nadaje się do prawdziwej nauki malowania czy rysowania, to jednak rodzice nie będą zadowoleni z takiej listy zakupów, jaką tego wrześniowego dnia ja i moi koledzy z klasy przynieśliśmy do domów. Policzmy:

– książka – nie pamiętam, ale powiedzmy, że z 10zł
– zeszyt w kratkę 60 kartek – ok. 2,89zł (z ceneo)
– farby plakatowe „Astra” – 16,86zł (w Matrasie są promocji)
– pędzle – 0 lub 1 (może kosztować nawet 25zł, ale można taniej) – 2,55zł, płaski 3 lub 4 – 6,00zł, duży 5 lub 6 – 6,50zł
– ołówki – Faber Castell produkuje wszystkie twardości, każdy za 4,10zł czyli 12,30zł
– pastele „Pentel” – 6zł,
– blok A3 – najtaniej 2,35zł

W sumie 65,45zł. Sporo. Można za to kupić pewnie 6 lub więcej używanych podręczników do innych przedmiotów. Można za to kupić koszulkę i spodnie na w-f, albo niezłe trampki, a w uboższych rodzinach pewnie jedno i drugie. Wydać ponad pół stówy lekką ręką na plastykę, przedmiot, który większości wydaje się być zapychaczem, z którego ocena do niczego się nie liczy? No nie ma opcji. Oczywiście wszystko to wypłynęło na najbliższym zebraniu, na które została zaproszona nasza plastyczka. Mnie tam rzecz jasna nie było, ale była moja mama i sceny były podobno niemal dantejskie. Rodzice patrzyli na nauczycielkę jak na nienormalną, oderwaną od rzeczywistości babę, która albo przyjechała z bardzo bogatego kraju i nie wie jak tu się żyję, albo może w ogóle jest z księżyca. Ona natomiast patrzyła na rozwścieczonych rodziców jak na bandę neandertali, którzy myślą, że Renoir to marka francuskiego auta. Jak tylko wypowiedział się jeden rodzic, to zaczął wtórować mu drugi, potem trzeci itd. Babka w końcu zaczęła płakać i przez łzy tłumaczyć, że ona chciała nas zapoznawać z kulturą i sztuką, a bez odpowiednich narzędzi to niemożliwe. Wydawało się, że obie strony mają trochę racji, więc stanęło na tym, że muszą być zeszyty i duże bloki, a reszta na miarę możliwości rodziców.

W związku z tym, że plastycznie udzielać się bardzo lubię, to dostałam wszystko z listy. Rysowanie nowymi ołówkami to był jakiś obłęd, ten najbardziej miękki rozcierał się prawie jak węgiel, od razu go pokochałam. Pędzle miałam, poza tym najcieńszym, a do małego bloku już nigdy nie wróciłam. Niestety, poza narzędziami, w nowych lekcjach plastyki nie było zbyt wiele fajnego. Szybko okazało się, że nasza nauczycielka, choć jest prawdziwą pasjonatką sztuki, nie jest absolutnie pasjonatką dzieci ani ich nauczania. Traktowała nas jak dorosłych studentów, na lekcjach wymagała profesjonalnego podejścia, słownictwa, mówiła językiem, którego nie rozumieliśmy, bardzo dużo krytykowała i stawiała niskie oceny, nie mówiąc o zagrożeniach na semestr i koniec roku. Czasem popadała w dziwne stany melancholii, krzyczała na nas, ze łzami w oczach opowiadała jak ludzie nie szanują sztuki i jak ratowała kiedyś obraz wyrzucony do śmieci, po który nurkowała do kontenera. Postawa uczniów też zostawiała wiele do życzenia. Oni po prostu uważali za kuriozum, że można być zagrożonym z plastyki, myśleli, że te jedynki, które dostają to jakiś żart i nie ogarniali jak można im kazać poprawiać, albo namalować pracę jeszcze raz. Czasem tematy, z jakimi musieliśmy się zmagać były bardzo abstrakcyjne, np. „kapliczka twoich marzeń”.

Czy trzynastolatek, czy ktokolwiek, ma kapliczkę marzeń? Wykonałam zadanie i namalowałam to:

