Francja po raz pierwszy.

Kiedy pierwszy raz pojechałam do Francji miałam siedem lat i moje życie było proste. Nieustannie zapuszczałam włosy, które miały urosnąć do balu przebierańców do pasa i codziennie je mierzyłam. Niestety, moja mama regularnie przyprowadzała mnie do fryzjera utrzymując, że jeśli chcę, żeby włosy szybciej rosły, muszę podcinać końcówki. W ten sposób zawsze sięgały tylko do ramion.

Innych problemów nie miałam. Nie miałam też konkretnych marzeń, nie zastanawiałam się kim zostanę w przyszłości, a kiedy ktoś dorosły o to pytał i odpowiadałam, że nie wiem, słyszałam zwykle: pewnie lekarzem, jak tata. Wtedy odpowiadałam, że na pewno nie, bo „zasypiam” na widok krwi. Raz otarłam sobie rękę o tynk na domu dziadów i kiedy przyszłam do kuchni po plaster, zaczęłam narzekać na ekstremalne zmęczenie i ostrzegać mamę, że już nie wytrzymam i zaraz zasnę. Niby nic strasznego, ale od tamtej pory nie podchodziłam nawet do tej ściany, o którą się zraniłam. W każdym razie, naprawdę nie wiedziałam kim chcę być w przyszłości – żyłam chwilą. Nie zajmowało mnie nic poza tym, co jest tu i teraz. Jako dziecko szczęśliwe i wolne nie byłam również zmuszana do niczego, co nie było konieczne. Chodziłam do szkoły, jak wszystkie dzieci, ale porezygnowałam prawie ze wszystkich zajęć dodatkowych, które proponowali mi rodzice, m.in. z lekcji pianina i tenisa. Naprawdę dobrze czułam się tylko w wodzie i z umiarkowanym entuzjazmem chodziłam na angielski, więc został tylko język i basen. Tata kochał języki bardziej niż ja, przynajmniej wtedy. Mówił biegle po angielsku i uczył się francuskiego, na te nasze wakacje, a ja nie zapamiętałam ani jednego słowa, choć kręciłam się po pokoju, kiedy słuchał tych swoich kaset przy wielkim radiomagnetofonie – prezencie ślubnym. Kilka tygodni i już umiał zamówić kawę, zapytać o drogę, zarezerwować pokój w hotelu… Ja w tym czasie uczyłam się latać i wisiałam na drążkach przed blokiem głową do dołu.

Nie ma co się dziwić, że na myśl o wakacjach we Francji budzi się we mnie kolorowa plątanina wspomnień niezwiązanych stricte z tym krajem. Te historie, które stamtąd przywiozłam mogłyby zdarzyć się wszędzie indziej i dlatego kiedy trafiłam do Francji po raz drugi, nie czułam, że do niej wróciłam.

Francja mojego dzieciństwa kręci się wokół pola namiotowego pod Paryżem. Doskonale pamiętam duży, niebieski namiot, który miał dwa pomieszczenia i można było w nim stać. Pamiętam też długą podróż i moje tylne siedzenie w samochodzie, które mama zapełniła moimi ulubionymi zabawkami. Nie zapomnę nigdy nowych sukienek dla lalek Barbie, które czekały na mnie na termolodówce za siedzeniem pasażera. Zajęły mnie na kilka godzin, zwłaszcza, że rzep zielonej był trochę za wąski i sukienka ciągle rozpinała się lalce na plecach, z czym zaciekle walczyłam. Potem przez długi czas leżałam i kopałam w siedzenie taty, aż w końcu, w wyniku mojej ciężkiej pracy, skóropodobna tapicerka oparcia dała za wygraną i po cichutku zdarłam pokaźnej długości, wąski pasek materiału. Nie zerwałam go na szczęście, więc tata dał radę później przyszyć go czarną nicią. Długa droga była dla mnie zawsze największym koszmarem, zwłaszcza, że często podczas jazdy cierpiałam na zawroty głowy. Nie wiem czemu, ale nigdy się do tego nie przyznałam, założyłam chyba, że każdy tak ma i to po prostu niewygoda wielu godzin telepania się. Później trzeba było jeszcze „pokazać się panu” w okienku na granicy i już czułam, że jestem odrobinę bliżej celu, który wybrali rodzice.

