Nowy, udany Blade Runner 2049

Lubię kiedy kino sciene-fiction jest humanistyczne. Kiedy zadaje pytania o człowieka w kontekście jego rozwoju w dalszej lub bliższej przyszłości. Niby nic oryginalnego, właśnie taka jest specyfika gatunku, a jednak często filmy sci-fi wyróżniają się intelektualną pustką, którą przykrywa się efektami specjalnymi za miliony dolarów. Wśród zalewu wydmuszek o przybyciu obcych na ziemię czy zagubieniu w kosmosie, zdarzy się czasem jakiś Matrix, kultowy Terminator czy Łowca androidów.

Na Blade Runnera szłam z pewnym niepokojem pomimo niezłych recenzji i zapewnień krytyków, że zachwyci mnie niespiesznie prowadzona narracja i wnikliwe studium ludzkiej duszy. Wszystko dlatego, że choć staram się nie dzielić kina grubą krechą na męskie i kobiece, to jednak podstawą mojego lęku było właśnie to, że wybieram się na film „męski”, że pod płaszczykiem kameralnego (o dziwo, przy budżecie 180mln dolarów) obrazu, ukrywają się strzępki kina superbohaterskiego, utkanego z wyświechtanych klisz. Zakładałam, że reżyser puszcza jednak oko do widzów, którzy wybierając ten film kupowali bilet na niezobowiązującą rozrywkę – nową odsłonę Jareda Leto, Ryana Goslinga w dobrze skrojonym płaszczu i gładkie twarze pięknych aktorek. Co ostatecznie zobaczyłam w kinie? Jedno i drugie. W tym prawie trzygodzinnym filmie wymieszano, jak w kotle z zupą, nostalgię za pierwszym Łowcą androidów, trochę czystego kina akcji, filmu psychologicznego neo-noir z wątkiem miłosnym i filozoficznych pytań o duszę, wspomnienia i emocje, które pozwalają tym wspomnieniom ożyć.

Całość osadza się na solidnym rusztowaniu zbudowanym z klasycznych dla gatunku fabularnych rozwiązań. Właściwie sama nie wiem czy taki wybór to droga uniwersalna czy banalna. Mamy tu bowiem postać, której jedynym zadaniem jest otworzyć głównemu bohaterowi pewne klapki w głowie, a gdy już je otworzy można ją spokojnie wyeliminować z dalszej gry. Mamy czarny charakter, który wygłasza płomienne monologi i ma ludzi od wszystkiego, sam nie przyniesie sobie nawet drinka. Zupełnie jak w Mission Impossible czy filmach o Bondzie. W końcu mamy głównego bohatera, który odkrywa siebie, i podniosłe hasło, że nie ma nic bardziej ludzkiego, niż oddać życie za wielką sprawę. Cały czas zastanawiam się czy to wszystko nie jest zbyt oczywiste i zużyte. Czy dążenia replikantów są wiarygodne? Czy wciąż idąc do kina na film o stanowiących o sobie ‘nieludziach’ musimy odświeżać sobie bajkę o Pinokiu, który chce być prawdziwym chłopcem? I dlaczego właśnie heroizm ma być tym, co najbardziej ludzkie? Słabości też są ludzkie. To co jest naszym miękkim podbrzuszem, to czego się boimy, wstydzimy, jest nie mniej ludzkie niż męstwo.

Jeśli jednak spojrzeć na film Villeneuve’a bez rozkładania go na czynniki pierwsze, to widzimy w nim przede wszystkim przemyślaną od początku do końca formę. Spójna, monochromatyczna kolorystyka ogromnego miasta, w którym często pada deszcz, przełamana jest świetlistymi reklamami pełnymi dźwięków i ruchomych obrazów. Postapokaliptyczne Los Angeles z latającymi samochodami, przywodzi na myśl pierwszą część filmu, a jego mrok pulsuje w rytm niesamowitej muzyki Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa. Choć nigdy nie lubiłam ścieżek dźwiękowych złożonych z metalicznych warkotów i dudnień, tym razem dałam się oczarować i porwać tej industrialnej mieszance pohukiwań, tym bardziej, że do tego obrazka jak ulał pasuje również obsada. Ryan Gosling okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego refleksyjny, oczytany, zrównoważony i niezalotny, oficer K., to nowe oblicze gościa od brudnej roboty, w którego oczach odbijają się wrażliwość i polot. W Jaredzie Leto łatwo dostrzec mistycyzm i szaleństwo, a Anie de Armas, cyberdziewczynie głównego bohatera, program komputerowy na miarę już nie XXI, a chyba XXII wieku. Powolna, snująca się sennie akcja zamknięta w tak dopracowanym obrazie nabiera nowej jakości, a fabularne uproszczenia czy logiczne dziury gdzieś się rozpływają. W głowie zostają ogólne przesłanie, estetyczne wrażenie i jedna z najbardziej subtelnych i najbardziej oryginalnych scen miłosnych, jakie kiedykolwiek widziałam na ekranie. Chyba nawet silna sugestia, że powoli nadciąga część trzecia nie zepsuła tych dobrych odczuć.

Advertisements

Seria niefortunnych zdarzeń

cos poszlo nie tak...

Z remontami wiąże się znajdowanie starych rzeczy. Wystarczy jeden rzut okiem na pożółkłą ulotkę, wizytówkę, albo zdjęcie, żeby historia, którą nosi ta rzecz stała się tak żywa, jakby wydarzyła się wczoraj. Historia ankiety ze zdjęcia nie jest długa, ale ma wiele ciekawych wątków pobocznych. Chyba nie ma też wyraźnie zaznaczonego końca, bo skoro ta kartka została odnaleziona i mówię teraz o niej, to znaczy, że może dopiero teraz wypełnia ona swoją misję? W każdym razie, nawet jeśli nie ma końca, to zdecydowanie ma swój początek i wcale nie jest nim dzień, w którym pani dyrektor przyniosła ją do klasy.

Żeby przejść do samej ankiety, chciałabym najpierw opowiedzieć o K.K., mojej szkolnej koleżance i wiceprzewodniczącej szkoły. Nie pamiętam kiedy się tak formalnie poznałyśmy. Szkoła była mała, więc wydawało się, że wszyscy znaliśmy się chyba od początku, tylko po prostu z jednymi się rozmawiało, a z innymi nie. K.K. była osobą, obok której nie dało się przejść obojętnie. Z nią rozmawiał chyba każdy, bo była jedną z najbardziej otwartych osób, jakie można sobie wyobrazić. Szybko przełamywała lody i w każdym starała się widzieć dobre cechy. Była dobrze wychowana, nigdy nie przeklinała i była niezwykle pojętną osobą. Miała chyba najwyższą średnią w szkole i zgłaszała się do każdego zadania. Nauczyciel jeszcze nie skończył pytania, a jej ręka już wystrzeliwała w górę. Lubiłam ją, choć miałam wrażenie, a może raczej obawę, że jej prawdziwy potencjał, prawdziwa błyskotliwość siedzą uśpione gdzieś głęboko w niej. Zupełnie, jakby jej mózg wkuwając na małpę nie miał już ani czasu, ani siły rozwijać jej wrodzonej inteligencji. Nabywał po prostu podręcznikową wiedzę i ją odtwarzał. K.K. potrafiła zabłysnąć, ale częściej zdarzało się, że nie umiała opowiedzieć mi dlaczego książka, którą właśnie przeczytała jej się podobała. No i oczywiście każdy czekał, aż K.K. wreszcie powinie się noga. Nie było w tym nic złośliwego, ona naprawdę nie była nielubiana. Po prostu nigdy nie dostała żadnej jedynki i wszyscy czekali, aż któryś z nauczycieli wreszcie ją uwali i zrobi z niej prawdziwego ucznia, żywą osobę, która przestanie być maszyną do trzepania szóstek.