Obrazek się spodobał, dowiedziałam się jednak, że nie powinnam obrysowywać na czarno białych elementów, tylko malować je różnymi odcieniami bieli, bo kontur jest charakterystyczny dla malarstwa plakatowego, a pewnie nie o to mi chodziło (to prawda). Zwieńczenia kolumn są namalowane tym najcieńszym pędzlem, którego nie umiałam jeszcze wtedy dobrze używać. Podziękowałam za uwagi i przełknęłam „silną tróję”, którą wtedy dostałam. Widziałam w tym wszystkim sens, chciałam się uczyć, ale moi koledzy nie chcieli i walczyli o zmiany. Rodzice się skarżyli, że dziecko nie wie jak ma poprawić rysunki, żeby się wykaraskać z zagrożenia, bo inaczej rysować nie umie. Raz, jak przyszliśmy na lekcje, to stoły stały ustawione w okrąg, a w środku był, na jeszcze jednym stoliku, otwarty parasol. Mieliśmy usiąść dookoła, każdy miał naszkicować parasol ze swojej perspektywy, a po ułożeniu obrazków po kolei mieliśmy widzieć na nich każdą stronę parasola. Fajne zadanie, ale trudne w realizacji, jeśli w klasie jest dwudziestu chłopa, a rysować chce trzech, z czego talent (i to naprawdę niemały), ma jeden. To co pojawiło się przyczepione magnesami do tablicy jako rezultat naszej pracy, nie było parasolem, tylko obrazem naszego stosunku do plastyki i powodem załamania naszej nauczycielki. Niskie oceny, ciągłe awantury i utyskiwania rodziców na zebraniach sprawiły, że pani od plastyki odeszła. Zastąpiła ją młoda, fajna babka, którą wszyscy polubili. Nie było już teorii i zeszytów, ale zostały całkiem ciekawe zadania, również w grupach. Wróciły wysokie oceny i ogólny relaks na zajęciach. Po starej nauczycielce chyba nic nie zostało.

P.S.
Jak widać po prawej stronie pojawił mój twitter. Można zobaczyć co mam w danej chwili na myśli.

Advertisements

Lotta buduje.

Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy po pół roku przekładania i odkładania mojego wielkiego planu na samodzielne stworzenie organizera na biżuterię, wreszcie go zrobiłam!

Wszystko zaczęło się od tego, że poszukiwanie w moim przepastnym koszyku na biżuterię pary kolczyków graniczyło z cudem. Nurkując wśród tańszej i droższej biżuterii, która podczas wykopków dzwoniła jak sanie Mikołaja, myślałam tylko o tym, żeby kiedyś sprawić sobie sito do przesiewania rzecznego piachu, takie jakiego używają poszukiwacze złota. Chyba szybciej byłoby wysypać na nie zawartość koszyka i wytrząsnąć odpowiedni kolczyk. Wiedziałam też, że mieszając w koszyku jeszcze bardziej plączą się moje łańcuszki i ciągnąc za jeden wyciągnę kołtun pozlepianych precjozów, z którego będę musiała po kolei wyjmować jakieś zawieszki, pierścionki i bransoletki. Szykowanie się gdziekolwiek zawsze wiązało się ze szperaniem w koszyku, a potem nie miałam ochoty wkładać do niego biżuterii z powrotem, bo wiedziałam, że znów w nim utonie. Wtedy odkładałam wszystko co z siebie zdjęłam na półkę, na której rosła coraz większa góra, bo codziennie dochodziły nowe „kosztowności”. Później był stały punkt programu podczas odkurzania, kiedy coś twardego zadzwoniło w rurze. Mój wzrok nerwowo kierowałam na półkę i modliłam się, żeby to nie był kolczyk, który z niej spadł.

W końcu postanowiłam jakoś zorganizować sobie te wszystkie świecidełka. Zależało mi żeby miały jakieś swoje przegródki, wieszaki, oddzielne miejsca, ale żeby nie były na widoku. Widziałam w sklepach takie wieszaki na biżuterię w kształcie ręki, na której palcach można powiesić pierścionki, albo malutkiego wieszaka krawieckiego z sukienką. Ładne, ale jak się to obwiesi całą biżuterią, jaką się ma, to będzie to wyglądało jak papuga stojąca na biurku lub półce – cała tęcza kolorów i jeszcze wszystko błyszczące. Męczy oczy, wprowadza chaos. Wolałam coś co można zamknąć. No i znalazłam. Szafeczki na biżuterię z lustrem lub ramkami na zdjęcia. Rewelacja, powiesiłabym na ścianie. Tylko, że… Małe, które jednak są w stanie coś pomieścić zaczynają się od 119zł, średnie 229zł, duża… 749zł!


Nie ma opcji. Zrobię sobie taką sama. Najpierw pomyślałam o lustrze jako drzwiczkach, a potem o jakiejś sporej ramie z sieci typu Jysk. Po chwili dotarło do mnie, że po co mam kupować coś takiego, skoro mam płótna, które można by wykorzystać. Pierdzielnę sobie bohomaz i szafeczka będzie jeszcze bardziej „moja”. No więc jak pomyślałam, tak zrobiłam, tym bardziej, że malować lubię bardzo i miałam taki plan, żeby do pokoju wprowadzić trzeci kolor. Mam niebieski klosz przy lampie biurkowej, dwie niebieskie poduszki na łóżku, więc wybrałam motyw nadmorski z niebieskimi akcentami. Potem narysowałam na kartce projekt szafki i odłożyłam do przemyślenia. Strasznie bałam się za to zabrać, głównie z tego względu, że nie posiadam narzędzi do budowania jakichkolwiek mebli. Mam tylko brzeszczot, śrubokręt i młotek. Nie mam poziomicy, ani żadnych sprzętów, które pozwoliłyby mi uciąć cokolwiek równo. Wiem za to, że można przycinać listewki w sklepach, bo te wszystkie Nomi i tym podobne oferują takie usługi. Po paru dniach patrzenia i myślenia jak i z czego wykonać szafkę poszłam do sklepu. To był styczeń i w dziale ze śrubkami była inwentaryzacja. To oznaczało, że nie mogłam kupić wkrętów, zawiasów i innych małych rzeczy. Mogłam za to kupić kątownik do zrobienia trzymadełka na kolczyki i listwy do ramy. Jak się okazało, pan nie chciał ich przyciąć, bo oni tam tną grube drewno, np. przycinają drzwi. W końcu jednak wziął najgrubsze listewki i przyciął mi je na wybrany wymiar. Z resztą musiałam poradzić sobie sama. Kiedy przyniosłam wszystko do domu ogarnęło mnie zniechęcenie. Cholera, nie mam narzędzi, wszystko potnę krzywo i spieprzę, może lepiej dać sobie spokój. I tak listwy poszły do kąta na pół roku.

