Świecidełka.

Dziś będzie lekki temat biżuteryjny. Na wstępie powiem, że nigdy nie byłam fanką biżuterii ręcznie robionej. Denerwowała mnie jej widoczna amatorskość, pomimo ogromu pracy, który często był w nią włożony. Nie mówię tu o misternej biżuterii, którą ktoś robi sam z kawałków metalu, które sam przycina, a potem lutuje lutownicą, mówię raczej o tej koralikowej, mulinowej, z biglami samodzielnie skręcanymi z miękkich drucików. Zamiast kupować takie rzeczy u koleżanek, wolałam dołożyć i kupić sobie coś w sklepach z biżuterią typu Bijou Brigitte czy w Reserved. Buszowanie przy stoiskach z biżuterią to moja wielka pasja, jestem jak sroka, nie ominę żadnego wieszaka, na którym połyskują pierścionki, bransoletki i łańcuszki. Podchodzę nawet do tych w sklepie z butami i w Pepco.

Nie oznacza to jednak wcale, że kupuję dużo biżuterii. Jestem bardzo rozsądna, staram się nie kupować rzeczy podobnych do tych, które już mam, albo takich, których nigdy nie założę. Zwracam też uwagę na to jak wyglądam i czuję się w danej biżuterii. Wiem, że źle wyglądam w dużych kolczykach, jaskrawych kolorach (moja skóra jest na nie za blada i wygląda przy takich kolorach jeszcze bladziej), w ogóle w dużej biżuterii. Drewniane, masywne bransolety na mojej ręce zwanej przez moją mamę wicią, sprawiają, że wyglądam jak szkielet w bransolecie. Nie najlepiej też czuję się w takich rzeczach, jest mi po prostu niewygodnie. To już wyklucza część asortymentu. Druga sprawa jest taka, że jestem niezwykle wybredna. Często patrzyłam na kolczyki i myślałam: fajne, ale za długie, fajne, gdyby nie te kryształy… Fajne, gdyby nie dyndały im te flaki z piórkami, fajne, gdyby nie ten kolor. No i takim sposobem raz na jakiś czas coś przemówi i kupuję, ale z reguły kończy się na oglądaniu.

Okazuje się jednak, że z czasem w Internecie pojawiły się sklepy, w których można dostać półfabrykaty do robienia biżuterii, dokładnie takie same, z jakich zrobiona jest biżuteria w sieciówkach. Taka biżuteria może mieć więc osobisty charakter, być oryginalna i nie wyglądać jak te tanie, ręcznie robione muliny i plastikowe koraliki. Wybór jest przeogromny, a w sieci jest mnóstwo filmów instruktarzowych, które pokazują jak łączyć ze sobą elementy. Wybrałam więc jeden ze sklepów i zrobiłam zakupy, a efekty moich pierwszych działań wyglądają tak:

Pierwsza była broszka do spinania zimowego szala w kolorach różowym i szarym, na którym leży. Zostawiłam go też jako tło dla pozostałej biżuterii

Potem były dwie bransoletki, różowa, bardziej na lato, choć nie tylko i granatowa, z założenia bardziej elegancka.

Potem zrobiłam jeszcze taką skromniejszą z ostatków. Fajnie pasuje do sportowego zegarka na kolorowym pasku.

I na końcu długi wisiorek z dwóch łańcuszków. Cały czas zastanawiam się czy jeszcze czegoś do niego nie dołożyć…

Po prawej wrzuciłam baner sklepu, w którym kupiłam wszystkie półfabrykaty. Polecam go, można płacić przez PayPala, szybko odpowiadają na maile jeśli czegoś nie ma, towar jest wysokiej jakości. Jeśli ktoś jest początkujący, jak ja, to polecam rozrysowywanie sobie poszczególnych zawieszek na kartce w formie schematów 1:1 – naprawdę można się zdziwić jak coś przychodzi, bo na zdjęciu wyglądało na małe, a jest duże, albo na odwrót. Niezbędne będą też szczypce do rozwierania ogniwek czy zwijania szpilek. Przydadzą się też cążki, ewentualnie obcęgi i dobre nożyczki. Bez tego ani rusz, więc trzeba kupić, jeśli się nie ma, bo chyba trudno wyobrazić sobie zamienniki.

Najgorsze jest wybieranie. Potem praca nad własną biżuterią daje mnóstwo satysfakcji.

Advertisements

Życie Ma.

Zawsze byłam osobą niepoukładaną (przestanę to w końcu podkreślać, obiecuję). I w tym niepoukładaniu kryły się jakieś przebłyski skrupulatności. Chodzi mi o to, że często zajmowałam się czymś nieistotnym, na co nie miałam czasu, ale w sposób bardzo dokładny. Takie zachowanie sprawiało, że wypełnianie przez mnie różnych obowiązków to był istny rollercoaster – raz robiłam coś wzorowo, raz bardzo słabo, czasem na kolanie, na rzecz innych, nieważnych spraw, żeby zaraz coś znów dopiąć jak należy. Można było się po mnie spodziewać raz najlepszego, raz najgorszego referatu w klasie, raz spóźnienia 15 minut na spotkanie, a raz przyjścia na czas. Brak odpowiedniej organizacji czasu i dojrzałego podejścia do zadań, które muszę wykonać, to jest moja największa pięta achillesowa. W związku z powyższym, to aż zadziwiające i trochę do mnie niepodobne, że przygotowania do świąt Bożego Narodzenia, które niedawno minęły, zaczęłam w połowie listopada. To był chyba ten moment w mojej amplitudzie skrajności, kiedy udało mi się stanąć na wysokości swojej inteligencji i wykoncypować, że jeśli coś nie pójdzie po mojej myśli, to muszę mieć czas, żeby to ewentualnie naprawić lub zmienić plan, więc lepiej nie czekać.