No i w końcu stało się. Przyszedł ten wielki dzień, kiedy to zakłady bukmacherskie mogły zacząć wypłacać zawrotne kwoty szczęśliwcom, który nie stracili wiary, że  K.K. jest jednak żywym stworzeniem i obstawiali, że dostanie z czegoś lacza. Tym przedmiotem była fizyka, a przyczyna upadku koleżanki była bardzo banalna. K.K. nie zapisała z roztargnienia zadania domowego, nie odrobiła go i nie zgłosiła tego wcześniej. Wyrwana do przeczytania swojej pracy musiała się przyznać, że jej nie ma, a nauczycielka musiała potraktować ją jak każdego innego ucznia. K.K. nie zgłosiła nieprzygotowania, więc dostała jedynkę za brak zadania domowego. Żadna wieść nie rozeszła się chyba po szkole tak szybko. To była informacja przyprawiająca o rozkosz, wywołująca dziki entuzjazm, ale trzymająca się na językach bardzo krótko. Nikt nie życzył K.K. źle i nikt nie planował się nad nią pastwić. Życie szkolne po krótkiej eksplozji radości wróciło do normy jeszcze tego samego dnia, kiedy najważniejsza jedynka świata spoczęła w dzienniku. W przeciwieństwie do życia K.K., która nie wiedzieć czemu, przyszła ze swoim problemem do mnie. My nie chodziłyśmy razem do klasy i nie zwierzałyśmy się sobie, dlatego poczułam się jednak jakoś tą sytuacją wyróżniona. Bardzo chciałam stanąć na wysokości zadania i powiedzieć jej coś sensownego, żeby się nie zamartwiała. Najgłupszą rzeczą byłoby chyba udowadnianie jej, że ludzie mają większe problemy i sama chciałabym mieć tylko jedną jedynkę i same szóstki. Nie mogłam przyjść i powiedzieć jej, że jej postawa jest nienormalna, bo uważam, że nie wolno osobie, która przychodzi do ciebie po pomoc i jest zdruzgotana pozwolić poczuć się wariatem.

– Spójrz na to tak. Przychodzisz do szkoły po wiedzę, prawda? – zaczęłam.
– No tak…
– I nauczyciele tę wiedzę sprawdzają, weryfikują, robiąc nam sprawdziany. Co masz ze sprawdzianów? Z prac klasowych? Piątki, szóstki?
– No mam…
– No właśnie, czyli masz wiedzę. Rozumiesz rzeczy, o których ja nie mam pojęcia, na przykład matematykę. Albo fizykę. Gdybyś dostała jedynkę ze sprawdzianu, to oznaczałoby to jakiś problem, brak wiedzy, albo zrozumienia tematu. Byłby to dowód, że nie nadążasz, jak ja z matmą, z której chodzę na korki chyba od czwartej klasy. Co to jest jedynka za brak zadania domowego? Ona jest nieistotna, bo nie oznacza, że zostałaś w tyle z materiałem.

– No ale psuje średnią…
– Skąd wiesz? Jedynka jedynce nierówna, taka za brak zadania domowego może nie wpłynąć na ocenę końcową, albo wpłynąć nieznacznie. Dostaniesz szóstkę z minusem, a na świadectwie i tak wpiszą celujący. I tak będzie pasek. I tak każde najlepsze liceum stoi przed tobą otworem. Poza tym, masz lacza i uwierz mi, że w oczach wielu uczniów to cię odczarowuje. Jeśli zamienisz to w żart, może nie teraz, bo wiem, że to dla ciebie szok, ale na przykład jutro machniesz na to ręką, to zapunktujesz towarzysko. Przeciętniaki będą cię lubić z tą jedynką znacznie bardziej niż bez niej, głowa do góry.

Kurde, byłam z siebie dumna. To brzmiało naprawdę dobrze i nie było w moich słowach cienia fałszu. Kiedy po następnej lekcji zobaczyłam na korytarzu K.K. uśmiechniętą od ucha do ucha, to pomyślałam, że chyba powinnam zrobić karierę jako psycholog. Aż tak podziałało! Albo nie podziałało… Szybko okazało się, że mój entuzjazm był przedwczesny.

– I jak tam? Śmiejesz się, olałaś tę pałę szybciej niż myślałam.
– No właśnie nie olałam tak do końca… Wielkie dzięki za rozmowę, naprawdę, to o czym mówiłaś ma dużo sensu, ale jak poszłaś na lekcję, to tak sobie pomyślałam, że może zadzwonię do mamy i powiem jej co się stało.
– Zadzwoniłaś do mamy?! – Boże, nawet nie musiała kończyć, już wiedziałam dlaczego była w tak dobrym humorze…
– No zadzwoniłam, powiedziałam co się stało, a mama natychmiast wsiadła w samochód. Rozmawiała z nauczycielką i wyjaśniła jak bardzo pracuję na średnią i… No wiesz, w dzienniku już nie ma tej jedynki.
– Boże, coś ty zrobiła… Wiesz jak teraz będzie patrzył na ciebie każdy, kto dostał jedynkę za niezgłoszenie nieprzygotowania i w przeciwieństwie do ciebie nadal ją ma? Zaszkodziłaś sobie, wezmą cię za świętą krowę, nietykalną…
– Ale ja o to nie prosiłam, mama po prostu przyjechała, jak wytłumaczę…
– K., nie wytłumaczysz.

No i nie wytłumaczyła. I dostała za swoje. Wiele osób się od niej odwróciło, uznało za totalnie nieprzystosowaną społecznie i nieżyciową osobę, która z banału zrobiła dramat. Przez jakiś czas, zanim ludzie zapomnieli, K.K. miała po swojej stronie głównie mnie i kilka koleżanek. To właśnie wtedy nasze więzi trochę się zacieśniły.

No i któregoś dnia K.K. podchodzi do mnie i mówi:

– Wiesz, rozmawiałam wczoraj z panią dyrektor, pytała o ciebie.
– Jezu, co zrobiłam?
– Nie, nic, ale… Poprosiła mnie, żebym zapytała czy  czasem nie bierzesz narkotyków. Widzi nas często razem, dlatego przyszła z tym do mnie.
– Że… CO?!
– No sama się zdziwiłam, zapytałam dlaczego tak myśli, a ona na to, że ubierasz się na czarno i alienujesz, poza tym na lekcjach bywasz nieobecna i wyglądasz na smutną.
– Boże… – pani dyrektor uczyła mnie historii. Zaniemówiłam. Nie mogłam uwierzyć, że jestem tak odbierana.

