Jak Lotta mówi cz. 3

Pierwszy blog założyłam właśnie w liceum i nie miałam na niego pomysłu. Wiedziałam tylko, że będę dzielić się przemyśleniami i chciałam podejmować „dojrzałe” tematy. W owych zamierzchłych czasach wiele blogów wrzucano do dwóch worków, jednego z napisem Pokemony i drugiego z napisem Upadłe Anioły. Jak pewnie wielu pamięta, Pokemony to były blogi dziewczynek z podstawówki, czasem gimnazjum. Kipiały, migającymi elementami graficznymi, emotikonami i były pisane pokemoniastą czcionką – t@ką JaK t@. Cały ten wywołujący cukrzycę design wieńczył brak treści. Wpisy dotyczyły zjedzonych obiadów i wyników w szkole. Wpisy czerwcowe zawierały spis ocen końcowych autorki, zazwyczaj bardzo dobrych. Klasę wyżej, to znaczy nadal na dnie, ale ponad mułem, znajdowały się te drugie twory, Upadłe Anioły. To były blogi starszych dzieciaków, czarne jak smoła i mroczne. Zawierały depresyjne wpisy i  apokaliptyczne wizje przyszłości, będące wyrazem pozornej alienacji ich autorów, bo przecież nastolatka nikt, ale to nikt nie rozumie. Nie chciałam trafić ani do pierwszej, ani do drugiej kategorii, choć chyba zdarzało mi się czasem otrzeć o anielską upadłość.
Pierwszy pomysł był taki, żeby nie pisać o szkole. Żadnych kartkówek z angielskiego, korków z matmy, niesprawiedliwych nauczycieli ani uczniów lizusów. Mój świat miał skupiać się na mniej prozaicznych problemach niż jedynka z chemii czy projekt na technikę. Wolałam pisać o ludziach, emocjach z wysokiego C, jak w amerykańskich filmach, podsumowywać zjawiska społeczne i pisać o sobie. Snuć jakąś opowieść, stworzyć jakiś świat, do którego innym będzie chciało się zajrzeć. Nie brałam pod uwagę, że mogę być krytykowana, nierozumiana lub źle rozumiana. Myślałam, że szybko zdobędę czytelników, z którymi będę rozmawiać wieczorami popijając herbatę. Oto mój cały misterny plan i moje expectations, które zmiotła brutalna reality.
 
Pamiętam, jak opublikowałam wpis powitalny. Krótki i zwięzły. Od razu pomyślałam o tym, że teraz może natrafić na niego ktoś z drugiego końca świata, zupełnie jakby upadły jakieś granice, jakby ten świat przestał mieć bariery. Wyłączyłam komputer i idąc do sklepu zastanawiałam się co też zastanę za kilka godzin, kiedy znów się zaloguję. Zastałam jeden komentarz. Kwadratową ściankę tekstu, składającą się z gradu najbardziej niewyszukanych obelg pod moim adresem. W pierwszej chwili zrobiło mi się gorąco. Kto mógł napisać coś takiego? Skanowałam w głowie twarze osób, które mogą mnie z jakiegoś powodu nie lubić, ale przecież nikt jeszcze nie wiedział o tym blogu, więc tego nie mógł napisać nikt znajomy. Kiedy dobiegłam do połowy tekstu nieoczekiwanie zrobiło mi się wesoło. Nie ma chyba takiego wysiłku, na jaki musiałabym się zdobyć żeby napisać coś takiego. Ten wyziew był tak… bezosobowy, że z obraźliwego zrobił się groteskowy, jak tekst przetłumaczony przez translator. Jak tylko skończyłam czytać, zadzwoniłam do K. To on mnie zainspirował do założenia bloga, bo sam prowadził swój od wielu miesięcy. Powiedział, że dostałam ten komentarz, bo jestem nowa i wyskoczyłam na stronie głównej serwisu. To nie było nic osobistego, tylko złośliwość jakiegoś idioty, który wysyła takie kwiatki powitalne wszystkim nowicjuszom. Poradził żeby nie odpowiadać i skasować komentarz. Tak też zrobiłam i… Na moim blogu znów zrobiło się cicho, spokojnie i pusto. Wtedy postanowiłam się jakoś wypromować i poinformować koleżanki, że piszę, że mają wchodzić, komentować i rozsyłać link znajomym, jeśli im się blog spodoba. Pisałam i czekałam na odzew. No i odzew przyszedł po jakimś czasie, ale bynajmniej nie taki, jakiego się spodziewałam. Koleżanki grzecznie ustosunkowując się do mojej prośby czytały, a potem pisały mi w komentarzu, że… Tak jak obiecywały przeczytały mój wpis, a blog jest bardzo ładny. I że pozdrawiają.

„Wiesz, tak nie do końca o to mi chodziło” – tłumaczyłam. „Dzięki za poświęcony czas, ale wolałabym komentarz do treści zamiast pozdrowień. Rozmowę, albo polemikę…” M. stała w bezruchu patrząc na mnie wielkimi oczami. „W sumie to nieważne. Po prostu, jak chcesz to zaglądaj”. No i skończyło się zaglądanie. Moje koleżanki nie interesowały się blogami, nie czytały ich i nie bardzo ogarniały o co mi chodzi, a mnie nie pozostało nic, jak tylko to uszanować. Przyszli za to ludzie z zewnątrz. Jakaś poczta pantoflowa, wyszukiwarka, dojście przez komentarze i zrodziło się z tego kółko odwiedzających mnie osób, głównie tych, którzy sami mieli blogi. Małe, bo małe, ale ci ludzie przychodzili, bo chcieli. Byli też tacy, którzy zaglądali, ale nie komentowali i o nich początkowo nie wiedziałam, bo nie śledziłam żadnych statystyk.

