Gra o Tron na Malcie.

W przydługim jak zwykle wstępie powiem, że nie przepadałam nigdy za fantastyką. Nie mogłam przekonać się do tej wizji świata, w której z wartką akcją i niezłym pomysłem na fabułę sąsiadują postaci budowane chyba na wzór filmów animowanych. Nie dla mnie bose Niziołki mieszkające w chatkach z okrągłymi drzwiami. Jakimś zgrzytem było dla mnie też tworzenie postaci raczej jednoznacznie dobrych lub jednoznacznie złych, czyli nieautentycznych i zepchniętych na margines w stosunku do fabuły. To właśnie dlatego kiedy w stacji HBO pojawiła się Gra o Tron stwierdziłam, że w ogóle nie będę się zabierać za oglądanie. Nie mój klimat, ot co.

Z czasem jednak zauważyłam, że ten serial zaczyna wdzierać się szturmem do masowej wyobraźni, a gazety takie jak np. Newsweek recenzują ten serial. Wiedząc, że co roku spływa też na niego deszcz nagród postanowiłam jednak spróbować. Najpierw było bez sukcesów, nie widziałam o co chodzi, nie mogłam doliczyć się dzieci Neda Starka (myślałam, że Theon Greyjoy też jest jego synem), przez jakiś czas myślałam, że Khaleesi to imię Daenerys i w ogóle nie kupowałam tego świata, w którym nie można wyjść normalnie do lasu na grzyby, bo zaraz cię ktoś napadnie. Towarzyszyło mi też przekonanie o jakiejś dziwnej niekonsekwencji w budowie tego uniwersum, bo z jednej strony mamy dumne rody, królestwa i tytuły, z drugiej „dziecinną” magiczność w postaci czrdrzew czy dzieci lasu kojarzących mi się bardziej z Doliną Muminków niż serialem adresowanym do dorosłych. Po siedmiu odcinkach oglądania Dothraków, wilkorów i dziewoi w średniowiecznych sukniach postanowiłam zaniechać dalszej szarpaniny z tym serialem. Jak pomyślałam tak zrobiłam, ale mniej więcej po pół roku poznałam pewnego wielkiego fana Gry, który gorąco zachęcał mnie żebym spróbowała jeszcze raz. Chyba jestem otwarta na zachęty, bo już nie pierwszy raz oglądam/czytam/słucham coś z polecenia i z reguły to, co polecają mi znajomi okazuje się ostatecznie strzałem w dziesiątkę, więc i tym razem dałam serii (a może sobie?) jeszcze jedną szansę. Obejrzałam kilka odcinków jeszcze raz, żeby lepiej załapać o co chodzi i do końca serialu… Opowieść wciągnęła mnie jak czarna dziura!

Jak się okazało, ten serial z klasycznej fantastyki proponowanej np. przez Tolkiena nie czerpie znowu tak wiele. Tak mi się przynajmniej wydaje, a wnioskuję to po przeczytaniu jednej części Władcy Pierścieni i obejrzeniu wszystkich filmów. Jest magia, są fantastyczne stworzenia jak olbrzymy, wilkory czy smoki. Są królowie, królowe, wojska, walki, inspiracja średniowieczem, dzielni rycerze i długie wyprawy, ale jest też nowy bohater. Bohater skomplikowany charakterologicznie, z wadami i zaletami, ułomnościami i zdolnościami, zmuszony bezustannie dokonywać wyborów moralnych. W tym serialu miłość może być niebezpieczna i zawsze jest namiętna. Kara może być niesprawiedliwa i zawsze jest surowa. Nienawiść jest ślepa jak miłość i długo zbiera swoje zatrute owoce. Trzeba początkowo poznać i zrozumieć ten świat, połapać się w imionach i nazwach rodów, co komuś niewprawionemu w fantastycznym boju, jak ja, może zająć trochę czasu. Potem jednak każdy odcinek na godzinę kradł mi cząstkę umysłu, serca i duszy żonglując sobie nimi beztrosko. Pełnokrwiste postacie, doskonałe dialogi i niezwykłe zwroty akcji, które całkowicie zmieniają optykę nadchodzących wydarzeń, a jednocześnie nie są niewiarygodne, każą mi przyznać bez bicia, że Gra o Tron to bez wątpienia jeden z najlepszych seriali ostatnich lat.