Pole campingowe było duże, wygodne i strzeżone. Mieliśmy butlę gazową i garnki, dmuchane materace, z których pourywały się zatyczki, więc zostały zastąpione moimi kredkami, i dużo jedzenia. Wśród jedzenia były kartony z sokiem jabłkowym. Boże, jak on mi smakował. Nie chciałam pić niczego innego, wydawało mi się, że piję po prostu płynne jabłka…
Wszędzie było pełno samochodów i podobnych namiotów. Był plac zabaw dla dzieci i wspólne toalety i prysznice. Pryszniców nie pamiętam, ale toalety jak najbardziej. Pewnego dnia, kiedy bawiłam się na terenie campingu poszłam do budynku z toaletami, weszłam do pierwszej kabiny, zamknęłam ją od środka, wdrapałam się na deskę klozetową, potem na spłuczkę i przeskoczyłam górą przez ściankę do drugiej, którą też zamknęłam. Potem tym samym sposobem dostałam się do kolejnych, aż pozamykałam wszystkie. Później wlazłam na klamkę i przeskoczyłam przez drzwi.
Od urodzenia psociłam, np. zamieniałam kurki z ciepłą i zimną wodą, wpuszczałam rodzicom chomika pod kołdrę w niedzielny poranek, odkleiłam strzałkę z szyldu, która wskazywała gdzie znajduje się optyk (w którym moi rodzice płacili akurat za oprawki dla mnie) i przykleiłam ją tak, żeby wskazywała odwrotny kierunek. Wspomniane kabiny zamknęłam rano, a potem poszłam zwiedzać Paryż. Wieczorem, kiedy przyszłam z mamą na siku, w toalecie stała kolejka. Ustawiłyśmy się w niej, a ja milczałam dobrych kilka minut, aż w końcu znudziłam się i powiedziałam, że to ja zamknęłam kabiny rano. Zdziwienie mojej mamy było bezcenne, nie miała pojęcia jak to zrobiłam. Pamiętam jak dziś jej słowa: Martunia, otwórz paniom toalety. Wtedy podsunęłam pod drzwi mały kosz na śmieci, wskoczyłam na klamkę, do kabiny, i za chwilę wyszłam drzwiami.
Nie przypominam sobie, żebym za jakiekolwiek żarty oberwała.

Jako dziecko byłam też dużo bardziej otwarta niż dzisiaj, więc z chęcią szukałam kompanów do zabawy. Jestem jedynaczką, która nigdy nie cierpiała z tego powodu, ale towarzystwo rówieśników budziło we mnie entuzjazm. W Polsce miałam ich pod dostatkiem, ale we Francji? We Francji miałam tylko plac zabaw, a że uwielbiałam huśtawki, to przychodziłam tam kiedy tylko mogłam. I tam właśnie poznałam małą, śliczną Angielkę. Miała brązowe, kręcone włosy i prawie zawsze biegała boso. Miała brudne stopy i ręce i była bardzo energiczna. Mówiła do mnie bez przerwy, a ja nic nie rozumiałam. Rozumiałam za to co pokazuje mi palcem i biegałam za nią. Kręciłyśmy się na karuzeli, huśtałyśmy się, pokazałyśmy sobie nawzajem swoje zabawki. Pamiętam moment, kiedy Angielka nie chciała wrócić do swojego namiotu, choć mama wołała ją kilka razy. W końcu przyszła po nią, wsadziła ją sobie pod pachę i zaniosła przed namiot, gdzie na rozkładanych krzesełkach siedziała reszta rodziny. Widziałam jej namiot ze swojego. Kiedy tylko mama zestawiła ją na ziemię, dziewczynka usiadła po turecku tyłem do rodziny, wsparła brodę na rękach, a łokcie na kolanach. Czy potrzebny był mi jakikolwiek język? Nie było wątpliwości, że jest naprawdę obrażona. Wieczorem podeszłam do taty i powiedziałam mu, że ta dziewczynka ciągle mówi do mnie „talk to me in English”, a ja nie wiem co to znaczy. Kiedy się dowiedziałam, to odpowiadałam jej później, żeby to ona mówiła do mnie po polsku. Bezskutecznie rzecz jasna.
W końcu przyszedł dzień, kiedy zarówno mała Angielka, jak i my, musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Wtedy ona przyszła do mnie z mamą i podarowała mi Alfa, którego można przyczepić do ubrania. Przytuliłam ją i pobiegłam do samochodu po maskotkę dla niej. Szybko wybrałam coś odpowiedniego, ale kiedy wyszłam z samochodu okazało się, że nikt na mnie nie czeka. Pobiegłam do miejsca, gdzie stał jej namiot, ale nikogo i niczego już tam nie było. Obiegłam camping, zajrzałam na plac zabaw i do łazienek, ale przepadła jak kamień w wodę. Nie pożegnałyśmy się jak należy, nic jej nie dałam i czułam się z tym okropnie przez cały dzień. Tuliłam Alfa i miałam ochotę zagryźć tapicerkę ze zgryzoty, kiedy tata włączył silnik.

