Jak Lotta mówi cz. 2

Po tamtym wydarzeniu z szóstką za wypracowanie pisałam dużo i chętnie. Nie miałam takiego poczucia, że oto powieszono mi poprzeczkę tak wysoko, że już drugi raz nie doskoczę. Nic z tych rzeczy. Czułam się uskrzydlona, ale nie zbyt pewna siebie. Najgorzej szło mi z odtwórczą pracą. Analiza i interpretacja wybranego fragmentu dzieła literackiego, opis bohatera, rozprawka… Wszystko co wymagało bazowania na innym tekście strasznie mnie nudziło. Nie wysilałam się zbytnio, nie rozkładałam poezji na części pierwsze, nie wgryzałam się. Stawiałam na to, co widać na pierwszy rzut oka. Później, w liceum, odkryłam, że pisaniem takich prac rządzą pewne schematy. To, jak wyglądały prace uczniów, zależało od tego, kto i jak uczył ich je pisać wcześniej. Zdumiało mnie, że niektórzy uczniowie zaczynają analizę i interpretację fragmentu „Potopu” od przytoczenia biogramu Sienkiewicza. Pytałam po co ta biografia autora, przecież to nie na temat. No jak to? słyszałam w odpowiedzi: przecież tak się pisze prace na polski, to jest wstęp. Na szczęście moja polonistka była innego zdania i wypychała nas z tych zajeżdżonych torów. Niektóre osoby, które nie miały drygu do pisania czegokolwiek i nie lubiły tego robić, nie rozumiały gdzie popełniają błąd i co tej babie biogram przeszkadza?. Myliły też często interpretację z opisem. Zawsze miałam wrażenie, że najsłabsze prace to nie te, pisane na kolanie przez kogoś, kto nie czytał lektury, tylko te, w które uczeń włożył dużo pracy, a ona niczym nie zaowocowała. Pięknie przepisane na czysto równymi literkami teksty, które są w istocie fragmentem „Pana Tadeusza” czy „Chłopów” napisanym własnymi słowami. O autorach tych pierwszych prac niewiele właściwie wiadomo, może gdyby się przyłożyli, to napisaliby coś sensownego. Ci drudzy się przyłożyli, a nic sensownego nie napisali.

Moje prace też były do dupy. Wychwytywałam najbardziej wyraziste środki stylistyczne i lałam wodę. Chyba że trzeba było napisać coś własnego, czasem dodatkowo. Np. recenzję wybranej przez siebie książki spoza kanonu lektur czy wypracowanie pt. „Co najchętniej zmieniłbyś w swojej szkole?” albo  „Mój dzień z ulubionym bohaterem książki”. Wtedy w mojej głowie rozbrzmiewało radosne alleluja. Wracałam do domu, porzucałam plecak w przedpokoju i zabierałam się za pisanie. Potem jeszcze tylko akt strzelisty: Dobry Boże, spraw, niech wszyscy w mojej klasie napiszą to cholerne wypracowanie i gotowe. Kiedy wiedziałam, że to co napiszę będzie się podobało, to lubiłam być oceniania. Niestety, często przed lekcjami ktoś podchodził do mnie z tekstem: Ani mi się waż zgłosić się do czytania. Połowa klasy nic nie napisała, siedzimy cicho licząc, że zapomni. No i zapominała. Coś wam zadawałam? Wszyscy rozglądają się po sobie udając zaskoczenie, a już po chwili słychać: nie, chyba nie. No ja nie mam nic zapisane. No, to przechodzimy do tematu lekcji. I już oczami wyobraźni widziałam, jak moja pisanina ląduje na dnie szuflady albo kosza na śmieci.

W liceum było gorzej. Matura, matura i jeszcze raz matura. Papier kancelaryjny w dziesiątkach egzemplarzy i prace pisane na dwóch godzinach lekcyjnych plus ‘jeśli ktoś chce pisać dalej, to może nie iść na przerwę’. Wtedy wodolejstwo już nie wystarczało. Ba, nawet bez słownika bywało ciężko, a materiału było aż nadto, więc dodatkowych prac nie było. Raz mogliśmy zrobić na bristolu plakat ilustrujący jakiś wiersz. Na początku nikt nie chciał, ale ja namalowałam. To był człowiek z długim cieniem patrzący na zachód słońca, nic oryginalnego. Ku mojemu zdziwieniu zaraz znalazło się kilku chętnych żeby też coś namalować, w tym A., która miała najbardziej rozstrzelone zęby, jakie w życiu widziałam. Przerwy między nimi były tak wielkie, że spokojnie mógłby zmieścić się tam drugi komplet uzębienia. Kiedy A. rozwinęła swój plakat okazało się, że jest na nim… To samo co na moim. Wkurzyło mnie to, ale nic nie powiedziałam. Nasza nauczycielka wciąż narzekała na przeładowany program, który chyba rzeczywiście ani jej, ani nas nie oszczędzał. I tak wszyscy się jej bali i chyba poza mną nikt nie byłby zainteresowany oddaniem jej do oceny nawet swojej listy zakupów, bo doszukałaby się w niej stada byków. W tym czasie nie pisałam więc z własnej woli niczego.

