Ogród ogradowany.

Najpierw musi być gorąco. Dzięki temu powietrze unoszące się do góry ma szansę wypiętrzyć chmurę. Chmura gradowa to wielkie bydlę, może mieć grubość nawet piętnastu kilometrów. Cumulonimbus składa się w swojej dolnej części z kropelek wody, które są poruszane i wdmuchiwane do góry przez gorące powietrze z nagrzanej ziemi. Trochę tak, jakby ktoś wprawiał je w ruch suszarką. Jeśli jednak chmura jest tak wielka, to im dalej od jej dolnej części, tym zimniej. Dlatego górne partie obłoku składają się już nie z wody, lecz kryształków lodu. Do nich właśnie przyklejają się niesione przez prądy z dołu kropelki wody i zamarzają na nich. W ten sposób tworzą się gradziny, które stają się coraz większe i większe, a tym samym cięższe i cięższe. W końcu powietrze nie jest w stanie ich już unosić, więc zaczynają spadać na ziemię w postaci gradu.

Żeby gradzina była gradziną musi mieć przynajmniej pięć milimetrów średnicy. Największe odnotowane gradziny miały średnicę nawet dwudziestu centymetrów. Żeby dotrzeć do ziemi każda gradzina musi pokonać kilkanaście kilometrów i może spadać z prędkością do stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

W sobotę odpaliłam komórkę żeby sfilmować burzę, a okazało się, że czeka na mnie większa, gradowa atrakcja.

Advertisements

Lotta buduje.

Nadejszła wiekopomna chwila, kiedy po pół roku przekładania i odkładania mojego wielkiego planu na samodzielne stworzenie organizera na biżuterię, wreszcie go zrobiłam!

Wszystko zaczęło się od tego, że poszukiwanie w moim przepastnym koszyku na biżuterię pary kolczyków graniczyło z cudem. Nurkując wśród tańszej i droższej biżuterii, która podczas wykopków dzwoniła jak sanie Mikołaja, myślałam tylko o tym, żeby kiedyś sprawić sobie sito do przesiewania rzecznego piachu, takie jakiego używają poszukiwacze złota. Chyba szybciej byłoby wysypać na nie zawartość koszyka i wytrząsnąć odpowiedni kolczyk. Wiedziałam też, że mieszając w koszyku jeszcze bardziej plączą się moje łańcuszki i ciągnąc za jeden wyciągnę kołtun pozlepianych precjozów, z którego będę musiała po kolei wyjmować jakieś zawieszki, pierścionki i bransoletki. Szykowanie się gdziekolwiek zawsze wiązało się ze szperaniem w koszyku, a potem nie miałam ochoty wkładać do niego biżuterii z powrotem, bo wiedziałam, że znów w nim utonie. Wtedy odkładałam wszystko co z siebie zdjęłam na półkę, na której rosła coraz większa góra, bo codziennie dochodziły nowe „kosztowności”. Później był stały punkt programu podczas odkurzania, kiedy coś twardego zadzwoniło w rurze. Mój wzrok nerwowo kierowałam na półkę i modliłam się, żeby to nie był kolczyk, który z niej spadł.

W końcu postanowiłam jakoś zorganizować sobie te wszystkie świecidełka. Zależało mi żeby miały jakieś swoje przegródki, wieszaki, oddzielne miejsca, ale żeby nie były na widoku. Widziałam w sklepach takie wieszaki na biżuterię w kształcie ręki, na której palcach można powiesić pierścionki, albo malutkiego wieszaka krawieckiego z sukienką. Ładne, ale jak się to obwiesi całą biżuterią, jaką się ma, to będzie to wyglądało jak papuga stojąca na biurku lub półce – cała tęcza kolorów i jeszcze wszystko błyszczące. Męczy oczy, wprowadza chaos. Wolałam coś co można zamknąć. No i znalazłam. Szafeczki na biżuterię z lustrem lub ramkami na zdjęcia. Rewelacja, powiesiłabym na ścianie. Tylko, że… Małe, które jednak są w stanie coś pomieścić zaczynają się od 119zł, średnie 229zł, duża… 749zł!