Pamiętam jeszcze wiele spotkań z innymi dziećmi, np. dziewczynkę z Centrum Pompidou. Świetnie się z nią bawiłam, choć tylko jeden dzień. Nie wiem skąd była, nie pamiętam jej imienia. Najlepiej pamiętam chyba chłopca, którego poznałam w Czechach. Woził mnie na ramie swojego roweru i umawiał się ze mną co rano przed hotelem. Czekałam na niego na balkonie, potem machałam mu i zbiegałam na dół. Nie zdawałam sobie wtedy jeszcze sprawy z tego jak podobny jest czeski do polskiego i wydawało mi się, że to ja nauczyłam go polskich słów, które on jakoś dziwnie przekręca…


Ja i dziewczynka z Centrum Pompidou.

Wracając jednak do Francji. Pamiętam główne zabytki, wieżę Eiffla, Luwr, oczywiście Disneyland i Łuk Triumfalny. Wrażenie, jakie wywarł na mnie Łuk pamiętam do dzisiaj. Jak wspominałam, żyłam tym co mnie otaczało, nie zaglądałam do przeszłości, choć ją już wtedy zbierałam i segregowałam wspomnienia. Jeszcze niczego nie planowałam i na nic nie czekałam. Po prostu, wstawałam rano, brałam rodziców za ręce i szliśmy gdzieś coś oglądać. Nie spodziewałam się więc, że kiedy wyjdę podczas wieczornego spaceru z podziemnego korytarza pod rondem na Placu de Gaule’a, to moim oczom ukaże się przeogromny, podświetlony na żółto Łuk. Ta niespodzianka wprawiła mnie w osłupienie, zabytek wyglądał jak brama do jakiejś zaczarowanej krainy i rozbudzał moją wyobraźnię bardziej niż cokolwiek innego. Trzy tygodnie we Francji to też Wenus z Milo, obrazy puentylistów, bagietki jedzone na schodach, tłum przy Mona Lisie, pieczątka na ręce po wyjściu z Disneylandu, pomnik Chopina, gorące metro, a w metrze pierwsza kobieta z dredami, jaką kiedykolwiek widziałam. Wyglądała jak Whoopi Goldberg, uśmiechała się do mnie, brała włosy do rąk i pytała bezgłośnie z sąsiedniego siedzenia czy mi się podobają. Strasznie się wstydziłam, ale nie mogłam przestać na nie patrzeć. Później zobaczyłam na peronie śliczną, małą Azjatkę w jasnej sukience. Biegała po drugiej stronie torów i nawet mnie nie widziała. Wtedy chyba pierwszy raz popatrzyłam na siebie z rozczarowaniem. Azjatka, mała Angielka, Murzynka z metra… Byłam przy nich do bólu zwykła. Wielkie okulary (które sama sobie wybrałam), szare włosy i oczy, wystające kolana i pyzata twarz. Czułam się jak wzór przeciętności, żeby nie powiedzieć brzydoty. To uczucie zostało ze mną na długo i choć nie tonęłam w przesadnych kompleksach, to miałam wielką nadzieję przepoczwarzyć się w coś innego. Mama wydawała mi się podobna do księżnej Diany, więc miałam nadzieję, że może z czasem zgubię wygląd żeńskiej wersji Paula z serialu Cudowne Lata i stanę się podobna do niej. Dziś oglądam stare zdjęcia i z uśmiechem patrzę, na małą dziewczynkę, którą już nie jestem, ale świetnie ją znam i widzę wciąż w chudych nadgarstkach i okrągłej twarzy…

Po trzech tygodniach wszystko się skończyło. Skróciliśmy wyjazd, bo tata znów źle się poczuł, choć przecież rok wcześniej pokonał chorobę. Gdy wróciliśmy do Polski miał już przerzuty.

Advertisements

Jak pakować się z głową?