Nie należy zapominać jednak, że Gra o Tron powstała na podstawie książki Pieśń lodu i ognia i choć raczej wiernie ją oddaje, to pewne wątki są w niej zmienione, zamienione miejscami lub odrzucone. Żeby przekonać się które, postanowiłam zacząć czytać tę książkę i sama się o tym przekonać. Do tego wszystkiego będąc na Malcie przyszło mi odwiedzić niektóre miejsca, które były planem serialu, a to wszystko chyba czyni ze mnie niezaprzeczalnie fankę serii czy to mi się podoba czy nie.

Jednym z miejsc, które fan serialu powinien zobaczyć na Malcie jest zabytkowa Mdina, która w pierwszej serii zagrała Królewską Przystań. Brak dostępu miasta do morza i narzekania ekologów, że obecność ekipy filmowej niekorzystnie wpływa na ekosystem wyspy sprawiły, że Królewska Przystań przeniosła się do Dubrownika. Mimo wszystko fajnie jest być w miejscu, które stanowiło plan serialu i przejść się po ulicach, którymi przechadzał się Tyrion Lannister.

Główna brama Mdiny, to właśnie ta, którą możemy oglądać w serialu:

Zdjęcie stąd

Mdina czyli ciche miasto swoją nazwę zawdzięcza oczywiście ciszy, jaka w nim panuje. Podobno mieszkańcy Mdiny w dzień odpoczywają, bo jest bardzo gorąco, a wychodzą wieczorem, kiedy zrobi się chłodniej. Właśnie dlatego również od turystów oczekują cichego zachowania, o czym przypominają liczne tabliczki, takie jak ta:

Obrazki z Mdiny:

Inne miejsca znane z Gry o Tron znajdują się w okolicach zabytkowej stolicy wyspy, Valetty. Fort Manoel stał się Septem Baelora, w którym miały miejsce bardzo ważne wydarzenia z przedostatniego odcinka pierwszej serii. Czytelnicy książki i fani serialu doskonale wiedzą które.

Zdjęcie stąd

Królewską Przystań grały też dwa inne Forty – St. Angelo i Ricasoli, ale pomimo szczerych chęci nie było mi dane ich zwiedzić. Pierwszy jest aktualnie remontowany, a drugi znajduje się w pobliżu klifu i jest niedostępny do zwiedzania. Tak przynajmniej powiedział mi tubylec, co potwierdziła tablica…

Zdjęcie stąd

W remontowanym forcie St. Angelo były kręcone między innymi sceny, w których Arya goniła koty.

Zdjęcie stąd

Istotnym dla serialu miejscem była również należąca do Malty pobliska wyspa Gozo. To właśnie tam Daenerys wzięła ślub z Khalem Drogo i przyjęła w prezencie ślubnym smocze jaja. Krajobraz, który gra w odcinku ślubu przedstawia Lazurowe Okno – skałę, która pod wpływem uderzania fal pękła w środku tworząc malowniczą dziurę. W pełnej zagłębień skale wokół Lazurowego Okna można złamać nogę, ale jest naprawdę przepięknie i wietrznie, co pomaga przetrwać upał. Jest też niestety ogrom turystów, więc zrobienie malowniczego, pocztówkowego zdjęcia tej formacji skalnej bez ludzi jest trudne.

Zdjęcie stąd

Zdjęcie stąd

Zdjęcie stąd

W serialu grało jeszcze wiele miejsc, których nie opisałam, bo nie zdążyłam ich zwiedzić. To właśnie na Malcie odbył się ślub pewnych ważnych dla serialu postaci i padły słynne słowa Cersei: „w grze o tron wygrywasz albo umierasz” Podczas rozmowy z Nedem Starkiem w Bożym Gaju. Żółte pustkowia Malty pokryte częściowo suchymi trawami wcieliły się też w Morze Dotharków. Mam nadzieję, że jeszcze na Maltę wrócę i zobaczę to, czego tym razem nie dałam rady.