No tak, kiedy miałam piętnaście lat walczyłam jeszcze z niedowagą. Wymyśliłam sobie, że będę nosić tylko czarne ubrania i nakupowałam sobie swetrów z bardzo długimi rękawami w działach męskich. Myślałam, że za duże swetry ukryją moją chudość i mogłam rzeczywiście wyglądać jak dziecko wojny. I tym samym dziecko z dworca Zoo… Strój mógł przypadkiem spotęgować coś, co miałam zawsze – ciągoty do rozkmin życiowych, kołek w dupie, własny świat… Długo zastanawiałam się później, czy ktoś jeszcze brał mnie za ćpunkę czy może to dyrektorka ocenia po pozorach? Co ciekawe, kolejne tygodnie przyniosły odpowiedź na to pytanie. Poznajcie drugą bohaterkę opowieści, E.S.

E.S. chodziła za mną do klasy. Miała łagodne usposobienie i zszarganą opinię. Początkowo nie rozumiałam dlaczego, nie wyglądała jak zdzira. Nie była ani ładna ani wyzywająca, nie kręcili się koło niej koledzy, wszystkie przerwy spędzała z dziewczynami. Musiało minąć trochę czasu zanim pojęłam, że ona po prostu ma gdzieś chłopaków ze szkoły, a bliższe relacje łączą ją z facetami starszymi przynajmniej o pięć lat. E.S. mieszkała poza miastem, nigdy nie spotykałam się z nią po szkole. Wiedziałam, że chodzi na imprezy i ogniska w swojej okolicy, ale nie wiedziałam, że spędza tam czas z dwudziestoparoletnimi dziadami. Nie byłam też świadoma tego jak te spotkania wyglądają i co się tam dzieje, ale chłopacy z klasy wiedzieli i to dzięki nim zrozumiałam, że kiepska opinia może nie mieć nic wspólnego z głębokością dekoltu. E.S. nie była głupia, co to to nie, ale… No cóż, powiedzmy, że nie planowała kariery naukowej. Niewiele czytała, nie interesował jej świat, polityka, religia, kultura… Mimo wszystko, nie należała jednak do uczniów narzekających, usychających z tęsknoty za zbawczym dzwonkiem. Dużo notowała, słuchała cierpliwie nauczycieli, nie denerwowała się szkołą i jakoś prześlizgiwała z semestru na semestr. Jednym z przedmiotów, z których szło jej gorzej był angielski. Dziś wiem, że jej kłopoty to nie była tak do końca jej wina. Nasza nauczycielka wybrała sobie najgorszą metodę nauczania języków obcych jaka istnieje na świecie i konsekwentnie się jej trzymała. Oddzielała gramatykę od nauki słownictwa robiąc nam osobne sprawdziany z jednego lub drugiego. Dzięki temu słabsi uczniowie mogli kuć słownictwo na małpę i zbierać dobre oceny, a z gramatyki ściągać i unikać jedynek. Można było nie potrafiąc złożyć zdania po angielsku skończyć semestr z solidną tróją. Ponadto nie byliśmy wyrywani do odpowiedzi, a podczas lekcji czytaliśmy z podręcznika gotowe zdania. Podstawowa funkcja języka, jaką jest komunikacja nie miała jak się realizować, bo w zasadzie nie rozmawialiśmy. Za to dużo pisaliśmy i rysowaliśmy tabele z zasadami gramatycznymi, które były nam tłumaczone po polsku. Nie da się ukryć, że te trzy lata to był zmarnowany czas, ale dla kogoś takiego jak E.S., tak prowadzone lekcje to była woda na młyn. Siedziała z B.K., najlepszą uczennicą w klasie i ona jej podsuwała swoje ćwiczenia, jak trzeba było przeczytać coś na głos i dawała jej spisywać zadania domowe. Dzięki temu nasza bohaterka wszystko zaliczała, choć nie potrafiła odmienić czasownika to be. I niech mi teraz ktoś powie, że to była jej wina. Nie była, ona nawet nie musiała się starać, to nasza nauczycielka nie zadała sobie trudu, żeby sprawdzić czy jej uczniowie robią postępy, po prostu realizowała program. A wystarczyło na początku każdej lekcji przejść się po klasie i na wyrywki zadać uczniom kilka pytań po angielsku, sprawdzić czy pamiętają cokolwiek z poprzednich zajęć, zagaić co słychać. Tak robiła moja lektorka niemieckiego i łaciny. Szczerze tego nienawidziłam. Kazała taka wszystko pozamykać, a potem wskazywała mnie palcem i musiałam na przykład coś odmienić w stronie czynnej. To była psychiczna mordęga, kiedy nie umiałam odpowiedzieć i zapadała niezręczna cisza. „Zostań po lekcji, dobrze?”. I to jest właśnie to o co chodzi. Zaległości wykryte w samą porę i pomoc udzielona w samą porę. E.S. nie miała na to szans. Nie miała też szczęścia, kiedy poproszona o przeczytanie zadania domowego została przyłapana na tym, że bierze do ręki zeszyt B.K. Przeczytała zdania, fonetycznie, ale jednak. To były gotowe zdania, do których trzeba było wstawić jakąś odpowiednią formę w puste miejsce. W podręczniku mieliśmy pełno takich zadań. Nasza anglistka poszła po rozum do głowy i powiedziała, że skoro E.S. przeczytała zadanie, które zrobiła koleżanka, to teraz zrobi następne na żywca sama. Kiedy otworzyła książkę już cała się trzęsła. Nie tylko nie była w stanie wstawić brakującego wyrazu, ona w ogóle ledwo czytała. Wszystko fonetycznie. „Przetłumacz to zdanie, proszę…” – nasza nauczycielka wstała nawet zza biurka. E.S. Milczała.

– E., czy ty rozumiesz co czytasz?
-…
– Podaj nazwy pór roku po angielsku.
-…
– A może dni tygodnia?
– …
– Liczebniki? Policz do dziesięciu.
– Adin, Dwa…
– Słucham?!
– No tak, to po rosyjsku… – zaśmiała się E.S. i potrząsnęła głową, jakby chciała się ocucić ze snu.

Boże, cóż to był za epicki opierdol. Dawno nauczyciel nie darł się na jedną osobę do końca lekcji tak, że głowy pospuszczała cała klasa. Wszyscy współczuliśmy E.S. i tak jak ona czuliśmy się jak zbite psy. Nauczycielka podejrzewała, że takich osób jest więcej, straszyła sprawdzianami z trzech lat, nazwała nas bandą oszustów i nierobów, którzy drwią z niej i jej ciężkiej pracy. E.S. miała jednak najgorzej. Usłyszała, że sprawa zostanie przedstawiona dyrekcji, a jej rodzice zostaną wezwani do szkoły. Szkoły, której najprawdopodobniej nie ukończy. Kiedy zadzwonił dzwonek poczułam prawdziwą ulgę i zastanawiałam się jak pomóc E.S. Co jej powiedzieć, jak podtrzymać ją na duchu. Czmychnęliśmy grzecznie gęsiego na korytarz. Chłopacy poszli w swoją stronę, ja i dziewczyny w swoją. Szybko przełamałam milczenie pytając głupio:

– Trzymasz się?
– No co ty, ja się nawet nie przejęłam – odpowiedziała wesoło E.S., a na jej twarzy zagościł dobrze mi znany uśmiech. No tak, przecież to E.S. Ona nie przejmuje się szkołą, ona ma już pewnie w planach randkę z gościem, który przyjedzie po nią własnym samochodem. Ona ma szkołę gdzieś, za rok lub dwa będzie już fryzjerką, zgodnie z planem i będzie farbować koleżankom grzywki na pomarańczowo, tak jak sobie. Atmosfera zaraz się poprawiła i zrobiło się tak, jak godzinę temu, po prostu normalnie. Lekcje minęły, dzień jak co dzień, wszyscy się rozeszli. Tylko, że następnego dnia znów miał być angielski. Ciekawiło mnie co zrobi nasza anglistka. Będzie ją przepytywać? Uweźmie się?

