Pod skrzydłami ósmoklasisty

Nie pamiętam zbyt dokładnie pierwszego dnia szkoły. Pamiętam tylko jeden moment, ten, w którym nasza wychowawczyni otwierała tablicę. Kiedy przyszliśmy do sali oba jej skrzydła były zamknięte, nikt nie zauważył zawiasów i nie wiedzieliśmy, że tablicę można otworzyć. Pamiętam tylko tę chwilę, kiedy okazało się, że tablica jest w rzeczywistości dwa razy dłuższa niż myśleliśmy i to westchnienie zachwytu, które obiegło klasę. To była jedna z niewielu fajnych chwil w naszej szkole. Poza niektórymi zajęciami plastycznymi i technicznymi, na których robiliśmy coś twórczego, np. tworzyliśmy własne koktajle owocowe w blenderach, moja podstawówka nie była miejscem ani przyjaznym, ani ciekawym. Wielki moloch, tysiąclatka jakich wiele. Ponad stu zatrudnionych nauczycieli i morze dzieciaków od siedmiu do czternastu lat. W teorii edukacja i wychowanie, w praktyce anonimowość i chaos. Miałam wrażenie, że za co się u nas zabrano, to nie wychodziło to dobrze. Raz wprowadzono nam identyfikatory i już po kilku dniach połowa dzieciaków miała w nich zamiast swoich zdjęć, zdjęcia psów czy idoli wyciętych z Bravo. Kiedy niemal siłą wyrzucano nas na przerwy na dwór, dzieciaki zaczęły przełazić przez dziury w siatce ogrodzenia i biły się z rówieśnikami z sąsiedniej podstawówki. Kiedy próbowano nas trzymać w ryzach i wprowadzać do szkoły po przerwach parami, wymykaliśmy się spod kontroli i parliśmy na korytarze przez za wąskie przejścia. Szybko robił się niemiłosierny zator, w ścisku można było unieść obie nogi i nie spadało się na podłogę. Co przerwę grzęźliśmy w hałaśliwej fali, w której pływało się w przód i w tył, a której rozładowanie trwało dobrych kilka minut, przez co większość zajęć zaczynała się z opóźnieniem, a na trasie ludzkiego tajfunu, którym byliśmy, zostawały nasze pogubione czapki, szaliki i rękawiczki. W ogóle zaginięcia rzeczy w tajemniczych okolicznościach były na porządku dziennym. Nie zapomnę mojego pięknego, fioletowo-żółtego piórnika z wyposażeniem, na którym była namalowana głowa Myszki Mickey. Bardzo go lubiłam i cieszyłam się nim krótko. Kiedy mieliśmy w szkole robione zdjęcia klasowe pożyczyłam go fotografowi. Piórnik miał stanowić rekwizyt do kadru. Zrobiono nam takie fajne książeczki. W środku były trzy zdjęcia – jedno z całą klasą, drugie w ławce z kolegą lub koleżanką i jeszcze trzecie, pionowe, z właścicielem książeczki. Potrzeba było dwóch ładnych piórników, które miały leżeć na ławce, przy której robiono nam te zdjęcia w parach. Z miłą chęcią oddałam swój. Koledzy zmieniali się na krzesłach. Nie wiem kiedy zniknął. Zgłosiłam się po sesji do fotografa i po prostu powiedział, że już go nie ma. W związku z tym, że dużo rzeczy ginęło, było też dużo oskarżeń o kradzież i mało śledztw. Nauczyciele zbywali problem, nawoływali do godzenia się, i wiadomo było, że jak z szatni czy plecaka coś zniknęło, to znaczy, że przepadło na zawsze. Chodzenie do szkoły wiązało się z jeszcze jednym wyzwaniem. Nie wiem czy lepszym czy gorszym niż wyżej wymienione, ale na pewno takim, które zapamiętałam. Chodzi o układy z Mordolami. Mordole to nazwa własna określająca uczniów ósmej klasy, którą wymyśliłyśmy z moją koleżanką z sąsiedniej klatki, która siedziała ze mną w ławce. Dla nas, siedmioletnich dziewczynek, wyglądali oni jak zupełnie dorośli ludzie. Wydawało nam się, że już strasznie długo żyjemy na tym świecie, a przecież kiedy się rodziłyśmy, oni już chodzili do naszej szkoły, byli w końcu od nas dwa razy starsi. Oczywiście nie każdy ósmoklasista musiał być od razu Mordolem. Bałyśmy się głównie uczniów stwarzających problemy wychowawcze – głośnych, wulgarnych, plujących i palących papierosy. Wielu chłopaków z najstarszych klas miało koper pod nosem, który dla nas wyglądał jak normalne wąsy, wiele dziewczyn miało duże biusty. Nie zapomnę sytuacji, kiedy odkryłam, że część uczniów zamiast stać w długiej kolejce po słodycze do sklepiku, który znajdował się w piwnicy, wychodzi sobie poza teren szkoły drogą za salą gimnastyczną i robi zakupy w jednym z trzech pobliskich kiosków, gdzie nie ma takich kolejek. Chcąc się tam dostać natrafiłam na grupkę palących Mordoli. Stali tam, bo teren koło sali gimnastycznej był jedynym miejscem, gdzie nie było okien żadnego gabinetu i można było tam bezpiecznie łoić. Myślałam, że po prostu obok nich przejdę niezauważona. Niestety, akurat natrafiłam na sytuację, kiedy to dwie Modrolki mając do dyspozycji tylko jednego papierosa, musiały o niego zawalczyć. Śmiejąc się wyrywały sobie biedną fajkę z ręki, aż w końcu upadła na chodnik i potoczyła się w moim kierunku. Serce stanęło mi w gardle, kiedy zobaczyłam dużą dziewczynę z falującym biustem pędzącą w moją stronę, a zaraz za nią jej śmiejącą się koleżankę. Stałam jak wryta, nie odsunęłam się ani o pół metra. Kiedy papieros zatrzymał się na moim bucie, Mordolki zdążyły już do mnie podbiec. Jedna z nich pochyliła się, wzięła papierosa z ziemi i burknęła do mnie: „no co się gapisz? Do budy, pies!” po czym tupnęła na mnie nogą. Sztywna ze strachu odwróciłam się i wróciłam na boisko.