W międzyczasie przeczytałam książkę o minimalizmie, o której już wspominałam i zaraziłam się straszliwie tą ideą wysprzątania wszystkiego i hiperorganizacji przestrzeni. Patrzyłam na ten swój koszyk z biżuterią i jeszcze drugi też z biżuterią i soczewkami do aparatu i tak sobie myślałam, jak to byłoby fajnie zlikwidować ten biżuteryjny chlew. W końcu zakasałam rękawy i wzięłam się za te listewki. Przycinanie na balkonie poszło jak z płatka. Okazało się, że drewno jest miękkie i nawet ja jestem w stanie sobie z nim poradzić. Potem jeszcze wypad do budowlanego po te wszystkie wkręty i cudowny, nieśmierdzący i szybkoschnący klej Total Vikol i szybko udało mi się zbudować ramę odpowiadającą wielkością ramie obrazu. Potem dorwałam ten drewniany kątownik i chyba w jedyne 15 minut zrobiłam w nim brzeszczotem szparki na kolczyki. Najgorzej było z malowaniem tego na wszystkiego na biało i rozginaniem haczyków, które miały taki kształt, że w zamierzeniu twórców miały wisieć na ścianie, o tak:

a ja chciałam je przykleić od spodu. Okazało się, że drewno chłonie farbę, więc musiałam malować trzy razy, co trochę mnie nudziło i męczyło. Potem jeszcze całość pokryłam lakierem satynowym. Na końcu robiłam część na pierścionki. To jest jedyne miejsce, gdzie szafka ma plecy. Zrobiłam je z jakiejś dykty, która została mi od biureczka na komputer stacjonarny, które stoi teraz na działce. Wnętrze wypełnione jest pociętymi na paski gąbkami do mycia naczyń mini, które kupiłam w Pepco za 1,49zł. Gąbki owinięte są granatowym materiałem z poszewki na poduszkę, którą też znalazłam w Pepco za 1,99zł. Uszka do zawieszenia konstrukcji na ścianie miałam, bo kupiłam kiedyś opakowanie liczące 10 sztuk do zawieszenia tablicy korkowej. Do wykonania tej prostej szafki musiałam więc kupić:

– 3 listewki,
– opakowanie haczyków,
– 4 łączniki metalowe kątowniki,
– garść wkrętów,
– klej Total Vikol,
– dwa zawiasy,
– opakowanie 10 gąbek do mycia naczyń,
– poszewkę na jasiek.

Nie wiem jaki jest koszt tego wszystkiego, ale z pewnością nie przekroczył on 30zł. Z tego co miałam w domu użyłam:

– płótna 60x40cm i dobrze pamiętam, że kupiłam je w promocji w Empiku za 10zł,
– farb akrylowych. Są dostępne w każdym sklepie dla plastyków, ok. 8-10zł za tubkę. Na dobrą sprawę wystarczy biała i trzy kolory podstawowe czyli żółty, niebieski i czerwony, z których da się umieszać każdy inny kolor,
– lakieru akrylowego Vidaron satynowego,
– dwóch gwoździ do wbicia w ścianę,
– dwóch uszek do przymocowania do ramy.

Do tego przydały mi takie narzędzia jak cążki do robienia biżuterii (rozginałam nimi haczyki), papier ścierny, brzeszczot, młotek, rozsuwany nożyk do cięcia gąbek. Jeżeli ktoś nie ma żadnej z powyższych rzeczy, to koszt zrobienia takiej szafki wzrośnie, ale i tak będzie się opłacało. Nie mówiąc już o satysfakcji! Własny obraz można zamienić na kupioną w sklepie lub antykwariacie ramę na zdjęcie, ale musi być dosyć gruba, żeby można było przymocować do niej zawias.

Co było najtrudniejsze? Wcale nie równe łączenie listewek bez poziomicy (one po prostu nie są równo połączone 😀 ), najtrudniejsze było wkręcanie wkrętów bez elektrycznej wkrętarki. Drewno jest miękkie i pierwsze obroty śrubokrętem idą gładko. Gorzej jest dokręcić wkręt do końca (myślałam, że zniosę jajo z wysiłku), naprawdę elektryczna wkrętarka to cudowne narzędzie. Poza tym, przykręcenie równo zawiasów mnie przerosło i drzwiczki opadają, czego na szczęście za bardzo nie widać. Poza tym, brakuje mi jeszcze jednej rzeczy – zamknięcia na haczyk lub magnes. Drzwiczki się otwierają, więc będę musiała jeszcze dokupić ten drobiazg.