Następnego dnia idąc do szkoły zaczęłam się zastanawiać czy E.S. jest w stanie nadrobić materiał i czy w ogóle przyjdzie do szkoły. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że część winy za tę sytuację ponosi właśnie nasza nauczycielka. Nie powinna była tak krzyczeć, nie powinna była najeżdżać personalnie ani na nas ani na naszą koleżankę. Tak się nie buduje szacunku, czarną pedagogiką nie wychowuje się młodzieży…

E.S. od rana była nieswoja. Osowiała, nieobecna, jakby dopiero co zwlekła się z łóżka. Przesiedziała pierwszą lekcję, a na przerwie zaczęła narzekać na nudności. Poszłyśmy do łazienki. Nie ja i ona, wszystkie razem, czyli nasza szóstka. W łazience E. powiedziała, że czuje się już lepiej i zaczęła poprawiać najpierw pomarańczową grzywkę, a potem zsuniętą z kucyka gumkę. Kiedy podniosła ręce do góry i chwyciła blond włosy, zaczęła przewracać się do tyłu. Natychmiast ją podtrzymałyśmy i już wiedziałyśmy, że czegoś się nałykała.

– Boję się tego angielskiego… Naprawdę się boję…
– Co wzięłaś? – zapytała B.K.
– Tabletki ziołowe na uspokojenie.
– Tylko?
– Nie… Jeszcze APAP. To znaczy kilka…
– Ile?
– Garść.
– To znaczy?
– Nie wiem, z dziesięć?

Kiedy zadzwonił dzwonek nie wiedziałyśmy co robić. B.K. była przewodniczącą. I pośrednio powodem kłopotów E.S., bo to od niej E.S. spisywała wszystkie zadania i ściągała na sprawdzianach z angielskiego. Zachowała się jak na przewodniczącą przystało. Wysłała nas na lekcje, a sama została z E.S. w łazience mając nadzieję, że ta wyrzyga połknięte tabletki w ciągu kilku minut. Jeśli nie, to zaplanowała zawiadomić wychowawcę, dyrektora i jechać z nią na izbę przyjęć. Tak też się stało. Całą matematykę myślałam tylko o tym co dzieje się w łazience. Na przerwie dowiedziałam się, że E.S. czeka u pielęgniarki na karetkę, a potem polonistka wysłała mnie po dziennik. Idąc pustym korytarzem spojrzałam przez okno i widziałam, jak zamykają się drzwi ambulansu, który po chwili opuścił boisko. Angielski przeszedł jak zwykle. Baba za nic się nie mściła, wiedziała już co się stało. Podobno płakała w pokoju nauczycielskim, ale może to plotka. Nie przypuszczałam, że E.S. była w tak kiepskim stanie. Kiedy powiedziała, że ta cała sytuacja po niej spływa, natychmiast uwierzyłam. Cholera, jak mogłam nie widzieć, że to blef?

Kilka dni po tym zdarzeniu postanowiłam odwiedzić E.S. w szpitalu. Kupiłam kartkę okolicznościową, na której wszyscy się podpisali i pluszowego misia. Włożyłam wszystko do torebki prezentowej i z bijącym sercem ruszyłam na oddział dziecięcy, na którym leżała. Spodziewałam się zobaczyć wrak człowieka, myślałam, że będzie blada, smutna, z podkrążonymi oczami. Bałam się, że rozmowa nie będzie się kleiła i w ogóle, to już nie będzie ona. Na szczęście, kiedy otworzyłam drzwi do sali, to przywitał mnie dobrze znany uśmiech.

– Czeeeść! Ale super, że przyszłaś! Wiem! Nic nie mów, wyglądam strasznie, ale już jedzie mój brat i przywiezie mi szamponetki do włosów. Trzeba odświeżyć kolor. Co masz dla mnie? Jak tam w szkole?

Znowu było jak dawniej. Niereformowalnie optymistyczna E.S. i jej zniszczone utleniaczem włosy. Tylko czy rzeczywiście optymistyczna? Może to po prostu niezła aktorka, a pod makijażem zagubiona piętnastolatka, której rodzice nie wiedzą co i z kim robi na imprezach, które kończą się nad ranem?

E.S. zawsze mogła robić co chciała. Robić to, czego ja nie mogłam, farbować włosy, przekłuwać uszy. Dzięki niej sama przekułam sobie lewe ucho. Miałam już kolczyki, ale podobało mi się więcej. E.S. tak miała i zapytałam gdzie poszła do kosmetyczki. Zaskoczyła mnie mówiąc, że nigdzie.

– Robisz tak. Bierzesz kolczyk, srebrny. Piłujesz pilnikiem do paznokci końcówkę, żeby była ostra, dezynfekujesz to alkoholem, może być wódka i potem przebijasz.
– Jak przebijasz? Tak po prostu, ucho kolczykiem?
– Tak, to się da zrobić, po prostu naciskasz coraz mocniej i on przechodzi na drugą stronę. W pewnym momencie czujesz przez skórę ten ostry koniec. To trwa może z dziesięć minut i po krzyku.
– A krew?
– Nie ma żadnej krwi, zakładasz motylka i po robocie.
– Kurde, moja matka nigdy się nie zgodzi…
– Ja nie pytałam o zgodę.
– Twoja mama nic nie wie?
– Wie, bo zauważyła.
– I co powiedziała? Nie była zła?
– Nie, no co ty. Powiedziała, że fajnie wygląda i tyle.
– Fajną masz mamę…

