Bareja wiecznie żywy

„Warzywniak”, „Sklep wielobranżowy”, a nawet „Delikatesy”. Nazwy sklepiku osiedlowego, w którym można kupić rano świeże bułki i mleko, zmieniały się kilka razy na przestrzeni lat. Sam sklep się zmieniał, a nawet znikał i pojawiał z nowym właścicielem. Jeśli się zamykał, to na krótko; całe szczęście, bo nie uśmiechałoby mi się biegać tylko po sól czy jajka do supermarketu z wózkami. Kiedy przypominam sobie, że czegoś nie kupiłam, wskakuję w półbuty, owijam się kurtką, zakładam kaptur i za kilka minut już jestem z powrotem w domu z produktem, którego mi brakowało.

Do osiedlowego prowadzą dwie drogi. Jedną lubię, a drugiej nie. Ta droga, której nie lubię (i w związku z tym nigdy jej nie wybieram), jest smutna i brzydka. Prowadzi wzdłuż ulicy, po prawej i lewej stronie chodnika są dwa rzadkie trawniki. Przycinane, ale zaniedbane. Jesienią szare, latem pełne żółtych placów, przez cały rok upstrzone plamkami śmieci i starych petów. Idzie się tak między nimi i skręca w lewo za banerem z reklamą autoczęści. A potem już prosto, wzdłuż pasażu, do drzwi sklepu. Druga droga, ta którą chodzę, prowadzi przez teren zielony sąsiedniego bloku. Mieszkańcy owej wspólnoty uczynili z niego małą oazę. Znów mamy dwa trawniki, ale zupełnie inne niż te, które opisałam. Trawniki przy drugiej drodze są zadbane i ogrodzone. Rośnie na nich kilka gatunków młodych sadzonek drzew i krzewów. Są wśród nich przywiązane do wsporników brzozy, jakieś choinki, wierzby… Latarnię i ścianę bloku w kilku miejscach porasta bluszcz. Płożące iglaki sięgają już prawie okien parteru, przesiadują na nich wróble, które wyglądają, jakby usadowiły się w wielkich gniazdach. Widzę, jak czasem sąsiedzi podlewają rośliny wężem wyciągniętym przez okno piwnicy. Przycinają je i nawożą. Na jednym z trawników postawili czerwoną tablicę z napisem: „Zakaz gry w piłkę”. Ładne otoczenie ma swoją cenę. Dobrze, że chodnikiem można przejść. Chadzam więc.

W prawo, jeszcze raz w prawo i wtedy drzwi do sklepu mam po prawej, nie jak w przypadku pierwszej drogi, lewej stronie.
Idę do sklepu po mąkę i mleko (naleśniki będę smażyć). Idę jak zwykle, ładniejszą drogą. Skręcam w stronę sklepu, a tam… Łańcuch.

buu:(

– Łańcuch? – mówię do siebie cicho. Łańcuch tworzy zagrodę przed sklepem. Prowadzi wzrok przez betonowe donice, które tworzą długi korytarz blisko ściany budynku. Jego koniec zdaje się wyznaczać oficjalne wejście na ścieżkę do sklepu, ale ja jestem wysoka i mogę nieoficjalnie przejść nad łańcuchem z mojej strony. Ja przejdę, ale jak tu matka z wózkiem może wejść? Albo pan z towarem? Myślę sobie, że wejdę i zapytam przy okazji.

Zanim jednak przepytam ekspedientkę na okoliczność, decyduję się wpisać w wyszukiwarkę mózgową odpowiednie zapytanie: ‘co się stało się, że wejście do sklepu jest praktycznie zabarykadowane’ i wyrzuca ona następujące odpowiedzi:

a) barykada wyłapuje osoby tak bardzo upojone alkoholem, że i tak ekspedientka nie da im na zeszyt kolejnej butelki. Nie pokonasz łańcucha, nie pijesz dalej;
b) barykada chroni elewację sklepu przed upojonymi alkoholem przechodniami, pragnącymi oddać na nią mocz;
c) nierozważni kierowcy parkują na chodniku i klientom potrzebny jest korytarz prowadzący do sklepu. Przynajmniej z jednej strony.

Jak się okazuje, prawda o barykadzie jest równie absurdalna, co kombinacje mojej głowy.

– Wszystko przez mieszkańców wspólnoty mieszkaniowej za sklepem. To przez nich ten łańcuch…
– Ale jak to? Kazali coś takiego zamontować?
– Nie, skargę napisali, bo uważają, że klienci kupują u nas piwo i rozrzucają butelki i puszki u nich na trawnikach – A, ha! Cena pięknego otoczenia wyższa niż sądziłam.
– No tak, ale przecież oni nie wiedzą skąd pochodzą te butelki. Zresztą nie widzę związku między butelkami a łańcuchem…
– No bo nam piwo zabrali. To, że butelki leżały na trawniku, jest prawdziwym powodem, ale nie można złożyć takiej skargi, bo faktycznie, nigdzie nie jest napisane, że to butelki z naszego sklepu. Przyszła do nas kontrola, że jest skarga, bo my tu alkohol sprzedajemy, a zaraz obok dom dziecka jest. A są przepisy, które mówią ile metrów musi być oddalony punkt sprzedaży alkoholu od domu dziecka i my jesteśmy za blisko. No i zabrali, to wymyśliliśmy, że wydłużymy tym łańcuchem drogę do sklepu, rozumie pani?
– Rozumiem…
– Zmierzyliśmy, droga jest dłuższa, urzędnicy się zgodzili i znów alkohol sprzedajemy.

Advertisements

Seria niefortunnych zdarzeń

cos poszlo nie tak...

Z remontami wiąże się znajdowanie starych rzeczy. Wystarczy jeden rzut okiem na pożółkłą ulotkę, wizytówkę, albo zdjęcie, żeby historia, którą nosi ta rzecz stała się tak żywa, jakby wydarzyła się wczoraj. Historia ankiety ze zdjęcia nie jest długa, ale ma wiele ciekawych wątków pobocznych. Chyba nie ma też wyraźnie zaznaczonego końca, bo skoro ta kartka została odnaleziona i mówię teraz o niej, to znaczy, że może dopiero teraz wypełnia ona swoją misję? W każdym razie, nawet jeśli nie ma końca, to zdecydowanie ma swój początek i wcale nie jest nim dzień, w którym pani dyrektor przyniosła ją do klasy.

Żeby przejść do samej ankiety, chciałabym najpierw opowiedzieć o K.K., mojej szkolnej koleżance i wiceprzewodniczącej szkoły. Nie pamiętam kiedy się tak formalnie poznałyśmy. Szkoła była mała, więc wydawało się, że wszyscy znaliśmy się chyba od początku, tylko po prostu z jednymi się rozmawiało, a z innymi nie. K.K. była osobą, obok której nie dało się przejść obojętnie. Z nią rozmawiał chyba każdy, bo była jedną z najbardziej otwartych osób, jakie można sobie wyobrazić. Szybko przełamywała lody i w każdym starała się widzieć dobre cechy. Była dobrze wychowana, nigdy nie przeklinała i była niezwykle pojętną osobą. Miała chyba najwyższą średnią w szkole i zgłaszała się do każdego zadania. Nauczyciel jeszcze nie skończył pytania, a jej ręka już wystrzeliwała w górę. Lubiłam ją, choć miałam wrażenie, a może raczej obawę, że jej prawdziwy potencjał, prawdziwa błyskotliwość siedzą uśpione gdzieś głęboko w niej. Zupełnie, jakby jej mózg wkuwając na małpę nie miał już ani czasu, ani siły rozwijać jej wrodzonej inteligencji. Nabywał po prostu podręcznikową wiedzę i ją odtwarzał. K.K. potrafiła zabłysnąć, ale częściej zdarzało się, że nie umiała opowiedzieć mi dlaczego książka, którą właśnie przeczytała jej się podobała. No i oczywiście każdy czekał, aż K.K. wreszcie powinie się noga. Nie było w tym nic złośliwego, ona naprawdę nie była nielubiana. Po prostu nigdy nie dostała żadnej jedynki i wszyscy czekali, aż któryś z nauczycieli wreszcie ją uwali i zrobi z niej prawdziwego ucznia, żywą osobę, która przestanie być maszyną do trzepania szóstek.

No i w końcu stało się. Przyszedł ten wielki dzień, kiedy to zakłady bukmacherskie mogły zacząć wypłacać zawrotne kwoty szczęśliwcom, który nie stracili wiary, że  K.K. jest jednak żywym stworzeniem i obstawiali, że dostanie z czegoś lacza. Tym przedmiotem była fizyka, a przyczyna upadku koleżanki była bardzo banalna. K.K. nie zapisała z roztargnienia zadania domowego, nie odrobiła go i nie zgłosiła tego wcześniej. Wyrwana do przeczytania swojej pracy musiała się przyznać, że jej nie ma, a nauczycielka musiała potraktować ją jak każdego innego ucznia. K.K. nie zgłosiła nieprzygotowania, więc dostała jedynkę za brak zadania domowego. Żadna wieść nie rozeszła się chyba po szkole tak szybko. To była informacja przyprawiająca o rozkosz, wywołująca dziki entuzjazm, ale trzymająca się na językach bardzo krótko. Nikt nie życzył K.K. źle i nikt nie planował się nad nią pastwić. Życie szkolne po krótkiej eksplozji radości wróciło do normy jeszcze tego samego dnia, kiedy najważniejsza jedynka świata spoczęła w dzienniku. W przeciwieństwie do życia K.K., która nie wiedzieć czemu, przyszła ze swoim problemem do mnie. My nie chodziłyśmy razem do klasy i nie zwierzałyśmy się sobie, dlatego poczułam się jednak jakoś tą sytuacją wyróżniona. Bardzo chciałam stanąć na wysokości zadania i powiedzieć jej coś sensownego, żeby się nie zamartwiała. Najgłupszą rzeczą byłoby chyba udowadnianie jej, że ludzie mają większe problemy i sama chciałabym mieć tylko jedną jedynkę i same szóstki. Nie mogłam przyjść i powiedzieć jej, że jej postawa jest nienormalna, bo uważam, że nie wolno osobie, która przychodzi do ciebie po pomoc i jest zdruzgotana pozwolić poczuć się wariatem.