I jeszcze jedna rada dla chętnych. Do drewnianego kątownika nie można wkręcać wkrętów i lepiej nie wbijać gwoździ. Listwa jest za cienka i pęka na pół. Właśnie dlatego haczyki są przyklejone (na Total Vikol), a nie przybite.

To może teraz szafka na buty?

Malownicze Livigno i narty.

Kurde, jak zwykle najtrudniej zacząć wpis. Co dziwne, jak mam pisać o swoim pierwszym okresie, o tym jaki mam ból dupy i egzystencjalne problemy, to wszystko płynie jak z płatka, a jak mam po prostu opisać gdzie byłam i co widziałam, to jakoś to idzie jak po grudzie.

No nic, zaczynamy. Byłam na nartach w Livigno, ale bez obaw, nie będę opisywać w szczegółach swoich dalszych postępów, bo mój okres nauki jazdy na nartach chyba dobiega końca. Przestałam jeździć pługiem i zsuwać się po bardziej stromych stokach. Oczywiście do stylowego narciarstwa nadal mi daleko – narty ustawiam dość szeroko, bywam sztywna, jakby ktoś spuścił manekina z góry, ale zdecydowanie wymykam się już spod łatki osoby początkującej. Jest tylko jedna rzecz w kwestii nart, o której muszę wspomnieć. Nie wiem jak to się stało, ale w tym roku w ogóle nie bolały mnie mięśnie. Rok temu wracałam ze stoku jak pobita, w listopadzie musiałam przetrwać pierwsze dwa dni zakwasów, a teraz, w marcu zupełnie nic mnie nie bolało. Czy to możliwe, żeby to była zasługa biegania? A może niewielka przerwa pomiędzy wyjazdem listopadowym, a marcowym? Przyznam szczerze, że pakowałam się na ten wyjazd trochę z nosem spuszczonym na kwintę, jakoś nie chciało mi się ruszać z domu i ciągle myślałam o tym, że jeszcze trzeba będzie przetrwać te zakwasy, a do tego ta wielogodzinna jazda samochodem. Nienawidzę tego. Mój minorowy nastrój budowały również informacje pogodowe z kurortu. Duże opady śniegu i temperatura do minus czternastu czy szesnastu w nocy sprawiły, że po prostu nie chciało mi się jechać. Do tego wszystkiego mam już jako takie obycie z miejscowościami narciarskimi i wiem czego spodziewać się na miejscu – hotele, hotele i jeszcze raz hotele, kilka pizzerii i sklepy z tandetnymi pamiątkami, w których obok kubków z namalowanymi górami stoją popielniczki z cyckami czy penisami. Wszystko robione w jednej fabryce w Chinach i wysyłane na cały świat, a potem podpisane przez pracowników sklepu zwykłym, czarnym markerem, żeby było, że Maso Corto czy Livigno…

To wszystko miało wpływ nie tylko na mój humor, ale i na to, jak ostatecznie wyglądała moja walizka. Zapakowałam kilka najcieplejszych rzeczy, które w ogóle do siebie nie pasują i zdecydowałam się zabrać starą, puchową kurtkę, którą ubrudziłam kiedyś farbą olejną, kiedy otarłam się o świeżo pomalowaną futrynę. Poza tym, że farby nie da się sprać, przestała mi się podobać i od dawna w niej nie chodziłam, ale na taki wyjazd była idealna, bo jest długa i ciepła, więc gdyby trzeba było wyskoczyć do sklepu po pomidory, to będę miała w czym. To jak będę wyglądać nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia, bo nie zamierzałam specjalnie nigdzie wychodzić. Jak się później okazało, trzeba było jednak o tym pomyśleć.

Livigno to malowniczo położona miejscowość sąsiadująca bezpośrednio ze Szwajcarią. W tej chwili prowadzą do niej trzy drogi: z Bormio, z Sondrio i szwajcarskiego Zernz. Dwie pierwsze drogi dojazdowe są zamknięte zimą, ta z Sondrio jest nieprzejezdna, a otwarcie tej z Bormio jest zależne od opadów śniegu. Zimą zostaje więc tylko droga ze Szwajcarii, która istnieje właściwie od niedawna i wcale nie była planowana jako droga do Livigno, które dla nikogo nic nie znaczyło i było zimą odcięte od świata na dziewięć miesięcy. Chodziło o budowę zapory wodnej Punt dal Gall przy jeziorze Lago del Gallo. W tym celu trzeba było wybudować drogę i wykuć tunel w skale, który połączył Szwajcarię z Livigno i pozwolił ludziom swobodnie kursować do Włoch również zimą. To sprawiło, że po roku 1968, kiedy to powstał tunel, miasteczko zaczęło się gwałtownie rozwijać. Mało tego, sąsiedztwo Szwajcarii sprawiło, że cały obszar Livigno jest jedną, wielką strefą wolnocłową. Wyobraźcie więc sobie miasteczko liczące sześć tysięcy mieszkańców, zatopione wśród Alp, gdzie w stylowych domach z drewna i kamienia mieszczą sklepy sprzedające odzież i buty Prady, Fendi, Chanel, YSL, Gucci… Co drugi sklep to perfumeria, a co trzeci to monopolowy, w którym półki uginają się od trunków zamkniętych w najładniejszych butelkach, jakie tylko można zaprojektować. Do tego na każdym kroku fajna knajpa, malowniczy kościółek i świetna, darmowa komunikacja miejskimi skubisami, które podjeżdżają na przystanki co kilka minut. To wszystko w otoczeniu ponad stu kilometrów tras narciarskich znajdujących się po obu stronach doliny. A to jeszcze nie koniec, bo w miasteczku można zrelaksować się w SPA, pójść potańczyć, można pojeździć konno, skorzystać z tras dla narciarzy biegowych (w Livigno trenuje Justyna Kowalczyk), a latem nawet pływać na desce czy kajakiem po pobliskim jeziorze.