Nie ma opcji. Zrobię sobie taką sama. Najpierw pomyślałam o lustrze jako drzwiczkach, a potem o jakiejś sporej ramie z sieci typu Jysk. Po chwili dotarło do mnie, że po co mam kupować coś takiego, skoro mam płótna, które można by wykorzystać. Pierdzielnę sobie bohomaz i szafeczka będzie jeszcze bardziej „moja”. No więc jak pomyślałam, tak zrobiłam, tym bardziej, że malować lubię bardzo i miałam taki plan, żeby do pokoju wprowadzić trzeci kolor. Mam niebieski klosz przy lampie biurkowej, dwie niebieskie poduszki na łóżku, więc wybrałam motyw nadmorski z niebieskimi akcentami. Potem narysowałam na kartce projekt szafki i odłożyłam do przemyślenia. Strasznie bałam się za to zabrać, głównie z tego względu, że nie posiadam narzędzi do budowania jakichkolwiek mebli. Mam tylko brzeszczot, śrubokręt i młotek. Nie mam poziomicy, ani żadnych sprzętów, które pozwoliłyby mi uciąć cokolwiek równo. Wiem za to, że można przycinać listewki w sklepach, bo te wszystkie Nomi i tym podobne oferują takie usługi. Po paru dniach patrzenia i myślenia jak i z czego wykonać szafkę poszłam do sklepu. To był styczeń i w dziale ze śrubkami była inwentaryzacja. To oznaczało, że nie mogłam kupić wkrętów, zawiasów i innych małych rzeczy. Mogłam za to kupić kątownik do zrobienia trzymadełka na kolczyki i listwy do ramy. Jak się okazało, pan nie chciał ich przyciąć, bo oni tam tną grube drewno, np. przycinają drzwi. W końcu jednak wziął najgrubsze listewki i przyciął mi je na wybrany wymiar. Z resztą musiałam poradzić sobie sama. Kiedy przyniosłam wszystko do domu ogarnęło mnie zniechęcenie. Cholera, nie mam narzędzi, wszystko potnę krzywo i spieprzę, może lepiej dać sobie spokój. I tak listwy poszły do kąta na pół roku.

W międzyczasie przeczytałam książkę o minimalizmie, o której już wspominałam i zaraziłam się straszliwie tą ideą wysprzątania wszystkiego i hiperorganizacji przestrzeni. Patrzyłam na ten swój koszyk z biżuterią i jeszcze drugi też z biżuterią i soczewkami do aparatu i tak sobie myślałam, jak to byłoby fajnie zlikwidować ten biżuteryjny chlew. W końcu zakasałam rękawy i wzięłam się za te listewki. Przycinanie na balkonie poszło jak z płatka. Okazało się, że drewno jest miękkie i nawet ja jestem w stanie sobie z nim poradzić. Potem jeszcze wypad do budowlanego po te wszystkie wkręty i cudowny, nieśmierdzący i szybkoschnący klej Total Vikol i szybko udało mi się zbudować ramę odpowiadającą wielkością ramie obrazu. Potem dorwałam ten drewniany kątownik i chyba w jedyne 15 minut zrobiłam w nim brzeszczotem szparki na kolczyki. Najgorzej było z malowaniem tego na wszystkiego na biało i rozginaniem haczyków, które miały taki kształt, że w zamierzeniu twórców miały wisieć na ścianie, o tak:

a ja chciałam je przykleić od spodu. Okazało się, że drewno chłonie farbę, więc musiałam malować trzy razy, co trochę mnie nudziło i męczyło. Potem jeszcze całość pokryłam lakierem satynowym. Na końcu robiłam część na pierścionki. To jest jedyne miejsce, gdzie szafka ma plecy. Zrobiłam je z jakiejś dykty, która została mi od biureczka na komputer stacjonarny, które stoi teraz na działce. Wnętrze wypełnione jest pociętymi na paski gąbkami do mycia naczyń mini, które kupiłam w Pepco za 1,49zł. Gąbki owinięte są granatowym materiałem z poszewki na poduszkę, którą też znalazłam w Pepco za 1,99zł. Uszka do zawieszenia konstrukcji na ścianie miałam, bo kupiłam kiedyś opakowanie liczące 10 sztuk do zawieszenia tablicy korkowej. Do wykonania tej prostej szafki musiałam więc kupić:

– 3 listewki,
– opakowanie haczyków,
– 4 łączniki metalowe kątowniki,
– garść wkrętów,
– klej Total Vikol,
– dwa zawiasy,
– opakowanie 10 gąbek do mycia naczyń,
– poszewkę na jasiek.