– Spójrz na to tak. Przychodzisz do szkoły po wiedzę, prawda? – zaczęłam.
– No tak…
– I nauczyciele tę wiedzę sprawdzają, weryfikują, robiąc nam sprawdziany. Co masz ze sprawdzianów? Z prac klasowych? Piątki, szóstki?
– No mam…
– No właśnie, czyli masz wiedzę. Rozumiesz rzeczy, o których ja nie mam pojęcia, na przykład matematykę. Albo fizykę. Gdybyś dostała jedynkę ze sprawdzianu, to oznaczałoby to jakiś problem, brak wiedzy, albo zrozumienia tematu. Byłby to dowód, że nie nadążasz, jak ja z matmą, z której chodzę na korki chyba od czwartej klasy. Co to jest jedynka za brak zadania domowego? Ona jest nieistotna, bo nie oznacza, że zostałaś w tyle z materiałem.

– No ale psuje średnią…
– Skąd wiesz? Jedynka jedynce nierówna, taka za brak zadania domowego może nie wpłynąć na ocenę końcową, albo wpłynąć nieznacznie. Dostaniesz szóstkę z minusem, a na świadectwie i tak wpiszą celujący. I tak będzie pasek. I tak każde najlepsze liceum stoi przed tobą otworem. Poza tym, masz lacza i uwierz mi, że w oczach wielu uczniów to cię odczarowuje. Jeśli zamienisz to w żart, może nie teraz, bo wiem, że to dla ciebie szok, ale na przykład jutro machniesz na to ręką, to zapunktujesz towarzysko. Przeciętniaki będą cię lubić z tą jedynką znacznie bardziej niż bez niej, głowa do góry.

Kurde, byłam z siebie dumna. To brzmiało naprawdę dobrze i nie było w moich słowach cienia fałszu. Kiedy po następnej lekcji zobaczyłam na korytarzu K.K. uśmiechniętą od ucha do ucha, to pomyślałam, że chyba powinnam zrobić karierę jako psycholog. Aż tak podziałało! Albo nie podziałało… Szybko okazało się, że mój entuzjazm był przedwczesny.

– I jak tam? Śmiejesz się, olałaś tę pałę szybciej niż myślałam.
– No właśnie nie olałam tak do końca… Wielkie dzięki za rozmowę, naprawdę, to o czym mówiłaś ma dużo sensu, ale jak poszłaś na lekcję, to tak sobie pomyślałam, że może zadzwonię do mamy i powiem jej co się stało.
– Zadzwoniłaś do mamy?! – Boże, nawet nie musiała kończyć, już wiedziałam dlaczego była w tak dobrym humorze…
– No zadzwoniłam, powiedziałam co się stało, a mama natychmiast wsiadła w samochód. Rozmawiała z nauczycielką i wyjaśniła jak bardzo pracuję na średnią i… No wiesz, w dzienniku już nie ma tej jedynki.
– Boże, coś ty zrobiła… Wiesz jak teraz będzie patrzył na ciebie każdy, kto dostał jedynkę za niezgłoszenie nieprzygotowania i w przeciwieństwie do ciebie nadal ją ma? Zaszkodziłaś sobie, wezmą cię za świętą krowę, nietykalną…
– Ale ja o to nie prosiłam, mama po prostu przyjechała, jak wytłumaczę…
– K., nie wytłumaczysz.

No i nie wytłumaczyła. I dostała za swoje. Wiele osób się od niej odwróciło, uznało za totalnie nieprzystosowaną społecznie i nieżyciową osobę, która z banału zrobiła dramat. Przez jakiś czas, zanim ludzie zapomnieli, K.K. miała po swojej stronie głównie mnie i kilka koleżanek. To właśnie wtedy nasze więzi trochę się zacieśniły.

No i któregoś dnia K.K. podchodzi do mnie i mówi:

– Wiesz, rozmawiałam wczoraj z panią dyrektor, pytała o ciebie.
– Jezu, co zrobiłam?
– Nie, nic, ale… Poprosiła mnie, żebym zapytała czy  czasem nie bierzesz narkotyków. Widzi nas często razem, dlatego przyszła z tym do mnie.
– Że… CO?!
– No sama się zdziwiłam, zapytałam dlaczego tak myśli, a ona na to, że ubierasz się na czarno i alienujesz, poza tym na lekcjach bywasz nieobecna i wyglądasz na smutną.
– Boże… – pani dyrektor uczyła mnie historii. Zaniemówiłam. Nie mogłam uwierzyć, że jestem tak odbierana.

No tak, kiedy miałam piętnaście lat walczyłam jeszcze z niedowagą. Wymyśliłam sobie, że będę nosić tylko czarne ubrania i nakupowałam sobie swetrów z bardzo długimi rękawami w działach męskich. Myślałam, że za duże swetry ukryją moją chudość i mogłam rzeczywiście wyglądać jak dziecko wojny. I tym samym dziecko z dworca Zoo… Strój mógł przypadkiem spotęgować coś, co miałam zawsze – ciągoty do rozkmin życiowych, kołek w dupie, własny świat… Długo zastanawiałam się później, czy ktoś jeszcze brał mnie za ćpunkę czy może to dyrektorka ocenia po pozorach? Co ciekawe, kolejne tygodnie przyniosły odpowiedź na to pytanie. Poznajcie drugą bohaterkę opowieści, E.S.

E.S. chodziła za mną do klasy. Miała łagodne usposobienie i zszarganą opinię. Początkowo nie rozumiałam dlaczego, nie wyglądała jak zdzira. Nie była ani ładna ani wyzywająca, nie kręcili się koło niej koledzy, wszystkie przerwy spędzała z dziewczynami. Musiało minąć trochę czasu zanim pojęłam, że ona po prostu ma gdzieś chłopaków ze szkoły, a bliższe relacje łączą ją z facetami starszymi przynajmniej o pięć lat. E.S. mieszkała poza miastem, nigdy nie spotykałam się z nią po szkole. Wiedziałam, że chodzi na imprezy i ogniska w swojej okolicy, ale nie wiedziałam, że spędza tam czas z dwudziestoparoletnimi dziadami. Nie byłam też świadoma tego jak te spotkania wyglądają i co się tam dzieje, ale chłopacy z klasy wiedzieli i to dzięki nim zrozumiałam, że kiepska opinia może nie mieć nic wspólnego z głębokością dekoltu. E.S. nie była głupia, co to to nie, ale… No cóż, powiedzmy, że nie planowała kariery naukowej. Niewiele czytała, nie interesował jej świat, polityka, religia, kultura… Mimo wszystko, nie należała jednak do uczniów narzekających, usychających z tęsknoty za zbawczym dzwonkiem. Dużo notowała, słuchała cierpliwie nauczycieli, nie denerwowała się szkołą i jakoś prześlizgiwała z semestru na semestr. Jednym z przedmiotów, z których szło jej gorzej był angielski. Dziś wiem, że jej kłopoty to nie była tak do końca jej wina. Nasza nauczycielka wybrała sobie najgorszą metodę nauczania języków obcych jaka istnieje na świecie i konsekwentnie się jej trzymała. Oddzielała gramatykę od nauki słownictwa robiąc nam osobne sprawdziany z jednego lub drugiego. Dzięki temu słabsi uczniowie mogli kuć słownictwo na małpę i zbierać dobre oceny, a z gramatyki ściągać i unikać jedynek. Można było nie potrafiąc złożyć zdania po angielsku skończyć semestr z solidną tróją. Ponadto nie byliśmy wyrywani do odpowiedzi, a podczas lekcji czytaliśmy z podręcznika gotowe zdania. Podstawowa funkcja języka, jaką jest komunikacja nie miała jak się realizować, bo w zasadzie nie rozmawialiśmy. Za to dużo pisaliśmy i rysowaliśmy tabele z zasadami gramatycznymi, które były nam tłumaczone po polsku. Nie da się ukryć, że te trzy lata to był zmarnowany czas, ale dla kogoś takiego jak E.S., tak prowadzone lekcje to była woda na młyn. Siedziała z B.K., najlepszą uczennicą w klasie i ona jej podsuwała swoje ćwiczenia, jak trzeba było przeczytać coś na głos i dawała jej spisywać zadania domowe. Dzięki temu nasza bohaterka wszystko zaliczała, choć nie potrafiła odmienić czasownika to be. I niech mi teraz ktoś powie, że to była jej wina. Nie była, ona nawet nie musiała się starać, to nasza nauczycielka nie zadała sobie trudu, żeby sprawdzić czy jej uczniowie robią postępy, po prostu realizowała program. A wystarczyło na początku każdej lekcji przejść się po klasie i na wyrywki zadać uczniom kilka pytań po angielsku, sprawdzić czy pamiętają cokolwiek z poprzednich zajęć, zagaić co słychać. Tak robiła moja lektorka niemieckiego i łaciny. Szczerze tego nienawidziłam. Kazała taka wszystko pozamykać, a potem wskazywała mnie palcem i musiałam na przykład coś odmienić w stronie czynnej. To była psychiczna mordęga, kiedy nie umiałam odpowiedzieć i zapadała niezręczna cisza. „Zostań po lekcji, dobrze?”. I to jest właśnie to o co chodzi. Zaległości wykryte w samą porę i pomoc udzielona w samą porę. E.S. nie miała na to szans. Nie miała też szczęścia, kiedy poproszona o przeczytanie zadania domowego została przyłapana na tym, że bierze do ręki zeszyt B.K. Przeczytała zdania, fonetycznie, ale jednak. To były gotowe zdania, do których trzeba było wstawić jakąś odpowiednią formę w puste miejsce. W podręczniku mieliśmy pełno takich zadań. Nasza anglistka poszła po rozum do głowy i powiedziała, że skoro E.S. przeczytała zadanie, które zrobiła koleżanka, to teraz zrobi następne na żywca sama. Kiedy otworzyła książkę już cała się trzęsła. Nie tylko nie była w stanie wstawić brakującego wyrazu, ona w ogóle ledwo czytała. Wszystko fonetycznie. „Przetłumacz to zdanie, proszę…” – nasza nauczycielka wstała nawet zza biurka. E.S. Milczała.