A. pod koniec pierwszej klasy zainwestowała w ortodontę i nosiła aparat przynajmniej do końca szkoły. Później się nie widziałyśmy, ale na moje oko do samych matur rozstaw zębów niewiele się zmienił. Dziś już pewnie po tych nieszczęsnych zębach bym jej nie rozpoznała.

C.D.N.

Advertisements

Jak Lotta mówi cz.1

Zaczęłam chyba jak każdy – od grafomańskiej poezji. Pomysły pisania wierszy nachodziły mnie wielokrotnie, a jak tylko zaspokajałam swoje estetyczne potrzeby niekontrolowaną eksplozją wynurzeń, to szybko zajmowałam się czymś innym odkładając plany swojej literackiej kariery na święte nigdy. Potem podczas porządków w szufladach natrafiałam na pojedyncze kartki z rymowankami, które były tak złe, że podczas czytania rumieniłam się ze wstydu, darłam je na strzępy i marzyłam, żeby kawałeczki papieru rozłożyły się jak najszybciej i zniknęły. Nie zostawiłam sobie nic na pamiątkę.

Potem poszłam do gimnazjum i poznałam swoją nową polonistkę. Zazwyczaj lekcje zapoznawcze kończyły się szybko, bo na przedstawienie uczniom podręczników, kilka słów o systemie oceniania i programie wystarczało piętnaście minut. Jednak nasz pierwszy język polski trwał całe czterdzieści pięć. Lekcje mieliśmy w jednej z największych sal w szkole, była wyposażona w pojedyncze, kwadratowe ławki. Moje miejsce znajdowało się w drugim rzędzie przy oknie, więc po przekątnej świetnie widziałam siedzącą przy biurku panią K., której nikt mi nie zasłaniał. Pani K. okazała elokwentna i rozmowna. Miała dziwny styl. Na jej głowie jawiła się nowoczesna wariacja fryzury na Limala. Ufarbowana na blond czupryna na wpół starczała, na wpół opadała jak przydługa, rozchodząca się we wszystkich kierunkach asymetryczna grzywka, umieszczona na czubku głowy, a spod niej wyrastały długie, idealnie gładkie, ostro zakończone pasemka włosów sięgające połowy pleców. Miała na sobie bezkształtny sweter zakrywający biodra, a na nogach toporne półbuty na wysokich obcasach. Całość wieńczyły dzwoniące bransoletki, okulary i duże srebrne kolczyki. Zarówno fryzura, jak i elementy garderoby zdawały się nie pasować i nie trzymać na swoich miejscach, jakby tak naprawdę należały do kogoś innego, kto ma zupełnie inną twarz i sylwetkę. W jej uśmiechu krył się dystans. Widać było, że da się lubić dopóki ktoś nie nadepnie jej na odcisk. Z pierwszych słów spotkania organizacyjnego wynikało, że nasze lekcje będą się koncentrować na ciągłym dokręcaniu śruby. Jeśli pojawią się zaległości trzeba będzie je systematycznie nadrabiać w postaci dodatkowych zadań, które będą się piętrzyć, a duże partie materiału będzie można sobie podzielić na części wedle uznania, choć też będą się piętrzyć. Dla pani K. jednorazowa odpowiedź na piątkę nie była możliwa, bo według niej pięć czy siedem minut odpytywania nie wystarczy, żeby sprawdzić czy uczeń ma wiedzę na bardzo dobry. Wymyśliła więc, że jeśli ktoś będzie miał aspirację żeby dostać piątkę z odpowiedzi, to ma uprzedzić ją wcześniej. Wtedy odpowiedź zostanie podzielona na dwa dni i za pierwszą część w dzienniku znajdzie się pół piątki. Wstała i zapisała kredą na tablicy dwie kreski tworzące daszek i plecki cyfry. Za drugą odpowiedź następnego dnia, pojawi się drugie pół oceny – dorysowała piątce brzuszek. Do tego wszystkiego dochodziły jeszcze dodatkowe zeszyty na prace, jakieś ćwiczenia, skoroszyty i podręczniki (też w częściach). Wszystko sformalizowane do granic. Spojrzałam na swoją kwadratową ławkę i pomyślałam, że nie dam rady.