Jeśli ktoś ogląda Grę o Tron to wszystko dla niego jasne. Jeśli nie, to bardziej niż swoim tekstem zachęcam zwiastunem. Wierzę, że czas nie będzie stracony.

P.S.
Słyszałam, że finał Gry o Tron ma trafić na kinowy ekran, choć to chyba tylko plotka. Czy przyszłoby Wam do głowy, że seanse w maltańskich kinach są… Przerywane reklamami 😉 Nie, nie żartuję.

Advertisements

Kocioł maltański

Idzie jesień. Chyba szybko w nią wskoczyłam po powrocie z Malty, bo moim domu zrobiło się chłodno i pierwszy raz od wielu miesięcy wyciągnęłam z szafy polar. Suszę też w piekarniku drugą partię jabłkowych chipsów z cynamonem, które pachną w całej kuchni i przestałam liczyć na to, że wysokie temperatury jeszcze wrócą i obuję stopy w sandały… Może i dobrze. Od kilku lat bez trudu odnajduję piękno w długich wieczorach, szarych dniach i gorącej herbacie, co nie jest trudne, jeśli mózg ma się jeszcze silnie nasycony kolorami gorącego lata. Maltańskiego lata.

O Malcie widziałam do niedawna właściwie tylko dwie rzeczy – że jest wyspą, i że jej mieszkańcy lubią ‘Eurowizję’. Później dowiedziałam się, że Maltańczycy dobrze znają angielski, bo byli kolonizowani przez Wielką Brytanię, od której wpływów wyzwolili się 1964 roku. Język angielski jest na Malcie językiem urzędowym obok ojczystego – maltańskiego. Przed podróżą zastanawiałam się jak brzmi angielski Maltańczyków i czy rozmawiają nim ze sobą na co dzień. Czy to możliwe, żeby na maleńkiej wyspie (wielkości Wrocławia) te dwa języki były równorzędne? Postanowiłam zapytać o to zaraz po przylocie pierwszej osoby, z którą przyjdzie mi nawiązać bliższy kontakt. Tą osobą był bardzo miły taksówkarz, który powiedział mi, że głównym językiem używanym przez Maltańczyków jest oczywiście maltański, który jest językiem semickim. Angielski jest drugim językiem, którym słabiej posługują się osoby starsze. Czasem nie wiedzą jak odpowiedzieć, ale wszystko rozumieją. Wyobrażałam sobie, że Maltańczycy będą mówić jak Australijczycy lub Brytyjczycy, ale tak nie jest. Mówią trochę twardo, jak mówiący po angielsku Grecy, z wyraźnym ‘r’. Taksówkarz uświadomił mnie też, że maltański, jest kombinacją dialektu arabskiego (w około siedemdziesięciu pięciu procentach) i wpływów włoskiego i angielskiego. Co ciekawe, jest to jedyny na świecie język semicki zapisywany alfabetem łacińskim.

Przez te wszystkie wpływy różnych krajów na Maltę, stała się ona wysepką naprawdę zróżnicowana kulturowo, co widać na każdym kroku. W sklepach leżą słodycze, których próbowałam w Izraelu, takie jak twarde, słodkie chałwy z migdałami, od których może zemdlić. Na ulicach Valetty, stolicy wyspy, rozstawione są brytyjskie, czerwone budki z (działającymi) telefonami, a zielone, drewniane okiennice przywodzą na myśl południe Włoch. Do tego wszystkiego Malta jest… drugim najbardziej katolickim krajem po Watykanie na świecie. W 60 roku n.e. u wybrzeży wyspy rozbił się statek, na którego pokładzie św. Paweł był transportowany jako więzień do Rzymu. Przebywał on na Malcie trzy miesiące i zanim ostatecznie dotarł do stolicy Cesarstwa, zdążył wzbudzić w Maltańczykach ducha chrześcijaństwa.
Na Malcie znajduje się (i funkcjonuje) 365 kościołów, po jednym na każdy dzień roku. Patronuje im mnóstwo różnych świętych, więc regularnie na wyspie odbywają się urządzane z rozmachem procesje i festyny ku ich czci. Trudno nie trafić na żaden podczas pobytu, a ja sama byłam na dwóch, ale o tym później.