Jako osoba kreatywna i szukająca ciągle drogi ujścia dla tej kreatywności, postanowiłam pobawić się w robienie styropianowych bombek metodą decoupage’u. Miałam ich do wykonania sporo, bo część dostała przeznaczona na prezent. Prace związane z decoupage’em nie wymagają moim zdaniem wielkich zdolności plastycznych. Raczej pomysłowości, zmysłu estetycznego, pracowitości i dokładności. Samemu nic nie musimy malować, składamy raczej gotowe elementy. Nad bombkami pracowałam kilka dni, jeden etap po drugim. Najpierw szlifowanie i podkład, potem szlifowanie podkładu, potem wybór elementów z serwetek i wycinanie ich itd. W międzyczasie szukałam w Internecie nowego dywanu i poszewek na poduszki do dużego pokoju, co okazało się niezwykle czasochłonne i postanowiłam zainwestować w ręcznie robioną biżuterię, do której wykonania musiałam kupić półfabrykaty. Kilka dni szukałam inspiracji i informacji czego mi potrzeba do wykonania biżuterii oraz dobrego sklepu, w którym jednorazowo wszystko zamówię. Poza tym cały czas dostawałam pracę od mojego zleceniodawcy i powoli musiałam brać się za świąteczne sprzątanie. Takie z pastowaniem wszystkich podłóg, a co za tym idzie z wystawianiem mebli i zwijaniem dywanów, szorowaniem łazienki, kuchni, mikrofali, piekarnika… Widomo jak to wygląda, nawet jak się sprząta na bieżąco, to nie da się tego zrobić w jeden dzień. Do tego zakupy i jeszcze inne prezenty, które zamawiałam przez Internet. No ogólnie, jak na mnie, sporo różnych zadań. No i właśnie kiedy już dopinałam każdy z etapów tych moich prac, wszystko było tak zorganizowane, żebym miała czas napisać coś na blogu, zmarnować parę chwil w Internecie czy obejrzeć film, to zmarła babcia. To właśnie dzięki temu, że jakoś wspaniałomyślnie zaczęłam przygotowania do świąt już wyjątkowo wcześnie, ta cała sytuacja ze śmiercią babci nie zaburzyła aż tak bardzo moich planów. Wykorzystałam ten zapasowy czas, który jakimś cudem miałam.

Wiedziałam, że ten moment przyjdzie i wiedziałam, że tak właśnie będzie to wyglądało. Nie wiedziałam tylko kiedy to się stanie. Wiedziałam też, że się nie pożegnam, ale nie dlatego, że moje kontakty z dziadkami umarły, ja się po prostu nigdy się nie żegnam. Tak się jakoś składa, że przychodzi moment kiedy okazuje się, że kogoś lub czegoś już nie zobaczę.

Ten wpis, o Bożym Narodzeniu, który się niedawno pojawił i jeszcze jeden (dostępny dla zalogowanych), o tym warszawskim domu dziadków, to jest jakaś nadbudowa, którą sobie stworzyłam, żeby znaleźć nić porozumienia między sobą a babcią. Próba utrzymania i pielęgnowania najlepszych, najbardziej kolorowych, wręcz bajecznych wspomnień związanych z rodziną, w których na antagonizmy nie ma miejsca. Może to zbyt górnolotne porównanie, ale jeśli ktoś oglądał Życie Pi będzie wiedział skąd to się we mnie bierze. Tę historię mojej rodziny można opowiedzieć na dwa sposoby i ja, podobnie jak większość ludzi, wolę wersję z tygrysem.

Śmierć babci wytrąciła mnie z równowagi na tydzień. Wszystko poszło w odstawkę, na pogrzeb musiałam dojechać kawał drogi, kupić czarną bluzkę i buty, bo okazało się, że nie mam nic odpowiedniego. Na samym pogrzebie czułam się jak małpa w cyrku, większość członków mojej rodziny nie widziała mnie wiele lat. Nie wiem czy nie widzieliśmy się wszyscy razem ostatnio na ślubie cioci E. z Gdańska. To był 1999 rok, chodziłam wtedy do podstawówki. Jaka podobna do taty… A może właśnie do babci? – słyszałam z każdej strony. Po powrocie do domu wiedziałam, że cyrk dopiero się zacznie, zaraz będzie łatanie stosunków rodzinnych. Nie myliłam się, dostałam telefony z zaproszeniem na wakacje do różnych członków rodziny, z dziadkiem na czele. Pojadę, bo to moja rodzina. Nie mam innej, ale boję się, bo cholernie wiele nas dzieli i nie wiem, czy moja wyobraźnia jest na to gotowa.

Zamykając ten temat (bo nie będę do niego wracać), udało mi się wszystko przed świętami dokończyć i dopiąć na ostatni guzik (pokażę co moje ręce stworzyły, jak odzyskam aparat, który pożyczyłam wraz z kartą pamięci, na której są zdjęcia). Właśnie dlatego w tym roku nie było życzeń, choć co roku je składałam, najpierw na poprzednim blogu, teraz na tym. W to szare, sobotnie popołudnie mogę powiedzieć, że moja harmonia została odzyskana i wszystkim życzę szczęścia w bieżącym roku.

Dodatkowo, w związku z tym, że zimowa zima nas na razie omija, przedstawiam zdjęcie orkanu Ksawery, który dał się wszystkim we znaki, ale przyniósł na chwilę trochę śniegu.