– E., czy ty rozumiesz co czytasz?
-…
– Podaj nazwy pór roku po angielsku.
-…
– A może dni tygodnia?
– …
– Liczebniki? Policz do dziesięciu.
– Adin, Dwa…
– Słucham?!
– No tak, to po rosyjsku… – zaśmiała się E.S. i potrząsnęła głową, jakby chciała się ocucić ze snu.

Boże, cóż to był za epicki opierdol. Dawno nauczyciel nie darł się na jedną osobę do końca lekcji tak, że głowy pospuszczała cała klasa. Wszyscy współczuliśmy E.S. i tak jak ona czuliśmy się jak zbite psy. Nauczycielka podejrzewała, że takich osób jest więcej, straszyła sprawdzianami z trzech lat, nazwała nas bandą oszustów i nierobów, którzy drwią z niej i jej ciężkiej pracy. E.S. miała jednak najgorzej. Usłyszała, że sprawa zostanie przedstawiona dyrekcji, a jej rodzice zostaną wezwani do szkoły. Szkoły, której najprawdopodobniej nie ukończy. Kiedy zadzwonił dzwonek poczułam prawdziwą ulgę i zastanawiałam się jak pomóc E.S. Co jej powiedzieć, jak podtrzymać ją na duchu. Czmychnęliśmy grzecznie gęsiego na korytarz. Koledzy poszli w swoją stronę, ja i dziewczyny w swoją. Szybko przełamałam milczenie pytając głupio:

– Trzymasz się?
– No co ty, ja się nawet nie przejęłam – odpowiedziała wesoło E.S., a na jej twarzy zagościł dobrze mi znany uśmiech. No tak, przecież to E.S. Ona nie przejmuje się szkołą, ona ma już pewnie w planach randkę z gościem, który przyjedzie po nią własnym samochodem. Ona ma szkołę gdzieś, za rok lub dwa będzie już fryzjerką, zgodnie z planem i będzie farbować koleżankom grzywki na pomarańczowo, tak jak sobie. Atmosfera zaraz się poprawiła i zrobiło się tak, jak godzinę temu, po prostu normalnie. Lekcje minęły, dzień jak co dzień, wszyscy się rozeszli. Tylko, że następnego dnia znów miał być angielski. Ciekawiło mnie co zrobi nasza anglistka. Będzie ją przepytywać? Uweźmie się?

Następnego dnia idąc do szkoły zaczęłam się zastanawiać czy E.S. jest w stanie nadrobić materiał i czy w ogóle przyjdzie do szkoły. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że część winy za tę sytuację ponosi właśnie nasza nauczycielka. Nie powinna była tak krzyczeć, nie powinna była najeżdżać personalnie ani na nas ani na naszą koleżankę. Tak się nie buduje szacunku, czarną pedagogiką nie wychowuje się młodzieży…

E.S. od rana była nieswoja. Osowiała, nieobecna, jakby dopiero co zwlekła się z łóżka. Przesiedziała pierwszą lekcję, a na przerwie zaczęła narzekać na nudności. Poszłyśmy do łazienki. Nie ja i ona, wszystkie razem, czyli nasza szóstka. W łazience E. powiedziała, że czuje się już lepiej i zaczęła poprawiać najpierw pomarańczową grzywkę, a potem zsuniętą z kucyka gumkę. Kiedy podniosła ręce do góry i chwyciła blond włosy, zaczęła przewracać się do tyłu. Natychmiast ją podtrzymałyśmy i już wiedziałyśmy, że czegoś się nałykała.

– Boję się tego angielskiego… Naprawdę się boję…
– Co wzięłaś? – zapytała B.K.
– Tabletki ziołowe na uspokojenie.
– Tylko?
– Nie… Jeszcze APAP. To znaczy kilka…
– Ile?
– Garść.
– To znaczy?
– Nie wiem, z dziesięć?

Kiedy zadzwonił dzwonek nie wiedziałyśmy co robić. B.K. była przewodniczącą. I pośrednio powodem kłopotów E.S., bo to od niej E.S. spisywała wszystkie zadania i ściągała na sprawdzianach z angielskiego. Zachowała się jak na przewodniczącą przystało. Wysłała nas na lekcje, a sama została z E.S. w łazience mając nadzieję, że ta wyrzyga połknięte tabletki w ciągu kilku minut. Jeśli nie, to zaplanowała zawiadomić wychowawcę, dyrektora i jechać z nią na izbę przyjęć. Tak też się stało. Całą matematykę myślałam tylko o tym co dzieje się w łazience. Na przerwie dowiedziałam się, że E.S. czeka u pielęgniarki na karetkę, a potem polonistka wysłała mnie po dziennik. Idąc pustym korytarzem spojrzałam przez okno i widziałam, jak zamykają się drzwi ambulansu, który po chwili opuścił boisko. Angielski przeszedł jak zwykle. Baba za nic się nie mściła, wiedziała już co się stało. Podobno płakała w pokoju nauczycielskim, ale może to plotka. Nie przypuszczałam, że E.S. była w tak kiepskim stanie. Kiedy powiedziała, że ta cała sytuacja po niej spływa, natychmiast uwierzyłam. Cholera, jak mogłam nie widzieć, że to blef?

Kilka dni po tym zdarzeniu postanowiłam odwiedzić E.S. w szpitalu. Kupiłam kartkę okolicznościową, na której wszyscy się podpisali i pluszowego misia. Włożyłam wszystko do torebki prezentowej i z bijącym sercem ruszyłam na oddział dziecięcy, na którym leżała. Spodziewałam się zobaczyć wrak człowieka, myślałam, że będzie blada, smutna, z podkrążonymi oczami. Bałam się, że rozmowa nie będzie się kleiła i w ogóle, to już nie będzie ona. Na szczęście, kiedy otworzyłam drzwi do sali, to przywitał mnie dobrze znany uśmiech.

– Czeeeść! Ale super, że przyszłaś! Wiem! Nic nie mów, wyglądam strasznie, ale już jedzie mój brat i przywiezie mi szamponetki do włosów. Trzeba odświeżyć kolor. Co masz dla mnie? Jak tam w szkole?

Znowu było jak dawniej. Niereformowalnie optymistyczna E.S. i jej zniszczone utleniaczem włosy. Tylko czy rzeczywiście optymistyczna? Może to po prostu niezła aktorka, a pod makijażem zagubiona piętnastolatka, której rodzice nie wiedzą co i z kim robi na imprezach, które kończą się nad ranem?

E.S. zawsze mogła robić co chciała. Robić to, czego ja nie mogłam, farbować włosy, przekłuwać uszy. Dzięki niej sama przekułam sobie lewe ucho. Miałam już kolczyki, ale podobało mi się więcej. E.S. tak miała i zapytałam gdzie poszła do kosmetyczki. Zaskoczyła mnie mówiąc, że nigdzie.