Czy Malta jest zatem krajem ultrakonserwatywnym? Na pewno nie w naszym rozumieniu tego terminu. Konserwatyzm w Polsce kojarzy się w najlepszym wypadku z Tomaszem Terlikowskim, a w najgorszym z obrzucaniem fekaliami tablicy upamiętniającej ofiary Katastrofy Smoleńskiej. Jako przeciętna turystka, która była na Malcie pierwszy raz w życiu nie poznałam mentalności Maltańczyków na tyle, żeby móc coś konkretnego o niej powiedzieć. Wiem za to, że do niedawna na Malcie nie można było wziąć rozwodu, a opalanie się topless na plaży jest zabronione. Dodam, że na żadnej plaży nie widziałam też nagich dzieci, wszystkie miały eleganckie kostiumiki i kąpielówki (niewykluczone, że po prostu ze względów higienicznych). Z drugiej strony, niedawno na Malcie rząd zalegalizował związki homoseksualne, a homoseksualne pary mogą starać się o adopcję dziecka (wcześniej adoptować dzieci mogły homoseksualne osoby samotne, ale nie pary, co było chyba bez sensu. Przecież taka osoba samotna mogła najpierw adoptować dziecko, a po pół roku odnaleźć swoją lepszą połowę i się z nią związać).

Czy skoro Malta jest krajem katolickim, w którym katolicyzm jest religią państwową, dziewięćdziesiąt sześć procent ludzi określa się jako katolicy, a prawie sześćdziesiąt praktykuje, to czy nie należałoby się spodziewać protestów przeciwko legalizacji związków homoseksualnych? Próbowałam znaleźć jakieś informacje w internecie na ten temat, ale znalazłam tylko, że kiedy związki homoseksualne zostały zalegalizowane, to na placu w Valetcie ludzie zebrali się by świętować.

Malta nie jest krajem byłego bloku komunistycznego, a Maltańczycy nie mają wschodnich korzeni, więc ich mentalność różni się od naszej. Eurosceptycyzm krajów wschodnich jest po części związany z tradycjami i wartościami, które nowoczesna, Zachodnia Europa zdaje się negować (w mniemaniu konserwatystów). Pamiętacie „nieprzychylne” wypowiedzi na temat homoseksualnych sportowców, które padły z ust Putina przed olimpiadą w Soczi? Dla konserwatywnego mieszkańca szeroko pojętego wschodu Unia Europejska jest burdelem z eutanazjami, aborcjami i zmianami płci. Polska jest dokładnie między wschodem, a zachodem, do tego jeszcze nie tak dawno była odcięta od świata, więc nietrudno mi sobie wyobrazić, że pomiędzy konserwatywnym Polakiem, a konserwatywnym Maltańczykiem jest różnica.

Tutaj warto dodać, że tak jak u nas trwa odświeżana co jakiś czas dyskusja czy krzyż może wisieć w Sejmie, tak na Malcie krzyż może wisieć… wszędzie. Na zdjęciu z poprzedniej notki można taki przykład zobaczyć. Krzyże, obrazki świętych, papieży i lokalnych biskupów wiszą w warzywniakach, aptekach czy u fryzjera. Dodatkowo, wiele miejscowości nosi imiona świętych, np. Święty Jan. Wyobrażacie sobie mieszkać w Polsce w Świętym Janie? Albo tankować na stacji o nazwie Święty Józef? Gdyby w Polsce ktoś tak nazwał stację benzynową, to posądzono by go o kpinę z wiary, ale na Malcie to nic nadzwyczajnego. Co ciekawe, na Malcie imiona świętych często przyjmują również domy. Wiszą na nich tabliczki, np. Święta Rita, a obok dzwonka wmurowana jest płaskorzeźba przedstawiająca Matkę Boską z Dzieciątkiem. I tak przy co trzecim domu. Narobiłam tyle zdjęć tych płaskorzeźb i tabliczek jakbym bawiła się w grę ‘zbierz je wszystkie’, chyba dlatego, że naprawdę określały one lokalny koloryt Malty bardziej niż cokolwiek innego.