Nie wiem czy ja dostałam jakiegoś zaćmienia umysłu czy wyłączył mi się instynkt samozachowawczy, ale… Pomyślałam, że skoro u niej przeszło, to i u mnie przejdzie. Spiłowałam kolczyk, wymoczyłam w spirytusie i po kąpieli sama jedna, rozgrzana z emocji przekułam sobie ucho spoconymi rękami. Aż podskoczyłam z radości, wyszło kapitalnie. Mały kryształek jaśniał na czerwonym, pulsującym i puchnącym uchu. Co jakiś czas czułam budzące dreszcz ukłucia świeżej rany. Czułam się zbuntowana, niegrzeczna i fajniejsza niż przed tym całym zabiegiem. Nie mogłam się doczekać, aż pokażę E. swoje dzieło. Miałam to wszystko najpierw ukryć przed mamą i zakrywać ucho włosami, a potem, jak już zauważy, to powiedzieć, że zrobiłam to dawno i przecież mogę wyciągnąć ten kolczyk, ale w sumie to chyba fajnie wygląda, nie? Mama może się trochę wkurzy, ale przecież to nie tatuaż, prawda? Można wyciągnąć i już się wygląda jak dawniej, nic wielkiego. Niestety, mój plan działał tylko jedną dobę. Pilnowałam się, żeby nie założyć włosów za ucho z lewej strony, ale nie przewidziałam, że ucho łatwiej dostrzec przez pasma włosów, kiedy te są mokre i pozlepiane przez wodę. Moim gwoździem do trumny nieoczekiwanie stała się lekcja fizyki, na której dowiedziałam się sensacyjnej informacji, że szyba jest w stanie ciekłym. Podobno szkło z czasem spływa w dół i jeśli zmierzyć szybę w oknie bardzo, bardzo starego domu, to u szczytu będzie ona węższa niż u dołu. Do dziś nie wiem czy to nie jest jakaś pseudonauka, czy na przykład szklanka sprzed dwustu lat staje się naprawdę szersza na dole? W każdym razie wtedy chciałam podzielić się tą niezwykłą ciekawostką z mamą. Wyszłam z łazienki pognałam do sypialni, gdzie zastałam mamę pogrążoną w jakiejś lekturze. Nie odrywała nawet wzroku od książki.

– Co masz w uchu? – zapytała ze spokojem. Byłam zgubiona.
– Kolczyk…
– Kto ci to zrobił?
– Sama to zrobiłam.
– Mów prawdę. Koleżanka? Sama chyba nie dałabyś rady. – Mama nie nosi kolczyków i choć nie ma nic przeciwko nim, uważa, że gdyby Bóg chciał, żeby człowiek miał dziury w uszach, to by go z nimi stworzył.
– Nawet nie wiesz jakie to proste…
– Wiesz jakie jest moje zdanie na temat drugiej dziury w jednym uchu?
– Tak, wiem, że ci się nie podoba, ale popatrz. Jak to zarośnie, to będę mogła nie nosić tam nic tygodniami. Jak przyjadą dziadkowie to wyjmę, ta malutka dziurka nic nie zmieni w moim wyglądzie, to nie tatuaż.
– Nie pytałaś, a znasz moje zdanie na temat obwieszania się kolczykami.
– Tak, ale nie sądziłam, że to taka wielka sprawa… Myślałam, że to po prostu nie twój styl, ale to ja to noszę, tobie nikt nie każe.
– Wyciągnij to. Idź do łazienki, wyciągnij, umyj ucho i nie wkładaj tego więcej.
– Ale mamo…
– Powiedz, że to wyciągniesz, Marta.
– Że to wyciągniesz, Marta.
– Bez dyskusji.

Wyciągnęłam. Bez dyskusji, to bez dyskusji. Jak ona to zauważyła do cholery, nie podnosiła głowy znad teksu, a w pokoju świeciła tylko nocna lampka. Może widziała kolczyk wcześniej? Następnego dnia przy obiedzie wróciłam do tematu.

– Bo widzisz, E.S. ma fajną mamę, ona nic nie powiedziała, jak E. sobie przekuła ucho.
– Nie wiedziała o jej planach?
– Nie. I potem jak zauważyła, to powiedziała, że wygląda fajnie. A Ty mi nie pozwalasz, bo to nie twój gust.
– Naprawdę tak uważasz?
– No kazałaś wyciągnąć.
– Ale nie dlatego, że mi się nie podoba, tylko dlatego, że raz już pytałaś, nie zgodziłam się, a Ty mnie nie posłuchałaś. A ja jestem twoją matką.
– No widzisz, działałam, bo bardzo chciałam, a nie zgodziłabyś się.
– Skąd wiesz? Trzeba było rozmawiać. Jeszcze raz zapytać.
– No widzisz, E. ma taką fajną kumpelską mamę, że nie musi o nic pytać, chodzi gdzie chce.
– A może jej mama nie jest aż tak wyluzowana, tylko jej nie interesuje co się dzieje z jej córką? Boje się, że to może być bardziej prawdopodobny scenariusz. Ty mnie interesujesz. Pokaż czy ci puchnie ucho. Wiesz, że mogłaś się nabawić zakażenia?

Tamtego dnia w szpitalu zastanawiałam się jak to jest z E.S. Wydawało mi się, że nie wygląda na nieszczęśliwą, śmieje się znacznie więcej niż ja, dla niej szklanka zawsze jest pełna. Jakie ma relacje z rodzicami i jak daleko posuwa się w kontaktach z tymi facetami, z którymi spędza czas? Może ona od dawna próbuje ponosić trud samowychowania, podczas gdy ja żyję sobie spokojnie otoczona bezpiecznymi granicami elektrycznego pastucha, który rozciąga wokół mnie mama. Mama, która dba o mój spokojny sen w higienicznych godzinach, zrównoważoną dietę i ucho, które okaleczyłam.

Po wakacjach dostaliśmy te ankiety, które przyniosła pani dyrektor. Ta sama, która myślała, że mogę mieć problem z narkotykami. Spojrzałam na pytania i opadły mi ręce. To już nikt nie bierze pod uwagę istnienia niebiorącej młodzieży? Nie skalałam się nawet machem trawy, a oni mnie tu pytają jak wspominam wakacyjne branie. Dyrektorka zerkała na mnie, w końcu uśmiechnęła się, a potem spuściła wymownie wzrok na moją kartkę i uniosła brwi, zachęcając mnie do pisania. Przecież to E.S. ma problem, ta wesoła, z pomarańczową grzywką, a nie ja i moje czarne swetry do cholery. Wiedziałam o tym. Wiedziałam, że to na niej powinno się skupić, a jednak nie zrobiłam nic. Nie powiedziałam nikomu o swoich podejrzeniach, o tym, że najciemniej jest pod latarnią i to ona może zrobić coś głupiego nie ja.

Siedziałam tam cicha, nudna i czysta jak łza. I jak wynika z odpowiedzi na ostatnie pytanie, dekadencka. Patrząc z perspektywy dzisiejszego dnia, dekadencka od piętnastu lat.