No. I ja przyjechałam chodzić po sklepie Prady w kurtce brudnej od farby olejnej, śniegowcach i dresach, bo nawet nie wzięłam przyzwoitych dżinsów. Z drugiej strony, takich jak ja było wielu, ludzie chodzili w ciuchach narciarskich i nikt się specjalnie nie przejmował, ale dama w norkach i pełnym makijażu to też był zwykły widok na ulicach miasteczka. Nie mogę powiedzieć, że czułam się bardzo źle w swoich ubraniach, ale wolałabym zapoznawać się zapachami nowych perfum ładniejszej kurtce.

Pierwszy spacer po miasteczku i komórkowe zdjęcia:


Livigno wieczorem i zdjęcia z aparatu, których nie strzelałam już tak na oślep.


Sklepik z drewnianymi pamiątkami

Wystawa sklepiku i perfumy wystawione przed drogerią.

Świąteczny look ma się dobrze


Może Maserati?


A może zegarek za pięć tysięcy euro?


Torebki Fendi

Ta z oczami ❤


Dzięki tym czerwonym ogrzewaczom spokojnie można było posiedzieć wieczorem na dworze

Na deser wrócę jeszcze do tematu nart i cen. Otóż, jeśli chodzi o narciarstwo to warunki są przednie. Świetne, szerokie stoki, zróżnicowane trasy dla każdego, szkółki dla dzieci i dorosłych, narciarskie place zabaw – rewelacja. Z pogodą wcale nie było tak źle jak zapowiadali, tylko jeden dzień był na tyle mroźny i wietrzny, że niektóre wyciągi zostały zamknięte. Livigno nazywane jest “włoskim Tybetem”, więc słońce świeci tu prawie codziennie. Można zatem korzystać z leżaków przy knajpach.

Wytrwałym rezentuję film, który sama nakręciłam. Uważnym obserwatorom nie umknie fakt, że wyprzedzam niektórych ludzi, co świadczy o mojej śmiałości i rosnących umiejętnościach.

Jedyną niedogodnością był panujący na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów wiatr. Wieje on również na powyższym filmie, choć nie bardzo to widać. Najgorsze jest to, że wiało w stronę jadących, więc czasem kończyłam przy bramkach ze sztywną twarzą i spowalniało mnie na podjazdach, co chyba nawet trochę widać. Poniżej film nakręcony z wyciągu, szybko się urywa, bo odmarzała mi ręka. Widać na nim śnieg płynący jak fale na wodzie. Generalnie nie było mi zimno, marzyłam jednak o kominiarce.

Jeżeli chodzi o ceny w strefie bezcłowej, to najbardziej opłaca się kupować alkohol. Moje ukochane Campari w butelce litrowej kosztowało około 32zł (plus dzbanek do robienia drinków gratis), podczas gdy butelka 500ml kosztuje w Polsce około 40zł. Naprawdę, tutaj można sporo zaoszczędzić. Jeżeli chodzi o markowe ciuchy, perfumy i elektronikę, to sprawa przedstawia się podobnie jak w strefach na lotniskach. Po sprawdzeniu cen w Internecie wychodzi na jedno. Oczywiście zdarzają się bardzo atrakcyjne promocje na towary z najwyższej półki, ale to jest wciąż rabat na buty, po którym nie kosztują one już 6000zł tylko 5000, więc i tak mnie nie stać. Jeżeli chodzi o codzienne produkty, to w piekarniach chleb jest drogi, 4 euro za bchenek? 16zł? Masakra… Za to można kupić taniej dobrą czekoladę i najeść się w przyzwoitej cenie w jednej z knajpek. Mile zaskoczyły mnie ceny na stokach, tak jak ciasta czy kanapki były raczej drogie, tak dobra kawa za 1,50 euro to niezła cena w porównaniu do poprzednich kurortów, w których byłam.

I jeszcze zupełnie na koniec. Podczas jednego ze spacerów trafiłam na cmentarz. Tam pierwszy raz widziałam kolumbarium. Niesamowite miejsce, pełne wspomnień i zdjęć zmarłych, ich prywatnych rzeczy porozkładanych wokół kawałeczka ściany zmarłego. Niestety, wśród nieżyjących było bardzo wielu młodych ludzi, którzy zginęli w górach.