Jednak prawdziwą szkołę życia i tak dostałam dopiero zimą. Kiedy spadł śnieg ósmoklasiści walili w maluchy śnieżkami. Czasem też nas przewracali i spuszczali tzw. mycie, czyli otaczali nas i uderzając czubkiem buta w chodnik wzniecali tumany śniegu, które pokrywały ciało mytego, aż stawało się całkowicie białe. Wracało się do domu z mokrymi włosami, ubraniami i książkami w plecaku. Żeby się przed tym uchronić trzeba było przeczekać w kiblu do dzwonka. Z korytarza nauczyciele wyrzucali przecież na boisko. Po dzwonku, kiedy wszyscy się rozeszli można było wyjść bezpiecznie. Zakładając, że nie mieszkało się przy szkole. Jeśli tak było (oczywiście tak było w moim przypadku), można było spotkać Mordoli na swojej klatce schodowej. Na to też znalazłam sposób. Szłam do sąsiedniej klatki, tam dzwoniłam domofonem do kogoś z sąsiadów, kto mnie znał i wpuszczał, a do siebie szłam przez piwnicę. Można? Można.

Po co o tym wszystkim mówię? Bo pamiętam, jak wiele osób z góry krytykowało pomysł z gimnazjami. Bardzo często padał wtedy argument, że przecież osiem lat podstawówki to świetny pomysł, bo najstarsi, uwaga – opiekują się maluchami. Cholera, może z perspektywy dzisiejszych pięćdziesięciolatków tak było, ale na pewno nie z mojej. Gimnazja są be, bo w gimnazjach trzyma się w jednym miejscu młodzież, której buzują hormony. Zaraz, zaraz. Czyli jak młodzież jest w podstawówce, to opiekuje się brzdącami, a jak jest w gimnazjum, to wtedy buzują jej hormony? Cóż, kiedy sama osiągnęłam wiek mordolski, to rzeczywiście, buzowały mi hormony i myślę, że dobrze, że nie pałętały mi się w tym czasie pod nogami maluchy chodzące za panią za rękę. Dobrze, że byłam wtedy z innymi Mordolami i mogłam z nimi kontemplować nasze mordolskie problemy związane z pierwszymi zawodami miłosnymi, nieszczerymi lub bardzo szczerymi przyjaźniami i plotkowaniem o tym kto z kim i kto ma obciachową fryzurę albo ciuchy. Podstawówka, to była podstawówka, a my byliśmy gimnazjalistami, którzy gotowali się we własnym sosie, szukali kim są lub kim nie są i mieli do tego dogodne warunki. W moim gimnazjum były specjalne krzesła wymuszające siedzenie z prostymi plecami, trzy wysokości ławek, dla tych którzy są niscy i dla tych, którzy pomimo młodego wieku wystrzelili już do metra osiemdziesiąt. Mieliśmy fajną salę komputerową i chemiczną ze specjalnym pomieszczeniem do przeprowadzania doświadczeń. Nauczyciel wchodził tam sam, miał mikrofon, a na zewnątrz były głośniki. Uczniowie gromadzili się przy szybie i nie było ryzyka, że coś na nas wybuchnie z jakiejś zlewki, albo poparzy nas palnik. Ściany pomalowano nam na kolorowo w salach do przedmiotów kreatywnych i na szaro w salach do przedmiotów wymagających szczególnego skupienia, jak matematyka, gdzie nic nie powinno nas rozpraszać. W ramach w-fu jeździliśmy na basen i siłownię, gdzie można było się wyszaleć. Na korytarzach żadnych kwiatków na ścianach, dziecięcych wystawek typu: „cztery pory roku” czy „poznajemy alfabet”. Po prostu, szkoła dla młodzieży, która już nie jest dziećmi, ale egzaminu dojrzałości też jeszcze nie zdaje. Nie uczą nas jeszcze bardzo poważnych treści, ale nie jest to też już nauka przez zabawę. Do programu nauczania można było mieć na pewno wiele zastrzeżeń. Było dużo powtórek (ułamki na matmie, starożytność na historii), dla wielu zdolnych uczniów gimnazjum to były takie trochę gry i zabawy, co mocno odczuli w liceum, gdzie już bardziej cisnęli. Nie zmienia to jednak faktu, że sam podział szkół na podstawówkę, gimnazjum i szkołę ponadgimnazjalną był, przynajmniej w moim mniemaniu, niezłym pomysłem, który odpowiadał dzisiejszym czasom. Nie chodzi już nawet o to, że chyba w niewielu szkołach młodzież z późnej podstawówki autentycznie opiekuje się maluchami, tylko o to, że w czasach dużego szumu informacyjnego, szybkiego życia i mocnych wrażeń, siedzenie przez osiem lat z tymi samymi ludźmi i gapienie się na nich dzień w dzień, może młodego człowieka wykończyć. Jaki jest sens trzymać w jednej szkole dzieci, które w jednej sali lekcyjnej walą w cymbałki i śpiewają piosenki o pani jesieni, a zaraz za ścianą, w sąsiedniej sali, czternastolatki szykują się już do liceum i uczą się np. o prawie powszechnego ciążenia?