Lepsze jest wrogiem dobrego

„Nie jest mi tu najlepiej” – stwierdziłam o poranku. Nowe łóżko jest wielkie i piękne. Dokładnie takie, jak chciałam. Udało mi się znaleźć niedrogi materac i bardzo niedrogą firmę, która robi meble na wzór palet. Wszyscy inni windowali kwotę do 600zł, ale nie było mowy, żebym tyle zapłaciła. Sama robiłam takie łóżka i wiem, że można znacznie taniej, nawet z robocizną. W końcu znalazłam gościa, który zaproponował 300zł i wzięłam. Wyszło super, tylko… Lubiłam stare łóżko… Małe, robione na wymiar, wybitnie jednoosobowe. To było tak naprawdę chyba moje drugie łóżko w życiu, zaraz po tym dziecięcym, ze szczebelkami. Najpierw rodzice ustawiali przy nim drewnianą blokadę, żebym nie spadła, a kiedy podrosłam zlikwidowali ją. Wydawało mi się takie wielkie… Bywało statkiem pirackim, sceną estradową, wyspą, która chroniła od gorącej, dywanowej lawy. Kiedyś zsikałam się do niego. Nic nadzwyczajnego, miałam pięć lat i śniło mi się, że jestem w toalecie. Pamiętam jak przybiegłam do rodziców niezwykle zaskoczona tym wydarzeniem. Obudziłam mamę. „Naprawdę, nie wiem jak to się stało…” – powiedziałam cicho. „Nic się nie stało” – odpowiedziała mama i zabrała mnie do łazienki. Potem mogłam spać z rodzicami i choć bardzo to lubiłam, nie chciałam lądować w rodzicielskiej sypialni w wyniku takich okoliczności. Bałam się jeszcze przez kilka dni, że taki urynistyczny sen znów mi się przytrafi. W każdym razie, teren łóżka został raz na zawsze oznaczony i ochrzczony przez jego jedyną właścicielkę. Niedługo później, łóżko znów zostało zalane, ale tym razem to nic obrzydliwego. Jako dziecko budziłam się między piątą, a szóstą rano (czego oczekiwać, kiedy idzie spać zaraz po Wieczorynce?). Do pobudki rodziców musiałam więc sama zająć się sobą, a ja nigdy się nie nudziłam i nie nudzę do dnia dzisiejszego. Tamtego skandalicznie wczesnego poranka wyskoczyłam z łóżka, pobiegłam do kuchni i przygotowałam sobie słomkę oraz mieszankę wody i płynu do mycia naczyń. Wróciłam z tym do łóżka, zakopałam pod kołdrą i czym prędzej wypełniłam pokój deszczem pachnących, tęczowych baniek. Było jak w bajce. Do czasu gdy zawartość kubka nie zniknęła wchłonięta przez materac. Znów pobiegłam do rodziców, stanęłam przed mamą i wypowiedziałam zwiastujące kłopoty słowa: „Naprawdę nie wiem jak to się stało…”

Moje kompaktowe łóżko latami nosiło moje największe marzenia i niezrealizowane plany. Wypiło litry łez po rozstaniach i kłótniach z przyjaciółkami. Wracałam w nim do zdrowia po ciężkich anginach i do siebie po zakrapianych alkoholem imprezach. Było kryjówką dla moich miłosnych listów z M. i papierosów na sztuki. To w nim odkryłam, że rusza mi się pierwszy ząb, co skłoniło mnie do refleksji, że rozpadam się na części i umieram. To właśnie siedząc na nim skradziono mi pocałunek, po którym myślałam, że teraz mogłabym już spokojnie rozpaść się i umrzeć.

To nie było moje jedyne łóżko. Jest jeszcze łóżko działkowe, łóżko w domu dziadków i łóżka studenckie w innych mieszkaniach, w których mieszkałam, ale ostatecznie zawsze wracałam do tamtego i to ono miało historię, tożsamość i służyło mi niezawodnie przez prawie całe życie. I już go nie ma. Jest na śmietniku. Teraz jest nowe. Ładniejsze, modniejsze, większe, równie wygodne, moje…
Tylko tamto było mojsze, cholera…

Może przynieść mydliny i wydmuchać na tym nowym kilka baniek? Albo w ostateczności nasikać…

Bądź bohaterem w swoim domu.

Moje ziemskie piekło różni się tym od Piekła właściwego, że można z niego wyjść i nie ma ono charakteru ostatecznego. Ziemskie piekła są mniejsze i większe. Te, które są prawdziwą Gehenną kończą się czasem śmiercią, która w ich wypadku jest ukojeniem i wyzwoleniem. Te, które nie są prawdziwą Gehenną, choć początkowo za nią uchodzą, kończą się powrotem do normalności. Trzeba przez nie przejść i z nich wyjść uważając, żeby one czasem nie wlokły się za nami uparcie. Żeby wyjść z piekła ziemskiego warto trzymać się zasady, że się o nim nie gada i go nie rozpamiętuje. Odwracanie się w kierunku drzwi, które się zamknęło może sprawić, że one znów się otworzą i nawet jeśli nas piekielna otchłań nie wessie, to po prostu nie ma sensu stać w przeciągu.

Nic nie pisałam, bo zafundowałam sobie dla zdrowia swojego i Waszego kwarantannę. Nie chciałam zarazić Was swoim piekłem i udręczać siebie, a wiem, że gdybym zdecydowała się coś napisać, to byłoby to monotematyczne i dotyczyło diabła, który mnie do ziemskiego piekła wciągnął, a potem tam porzucił i uciekł (zdaje się, że poszedł po następną ofiarę).

W tak zwanym międzyczasie, kiedy miałam chwilę przerwy na oddech między skłóceniem ze światem, a byciem targaną namiętnościami, zaczęłam remont mieszkania. Gdybym nie była w tak złym stanie psychicznym, pewnie byłabym skłonna uznać go za pewien rodzaj ziemskiego piekła, albo chociaż jego przedsionek, ale skoro akurat byłam, to uznaję go jednak za wakacje na Seszelach.

Najmocniejszą stroną remontu jest majster. Powinnam właściwie pisać Majster, gdyż jest to człowiek na wagę złota. Po pierwsze umie wygładzać ściany i układać kafle. Po drugie, zdaje się, że będzie w stanie położyć też panele, ale to co mnie szczególnie urzekło, to jego wrodzona skromność i pokora. Byłam świadkiem remontów małych i dużych odkąd sięgam pamięcią. Byłam też świadkiem kilku odświeżeń i praktycznie wszyscy poprzednicy dzisiejszego Majstra, na powitanie wygłaszali kwestię, którą można usłyszeć również od tzw. magików od komputera, to znaczy: „pani, kto to pani tak spieprzył?”. Rozumiem, że partactwo może przerazić i chyba nawet nie dziwię się kiedy ktoś na nie zwraca uwagę, ale mając w pamięci znane polskie przysłowie – nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – może warto czasem trzymać język za zębami, bo na wytykaniu komuś błędów można się nieźle przejechać, kiedy samemu zaliczy się wpadkę. Skromność i pokora imponują mi tym bardziej, że wystarczy mi mały sukces życiowy by jedno z drugim stracić z oczu. Drugi plus Majstra jest taki, iż jest to ginący gatunek budowlańca niepijącego. Nie mówię, że ktokolwiek mi kładł tapety na rauszu, takiej sytuacji sobie nie przypominam, ale piwko orzeźwiające, bo gorąco, było częstym zamówieniem. Ten Majster przyjeżdża z baniakiem domowej lemoniady, w której pływają limonka i mięta, a ode mnie bierze trochę kawy i cukru.