– Robisz tak. Bierzesz kolczyk, srebrny. Piłujesz pilnikiem do paznokci końcówkę, żeby była ostra, dezynfekujesz to alkoholem, może być wódka i potem przebijasz.
– Jak przebijasz? Tak po prostu, ucho kolczykiem?
– Tak, to się da zrobić, po prostu naciskasz coraz mocniej i on przechodzi na drugą stronę. W pewnym momencie czujesz przez skórę ten ostry koniec. To trwa może z dziesięć minut i po krzyku.
– A krew?
– Nie ma żadnej krwi, zakładasz motylka i po robocie.
– Kurde, moja matka nigdy się nie zgodzi…
– Ja nie pytałam o zgodę.
– Twoja mama nic nie wie?
– Wie, bo zauważyła.
– I co powiedziała? Nie była zła?
– Nie, no co ty. Powiedziała, że fajnie wygląda i tyle.
– Fajną masz mamę…

Nie wiem czy ja dostałam jakiegoś zaćmienia umysłu czy wyłączył mi się instynkt samozachowawczy, ale… Pomyślałam, że skoro u niej przeszło, to i u mnie przejdzie. Spiłowałam kolczyk, wymoczyłam w spirytusie i po kąpieli sama jedna, rozgrzana z emocji przekułam sobie ucho spoconymi rękami. Aż podskoczyłam z radości, wyszło kapitalnie. Mały kryształek jaśniał na czerwonym, pulsującym i puchnącym uchu. Co jakiś czas czułam budzące dreszcz ukłucia świeżej rany. Czułam się zbuntowana, niegrzeczna i fajniejsza niż przed tym całym zabiegiem. Nie mogłam się doczekać, aż pokażę E. swoje dzieło. Miałam to wszystko najpierw ukryć przed mamą i zakrywać ucho włosami, a potem, jak już zauważy, to powiedzieć, że zrobiłam to dawno i przecież mogę wyciągnąć ten kolczyk, ale w sumie to chyba fajnie wygląda, nie? Mama może się trochę wkurzy, ale przecież to nie tatuaż, prawda? Można wyciągnąć i już się wygląda jak dawniej, nic wielkiego. Niestety, mój plan działał tylko jedną dobę. Pilnowałam się, żeby nie założyć włosów za ucho z lewej strony, ale nie przewidziałam, że ucho łatwiej dostrzec przez pasma włosów, kiedy są one mokre i pozlepiane przez wodę. Moim gwoździem do trumny nieoczekiwanie stała się lekcja fizyki, na której dowiedziałam się sensacyjnej informacji, że szyba jest w stanie ciekłym. Podobno szkło z czasem spływa w dół i jeśli zmierzyć szybę w oknie bardzo, bardzo starego domu, to u szczytu będzie ona węższa niż u dołu. Do dziś nie wiem czy to nie jest jakaś pseudonauka, czy na przykład szklanka sprzed dwustu lat staje się naprawdę szersza na dole? W każdym razie wtedy chciałam podzielić się tą niezwykłą ciekawostką z mamą. Wyszłam z łazienki pognałam do sypialni, gdzie zastałam mamę pogrążoną w jakiejś lekturze. Nie odrywała nawet wzroku od książki.

– Co masz w uchu? – zapytała ze spokojem. Byłam zgubiona.
– Kolczyk…
– Kto ci to zrobił?
– Sama to zrobiłam.
– Mów prawdę. Koleżanka? Sama chyba nie dałabyś rady. – Mama nie nosi kolczyków i choć nie ma nic przeciwko nim, uważa, że gdyby Bóg chciał, żeby człowiek miał dziury w uszach, to by go z nimi stworzył.
– Nawet nie wiesz jakie to proste…
– Wiesz jakie jest moje zdanie na temat drugiej dziury w jednym uchu?
– Tak, wiem, że ci się nie podoba, ale popatrz. Jak to zarośnie, to będę mogła nie nosić tam nic tygodniami. Jak przyjadą dziadkowie to wyjmę, ta malutka dziurka nic nie zmieni w moim wyglądzie, to nie tatuaż.
– Nie pytałaś, a znasz moje zdanie na temat obwieszania się kolczykami.
– Tak, ale nie sądziłam, że to taka wielka sprawa… Myślałam, że to po prostu nie twój styl, ale to ja to noszę, tobie nikt nie każe.
– Wyciągnij to. Idź do łazienki, wyciągnij, umyj ucho i nie wkładaj tego więcej.
– Ale mamo…
– Powiedz, że to wyciągniesz, Marta.
– Że to wyciągniesz, Marta.
– Bez dyskusji.

Wyciągnęłam. Bez dyskusji, to bez dyskusji. Jak ona to zauważyła do cholery, nie podnosiła głowy znad teksu, a w pokoju świeciła tylko nocna lampka. Może widziała kolczyk wcześniej? Następnego dnia przy obiedzie wróciłam do tematu.

– Bo widzisz, E.S. ma fajną mamę, ona nic nie powiedziała, jak E. sobie przekuła ucho.
– Nie wiedziała o jej planach?
– Nie. I potem jak zauważyła, to powiedziała, że wygląda fajnie. A Ty mi nie pozwalasz, bo to nie twój gust.
– Naprawdę tak uważasz?
– No kazałaś wyciągnąć.
– Ale nie dlatego, że mi się nie podoba, tylko dlatego, że raz już pytałaś, nie zgodziłam się, a Ty mnie nie posłuchałaś. A ja jestem twoją matką.
– No widzisz, działałam, bo bardzo chciałam, a nie zgodziłabyś się.
– Skąd wiesz? Trzeba było rozmawiać. Jeszcze raz zapytać.
– No widzisz, E. ma taką fajną kumpelską mamę, że nie musi o nic pytać, chodzi gdzie chce.
– A może jej mama nie jest aż tak wyluzowana, tylko jej nie interesuje co się dzieje z jej córką? Boje się, że to może być bardziej prawdopodobny scenariusz. Ty mnie interesujesz. Pokaż czy ci puchnie ucho. Wiesz, że mogłaś się nabawić zakażenia?

Tamtego dnia w szpitalu zastanawiałam się jak to jest z E.S. Wydawało mi się, że nie wygląda na nieszczęśliwą, śmieje się znacznie więcej niż ja, dla niej szklanka zawsze jest do połowy pełna. Jakie ma relacje z rodzicami i jak daleko posuwa się w kontaktach z tymi facetami, z którymi spędza czas? Może ona od dawna próbuje ponosić trud samowychowania, podczas gdy ja żyję sobie spokojnie otoczona bezpiecznymi granicami elektrycznego pastucha, który rozciąga wokół mnie mama. Mama, która dba o mój spokojny sen w higienicznych godzinach, zrównoważoną dietę i ucho, które okaleczyłam.

Po wakacjach dostaliśmy te ankiety, które przyniosła pani dyrektor. Ta sama, która myślała, że mogę mieć problem z narkotykami. Spojrzałam na pytania i opadły mi ręce. To już nikt nie bierze pod uwagę istnienia niebiorącej młodzieży? Nie skalałam się nawet machem trawy, a oni mnie tu pytają jak wspominam wakacyjne branie. Dyrektorka zerkała na mnie, w końcu uśmiechnęła się, a potem spuściła wymownie wzrok na moją kartkę i uniosła brwi, zachęcając mnie do pisania. Przecież to E.S. ma problem, ta wesoła, z pomarańczową grzywką, a nie ja i moje czarne swetry, do cholery. Wiedziałam o tym. Wiedziałam, że to na niej powinna się skupić, a jednak nie zrobiłam nic. Nie powiedziałam nikomu o swoich podejrzeniach, o tym, że najciemniej jest pod latarnią i to ona może zrobić coś głupiego, na przykład niedługo nałykać się leków i wylądować na płukaniu żołądka, nie ja.

Siedziałam tam cicha, nudna i czysta jak łza. I jak wynika z odpowiedzi na ostatnie pytanie, dekadencka. Patrząc z perspektywy dzisiejszego dnia, dekadencka od piętnastu lat.

Jak Lotta mówi cz. 3

Pierwszy blog założyłam właśnie w liceum i nie miałam na niego pomysłu. Wiedziałam tylko, że będę dzielić się przemyśleniami i chciałam podejmować „dojrzałe” tematy. W owych zamierzchłych czasach wiele blogów wrzucano do dwóch worków, jednego z napisem Pokemony i drugiego z napisem Upadłe Anioły. Jak pewnie wielu pamięta, Pokemony to były blogi dziewczynek z podstawówki, czasem gimnazjum. Kipiały, migającymi elementami graficznymi, emotikonami i były pisane pokemoniastą czcionką – t@ką JaK t@. Cały ten wywołujący cukrzycę design wieńczył brak treści. Wpisy dotyczyły zjedzonych obiadów i wyników w szkole. Wpisy czerwcowe zawierały spis ocen końcowych autorki, zazwyczaj bardzo dobrych. Klasę wyżej, to znaczy nadal na dnie, ale ponad mułem, znajdowały się te drugie twory, Upadłe Anioły. To były blogi starszych dzieciaków, czarne jak smoła i mroczne. Zawierały depresyjne wpisy i  apokaliptyczne wizje przyszłości, będące wyrazem pozornej alienacji ich autorów, bo przecież nastolatka nikt, ale to nikt nie rozumie. Nie chciałam trafić ani do pierwszej, ani do drugiej kategorii, choć chyba zdarzało mi się czasem otrzeć o anielską upadłość.
Pierwszy pomysł był taki, żeby nie pisać o szkole. Żadnych kartkówek z angielskiego, korków z matmy, niesprawiedliwych nauczycieli ani uczniów lizusów. Mój świat miał skupiać się na mniej prozaicznych problemach niż jedynka z chemii czy projekt na technikę. Wolałam pisać o ludziach, emocjach z wysokiego C, jak w amerykańskich filmach, podsumowywać zjawiska społeczne i pisać o sobie. Snuć jakąś opowieść, stworzyć jakiś świat, do którego innym będzie chciało się zajrzeć. Nie brałam pod uwagę, że mogę być krytykowana, nierozumiana lub źle rozumiana. Myślałam, że szybko zdobędę czytelników, z którymi będę rozmawiać wieczorami popijając herbatę. Oto mój cały misterny plan i moje expectations, które zmiotła brutalna reality.
 