„Dom i dzieciństwo” – taki był tytuł pierwszego działu, którym mieliśmy się zająć. Cały przejrzałam już w domu, bo od razu mnie zainteresował. Bałam się tylko jak to będzie wyglądało w praktyce, czy na dom i na dzieciństwo zostanie choć trochę miejsca między rymami częstochowskimi, odmianą rzeczownika przez przypadki, przerzutniami i peryfrazami, zasadami ortografii i interpunkcji, z których pewnie nie odpowiem na pół piątki. Jak się okazało, grad zasad wyłożonych punkt po punkcie dzień po rozpoczęciu roku dość szybko przegrał z szarą rzeczywistością, kiedy okazało się, że nie każdy w mojej klasie radzi sobie z płynnym czytaniem. Sama pani K. dość szybko zrzuciła żołnierski mundur i nie bez entuzjazmu przerywała swoje nie aż tak idealnie rozplanowane lekcje, mnóstwem ciekawych dygresji. W końcu zadała nam też pierwsze wypracowanie. Miał to być opis naszych najmilszych chwil z dzieciństwa spędzonych z rodziną. Jakiś jeden dzień z przeszłości. Dodała wtedy, że wie, że to dla nas trudne zadanie, że jeszcze nie doceniamy wartości, jaką jest rodzina, że kojarzymy stare wspomnienia i stare zdjęcia tylko z jakąś żenadą i niemodnymi ciuchami, bo teraz dojrzewamy i to normalne, ale za jakiś czas dzieciństwo będzie dla nas najpiękniejszym etapem życia, do którego będziemy naprawdę tęsknić.

Patrzyłam na nią wielkimi oczami nie mogąc wyjść z podziwu, dlaczego ona myśli, że my nie cenimy dzieciństwa i nie tęsknimy do niego już teraz. Przecież wystarczyło mi, że potraktowała mnie jak dorosłą i przypominała cały czas o egzaminach końcowych, żebym z sentymentem wróciła w swoich marzeniach do świata, w którym nie egzaminów nie ma w ogóle. I w którym mam jeszcze dwoje rodziców.

Postanowiłam się przyłożyć i za cel postawiłam sobie, że udowodnię swojej nauczycielce, że się co do nas myli. Albo co do mnie. Chciałam, żeby zobaczyła rzeczywistość moimi oczami, więc kosztem fabuły, którą było doroczne, świąteczne spotkanie przy stole, położyłam nacisk na relacje międzyludzkie, detale, smaki, beztroskę, szczęście, które trwało gdzieś poza czasem, to jest wtedy, kiedy jeszcze słabo odczytywałam godzinę z zegara.

Siedem stron? Nie za dużo? – pytały koleżanki. Co zrobić, tyle wyszło.

Przeczytałam swoje wypracowanie na siedząco z mojego drugiego rzędu spod okna. Pani K. nie spuszczała ze mnie wzroku. Strasznie brzydko piszę. Wielkie, koślawe litery stworzyły męczącą oczy ścianę tekstu z brzydkim pęknięciem w połowie jednej z kartek, bo w weekend nadepnęłam na zeszyt i podarłam stronę, którą skleiłam później taśmą. Słowa spod taśmy do poniedziałku zdążyły powiększyć się o połowę pod wpływem kleju.

Skończyłam czytać i podniosłam wzrok. Pani K. po krótkiej pauzie powiedziała: Powinnam teraz wziąć twój zeszyt żeby sprawdzić błędy ortograficzne. Jestem pewna, że jakieś są, więc nie będę tego sprawdzać, bo wtedy nie będę mogła postawić ci szóstki. Otworzyła dziennik i wpisując ocenę dodała: No dalej. Dlaczego nie bijecie brawo koleżance.

Oklaski kolegów sprawiły, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Dziękowałam Bogu, że siedzę w tej drugiej ławce, plecami do klasy. Teraz też na wspomnienie tamtej chwili robi mi się głupio i dziękuję Bogu, że mnie nie widzisz.

C.D.N.