Nie wiem jaki jest koszt tego wszystkiego, ale z pewnością nie przekroczył on 30zł. Z tego co miałam w domu użyłam:

– płótna 60x40cm i dobrze pamiętam, że kupiłam je w promocji w Empiku za 10zł,
– farb akrylowych. Są dostępne w każdym sklepie dla plastyków, ok. 8-10zł za tubkę. Na dobrą sprawę wystarczy biała i trzy kolory podstawowe czyli żółty, niebieski i czerwony, z których da się umieszać każdy inny kolor,
– lakieru akrylowego Vidaron satynowego,
– dwóch gwoździ do wbicia w ścianę,
– dwóch uszek do przymocowania do ramy.

Do tego przydały mi takie narzędzia jak cążki do robienia biżuterii (rozginałam nimi haczyki), papier ścierny, brzeszczot, młotek, rozsuwany nożyk do cięcia gąbek. Jeżeli ktoś nie ma żadnej z powyższych rzeczy, to koszt zrobienia takiej szafki wzrośnie, ale i tak będzie się opłacało. Nie mówiąc już o satysfakcji! Własny obraz można zamienić na kupioną w sklepie lub antykwariacie ramę na zdjęcie, ale musi być dosyć gruba, żeby można było przymocować do niej zawias.

Co było najtrudniejsze? Wcale nie równe łączenie listewek bez poziomicy (one po prostu nie są równo połączone 😀 ), najtrudniejsze było wkręcanie wkrętów bez elektrycznej wkrętarki. Drewno jest miękkie i pierwsze obroty śrubokrętem idą gładko. Gorzej jest dokręcić wkręt do końca (myślałam, że zniosę jajo z wysiłku), naprawdę elektryczna wkrętarka to cudowne narzędzie. Poza tym, przykręcenie równo zawiasów mnie przerosło i drzwiczki opadają, czego na szczęście za bardzo nie widać. Poza tym, brakuje mi jeszcze jednej rzeczy – zamknięcia na haczyk lub magnes. Drzwiczki się otwierają, więc będę musiała jeszcze dokupić ten drobiazg.

I jeszcze jedna rada dla chętnych. Do drewnianego kątownika nie można wkręcać wkrętów i lepiej nie wbijać gwoździ. Listwa jest za cienka i pęka na pół. Właśnie dlatego haczyki są przyklejone (na Total Vikol), a nie przybite.

To może teraz szafka na buty?

To nie jest sprzęt dla starych ludzi.

Zawsze kiedy przekraczałam drzwi tego mieszkania przenosiłam się w czasie. Oto stawały przede mną otworem beztroskie lata dziewięćdziesiąte z ich wszystkimi wadami i zaletami. Krok do przodu i już witała mnie wesoło boazeria pokryta satynowym lakierem, szafy z pawlaczami, brązowy dywan, pod którym ciągnął się kabel od odkurzacza, suszone kwiaty w wazonach i parkiet w szachownicę. Do tego drzwi do łazienki i toalety z dykty z żółtą szybą, podwójne okna w drewnianych ramach i rosyjska chłodziarka. Dwupokojowe mieszkanie cioci i wujka, regularnie malowane, ale bez poważnych remontów. Na drzwiach wieszaki z ubraniami, w łazience wanna z rdzawym zaciekiem, w dużym pokoju niska ława, fotel rozkładany do postaci pojedynczego łóżka i pufy ze skóropodobną podbitką. Rzeczy, które widuję na zdjęciach, na których mam trzy lata tam są zwyczajną codziennością. Ciocia, siostra mamy, jest pielęgniarką, pracuje w przychodni. Wujek jest sprzedawcą butów, nomen omen wielkim fanem „Świata według Bundych”, którego bohater też sprzedawał buty. Do niedawna palił jak smok, ale po prawie czterdziestu latach łojenia jednego szluga za drugim w końcu dorobił się guza na płucu, które mu wycięto i teraz już nie pali. Specyficzny zapach przesiąkniętych dymem tytoniowym narzut i firanek, zmieszany ze stołówkową wonią domowego obiadu przypominał mi beztroskie chwile dzieciństwa u nich i u rodziców mamy, gdzie pachniało trochę podobnie. Całe lata nie pojawiło się w tym domu nic nowoczesnego poza wieżą HiFi mojej kuzynki, która już dawno tam nie mieszka i może przyzwoitym telewizorem z odtwarzaczem VHS (kiedyś wujek prowadził krótko wypożyczalnię). Poza tym… Nic, null, zero nowoczesnego sprzętu. Do niedawna, bo… Dwa miesiące temu ciocia i wujek (lat prawie sześćdziesiąt, o czym nie wspomniałam) postanowili kupić sobie laptopa i podłączyć Internet.