A! I jeszcze jedna ciekawostka. W Livigno w sklepach sportowych sprzedawano rowery z najgrubszymi oponami jakie widziałam. Oczywiście latem w miejscu stoków są specjalne trasy dla miłośników rowerów górskich (na drugim planie pancia w futrze).

A tu wracam do domu. Bez torebki Fendi.

Jestę biegaczę

Pochwaliłam się kiedyś, że w ramach postanowienia, że poprawię kondycję zaczęłam biegać. Rozwlekle opisałam wtedy moje doznania związane z lekcjami wychowania fizycznego i dodałam, że z moich obserwacji wynika, że wcale nie jestem miłośniczką siedzącego trybu życia, na co mylnie wskazywały niepowodzenia w niemal wszystkich dyscyplinach sportu poza moim ukochanym pływaniem. Jak wspominałam, postanowiłam się zmobilizować i dołączyć do grona biegaczy korzystając z bardzo zachęcającego programu treningowego. Polega on na tym, że nie zaczyna się od razu biegać tylko przygotowuje organizm do biegania stopniowo przeplatając bieg z marszem.

Wygląda to tak, że wychodzimy na treningi co dwa dni. Każdy trening trwa 30 minut. Najpierw biegniemy tylko przez minutę, a potem maszerujemy 4 minuty i tak robimy 5 powtórzeń, co daje nam 30 minut. W tym jest tylko 5 minut biegu, ale jest ruch na świeżym powietrzu, jednak jakiś wysiłek i mobilizacja. Po tygodniu decydujemy się biec już 2 minuty na 3 minuty marszu i tak z każdym tygodniem zwiększamy czas biegu, zmniejszamy czas marszu i stopniowo również liczbę powtórzeń, by na końcu biec 14 minut na 1 minutę marszu w dwóch powtórzeniach, a potem już biec całe pół godziny.
No i właśnie wczoraj nadejszła ta wiekopomna chwila, kiedy to przebiegłam swoje pierwsze pół godziny.

Od dnia kiedy biegłam tylko jedną minutę do wczoraj upłynął… Niemal rok. Wszystko dlatego, że były takie miesiące, w których nie biegałam w ogóle, np. bardzo gorący sierpień, kiedy wypadł mi wyjazd na Maltę. Czasem zdarzało się, że nie dałam rady wyjść na trening wtedy, kiedy chciałam, a kiedy już mogłam to niemiłosiernie lało. Czasem wybierałam też między bieganiem, a rowerem i wygrywał rower, więc mijało np. 10 dni, a ja miałam za sobą tylko jeden trening np. z trzema minutami biegu i nie mogłam przeskoczyć na następny etap. Musiałam (i chciałam) dokończyć liczbę treningów zgodną z planem, czyli 4. To sprawiło, że sprawa się przedłużała, ale nie poddawałam się i dobrze, bo dziś z uśmiechem wspominam, jak to po pierwszych treningach, na których przecież biegłam tylko 5 minut miałam zakwasy, a wczoraj biegłam całe pół godziny i czuję się doskonale.

Satysfakcjonuje mnie również fakt, że biegałam prawie cały rok, a więc również w czasie takiej pogody, podczas której jeszcze rok temu nie wystawiłabym nosa za drzwi. Mam za sobą treningi podczas deszczu (no dobra, mżawki), padającego śniegu, upału i na mrozu. Tegoroczna zima jest (była?) łaskawa, więc nie musiałam przerywać treningów z powodu oblodzonych chodników czy śnieżyc.

Pytania jakie mogą się Wam teraz nasunąć z pewnością są dwa:
– czy schudłam,
– czy czuję różnice w kwestii kondycji fizycznej.

Obie odpowiedzi brzmią… nie 🙂 Nic się właściwie nie zmieniło. Nie odchudzałam się i nie zmieniłam diety. Nadal jestem tak samo słaba fizycznie i na pewno gdyby mnie dziś zaprowadzić na w-f byłabym tak samo beznadziejna. Nie jestem w stanie stwierdzić czy teraz dostaję zadyszki później przy wchodzeniu na czwarte piętro, ale mogę stwierdzić, że gdyby rok temu o tej porze ktoś kazał mi biec przez pół godziny non stop, to po dziesięciu minutach bym spuchła i wypluła płuca, a zakwasy trzymałyby mnie 3 dni. Nie sądzę jednak, żeby tak krótkie treningi jakoś znacząco wpływały na moją tężyznę fizyczną w codziennym życiu. W ogóle słyszałam, że efekty w odchudzaniu pojawiają się jeśli zmieni się dietę i ćwiczy regularnie przez przynajmniej 40 minut, a ja moje treningi nigdy nie były dłuższe niż 30 minut.