Życie było, jest i będzie trudne i upierdliwe. Choć rozwój technologiczny przynosi nam coraz więcej ułatwień, jak smartdomy i samochody, które same parkują, to jednak i tak niewiele się w kwestii obciążenia życia zmienia.
Dawno, dawno temu człowiek musiał prać ręcznie w strumieniu, wszystko sobie wyhodować i ugotować, ale nie chodził do szkoły, do pracy, żył w wielodzietnej rodzinie, gdzie łatwo było podzielić obowiązki i nie ruszał się z miejsca urodzenia i zamieszkania dalej niż jakieś dziesięć kilometrów. Dzisiaj mamy wszystko „super”, „hiper” i „ultra”, ale ten nawał urządzeń, sprzętów i wspomagaczy życia wymaga konserwacji, organizacji i otwiera możliwości zdeterminowania swojego życia przez nowe czynniki. Taki samochód, na przykład pozwala na podjęcie pracy w sąsiednim mieście czy dowożenie dziecka do szkoły położonej daleko od miejsca zamieszkania, i już żyjemy inaczej niż nasi pradziadkowie. Wydaje mi się, że tak naprawdę ilość ułatwień w życiu jest wprost proporcjonalna do utrudnień, a dziś życie wygląda po prostu inaczej niż kilkadziesiąt dekad temu (nie mówiąc już o setkach lat). Dlatego trochę mnie wkurza, jak słyszę od starszych ludzi, że dzisiejsza młodzież nic nie musi robić, bo od wszystkiego ma sprzęty. W dupach się tym młodym przewraca! Ich babcie prały tetrowe pieluchy we Frani, wszystko musiały własnymi rękami robić, a dziś te młode matki mają wszystko w sklepach, na wyciągnięcie ręki i one mówią, że czasu nie mają! Wstyd!
Taaa… Co z tego, że ta młoda matka musi dzieciaka do samochodu zapakować, w foteliku zapiąć i odstać swoje w korku, zanim się dobierze w wielkim markecie do tych pieluch. Nie wspomnę już o tym, że jeszcze szuka po drodze miejsca parkingowego, wypłaca pieniądze z bankomatu, robi inne zakupy i odbiera paczkę w paczkomacie Inpost z zamówionym na Allegro czymś tam. Babcia, owszem prała, ale nie miała innych zobowiązań, bo wiele rzeczy, takich jak sprzedaż wysyłkowa czy centra handlowe nie istniało. Tak jak nie było wielu zawodów, które istnieją dzisiaj.

Będąc więc świadomą, że życie jest upierdliwe i brutalne, niezależnie od czasów w jakich żyjemy, staram się szukać przydatnych gadżetów i różnego rodzaju lifehacków, które mogłyby pomóc mi trochę je ułatwić. A nawet ułatwić najbardziej, jak się da (ale nie bardziej, niż najbardziej jak się da), żeby się jakoś wygodniej kręcić w tym błędnym kole. Jest to dla mnie szczególnie ważne, bo mam wrażenie (z pewnością nie do końca zgodne z prawdą), że zawsze wybieram najdłuższą drogę do rozwiązania najprostszego problemu – np. jak mam poprzecinać kartki na pół, to robię to pojedynczo, żeby pod koniec pracy zorientować się, że trzeba było złożyć kilka i przeciąć je razem (no wiem, facepalm).

Trochę podobnie jest z organizacją podróży. Praktycznie zawsze jestem przepakowana i mam pełno dodatkowych ubrań „na wszelki wypadek”. Od zawsze tak było, w szkole najdłużej zbierałam rzeczy po w-fie, łaziłam z jakimiś dodatkowymi reklamówkami, miałam wielką śniadaniówkę i ciężki plecak, a koleżanki zawsze musiały na mnie czekać. Dziś staram się z tym walczyć i szykując się do najbliższej podróży, która już niedługo, wpadłam na dwa genialne pomysły związane z pakowaniem. Może się komuś przydadzą, choć mam jakieś dziwne wrażenie, że już dawno wszyscy poza mną na to wpadli.

Po pierwsze – moim problemem w każdej podróży było sensowne spakowanie kosmetyczki. Kończyło się to tak, że wszystko w niej ładnie ustawiałam i utykałam, a potem i tak wszystko było w niej porozrzucane, a biżuterii nie mogłam znaleźć. Ostatnio po przyjeździe na narty wyciągnęłam krem w tubce, który widocznie się ścisnął i jak go otworzyłam zaczął płynąć niepohamowanym strumieniem. Do tego dochodziło codzienne szukanie kolczyków do pary. Trzymałam je w kieszonce wszytej do kosmetyczki i codziennie rano nurkowałam do niej ręką i zaczynała się gra w „namacanie” tych, które chcę wyjąć.