A może kubek ze świętym na pamiątkę?

Na Malcie żyje też widoczna mniejszość islamska, co zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Przez cały mój pobyt w tym kolorowym kraju towarzyszyło mi przekonanie, że ‘uczucia religijne’ konserwatywnych Maltańczyków nie ‘obrażają się’ tak łatwo jak Polaków.

O czym jeszcze warto wspomnieć?

– na Malcie ruch drogowy jest lewostronny,
– na Malcie bilet autobusowy kosztuje tylko 1,50 euro i jest ważny cały dzień we wszystkich autobusach na wyspie,
– w sezonie Malta jest podejrzanie żółta i sucha. Podczas lądowania widok z okna samolotu każe myśleć, że upały będą nie do zniesienia, ale jest jak w każdym innym, gorącym kraju południowym. Po prostu wapienna ziemia jest dość jałowa i niewiele się na wyspie uprawia (Maltańczycy sporo importują) i dlatego jest tak sucho. Na Malcie nie ma też jezior i rzek. Klimatyzacja w nocy niezbędna, bo oni nie umieją izolować domów, które bardzo się nagrzewają,
– jedzenie na Malcie jest tanie w porównaniu np. z południem Włoch (za dużą torbę świeżych owoców i warzyw zapłaciłam dziewięć euro), można spokojnie więcej wydać na nocleg,
– dla miłośników internetu jest wiele darmowych hotspotów na terenie całej wyspy,
– choć Malta jest wyspą, nie trzeba wyrzucać papieru toaletowego gdzieś poza kibel. Można spłukać po ludzku ;),
– wszystkie nazwy sklepów, ogłoszenia, informacje na tabliczkach przystankowych itd. są zapisane w języku angielskim,
– porcje w knajpach są pokaźne, z przystawką trudno mi było czasem ogarnąć, a mam opinię posiadaczki żołądka bez dna. Talerze ledwo mieszczą się na stolikach, a ja zawsze kończyłam kolację po prostu przejedzona.

EDIT Przypomniało mi się jeszcze o jednym. Na Malcie są angielskie gniazdka, więc przejściówka niezbędna.

Gdzie była Lotta jak jej nie było.

Znowu długa przerwa w pisaniu, ale tym razem nie uzasadnię jej bynajmniej lenistwem. Właśnie wróciłam z Malty gdzie spędziłam chyba jedne z najbardziej relaksujących wakacji w życiu. Ten rok był dla mnie psychicznie ciężki – śmierć babci i wszystko to, co działo się potem były dla mnie mocnym kopniakiem w dupę. Zachowanie niektórych ludzi wokół mnie, które bardzo mnie zaskoczyło przedefiniowało w mojej głowie takie pojęcia jak: ‘przyjaźń’, ‘lojalność’, ‘szczerość’… W wielu kwestiach jestem niezwykle rozczarowana też sobą samą i jak raz spadło na mnie to wszystko w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy.

To nie jest możliwe żeby wyjechać i zostawić te problemy ot tak… Jak znam życie wezmę je ze sobą – myślałam. A tu się okazuje, że myliłam się kompletnie. Już od momentu kiedy wsiadłam do samolotu byłam tak zaabsorbowana podróżą, że wszystko inne nie miało znaczenia. Malta okazała się jednym z najciekawszych krajów w jakich byłam i poznając ją nie sposób było całkowicie się nie zaangażować, naprawdę zostawiając wszystko inne.

Dzięki Bogu za ten mój copywriting, bo to właśnie dzięki temu, że musiałam stworzyć teksty na stronę szkoły prowadzącej kursy językowe na Malcie wybrałam właśnie ten wakacyjny cel.
Opowiem więcej w najbliższych dniach, teraz chciałam tak tylko się przypomnieć, bo trzy tygodnie przerwy to dla internetów za dużo. No i nawet się jeszcze nie rozpakowałam.