Żyjąc sobie w świadomości, że moja radosna twórczość pozostaje na marginesie internetu, poczułam, że tak naprawdę piszę pamiętnik dla pięciu osób. Niby otwarty, bez kluczyka i kłódki, ale nieodszukiwalny w czeluści internetowego szumu informacyjnego. Nic nie stało więc na przeszkodzie, żeby czasem otworzyć się bardziej. Nałożyć bezpieczny filtr w postaci zmiany imion, użycia pseudonimów i opisania czegoś bardziej osobistego. A co innego może opisać nastolatka, której wydaje się, że pozjadała wszystkie rozumy, niż jej własne wchodzenie w dorosłość? To był taki burzliwy czas, kiedy potrafiłam wzruszyć się filmem czy książką i siedzieć zasmarkana przez pół godziny, ale nie byłam zdolna przejąć się losem kolegi z bloku obok, choć jego perypetie był równie bolesne co bohatera filmu, który mnie poruszył, tylko po prostu okoliczności mniej filmowe, a kolega nie tak przystojny… Nie mam do siebie pretensji, mój rozwój emocjonalny był wprost proporcjonalny do wieku. Mogłam jednak nie igrać z losem, nie wywalać na wierzch tego, co najbardziej intymne nie tylko dla mnie, ale i osób, z którymi skrzyżowały się moje drogi, a to już robiłam dość świadomie. Doskonale wiedziałam, że przesuwanie granicy będzie interesowało moich czytelników, że chcą autentycznych emocji, przysłowiowej krwi i spermy, a nie głębokiego teoretyzowania o miłości. Chciałam być ciekawą osobą i bałam się trochę, że moi goście odejdą i nie wrócą, jeśli nie będą wszystkiego dostawać więcej i więcej, więc podsycałam ich wyobraźnię kolejnymi opisami miłosnych podbojów. Niewiele ubarwiałam i choć nigdy nie oddałam pierwszeństwa cielesności, to wrzucałam ją gdzie bądź.

Chodziłam wtedy do pewnego klubu na piątkowe imprezy. Bar, stoliki i sala mieściły się w ciemnej piwnicy, było kameralnie i klimatycznie. Było też rzecz jasna głośno, więc okolice przytoaletowe stanowiły doskonałą przestrzeń wytchnienia, gdzie można było porozmawiać z kimś nie drąc się do niego. Stojąc w kolejce do toalety na korytarzu nagle usłyszałam, jak ktoś mnie woła. Jakaś dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widziałam siedziała na podłodze. Podeszłam do niej, i przykucnęłam (tu gdzie byłyśmy muzyka nadal docierała i trochę zagłuszała rozmowy). „Ty piszesz blog, prawda?”. Trochę mnie zamurowało. „Tak piszę…” Odpowiedziałam próbując zamaskować zakłopotanie uśmiechem. Bałam się, że ona powie mi, że piszę jakieś zbereźności, ale usłyszałam: „Lubię go czytać, bardzo chciałam cię poznać”. Poczułam się wyróżniona. Ta odpowiedź wykopała moje ego wprost na księżyc, ale… Zdałam sobie sprawę, że ja nic o niej nie wiem, a ona wie co ja robiłam wczoraj. Wie też wiele innych rzeczy, o których powinnam wiedzieć właściwie tylko ja (i moich kilku czytelników, z którymi miałam nigdy się osobiście nie poznać). Rozmawiałyśmy przez chwilę. Powiedziałam jej że mam nadzieję, że będzie okazja pogadać na spokojnie i jeśli chce, to zawsze może się ze mną skontaktować przez mój blog. Nie skontaktowała się, ale kilka tygodni później spotkała mnie podobna sytuacja. Poszłam na piwo ze znajomym. Miała być też jego siostra i jej koleżanki. Nie pamiętam już ile osób było przy stoliku. Może siedem? Siedzimy, jest miło, ale mam nieodparte wrażenie, że tylko alkohol mnie rozluźnia. Nie znam zbyt dobrze tych dziewczyn, więc jestem trochę sztywna. W końcu dochodzi do takiej sytuacji, kiedy chcę opowiedzieć jakąś zabawną historię i słyszę: „wiem jak to się skończy, pisałaś o tym”. Po tym zdaniu następują śmiechy i rozmowa trwa w najlepsze. „Co to znaczy pisałaś o tym?” – pytam stanowczo i na moment robi się cicho. „No twoim blogu. Wszystkie go czytamy. Spokojnie, jesteśmy twoimi fankami”. Dwie sekundy pauzy i znów robi się gwarno. No to ilu was jest, do cholery…

Wracam do domu, zasiadam przed komputerem i szukam jak sprawdzić takie informacje. Okazuje się, że najlepiej jest zainstalować program śledzący statystyki, przez dodanie go do kodu strony. Robię to, a na moim blogu pokazuje się baner dzięki któremu już jutro o tej samej porze, będę wiedziała ile osób przyszło w ciągu ostatniej doby. Wyniki mnie nie powalają, okazuje się, że te spotkania z czytelniczkami były trochę dziełem przypadku. Zagląda do mnie od dwudziestu do stu osób dziennie. Część wyszukuje mnie w wyszukiwarce wpisując nazwę bloga z literówkami. Czasem o tym, że ktoś zajrzał decydowała zbieżność wpisu z zagadnieniem z wyszukiwarki. Wiele adresów ip wskazywało na moje miasto i okolice. Koniec końców, potwierdziło się, że jednak nie zagląda do mnie tylko pięciu komentujących blogerów… Nie wiedziałam jednak, że wśród czytelników jest ktoś, na kim bardzo mi zależy. I ten ktoś nie jest dumny z wyczynów, które opisuję.

Advertisements