Oczywiście teraz będę biegać dalej, bo widzę w tym korzyści. Jakie?
Po pierwsze – bieganie odstresowuje. To jest 30 minut tylko dla mnie, a wysiłek pomaga przestać myśleć.
Po drugie – to się stało po prostu przyjemne. Są oczywiście gorsze chwile kiedy muszę ze sobą walczyć, bo się męczę (np. jak wiele silny wiatr), ale udało mi się już dojść do takiego etapu, kiedy bieg wygląda trochę jak jazda na rowerze kiedy się już tak rozpędzimy, że pedały same się kręcą. Biegnę i czuję jak moje stopy odbijają się od podłoża niczym kauczukowe piłeczki i po prostu sunę do przodu bez jakiegoś bolesnego wysiłku.
Po trzecie – magia prysznica po. Jeżeli ktoś z Was nigdy nie garnął się do sportu, to i tak na pewno zna to uczucie kiedy jest tropikalny upał, że aż ubranie przykleja się do skóry i prysznic jest wtedy rozkoszą nie do zastąpienia. Po solidnym treningu jest podobnie, nie ma nic milszego niż spłukać spocone ciało orzeźwiającą wodą.
Po czwarte – fajna jest świadomość, że się robi dla siebie coś dobrego. Bieganie wzmacnia odporność, dotlenia mózg, pobudza do pracy układ krwionośny, działa dobrze na serce i (jeśli biega się z głową) na stawy. No i w ogóle, wyzwala to endorfiny.

Jeszcze kilka słów w kwestii ubrań. Nic się u mnie nie zmieniło od czasów tego wpisu. Biegam w ciuchach narciarskich, to znaczy bluzach z polaru, koszulkach termoaktywnych, zimą doszła do tego narciarska kurtka i kalesony (czy może getry? Bo kalesony są chyba tylko dla mężczyzn) pod spodnie. Do tego oczywiście czapka, rękawiczki i polarowa, narciarska opaska na szyję. Słowem – na cebulę. Butów nie zmieniłam, bo nie było potrzeby, choć na przyszły rok kupię pewnie drugie, które nie będą całe z materiału, który może nasiąknąć wodą jeśli jesień i zima będą cięższe niż teraz.

Wychodzę z założenia, że buty to jest najważniejsza część wyposażenia biegacza. Raz zapomniałam ich zabrać na działkę i biegałam w trampkach, w których przyjechałam. Masakra, wydawało mi się, że człapię płaskimi podeszwami po podłożu i czuję każdą nierówność. Nieodpowiednia amortyzacja butów to obciążenie dla stawów, więc warto zainwestować w buty zaprojektowane do biegania. Co do ubrań, to myślę, że to sprawa drugorzędna. 20 lat temu nie było tkanin przepuszczających wilgoć i ludzie jakoś biegali, więc wydaje mi się, że t-shirt i spodnie od dresu dla początkujących też się sprawdzą.

Idzie wiosna! Warto zatem przetestować ten program treningowy i biegać dla zdrowia. Jeśli mnie się udało, każdemu się uda.

Karmnik dla ptaków i jesienny las.

Rok temu na fali spontanicznej decyzji nabyłam karmnik dla ptaków. Do niego, tego samego dnia, w tym samym sklepie, dokupiłam pokarm dla kanarków. Nie do końca wiedziałam czym karmić ptaki, ale byłam świadoma, że chleb, zwłaszcza świeży, to nie jest najlepszy wybór, a ziarna dla kanarków z pewnością rozpieszczą też żołądki wróbli. Potem okazało się, że w wielu sklepach można znaleźć kule tłuszczowe dla sikorek i inne nasiona, które ptaki bardzo lubią więc szybko uzupełniłam braki.

Nie pamiętam ile kosztował ten karmnik, ale muszę przyznać, że miał jeden porządny minus – nie był zabezpieczony żadnym lakierem przed pleśnią i brudem. Nie wiem czemu, jakoś nie chciało mi się wtedy niczego kupować i malować go. Postanowiłam znaleźć mu zaciszne miejsce na balkonowym parapecie, gdzie będzie raczej chroniony przed deszczem i pomalować go na wiosnę, jak ptaki nie będą już z niego korzystać. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Karmnik wylądował na metalowej puszce po Johnnie’m Walkerze, która miała grubość ramy okiennej i dzięki temu był na wysokości szyby, żebym mogła widzieć ptaki. Owinęłam go sznurkiem, którzy przycięłam oknem żeby się nie ruszał i voila!

Niestety, po kilku dniach dokarmiania ptaków szyba zaczęła robić się brudna. Przylatywało co najmniej 6-7 wróbli naraz, obserwowanie jak jedzą było fajne, ale… zaczął się robić naprawdę niezły bałagan. Pokarm wpadał ptakom między metalową puszkę, a ramę okienną, parapet był cały zasrany, a dolna część okna cała w smugach. Wtedy wpadłam na pomysł, że przykryję parapet folią, żeby łatwiej mi było sprzątać na wiosnę. Cienka folia spożywcza przywarła do powierzchni i na szczęście nie rozerwała się przez zimę, ale nasiona i tak pod nią wpadały.