Pamiętam, jak opublikowałam wpis powitalny. Krótki i zwięzły. Od razu pomyślałam o tym, że teraz może natrafić na niego ktoś z drugiego końca świata, zupełnie jakby upadły jakieś granice, jakby ten świat przestał mieć bariery. Wyłączyłam komputer i idąc do sklepu zastanawiałam się co też zastanę za kilka godzin, kiedy znów się zaloguję. Zastałam jeden komentarz. Kwadratową ściankę tekstu, składającą się z gradu najbardziej niewyszukanych obelg pod moim adresem. W pierwszej chwili zrobiło mi się gorąco. Kto mógł napisać coś takiego? Skanowałam w głowie twarze osób, które mogą mnie z jakiegoś powodu nie lubić, ale przecież nikt jeszcze nie wiedział o tym blogu, więc tego nie mógł napisać nikt znajomy. Kiedy dobiegłam do połowy tekstu nieoczekiwanie zrobiło mi się wesoło. Nie ma chyba takiego wysiłku, na jaki musiałabym się zdobyć żeby napisać coś takiego. Ten wyziew był tak… bezosobowy, że z obraźliwego zrobił się groteskowy, jak tekst przetłumaczony przez translator. Jak tylko skończyłam czytać, zadzwoniłam do K. To on mnie zainspirował do założenia bloga, bo sam prowadził swój od wielu miesięcy. Powiedział, że dostałam ten komentarz, bo jestem nowa i wyskoczyłam na stronie głównej serwisu. To nie było nic osobistego, tylko złośliwość jakiegoś idioty, który wysyła takie kwiatki powitalne wszystkim nowicjuszom. Poradził żeby nie odpowiadać i skasować komentarz. Tak też zrobiłam i… Na moim blogu znów zrobiło się cicho, spokojnie i pusto. Wtedy postanowiłam się jakoś wypromować i poinformować koleżanki, że piszę, że mają wchodzić, komentować i rozsyłać link znajomym, jeśli im się blog spodoba. Pisałam i czekałam na odzew. No i odzew przyszedł po jakimś czasie, ale bynajmniej nie taki, jakiego się spodziewałam. Koleżanki grzecznie ustosunkowując się do mojej prośby czytały, a potem pisały mi w komentarzu, że… Tak jak obiecywały przeczytały mój wpis, a blog jest bardzo ładny. I że pozdrawiają.

„Wiesz, tak nie do końca o to mi chodziło” – tłumaczyłam. „Dzięki za poświęcony czas, ale wolałabym komentarz do treści zamiast pozdrowień. Rozmowę, albo polemikę…” M. stała w bezruchu patrząc na mnie wielkimi oczami. „W sumie to nieważne. Po prostu, jak chcesz to zaglądaj”. No i skończyło się zaglądanie. Moje koleżanki nie interesowały się blogami, nie czytały ich i nie bardzo ogarniały o co mi chodzi, a mnie nie pozostało nic, jak tylko to uszanować. Przyszli za to ludzie z zewnątrz. Jakaś poczta pantoflowa, wyszukiwarka, dojście przez komentarze i zrodziło się z tego kółko odwiedzających mnie osób, głównie tych, którzy sami mieli blogi. Małe, bo małe, ale ci ludzie przychodzili, bo chcieli. Byli też tacy, którzy zaglądali, ale nie komentowali i o nich początkowo nie wiedziałam, bo nie śledziłam żadnych statystyk.

Żyjąc sobie w świadomości, że moja radosna twórczość pozostaje na marginesie internetu, poczułam, że tak naprawdę piszę pamiętnik dla pięciu osób. Niby otwarty, bez kluczyka i kłódki, ale nieodszukiwalny w czeluści internetowego szumu informacyjnego. Nic nie stało więc na przeszkodzie, żeby czasem otworzyć się bardziej. Nałożyć bezpieczny filtr w postaci zmiany imion, użycia pseudonimów i opisania czegoś bardziej osobistego. A co innego może opisać nastolatka, której wydaje się, że pozjadała wszystkie rozumy, niż jej własne wchodzenie w dorosłość? To był taki burzliwy czas, kiedy potrafiłam wzruszyć się filmem czy książką i siedzieć zasmarkana przez pół godziny, ale nie byłam zdolna przejąć się losem kolegi z bloku obok, choć jego perypetie był równie bolesne co bohatera filmu, który mnie poruszył, tylko po prostu okoliczności mniej filmowe, a kolega nie tak przystojny… Nie mam do siebie pretensji, mój rozwój emocjonalny był wprost proporcjonalny do wieku. Mogłam jednak nie igrać z losem, nie wywalać na wierzch tego, co najbardziej intymne nie tylko dla mnie, ale i osób, z którymi skrzyżowały się moje drogi, a to już robiłam dość świadomie. Doskonale wiedziałam, że przesuwanie granicy będzie interesowało moich czytelników, że chcą autentycznych emocji, przysłowiowej krwi i spermy, a nie głębokiego teoretyzowania o miłości. Chciałam być ciekawą osobą i bałam się trochę, że moi goście odejdą i nie wrócą, jeśli nie będą wszystkiego dostawać więcej i więcej, więc podsycałam ich wyobraźnię kolejnymi opisami miłosnych podbojów. Niewiele ubarwiałam i choć nigdy nie oddałam pierwszeństwa cielesności, to wrzucałam ją gdzie bądź.

Chodziłam wtedy do pewnego klubu na piątkowe imprezy. Bar, stoliki i sala mieściły się w ciemnej piwnicy, było kameralnie i klimatycznie. Było też rzecz jasna głośno, więc okolice przytoaletowe stanowiły doskonałą przestrzeń wytchnienia, gdzie można było porozmawiać z kimś nie drąc się do niego. Stojąc w kolejce do toalety na korytarzu nagle usłyszałam, jak ktoś mnie woła. Jakaś dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widziałam siedziała na podłodze. Podeszłam do niej, i przykucnęłam (tu gdzie byłyśmy muzyka nadal docierała i trochę zagłuszała rozmowy). „Ty piszesz blog, prawda?”. Trochę mnie zamurowało. „Tak piszę…” Odpowiedziałam próbując zamaskować zakłopotanie uśmiechem. Bałam się, że ona powie mi, że piszę jakieś zbereźności, ale usłyszałam: „Lubię go czytać, bardzo chciałam cię poznać”. Poczułam się wyróżniona. Ta odpowiedź wykopała moje ego wprost na księżyc, ale… Zdałam sobie sprawę, że ja nic o niej nie wiem, a ona wie co ja robiłam wczoraj. Wie też wiele innych rzeczy, o których powinnam wiedzieć właściwie tylko ja (i moich kilku czytelników, z którymi miałam nigdy się osobiście nie poznać). Rozmawiałyśmy przez chwilę. Powiedziałam jej że mam nadzieję, że będzie okazja pogadać na spokojnie i jeśli chce, to zawsze może się ze mną skontaktować przez mój blog. Nie skontaktowała się, ale kilka tygodni później spotkała mnie podobna sytuacja. Poszłam na piwo ze znajomym. Miała być też jego siostra i jej koleżanki. Nie pamiętam już ile osób było przy stoliku. Może siedem? Siedzimy, jest miło, ale mam nieodparte wrażenie, że tylko alkohol mnie rozluźnia. Nie znam zbyt dobrze tych dziewczyn, więc jestem trochę sztywna. W końcu dochodzi do takiej sytuacji, kiedy chcę opowiedzieć jakąś zabawną historię i słyszę: „wiem jak to się skończy, pisałaś o tym”. Po tym zdaniu następują śmiechy i rozmowa trwa w najlepsze. „Co to znaczy pisałaś o tym?” – pytam stanowczo i na moment robi się cicho. „No twoim blogu. Wszystkie go czytamy. Spokojnie, jesteśmy twoimi fankami”. Dwie sekundy pauzy i znów robi się gwarno. No to ilu was jest, do cholery…

Wracam do domu, zasiadam przed komputerem i szukam jak sprawdzić takie informacje. Okazuje się, że najlepiej jest zainstalować program śledzący statystyki, przez dodanie go do kodu strony. Robię to, a na moim blogu pokazuje się baner dzięki któremu już jutro o tej samej porze, będę wiedziała ile osób przyszło w ciągu ostatniej doby. Wyniki mnie nie powalają, okazuje się, że te spotkania z czytelniczkami były trochę dziełem przypadku. Zagląda do mnie od dwudziestu do stu osób dziennie. Część wyszukuje mnie w wyszukiwarce wpisując nazwę bloga z literówkami. Czasem o tym, że ktoś zajrzał decydowała zbieżność wpisu z zagadnieniem z wyszukiwarki. Wiele adresów ip wskazywało na moje miasto i okolice. Koniec końców, potwierdziło się, że jednak nie zagląda do mnie tylko pięciu komentujących blogerów… Nie wiedziałam jednak, że wśród czytelników jest ktoś, na kim bardzo mi zależy. I ten ktoś nie jest dumny z wyczynów, które opisuję.

Jak zacząć i skończyć znajomość w 24 godziny.

Zmęczona niepowodzeniami w wirtualnym randkowaniu zdecydowałam się wirtualnie nie randkować. Nie jest to mój pierwszy raz, ta sinusoida trwa w najlepsze od dawna. Poprzednie relacje, które opisywałam tutaj spokojnie umarły. Gość, który potrafił budować zdania podrzędnie złożone, w które wtrącał łacińskie sentencje, stracił mną zainteresowanie i rozpłynął się w powietrzu, nie odpisując na moją odpowiedź (i chwała Bogu, chyba go po prostu nie polubiłam). Z tym, który zachłysnął się przebóstwieniem mojej skromnej osoby zakończyłam znajomość eleganckim listem. Przyjął to na klatę i zrobił tym na mnie wrażenie. Zapytał czy może od czasu do czasu napisać i na pożegnanie wysłał mi link do bardzo fajnej, starej piosenki o rozstaniu. Dodał, że czuł co się kroi, bo dość długo nie odpowiadałam (nienawidzę dawać kosza i zwlekam z tym). Zarobił tym u mnie na tyle dużo punktów, żebym zaczęła przez chwilę żałować, że nie pogadałam z nim dłużej.