Remont ma też jednak swoje gorsze strony, a wśród nich tę jedną, najgorszą. Jest nią przymus pójścia na kompromis w wielu kwestiach, może nawet w większości. Obok fitnessu portfela, który jest już totalnym koszmarem z ulicy Wiązów, kompromis goniący kompromis, to najbardziej frustrujące doznanie. Zaczęło się właściwie od samego początku. Jako miłośniczka minimalizmu i prostych rozwiązań, wpadłam na genialny pomysł z prysznicem w łazience. W związku z tym, że i tak wszystkie kafle były skuwane, wymyśliłam, że można nowe położyć z lekkim spadem i zrezygnować z kabiny prysznicowej. Zamarzyłam sobie prostą szybę i odpływ w podłodze. Wszystko dlatego, że drzwi przesuwne jeżdżące w rynienkach mają upierdliwe zakamarki, które utrudniają i niemiłosiernie wydłużają czyszczenie. W końcu i tak włazi w mnie kamień i pleśń, a taka nieruchoma szyba, to po prostu gładka powierzchnia do mycia. Przyszedł Majster. Mówię mu o pomyśle, a on na to, że chyba jednak się nie da, zobaczy jaki jest odpływ, no ale chyba jednak nie, bo podłoga w bloku może być za cienka. Okazuje się, że żeby zrobić tak, jak mi się zamaniło, trzeba się wkuć głęboko w podłogę, bo kratka musi być odpowiednich rozmiarów. Jeśli odpływ będzie za płytki, to powódź w łazience po każdym prysznicu gwarantowana. Nie dało się oczywiście, podłoga jest za cienka i wykucie dziury grozi nieplanowaną wizytą w łazience sąsiada z dołu. Jak nie, to kompromis – robimy brodzik, ale kwadratowy, z drzwiczkami na zawiasach. Po wymierzeniu wszystkiego wydało się, że róg wyjdzie prawie na środku łazienki i biada temu, kto uderzy w niego małym palcem gołej stopy. Wrócił plan na okrągły prysznic z przesuwnymi drzwiami. Trudno. Przynajmniej fajna deszczownica będzie.

Teraz kafelki. 7821937 wzorów do wyboru. Wszystko wystawione w salonie na pionowych tablicach przypominających strony książki. Stoi człowiek i przekłada z lewej na prawą, z lewej na prawą, jak w gigantycznej książeczce dla dzieci z obrazkami. Właściwie to wszystko jest piękne. Aranżacje pierwsza klasa, ceny na każdą kieszeń. Prawie dwie godziny oglądania, aż nogi bolą od stania. Pan podchodzi i pyta czy pomóc. Chwilę rozmawiamy, mówi, że jak coś mi się spodoba, to on sprawdzi czy mają w magazynie. I w tym momencie ja już wiem, że to, co mi się spodoba będzie niedostępne i trzeba będzie to sprowadzić. Z drugiej półkuli. Mówię mu to nawet żartem, a po chwili, kiedy natrafiam na glazurę mojego życia, czarny scenariusz się spełnia. Nie ma kafelków i pan może ściągnąć. Czas oczekiwania cztery tygodnie. No nie, tyle to nie będę czekać. Na szczęście jest internet i strona producenta. Udało się zamówić, płytki przyjechały, ale gorzej będzie ze zwrotem, bo został karton podłogowych, a odsyłać chyba się nie opłaca. No cóż, przeboleję, grunt, że jednak udało się zamówić co trzeba.

Idę po cegiełkę na ścianę kuchenną. Ma być biała. W dziale budowlanym Leroy Merlin od razu natrafiam na to czego szukałam. Cena umiarkowana, więc zaraz proszę o pomoc z zrobieniu zamówienia. „Oj, o tym to niech pani od razu zapomni” – studzi mnie pan Marcin z wózka widłowego. Pytam dlaczego zaraz przy wejściu mają ekspozycję niedostępnego towaru. Okazuje się, że towar jest dostępny, ale na całą partię tej cegły spadł deszcz, farba z kartonowych opakowań ją zabrudziła i pewnie pójdzie na wymianę. Jestem zmuszona wziąć inne płytki. Też niebrzydkie, ale jednak faktura się różni.

Kupuję kinkiet do kibla i lampę do łazienki z drewnianą obudową. Będą dawały ciepło i przytulny nastrój. Drewniane elementy są brązowe, w oczywistym odcieniu. Ani to żółte i jasne, jak sosna, ani żadna wiśnia czy heban. Po prostu brązowe. Blat do umywalki nablatowej na pewno da się do tego dobrać. Biorę lampkę na wzór i idę do stolarza. Pokazuję i mówię, że chcę blat w podobnym kolorze. Kiedy wzrok stolarza pada na mój oświetleniowy nabytek, wiem już jaka będzie odpowiedź. Ten charakterystyczny grymas wyrażający mieszankę zwątpienia z niesmakiem, że w ogóle miałam nadzieję na spełnienie mojej prośby, był wystarczającą odpowiedzią. „Ale nieee… To ja nie dobiorę…”. Blaty imitujące marmur tak, gładkie tak, w wielu odcieniach. Deseń imitujący żwirek jest, albo beton. A z drewnianych albo czekolady, albo jakieś jasne. Jeden pasuje do łazienki, ale do lampy już tak średnio. Biorę mimo to. Podoba mi się i będzie dobrze wyglądał. A lampa? No cóż, też będzie wisiała.

Kinkiety łazienkowe nad lustro: „pani, nie ma. Tylko ten, co na ekspozycji. Mogę spróbować sprowadzić, ale nic nie gwarantuję. Nie, no jednak nie ma. To dać ten jeden z ekspozycji?”. Listwy: „pani, nie ma takich jak panele. Trzeba dobrać najbardziej podobne, ale identycznych nie będzie, bo to inny producent robi”. Testery farb: „pani, nie ma. Są tylko z ubiegłorocznej kolekcji, one tu już długo stoją. Mogę wybrać coś podobnego od Śnieżki, ale to nie będzie ten sam kolor”. Drzwi: „jak pani wybierze te drzwi, to ościeżnic takich nie ma. To jest dąb sonoma, a te to są inne, one tych czarnych słojów nie mają, będzie się różniło. Aha i klamki nie są w zestawie. Ani dziurki od klucza”. Meble: „Te co się pani podobają to są, ale do przedpokoju nie ma, bo to co pani widziała w katalogu, to jest produkowane na niemiecki rynek”. Meble wypoczynkowe: „Nie mam tej tapicerki, musiałbym zamówić, ale to się i tak nie da, bo ona jest w pasy. I widzi pani tutaj te zagięcia w oparciu? Tam będą te pasy się schodziły i to będzie brzydko wyglądało, bo taka tkanina to raczej na proste meble, gdzie załamań żadnych nie ma czy pikowania”. Nakładka na parapet: „ja wiem o czym pani mówi, ale my już tego nie sprowadzamy”.

I tak od miesiąca. Od kombinowania, zmieniania koncepcji i szukania oszczędności może rozboleć głowa. Ludzie w sklepach są mili, pomocni, otwarci. Wszystko jakoś idzie, pomysły na zmianę aranżacji napływają i powoli się to wszystko jakoś układa. Szkoda tylko, że tak naprawdę efekt końcowy będzie podobny do pierwotnego pomysłu, a nie będzie jego dokładnym ucieleśnieniem. Będzie tak, jak w życiu. Tak jak chcę, ale właściwie to nie do końca.

Godzę się na to chyba. W końcu i tak czekam z niecierpliwością na finał.