W tym roku postanowiłam lepiej się przygotować do sezonu dokarmiania, bo wiedziałam, że karmnik nie może już stać na parapecie. Po pierwsze, kupiłam Sadolin i w wakacje pomalowałam karmnik na działce, gdzie mógł spokojnie śmierdzieć na tarasie. Potem znalazłam gruby, drewniany kołek, który idealnie nadawał się na nogę. Nie wiem jakie jest jego pochodzenie. Z jednej strony był spróchniały, ale na szczęcie i tak był za długi, więc odcięłam całą tę zepsutą część. Były też na nim resztki brązowej farby, którą zdjęłam specjalnym, żelowym rozpuszczalnikiem do farb, który wcześniej kupiłam do czyszczenia furtki i bramy. Kiedy już wszystko elegancko pomalowałam kilka razy, to okazało się, że nie mam pomysłu jak połączyć obydwa elementy. Karmnik był za mały żeby włożyć do niego gwóźdź i przybić przez podłogę do nogi, a dachu nie da się zdjąć. Wpadłam więc na pomysł, że może da się zrobić dziurę w podłodze od zewnątrz, potem wyjąć gwóźdź, włożyć go od środka do zrobionej wcześniej dziury i jakoś jednak przybić (pomimo blokady, jaką jest dach) stukając długo i cierpliwie bokiem młotka. No i znów jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wbiłam spory gwóźdź w podstawę karmnika i… za cholerę nie mogłam go już wyciągnąć. Mordowałam się ciągnąc obcęgami ten cholerny gwóźdź z całej siły, ale nie chciał drgnąć. W końcu stanęłam przed drzewem w kształcie litery Y, przełożyłam karmnik pomiędzy konarami, chwyciłam gwóźdź obcęgami i zapierając się nogą o drzewo ciągnęłam używając całej swojej mocy. Po jakimś czasie wyrównanej walki gwóźdź dał za wygraną, a ja doszłam do wniosku, że sytuację uratuje tylko jakiś bardzo mocny klej.

No i tak się zbierałam w sobie przez kolejne tygodnie żeby iść do sklepu po ten klej, kiedy nagle doznałam olśnienia – przecież trzeba zrobić podpórkę z deski! Przybić ją od góry do drewnianej nogi, a wystające części od dołu do karmnika. Naprawdę nie wiem jak ja mogłam na to nie wpaść od razu. Trzeba było to zrobić latem, a teraz tylko przywiązać konstrukcję do balkonu. Cóż, chyba koniec końców ważne, że w ogóle mnie olśniło…

Tegoroczna jesień, która jest wyjątkowo długa i ciepła wywiała mnie na działkę na długi weekend listopadowy. To jest pierwszy raz kiedy rezydowałam na działce tak późną jesienią. Z reguły nocne przymrozki kazały już spuścić wodę z rur i zamknąć sezon. W tym roku jest jednak inaczej, temperatura nawet do plus piętnastu w ciągu dnia sprawiła, że na swoje działki w miniony weekend przyjechali wszyscy sąsiedzi. Jedni nawet zaprosili gości na jakieś specjały z wędzarni, więc jedyną niedogodnością listopadowych dni była ich długość, co sprawiło, że już po czwartej po południu sąsiad chodził do wędzarni z latarką.

Raz zdarzyło mi się, że przyjechałam na działkę w marcu i w nocy spadł śnieg (nie miałam wtedy aparatu, ale miałam komórkę, więc jest dokumentacja zdjęciowa). Teraz przyjechałam w okresie, kiedy telewizja już zalewa widzów reklamami świątecznymi. Trochę nawet wpasowały się one w mglisty klimat chłodnych wieczorów przy kominku. Poza tym zrobiłam już dawno zaplanowane porządki w szafie i pozbyłam się połowy ciuchów. Na działkę przez dziesięć lat trafiało wszystko w czym nie chciałam już chodzić, w tym spodnie z czasów gimnazjum kiedy to walczyłam z niedowagą, dzwony (!) i jakieś stare obszerne bluzy unisex. Kiedy dla zabawy założyłam na siebie te ubrania wyglądałam jakbym się teleportowała do współczesności z 1998 roku.

Poza tym zajęłam się rzecz jasna poszukiwaniami odpowiedniej deski do mojego karmnika. Nie znalazłam ani w drewutniach ani w piwnicy nic płaskiego o wymiarach około 15x15cm, więc postanowiłam połączyć ze sobą dwie prostokątne deseczki, które wcześniej zabezpieczę Sadolinem. Przywiozłam gwoździe różnej długości ze skrzynki z narzędziami i drut do podwiązywania roślin, żeby przywiązać karmnik do balkonu.

Tak to mniej więcej wyglądało:

A tak wyglądają deseczki przybite do kołka:

Jak się okazało, niektóre gwoździe przelazły przez podłogę karmnika do środka. Pokryłam je więc gorącym klejem z pistoletu, który otulił ostre końce i ptaki się nie nadzieją.

A tak wygląda gotowy karmnik. Jak widać, dodatkowo przywiązałam go do balkonu. Boję się trochę, że jakby przyszła konkretna wichura, to moje deseczki mogą pęknąć i dzięki temu zabezpieczeniu karmnik nie roztrzaska się o chodnik, tylko zawiśnie przy balkonie i będę mogła go odratować.

A to już listopadowe zdjęcia działkowe. Niektóre rośliny kwitną.

Tu już w tym roku nie posiedzę.