Potem znów zrobiłam sobie przerwę. Nie ma co walczyć z wiatrakami. Jeżeli nikt nie przykuwa mojej uwagi, to nie ma sensu wychodzić przed szereg. Wtedy przychodzi moment, kiedy zamiast działać, obserwuję lub po prostu znikam. Przychodzą do mnie kolejni mężczyźni i patrzą na mnie, a potem odchodzą. Czasem ktoś się odezwie, ale jeśli nie budzi mojego zainteresowania, to nie odpowiadam.

Mojego zainteresowania nie budzą osoby, które już na pierwszy rzut oka mają inne oczekiwania niż ja. Nie bardzo widzę się u boku pana pod krawatem, który zajmuje się księgowością. Oczywiście nie skreślam takich osób, ale jeśli jedynym zdjęciem, które chłop ma w profilu jest zdjęcie z dyplomu czy innego paszportu i nie napisał on nic o swoim hobby, to nie czuję się zachęcona. Poza tym omijam szerokim łukiem panów, którzy mają jako zdjęcia główne selfiaki z łazienek z górą prania lub Palmolive’ami, Niveami i Listerine’ami w tle. Nie czuję się też kompanem do rozmowy z osobami, które publikują jako profilowe swoją gołą klatę albo opierają się o Mercedesa/BMW (szczytem powinna być klata i BMW na jednym zdjęciu, ale takiego ekshibicjonizmu jeszcze na szczęście nie widziałam). Nie ma znaczenia jak wyglądają i czy mają co pokazać, ja już czuję, że nie czuję. Koniec.

Niestety, jak tak długo siedzę w bierności, to zaczyna mi przychodzić do głowy, że przecież nikogo w życiu nie poznam, jeśli nie przełamię pewnych stereotypów i nie spróbuję przyjąć drugiego człowieka takim, jakim jest, niezależnie od tego czy zrobił sobie łazienkową fotę z lampą odbitą w brudnym lustrze czy nie. Wtedy jak ktoś zechce się do mnie dobić i trafi na właśnie ten moment, to podejmuję próbę nawiązania kontaktu.

No i jest. 29 lat, bardzo wysoki, blondyn, przystojny. Na jednym zdjęciu zrobionym w hali przylotów wygląda jakby brakowało mu szarych komórek, ale to tylko zdjęcie. Sama na większości tak wychodzę, więc nie zwracam uwagi. Patrzę w co jest ubrany, czy się uśmiecha, czy pozuje swobodnie czy stoi jakby kij połknął. Na profilowym pozuje przy samochodzie, ale to nie jest Mercedes tylko jakieś niebieskie auto z minionej epoki. Ma rozwiane włosy, fajną koszulę w kratę, sympatyczny wyraz twarzy. Profil w porządku, niewiele mówi o sobie, ale niczym mnie do siebie nie zraża i mówi do mnie „hej”. Nie lubię takich bezpłciowych zagajeń, ale to jest człowiek, a nie sukienka szyta na miarę, nie? Nie będę go skreślać. Też odpowiem „hej” – myślę sobie. Zobaczymy jak zacznie rozmowę . No i zaczął. Jest późno, szykuję się do spania i kręcąc się po mieszkaniu prowadzę z nim grę zdanie po zdaniu. On zaczyna mówiąc do mnie na pani. Czyżby lubił pobawić się konwencją? Fajnie! Pyta co u mnie, mówię, że ciemno (mam na myśli, że za oknem), on każe mi włączyć lampkę (znaczy przyjął, że w domu ciemno), nie wyprowadzam go z błędu, odpisuję, że już włączyłam i od razu jest lepiej. Chwilę gawędzimy o tym co widać przy włączonej lampce. Odpowiedzi przychodzą po kilku, kilkunastu minutach. Moje do niego też, bo między jedną a drugą ogarniam łóżko, myję zęby itd. W końcu włażę pod kołdrę i czekając aż tablet znów zawibruje, zasypiam jakby nigdy nic. Odpowiedź czytam dopiero następnego dnia rano i odpisuję w porze obiadowej, kiedy jestem już na tyle wolna, że będę mogła odpowiadać. Przepraszam za swoje wczorajsze wyjście po angielsku i zgodnie z prawdą przyznaję, że po prostu zasnęłam. Trudno się temu dziwić, konwersacja po północy musiała się tak skończyć.
Chcę trochę wyjść z gry w zdania i produkuję dłuższą wypowiedź. Opowiadam, że tak to chyba jest, że człowiek czuje się czasem wieczorem jeszcze rześki i myśli, że w łóżku jeszcze poczyta, przejrzy internet czy pokonwersuje, ale w styczności z kołdrą i ciszą przegrywa szybciej niż sądził. Te słowa chyba inspirują go do niewinnego flirtu, bo zaczyna mówić o tym, co innego może tak zrelaksować, że człowiek odpływa. I przychodzi mu do głowy domowe SPA. Trudno się z tym nie zgodzić, więc zgadzam się. Czuję jednak, że wchodzimy na grząski grunt. Jestem uczulona na pretensjonalną romantyczność i sztuczne próby budowania erotycznego napięcia, zwłaszcza ze strony kogoś obcego, z kimś wymieniłam dziesięć wiadomości przez internet. Muszę to szybko rozładować i wybieram sposób, który sprawdza się najlepiej – żart. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że od czasu do czasu fajnie poleżeć w wannie. Jest okazja żeby dopalić stare świece z Caritasu. Zastanawiam się czy dodać, że czasem robię wtedy moje ukochane Campari… Wiem, że wtedy świece z Caritasu przyblakną, a on może poczuć się zachęcony do dalszej gry. Popełniam ten błąd i wspominam o Campari. On na to, że to luksusowo (mam nadzieję, że mówi to z przymrużeniem oka) i niestety pyta jakie są moje dalsze zabiegi. Mam ochotę odpowiedzieć, że depiluję pachy, wycinam skórki i obcinam paznokcie u stóp. Odpowiadam jednak, że nie robię nic specjalnego, że tak rozpoczęty wieczór lubię skończyć piżamą i książką. „Naprawdę tyle czasu gadamy o zabiegach kosmetycznych? Przecież to nudne” – dodaję. Błagam, zapytaj teraz o książkę. Zapytaj co właśnie czytam…. Nie pyta. Mówi, że fajnie się trochę dowiedzieć o kobiecych zabiegach i to wcale nie jest nudne, zwłaszcza dla niego, bo on jako facet niewiele o takich rzeczach wie. Odpowiadam, że jest tego sporo, ale ja mam pod tym względem chyba niewiele potrzeb. Ta odpowiedź zostaje chyba odebrana jako wystarczająca, bo kolejnym pytaniem jest pytanie o to, jak zamierzam spędzić wieczór. Na wieczór był konkretny plan – malowanie paznokci i druga część Sin City. Mam teraz taki sam problem jak z Campari. Jeśli powiem mu o malowaniu paznokci, to poczuje się zachęcony żeby ciągnąć rozmowę w stronę tego, co jeszcze robię z ciałem. Z drugiej strony, mam obawy, że facet jest pustakiem i jeśli powiedziałabym, że będę dziś czyścić buty, to zapytałby czy wśród nich są czerwone szpilki. Idę po bandzie, mówię o paznokciach i filmie, po czym oddalam się dwie godziny. Kiedy wracam sprzed telewizora, odczytuję wiadomość. Pyta o kolor lakieru i dodaje, że grał kiedyś w Sin City 3000. Odpowiadam ironicznie, że na moich paznokciach skrzy się bamberski różowy, taki, na którego widok każda sześciolatka piałaby z zachwytu. Taka jest prawda, ten lakier to moja jedyna kolorystyczna fanaberia. Nie jest elegancki, ale autentycznie dodaje koloru szarym, zimowym dniom. Odpisuję, że o grze nawet nie słyszałam, ale bardzo podobała mi się pierwsza część Sin City. O tym, w jak udany sposób przeniesiono komiksową poetykę na ekran. Zapytaj mnie jak mi się podobała druga część, no dalej. „Musisz miec teraz piekne paznokcie, na pewno jest na co popatrzec”. Matko przenajświętrza!. Niezrażona próbuję ciągnąć temat filmu. Piszę, że bardzo lubię Evę Green, że liczyłam na Złoty Glob dla niej za Penny Dreadful i w Sin City też chciałam ją zobaczyć… „Rozumiem, ze stopy na ten sam kolor do kompletu?”. Hmm… Jest tu gdzieś chyba taki przycisk blokuj…. „Nie maluję paznokci u stóp” po co mu dalej odpowiadam?. „No ale jak latem zakładasz odkryte sandały, to może jest bardziej opłacalne? :)” Nie wierzę. „Wiesz, to nie pasuje chyba do mojej osobowości.” – ciągnę. „Niewiele się maluję, nie farbuję włosów, może czasem strzelę jakiś bezbarwny, ale raczej nawet się nad tym nie zastanawiam…”. „Jezeli pomalujesz te paznokcie na jasny kolor badz jakiś pastelowy to chyba nic sie nie stanie? Zapewne latem lubisz zalozyc jakis obcasy pewnie jezeli chodzi o taka pore roku to zapewne lubisz np sandaly na koturnie? :)”

W tym momencie wiem, że kończymy. Trzeba tylko zrobić to w jakiś elegancki sposób, blokada jest chamska. Myślę jak tu delikatnie powiedzieć – ‘to była nasza ostatnia rozmowa’, kiedy przychodzi cios ostateczny dla tej beznadziejnej znajomości. „Moze wyslij mi na maila i pochwal się tym pieknym kolorem prosze :)”.