Zaczęło się od tego, że oni mają znajomego, informatyka, który miał pomóc im coś wybrać. No i pomógł, to znaczy wybrał laptopa z Windowsem 8.1. Ciocia miała jakąś styczność z komputerem w pracy, ale ta styczność wyglądała tak, że wprowadzała dane do jakiejś tabeli w komputerze, który ktoś inny za nią włączał i obsługiwał. Wujek komputer widział tylko w telewizji. Jak kupili to ustrojstwo, to zaraz zadzwonili do mnie. Powiedzieli, że zanim informatyk przyjdzie im ‘wszystko porobić’ to oni chcieliby już coś tu zobaczyć, bo oni o Facebooku słyszeli i o grach i o tym, że można telewizję na komputerze oglądać. Pierwsze pytanie jakie usłyszałam brzmiało:Martunia, jak to się włącza? Ja, jak to ja, mam cierpliwość, pytania o banały mnie nie irytują, więc spokojnie odpowiadam, że przyciskiem z kółeczkiem z kreseczką. Prawdopodobnie tym największym. Włączyli. Co teraz. No to tłumaczę co można zrobić teraz i wtedy zaczyna się jazda. Szybko okazuje się, że ciocia i wujek nie rozumieją żadnych pojęć związanych z komputerem. Nic nie mówi im okno, pulpit, monit, kursor, start, przeglądarka, wyszukiwarka, aplikacja, zaznaczenie, minimalizowanie i maksymalizowanie okien, a nawet okno odtwarzacza i klawisze nawigacyjne w odtwarzaczu, choć to powinni rozumieć doskonale, bo one są wzorowane na tych z pilota do wideo.

– No bo taka muszelka nam się pokazała.
– Jaka muszelka?
– No taki obrazek. Ja tak na to mówię.
– Na pulpicie coś takiego macie?
– Nie wiem… No takie widzę kolorowe, ale to właściwie nie jest muszelka, ja nie wiem co to jest, ale tak mi się kojarzy, więc tak na to mówię.
– Ale to jest zaraz po włączeniu komputera?
– Tak! Jeszcze zanim na coś kliknę, to to się włącza.
– No to to jest właśnie pulpit. Na pulpicie jest tapeta. I co tam jest jeszcze?
– Różne obrazki, ale część po angielsku, to ja nie umiem przeczytać i teraz się boję żebym nie zepsuła…
– No to może jednak poczekajcie aż przyjdzie ten informatyk i wyłącznie póki co. Tylko nie klawiszem!

Udało mi się wytłumaczyć jak wyłączyć poprawnie komputer i liczyłam na to, że jak do cioci i wujka przyjdzie fachowiec, to da im jakieś wskazówki. Jak się szybko okazało – nie dał. Albo może jednak dał, ale z nimi jest taki problem, że oni utrzymują, że wszystko rozumieją, a potem zadają w kółko te same pytania.
Przyjechali do mnie na kilka dni. Z laptopem. Przywieźli mi sweterek, więc go włożyłam i chodziłam w nim cały dzień (sweterek ładny, żaden problem). Usiedliśmy. Pokazuję jak przerzucić zdjęcia z karty z aparatu i czym je otworzyć. Przy okazji tłumaczę czym różni się kliknięcie prawym przyciskiem myszy od kliknięcia lewym. Pokazuję, że foldery można przenosić w różne miejsca na pulpicie i nadawać im nazwy. Są zachwyceni, potakują i wszystko rozumieją. Instaluję im aplikacje pocztowe i pokazuję windowsowy sklep, Iplę i Player.pl do oglądania seriali. Tłumaczę, że wystarczy kliknąć na kwadracik, nie trzeba wchodzić na stronę i nic wpisywać do przeglądarki, a wielkość kwadracików można zmieniać. Wszystko idzie jak po maśle, mam pojętnych uczniów. Pokazuję jak zmienić tapetę, opowiadam o poprzednich Windowsach i pokazuję swój Windows 7. Tłumaczę też co to router i pokazuję kabel Ethernet. Wujek mówi, że oni mieli coś takiego zakładać, ale zdecydowali się Internet mobilny, bo chce go zabrać w lipcu do szpitala (po tym usunięciu płuca ciągle robią mu jakieś badania). Idzie dobrze. Chcę im jeszcze pokazać jakąś stronę, ale nie pamiętam adresu. Mówię, że jest zapisana w przeglądarce i wejdę od siebie. Poza tym wyślę im jeszcze testowego maila żeby pokazać jak działa poczta, więc usiądę do swojego laptopa…