Po drugie – płynne kosmetyki typu żele pod prysznic i szampony. Miniaturki podróżnicze są drogie, więc raczej brałam ze sobą duże butelki, nawet jeśli wiedziałam, że skoro wyjeżdżam na dwa tygodnie, to pewnie wszystko przywiozę opróżnione do połowy. Butelki pchałam między ubrania w walizce i wkładałam je do pojedynczych woreczków, gdyby coś się wylało.
Na szczęście, niedawno odkryłam coś, co pewnie od dziesięcioleci oferują drogerie – puste buteleczki o pojemności 100ml na kosmetyki.

Znalazłam je w Empiku i kosztowały 14,90zł. W opakowaniu znajdują się cztery butelki, w tym jedna z pompką, jedna z atomizerem i po dwa słoiczki, a wszystko jest w wygodnej kosmetyczce. Kiedy tylko kupiłam ten wspaniały zestaw, to przyszło mi do głowy, że przecież do słoiczków mogę włożyć kolczyki i skończyć z tą niewygodną kieszonką. Potem, wchodząc chyba na wyżyny swojej pomysłowości, doszłam do wniosku, że mogę kremy w tubkach włożyć do plastikowego pojemnika na jedzenie i one się wtedy nie zgniotą. Potem mogę wszystko poukładać obok siebie, żeby się pozakleszczało i nie ruszało i… voila!

Do tego jeszcze planuję kupić cienkie pokrowce z materiału na ubrania do walizki. Igor mówił, że można je znaleźć w Ikei. Mają różne wielkości i można w nich pochować rzeczy tematycznie, np. same spodnie, skarpety, swetry itd., a potem ułożyć takie zapięte na zamek kostki w walizce. Nie ma szans żeby coś się pomieszało i żeby trzeba było przewracać walizkę do góry nogami w poszukiwaniu konkretnej rzeczy. Czad.

Do tego wszystkiego kupiłam sobie już rok temu funkcjonalny gadżet, jakim jest przenośny router na USB. Korzystam z niego na działce, gdzie mam Internet na wiadra, którego prędkość testuje moją cierpliwość, ale jak ma się kilka urządzeń z wi-fi, to można dzięki takiemu maleństwu skakać między nimi, zamiast przekładać modem 3G i to jest jakaś wygoda. Oprócz tego, router jest powerbankiem, więc może się przydać w podróży. Kupiłam go internetowo od producenta, firmy Wifi Partner (zdaje się, że już nie istnieje) i kosztował chyba około 70zł, więc niewiele.

I ostatnia rzecz, która ułatwia mi wyjazdy, czyli lista rzeczy do zabrania zapisana w komórce. Pół życia robiłam kartki, aż w końcu przerzuciłam się na notatnik OneNote. Można w nim zaznaczać ptaszkami co ma się już spakowane, rysować palcem i synchronizować go z innymi urządzeniami. Teraz nie robię żadnych nowych list, mam jedną, do której tylko dodaję rzeczy, jak coś mi się przypomni. Skoro na dwóch wyjazdach się sprawdziło i niczego mi nie brakowało, to znaczy, że ta lista jest dobra. Oczywiście na wyjazd zimowy zabieram inne rzeczy niż na letni, więc jak widzę na liście punkt: strój kąpielowy, to go po prostu pomijam.

Jakiś czas temu przeszukiwałam Internet w celu znalezienia jakichś ciekawych lifehacków podróżniczych i gadżetów dla podróżników, ale nie znalazłam nic ciekawego. Głównie gadżety dla biwakujących, typu przenośny prysznic, albo sposób na przewiezienie wódki w butelce na płyn do płukania ust – nic dla mnie. A Wy, macie jakieś pomysły na ułatwienie sobie życia w podróży? Na to, żeby walizka ważyła mniej, żeby nie objuczyć się jak koń pociągowy wyjeżdżając, albo skrócić czas pakowania się? Czy to jest w ogóle możliwe? Czy 50 lat temu pakowanie się mogło być łatwiejsze, albo trudniejsze niż dzisiaj?

A oto spakowana kosmetyczka, w której wszystko pasuje…

Buteleczki z żelami i balsamami…

I słoiczki na biżuterię…

Święta, święta.

Tak spontanicznie i na szybko, ale szczerze, chcę życzyć wszystkim wierzącym, niewierzącym i wątpiącym wesołych świąt czy też miłego wolnego (happy holidays, jak to się politycznie poprawnie mawia w USA).

Mam dla Was piosenkę w temacie boskim, która może posłużyć również jako powtórka z angielskich okresów warunkowych. Zachęcam, jeśli macie cztery minuty i pięćdziesiąt dwie sekundy.