W tym momencie piszę już zwięzłą odpowiedź. Zaczynam jak zawsze, że wygląda na to, że każde z nas szuka kogoś innego. Może dałam mu kilka błędnych sygnałów i sama pociągnęłam gadkę nie w tę stronę, w którą chciałam, ale czuję, że jest niewiele miejsc, w których nasze oczekiwania się spotykają, więc tracimy czas. Zaraz zaznaczam, żeby nie myślał, że odebrałam go jako płytkiego faceta (choć tak się właśnie stało), bo osobiście nie widzę nic złego z gadaniu o paznokciach i kosmetykach (bo taka jest prawda, cóż w tym zdrożnego?), po prostu mnie nie odpowiada taki styl bycia i prośby o zdjęcia.

Zanim skończyłam wywód zdążyłam już dostać: „podam Ci swoj e mail ok?”, „Nie, nie podawaj! :D” Zdążyłam go wyhamować, a wtedy on… Zaczął się tłumaczyć. Po co? Nie lepiej obrócić to w żart i jak najszybciej zacząć inny temat? Gdyby po prostu zapytał mnie co czytam, to pewnie odpowiedziałabym i jednak pociągnęła jeszcze tę rozmowę. Niestety, on wolał grad zapewnień, że chciał tylko żebym pokazała mu ten różowy kolor i to miał być tylko ‘dodatek’, a on naprawdę chciał już skończyć ten temat. Jaja sobie robił? Przecież to oczywiste, że gdybym wysłała mu zdjęcie, to zacząłby komplementować moje dłonie i liczyłby na to, że wyślę mu jeszcze jakieś inne swoje członki.

Dodałam delikatnie, że po prostu nie zaiskrzyło i jeśli pociągniemy to dalej, to rozczarowanie będzie po prostu większe. Nie mogłam mu powiedzieć, że potrzebuję podniety intelektualnej, a on mi jej nie daje, bo to byłoby okrutne. Napisałam tylko żeby zauroczył kogoś innego, bo ze mną marnuje czas. Dostałam na to: „jezeli masz dar oceny drugiej osoby ze to.nie to.po paru zdaniach to gratuluje ahhhh”.

Na co dzień nie mam. Miałam w tym wypadku.

Ostry dyżur.

Każdy kto wykonuje swoją pracę długo i chociażby z najmniejszą pasją, zaczyna w końcu mieć zboczenie zawodowe. Mój ojciec, ortopeda, też je miał i dlatego któregoś dnia patrząc jak się bawię, wykrył moją wadę kręgosłupa. Miałam może z pięć lat i pamiętam, jak posadził mnie pod ścianą, a potem pociągnął mnie za nogi sprawdzając, czy są mniej więcej równej długości. Wiedział, że jeśli nie są, co nie jest niczym niezwykłym, bo dwie połowy ludzkiego ciała nie są odbiciem lustrzanym, to być może mam skoliozę. Mając dwie, równej długości nogi nie powinnam chodzić tak, jakby jedna była krótsza, a chodziłam. Skoro ten stan nie był winą nóg, to znaczy, że biodra pracują źle, bo kręgosłup jest skrzywiony. Zdjęcie wszystko potwierdziło i zostałam natychmiast zapisana na basen na zajęcia korekcyjne. Bardzo je lubiłam, ale to nie dlatego, że tak rajcowały mnie ćwiczenia w rodzaju nożyc pionowych i poziomych na plecach i brzuchu, ale na możliwość zabawy w wodzie i pływania. Byłam już wtedy po kursie pływackim i na samą myśl o tym, że będę mogła popływać przebierałam nogami ze zniecierpliwienia. Jedynym minusem basenu w sanatorium było to, że był płytki. Miałam siedem lat i w najgłębszym miejscu woda sięgała mi jedynie do klatki piersiowej. Dało się popływać, ale przy nurkowaniu nieraz uderzyłam kolanem w dno. W każdym razie, lubiłam jeździć na basen i pewnie nie jeździłabym tak często, gdyby nie ten kręgosłup.

Jako względnie zdrowe dziecko (rodzice wyczaili jeszcze astygmatyzm obserwując jak ustawiam głowę podczas oglądania wieczorynki), miałam jeszcze jedną, drobną wadę do skorygowania. Mianowicie, od czasu kiedy postawiłam swoje pierwsze kroki, miałam brzydki nawyk ustawiania stóp do wewnątrz. Chyba każde dziecko ma z tym problemy, ale mnie jakoś trudno było tego oduczyć. Wiem, że jest niezły sposób z założeniem dziecku butów na odwrót, ale u mnie nie podziałało. Rodzicie doszli do wniosku, że może coś jest ze mną nie tak i poprosili znajomego żeby to sprawdził. Znów trafiłam do szpitala, ale tym razem nie na prześwietlenie, tylko na ćwiczenia do sali rehabilitacyjnej. Pamiętam jak szłam przez korytarz z rodzicami i ustawiałam stopy normalnie, bo wiedziałam, że jestem obserwowana przez tego faceta, który szedł z nami. Mama była wtedy po operacji kolana i też miała mieć jakieś ćwiczenia w tej samej sali co ja, więc się nie denerwowałam, ale chyba trochę się wstydziłam. Wstyd i wszystkie inne uczucia zniknęły jednak, kiedy otworzyły się przede mną drzwi pomieszczenia, w którym miałam zostać przebadana. Było ogromne, miało chyba ze sto metrów kwadratowych i całe było wypełnione zabawkami, materacami, drabinkami, linami do wieszania się i wspinania, piłkami sięgającymi mi do pasa i wielkimi, kolorowymi kostkami z gąbki różnych wielkości i kolorów. Musiałam wtedy pomyśleć, że pewnie umarłam i trafiłam do Raju, to było znacznie lepsze niż basen. Dowiedziałam się, że jak skończymy badanie, to będę mogła się tym wszystkim pobawić. Jak się okazało, nie czekało mnie nic strasznego, musiałam tylko przejść się po rozciągniętym na podłodze sznurku, postać chwilę na jednej nodze, utrzymać równowagę na czymś chybotliwym itp. Okazało się, że moim nogom nic nie dolega, po prostu trzeba mnie jeszcze trochę pomusztrować. Zgodnie z obietnicą, mogłam pobawić się wszystkim co było w pomieszczeniu rehabilitacyjnym i z radością zajęłam się tym, czego nie mam w domu, a więc tym, na co można wleźć i się uwiesić głową do dołu, tymi wielkimi kostkami, z których można było zbudować np. labirynt albo tunel itp. „Szpital jest taki fajny” – pomyślałam wtedy pierwszy i ostatni raz.