Visualization Level To Hard

Ellen DeGeneres zaprasza do swojego programu małą dziewczynkę, Brielle, która choć ma dopiero cztery lata, ma już całkiem sporo wiedzy o otaczającym ją świecie. Brielle przychodzi z mamą, opowiada krótko co u niej słychać i odpowiada na pytania Ellen z wybranej dziedziny wiedzy. W odcinku, który niedawno oglądałam, na afiszu była biologia. Ellen pokazała dziewczynce tabliczkę z obrazkiem ucha i poprosiła, żeby powiedziała coś ciekawego na temat tej części ciała. Czterolatka opowiedziała jej o płynie w uchu wewnętrznym odpowiedzialnym za równowagę. Wyjaśniła, że właśnie za jego sprawą mamy zawroty głowy, kiedy się kręcimy. Ellen była pod wyraźnym wrażeniem. Po krótkiej pauzie odrzekła odkładając tabliczkę: „zawsze myślałam, że to od Martini, ale w porządku”. Taka jest właśnie Ellen – błyskotliwa, zabawna, ciepła, rezolutna i charyzmatyczna. Poświęca swoim gościom uwagę, pozwala im błyszczeć, ale to dzięki niej jej program jest tak inny niż wszystkie. Pociąga za sznurki, ma w sobie pewność siebie, która nigdy nie przechodzi w arogancję, dlatego jej goście dobrze się u niej czują. Ellen zachowuje w swoim programie pozycję lidera, ale nie dominuje nad rozmówcą. Stoją za nią lata doświadczenia, pomysł na siebie i kilka wyróżniających ją cech, takich jak spójny wizerunek, rozpoznawalny głos, zawsze ta sama, pozytywna energia.

Wiedząc o tym wszystkim, w ogóle się nie dziwię, że Łukaszowi Jakóbiakowi nie udało się z tą jego osławioną wizualizacją. Nie mogło, jeśli środek ciężkości przyłożył nie tam, gdzie powinien. Paradoksalnie, najmocniejsze punkty jego projektu, są jednocześnie tymi najsłabszymi. Jeśli już można chwalić jego pomysł, to przede wszystkim jest to zasługa świetnie odwzorowanego studia show Ellen. To jest bez dwóch zdań kawał dobrej roboty. Wnętrze wygląda tak wiarygodnie, że można pomyśleć, że Lucas pojechał po prostu do LA i wynajął je po godzinach. Niestety, studio nie stanowi o sukcesie programu Ellen. Nie jest przecież nawet specjalnie oryginalne – ekran z palmami i dwa fotele. O sukcesie programu Ellen, stanowi sama Ellen. Bez jej osobowości studio będzie wydmuszką i to właśnie widzimy w Łukaszowej wizualizacji. Właśnie dlatego to wszystko nie zagrało, że Ellen tam po prostu nie ma.

Z tego co Król wizualizacji mówił w swoich wywiadach, przygotowania do projektu trwały trzy lata, a poszukiwanie idealnej Ellen rok. Niestety, w osobie aktorki, która się w nią wciela widzimy najbardziej paradoks studia. Pani Beata jest do Ellen trochę podobna. Może nawet bardziej niż trochę, zwłaszcza po charakteryzacji i z daleka. Nie ma ona jednak w sobie absolutnie nic z osobowości Ellen. Siedzący w studiu Łukasz, natychmiast ją przytłoczył swoją własną charyzmą, której mu zdecydowanie nie brakuje. Jakóbiak to bomba ekspresji, bez trudu przechodzi ze stanu refleksyjnej powagi w stan nadpobudliwego śmiechu, zupełnie jakby do śniadania brał garść antydepresantów i środków uspokajających. Można go lubić lub nie, ale nie ulega wątpliwości, że to mocna, ekstrawertyczna osobowość. Nie minęła chwila, a pewnie wielu widzów oglądających film z wizualizacją zadawało sobie pytanie, kto tu właściwie prowadzi ten program. Odtwórczyni roli Ellen odczytywała swoje pytania, jakby czytała z telepromptera. Nie istniała jako interlokutor, bo nie reagowała na to co mówi Łukasz odbijając piłeczkę – nie żartowała w stylu Ellen. Śmiała się, ale nie żartowała. Patrząc na nią widziałam w niej czynnik kobiecej, matczynej energii. Coś w rodzaju łagodnej troski o grzeczny i elegancki przebieg rozmowy. Abstrahując od orientacji seksualnej Ellen, nie ulega kwestii, że ma ona w głosie jakąś moc i siłę, jest zawsze mocno osadzona w fotelu, ma w sobie jakiś męski pierwiastek dobrego szefa. Pani Beata nie ma go za grosz. W subtelnych gestach i perlistym śmiechu, jest po prostu totalnie inną osobą niż ta, w którą się wciela. Zachodzę w głowę dlaczego nie udało się znaleźć lepszej aktorki? Czyżby zaważyło podobieństwo fizyczne? Było aż tak istotne? Przecież kino i telewizja od lat pokazują, że odgrywanie autentycznych postaci, to coś więcej niż charakteryzacja i fizyczne podobieństwo. Żeby daleko nie szukać, w takiej Dynastii Tudorów widzieliśmy wiarygodnie zagranego króla Henryka VIII, który nie był ani gruby, ani brodaty, ani rudy. I był wybornym Henrykiem.

Zastanowić może też sam scenariusz projektu. Spuszczę zasłonę milczenia na wkręcanie fanom, że Ellen rzeczywiście złożyła Łukaszowi zaproszenie do programu. Na ten wstęp w kawalerce też. Warto pomyśleć kim jest Łukasz Jakóbiak dla Amerykanów i nie chodzi mi o to, że nikim, bo go nie znają. Załóżmy, że dzięki wizualizacji jakaś część Amerykanów i w ogóle zachodnich społeczeństw dowiedziała się, że ktoś taki istnieje. I co? Cóż. Nic. Młody prezenter z obcego kraju, który niektórzy Amerykanie jeszcze kojarzą dzięki Lechowi Wałęsie i Janowi Pawłowi II. Ellen może rzeczywiście mogłaby zaprosić do siebie taką osobę, bo ona lubi ciekawostki i ciekawosteczki z internetów. Publikuje np. zabawne smsy, których sens zmieniła autokorekta, filmiki z psami i kotami, zaprasza ludzi, którzy potrafią zrobić coś niezwykłego, ale, do cholery, to nie są główni goście. Łukasz Jakóbik ze swoim zdjęciem z Lady Gagą czy wywiadem z Anastasią, to nie gwiazda światowego formatu, której Ellen poświęci dwadzieścia minut, jak Natalie Portman z Oscarem na koncie. Łukasz, gdyby został zauważony, byłby miłym przerywnikiem przed Salmą Hayek. Rozmowa trwałaby pewnie kilka minut i skupiła się tylko na pomyśle z wizualizacją, a nie na całej karierze Łukasza. Nie wiem czy wystarczyłoby czasu na panią Beatę na widowni, ale niewykluczone, że Ellen mogłaby być pod wrażeniem determinacji naszego mówcy motywacyjnego i dałaby sobie zrobić z nim selfie. Boję się jednak, że w związku z tym, że film jest za długi, zbyt oderwany od rzeczywistości, a sam Łukasz niepokojąco nadpobudliwy, szanse na to, że Ellen poświęci mu chwilę w swoim programie są marne. Realizacja tego projektu budzi zbyt wiele mieszanych uczuć, a Ellen to nie tylko świetna prezenterka i aktorka, ale też wytrawna bizneswomen. Trudno mi sobie wyobrazić, że w prime time’ie poleci w amerykańskiej telewizji koleś, którego projekt został jednak nieprzychylnie przyjęty społecznie.