– Acha, to ja mam wyjąć swój Internet? – mówi wujek i wyciąga z torby modem Playa.
– Nie, nie ma potrzeby, przecież mam WiFi…
– Ale… Jak to? Do Internetu może być podłączony jeden laptop.

Jak to. Nic nie zrozumieli? Nawijałam o sygnale chyba z dziesięć minut, pokazałam podłączoną komórkę, pokazałam jak wygląda logo sieci WiFi, tłumaczyłam, że można łączyć się w restauracjach, hotelach, nawet autobusach miejskich…

– Nie, nie, sygnał fruwa po domu, podłączony jest i wasz laptop i mój… – patrzą na mnie jak na nienormalną
Znajduję stronę, o którą mi chodziło. To był kanał „Sala kinowa” na You Tubie. Nie pamiętałam nazwy. Pokazuję im, że tam też można oglądać legalnie filmy, a co czwartek dodawany jest nowy.

– Aaaa… To znaczy, że ja mam na tę stronę wchodzić w czwartki? I wtedy będę mogła oglądać? A o której?
– Nie, nie tylko w czwartki… – odpowiadam trochę zmęczona. Tłumaczę więc co to jest You Tube, streaming, ściąganie nielegalnych filmów, serwisy VOD. Tłumaczę, że część treści jest płatna, więc pytają jak zapłacić. Pytam o konto internetowe. Mają. Pokazuję jeszcze Allegro. Udaję, że kupuję jakiś przedmiot i pokazuję jak wygląda proces płacenia. Wujek mówi, że oni mają konto w Alior Banku. No to wybieram Alior Bank i mówię, że dalej to już wiedzą co i jak, skoro mają konto. Na to wujek, że on nie wie. Ja na to, że jak zawsze. Login, hasło, dane odbiorcy, numer konta, kod, zdrapka albo SMS… Patrzy na mnie dziwnie.
– Przecież wpisujesz takie dane?
– Nie ja wpisuję.
– No jak to…
– Pani w banku mi wpisuje.
– Pomaga Ci? Chyba nie podajesz jej hasła?
– Jakiego hasła? Nie pomaga, ona wpisuje wszystko sama. W okienku siedzi, ale w komputerze wpisuje, to konto musi być internetowe.

Starałam się nie uśmiechać, nie dać im odczuć jak mało wiedzą, żeby ich nie zniechęcić. Wolę chwalić za wszystko to, co dla mnie jest pierdołą. Tłumaczę, że to nie tak, że opcję konta internetowego się uruchamia jak inne usługi, np. roaming, że muszą pójść do banku i powiedzieć, że chcą korzystać z bankowości internetowej i wtedy będą mogli płacić rachunki z domu.
W końcu proszę ciocię żeby odebrała maila ode mnie na swoim komputerze. Masakra. Pytała mnie o wszystko, włącznie z tym czy ma klikać prawym klawiszem czy lewym. Okazało się, że nic nie pamięta, poza tym boi się, że jak kliknie na cokolwiek, to zepsuje komputer. Kiedy zapytałam czy ten informatyk, którego prosili o wybór laptopa coś im pokazał, powiedzieli, że niewiele, ale oni sami nie chcieli, bo bali się, że tych informacji będzie za dużo. W końcu nauczyli się otwierać Iplę i oglądają ulubionych „Włatców Móch”, ale z każdym innym „problemem” dzwonią do mnie. Ostatnio było to dziewicze włożenie płyty do napędu. Próbowali zrobić to sami, ale płyta dziwnie latała. Okazało się, że nie wcisnęli jej, tylko położyli na tacce i zamknęli. Pomagam jak mogę, zainstalowałam TeamViwera, bo bez tego ani rusz. Wywalam im śmieci, aktualizuję javę, czytam anglojęzyczne komunikaty, których nie są w stanie przeczytać mi przez telefon i już tyle im nie tłumaczę.
Pewnie dostanę jeszcze kilka swetrów.