Mamie podobno zrobiło się gorzej już w środę, ale się nie przyznała, bo nie jest typem osoby, która lubi sobie pochorować, poleniuchować w łóżku i bez poczucia winy korzystać z tego, że wszyscy jej dogadzają. Chce być zdrowa i aktywna, a że nie jest, to udaje. Tym razem jednak dłużej nie mogła i w piątek się przyznała po nocnym ataku arytmii. Może sama zwiększyć sobie dawkę leków, więc zwiększyła i gówno to dało. Potem jeszcze zastanawiała się czy jednak jej nie przejdzie, bo jak zwiększy magnez, potas i elektrolity, to powinno być lepiej. Nie było, ale gorzej też nie. Czekała więc nie wiadomo na co, aż w sobotę trochę się pogorszyło i zapadła decyzja – jedziemy na izbę przyjęć. Pomogłam jej spakować rzeczy, wzięłam kubek i sztućce, tak na wszelki wypadek, rozpinaną piżamę, żeby łatwiej było to serce pooklejać kablami i pojechałyśmy. Byłam zła. „Jak ja nienawidzę szpitali. Tam zawsze jest chaos i śmierdzi słodkim, mdłym, szpitalnym smrodkiem”. Nic nie mówię, myślę dalej: „i wszystko jest takie stare i brzydkie. W każdej sali pyrkające jarzeniówki, buty piszczące na gumolicie, stare, głośne windy… I ta świadomość, że jak już się tam trafi, to znaczy, że nasze ciało odmawia nam posłuszeństwa. Co to, kurwa jest, ta zasrana arytmia? Ja rozumiem, że jak wychodzę na dwór z mokrą głową, to skutkiem będzie przeziębienie. Ale wrodzona, przewlekła choroba? Tak po prostu, znikąd i już, jako skutek niczego. I teraz jest północ, a my przez to cholerstwo jedziemy na śmierdzącą izbę”.
Podjeżdżamy i idziemy z parkingu zostawiając wszystko w samochodzie. Później najwyżej przyniosę. Chodnik ciągnie się wzdłuż podjazdu dla karetek. Wiem, że pod nim jest parking dla pracowników. Na myśl o tym, że tata tam parkował rozczulam się na chwilę i widzę to miejsce w trochę jaśniejszych barwach, ale tylko na chwilę. Wchodzimy, widzę, że rejestrację przenieśli z lewej strony na prawą. Na jej starym miejscu jest teraz ochrona i depozyt. Podłoga ta sama „ohydna” – myślę. Gdyby nie płaskie monitory komputerów, myślałabym, że teleportowałam się do początku lat dziewięćdziesiątych. Dobrze wiem, co będzie się teraz działo, bo to nie jest pierwszy raz, kiedy mama ląduje na izbie. Dostanie kroplówkę z potasem i magnezem, więc kiedy pani z rejestracji odprowadza ją do gabinetu, pytam czy będę mogła później wejść, żeby się nie nudziła. Dowiaduję się, że zobaczymy, może zostanę poproszona. Jest po północy, siadam w poczekalni i gapię się w telewizor. Emitują powtórki z poprzedniego dnia – rozmowy z politykami o referendum. Wszędzie kręci się pełno ratowników medycznych. Źle czuję się psychicznie, złość mija, ale martwię się o mamę. Zostawią ją czy tylko kroplówka? Co jak wyniki EKG będą złe? Matko, jak można pomalować korytarz na brzoskwiniowo i dodać turkusowe poręcze?
Nagle pojawiają się dwie młode babki. Muszą zmienić nazwiska dyżurujących lekarzy na podświetlanej tablicy, bo mamy już niedzielę. Wyjmują z rynienek przeźroczyste paski z nazwiskami i głowią się kogo wstawić na ich miejsca. Mają niby jakąś kartkę, ale ciągle popełniają błędy i arabski kardiolog nagle staje się pediatrą. Uśmiecham się obserwując te roszady. „Pomóc wam?” – rzuca ratownik i zaczyna głowić się razem z dziewczynami. W końcu udaje im się dojść do ładu kto jest kim i kto rzeczywiście dyżuruje. Odchodzą i znów robi się nudno, ale nie na długo. Przez rozsuwane drzwi wchodzi dwóch policjantów i jeden cywil między nimi. Mijają mnie i nagle dostrzegam, że facet ma kajdanki na rękach. Wtedy zdaję sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziałam na własne oczy żadnego przestępcy w kajdankach. Natychmiast zastanawiam się co zrobił i coś mi mówi, że to nie jest seryjny zabójca. Może złodziej? ‘Złodziej’ znika za kolejnymi drzwiami. W ogóle kręci się trochę ludzi, a wśród nich młody chłopak w czarnej czapce z daszkiem. Szybko wita się z ochroniarzami i leci na szpitalny korytarz pędząc dalej do jakiegoś skrzydła. Nie wiem dlaczego zwróciłam uwagę akurat na niego. Czas mija, czeka ze mną jeszcze kilka osób, jeden facet na dziewczynę, u której stwierdzono atak wyrostka i dwie nastolatki, które przyjechały do brata jednej z nich. Pytały o niego w recepcji, ale nie dowiedziały się niczego konkretnego. W końcu z korytarza za drzwiami, gdzie nie wolno wchodzić wyłania się kilku policjantów i jeden z nich tłumaczy dziewczynom, że z pacjentem, do którego przyszły wszystko jest w porządku i mają wracać do domu. Nagle, w tych samych drzwiach pojawia się lekarz i prosi do siebie starszego faceta, który siedział ze mną w poczekalni. No, nareszcie – odpowiada facet i rusza w kierunku drzwi. Lekarz wpuszcza go, a kiedy automatyczne drzwi się zamykają słyszę: jak pan tu trafił, to miał pan cztery i pół promila…. „No tak, przecież zlikwidowali izbę wytrzeźwień, teraz zwożą ich tutaj”… Ledwie o tym pomyślałam, a już czekały mnie kolejne wrażenia. Młody chłopak na wózku, napruty jak samolot. Chłopaki z SORu podejmują próbę tłumaczenia tego, co mówi koledze w rejestracji.

-Siedź nic ci nie będzie.
– Dowód poproszę.
– Eee… Blzrmm…
– Napruty?
– Tak, nie ma dowodu. Nie wstawaj!
– Imię ojca?
– Kazzz… Kazzimierz…
– Ale żeś przyrżnął w chodnik, chłopie…
– Data urodzenia?
– Aa… A… A kto mnie przywiózł?
– Specjalne służby. Podaj datę urodzenia.

Odwracam się żeby rzucić okiem na tego agenta. Ma zszytą głowę owiniętą białą siatką. Wygląda jak baleron. Jego ramię wsparte na podłokietniku wózka jest tak chude, jakby był dziesięcioletnim chłopcem. Zastanawiam się czy tacy pacjenci to normalka w każdą sobotę. Mija pierwsza w nocy, ludzie się kręcą, czasem ktoś przewozi z miejsca na miejsce puste łóżko, czasem zajęte. Nagle widzę, że policjanci wracają ze skazańcem. ‘Złodziej’ chce siku, więc wprowadzają go do toalety. Widzę, że normalnie z nim rozmawiają, ale nie słyszę o czym. Patrzę na mundurowego. Fajnie wygląda, ma broń za pasem i jeszcze jedną parę kajdanek. Po chwili widzę, jak skazaniec wyciąga do niego ręce do skucia. Nie widzę reszty ciała, tylko same ręce, które wyłoniły się zza framugi. „Czy on nie był skuty za plecami?” No właśnie. Policjant każe mu się odwrócić, ale facet się stawia. Nie wywijaj mi tutaj, nie będziemy się bawić w takie rzeczy, odwracaj się mówi policjant głośno i zdecydowanie, więc więzień jest posłuszny. Chwila moment i wychodzą znów uprzejmie rozmawiając. Cała ta sytuacja zaczyna mnie ciekawić. Obserwacja sprawia mi przyjemność. Lekarze kręcą się w tę i we w tę, niemłody ochroniarz chwali salową za posprzątaną i świeżo pachnącą toaletę. Ktoś szuka u recepcjonistki zostawionej książki, facet z chorobą nerek wypisuje się na własne życzenie ze szpitala, choć lekarka nie może uwierzyć, że prawidłowo sika. Wypytuje rodzinę, ale oni chyba nie chodzą z nim do kibla i trudno im cokolwiek powiedzieć. Nagle wraca bełkoczący pijaczek ze stłuczoną głową. Znudzony ratownik słucha jego tłumaczeń, już nie tak bełkotliwych jak przed godziną:Ja naprawdę nikogo nie sprowokowałem, nikomu nie ubliżyłem…. Nagle znów pojawia się ten chłopak w czarnej czapce z daszkiem. Zdejmuje czapkę i kłania się zgromadzonym czekającym. Jest pobudzony, nie wiem o co chodzi, ale czuję lekki niepokój, bo nie przepadam za takimi komediantami, którzy sądzą, że są tacy fajni i tak wszystkich bawią. Trochę się boję żeby się nie dosiadł, bo nie wygląda na pacjenta. Uszanowanko! – zwraca się do jednego z facetów, który podobnie jak ja siedzi w poczekalni już ponad dwie godziny. Facet nie reaguje, a chłopak pośpiewując tanecznym krokiem kieruje się do wyjścia. Automatyczne drzwi rozsuwają i wszyscy słyszymy jego ostatnie zdanie: Żona urodziła!. Wszyscy w poczekalni odwracają się do siebie z wielkimi uśmiechami, które nie zejdą nam z twarzy jeszcze ze dwie minuty. I wszystko jasne zwraca się do mnie gość, któremu chłopak przekazał przed chwilą uszanowanie. Więc nie jest wariatem. Mało tego, jego radość zaczęła mi się udzielać… Jakoś tak cieszyłam się z jego szczęścia jakbym go znała, poczułam, jak moje ciało rozpiera przypływ pozytywnej energii i wzruszenia. „Radość w szpitalu? Tym, którego tak nienawidzę, który śmierdzi i jest przedsionkiem tamtego świata? Na który tak wyrzekałam w samochodzie?”. Właśnie, że tak. Może jednak czasem szpital jest fajny. Mija druga. Izba pustoszeje, a chłopak z recepcji i jeden z ochroniarzy kładą się na kozetkach za swoimi ladami. Świeci się kilka świateł, telewizor słychać trochę lepiej, a szafy z przekąskami i napojami głośniej pracują. Położyłabym się, ale nie mam jak, bo krzesła w sali mają postać małych siedzisk przykręconych z żeliwnego stelaża. Są wyprofilowane pod okrągły kształt tyłka i dzieli je kilka centymetrów, jeśli się na nich położę wszystko zacznie mnie boleć. W końcu robi mi się zimno i łapiąc różne figury staram się skupić na telewizji. Niestety, wszystko co było na pasku z informacjami w TVP Info przeczytałam już ze czterdzieści razy. W końcu pojawia się SOR, a z nimi kolejny pijak, więc na chwilę ożywam. Znowu młody człowiek, bez koszulki, na wózku. Znowu zabawa w tłumacza. Nazwisko, brak dowodu, imię ojca, czy już tu kiedyś był… Podsłuchuję, czy może po prostu słyszę i słucham zaintrygowana, aż pojawia się mama, machająca do mnie bardzo dobrym, jak się później okaże, wynikiem EKG. Wstaję i podbiegam do niej. Wychodzimy, jeszcze raz rzucam okiem w stronę chłopaka. Jest cały siny.

– Kto będzie pytał o zdrowie?
– Nikt.