Czy rzeczywiście „wyciszanie” gimnazjów jest takim dobrym pomysłem? Czy jest to po prostu pomysł obecnej władzy żeby w zamieszaniu, po cichu powymieniać dyrektorów, wprowadzić nowe podręczniki do historii i smoleńskie apele? Czy ktokolwiek myśli wprowadzając te reformy o losie biednych Mordoli?

Advertisements

Ugotowana

Nie wiem jak na niego trafiłam. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Pamiętam tylko, że to było rano i leżałam w łóżku. Spodobało mi się zdjęcie, a jakże. Wstępna analiza zdjęcia wykazała, że obiekt został sfotografowany na lotnisku. Siedzi obok tobołków i czeka podpierając brodę ręką. Ma na sobie bawełnianą koszulę w kratę i dżinsy. Wygląda na to, że jest lato. Ma zegarek na brązowym pasku. Nie żaden smart, taki zwyczajny ze wskazówkami. Nosi okulary, ma w sobie jakiś spokój i inteligencję wypisaną na twarzy. Z profilu wiem, że czyta książki, że słucha fajnej muzyki, że lubi jeść to co ja i lubi robić to samo, czyli podróżować i biegać. Szuka kogoś z kim można się wybrać w dalszą podróż w nieznane i bliższą podróż do kina. Piszę mu więc, że mieszka tak daleko ode mnie, że jego bliższa podróż do kina, to moja dalsza podróż w nieznane. Uśmiecham się, pozdrawiam go i wstaję z łóżka.

Nic z tego nie będzie, przecież on, jak każdy facet, który mi się podoba, mieszka pierdylard kilometrów ode mnie i będzie narzekał na odległość. Ubieram się, robię kawę i kiedy siadam do biurka, widzę kątem oka, że jest jakaś odpowiedź. Mówi, że mam się nie przejmować, bo Polska to mały kraj. Pracował kiedyś jako kierowca i jeździł z Krakowa do Sopotu i z powrotem. Dla niego to żaden dystans. Wyraźnie zaciekawiona nawiązuję do długich tras, a on szybko odpisuje opowiadając mi o kolejnych podróżach. Np. o powrocie ze Stanów, który fikcyjnie skrócił się z uwagi na zmianę czasu. Nie zachowuje się jak ankieter, nie wypytuje o szczegóły mojego życia, po prostu rozmawia, a to co trzeba wypływa naturalnie samo.

Spokojnie, to nic pewnego – tłumaczę sobie po trzech dniach. Wielu rozmawiało, a potem rozpływali się w powietrzu. Pewnie z nim też tak będzie, a jeśli nie, to pewnie ja zamknę sprawę, bo znajdę haczyk. Mijają kolejne dni. Widzę, że on robi błędy ortograficzne, a jednak olewam to. Dowiaduję się, że czasem podróżuje spontanicznie, załatwiając tylko pierwszy nocleg (dla mnie to niewyobrażalne. Żadnych niespodzianek z zostawaniem na lodzie w kwestii dachu nad głową, co to, to nie!), a jednak nie wycofuję się. Widzę, że on nie zawsze podchwyca moje żarty, mój tok myślenia, nie podejmuje słownej gry. Może jest znacznie mniej elokwentny, niż sądziłam? Może, a jednak bez wahania wchodzę w dalszą konwersację. O co chodzi? Za niepodejmowanie przez niego słownych zabaw powinnam go już dawno puścić w skarpetach. Co się ze mną porobiło? Zwyczajna, miła znajomość. Nie sprzeczamy się, nie ścieramy, nie ma między nami żadnej wojny dominujących charakterów. Na dodatek widzę, że on się stara i nie przeszkadza mi to. Wcześniej chciałam gonić króliczka, ‘zwykły facet’, który pisze mi miłe rzeczy, który pamięta, że czekam na odpowiedź więc z nią nie zwleka, wydawał mi się nieatrakcyjny.

Haka nie ma? Ależ jest. Wylazł, jak szydło z worka. Ten hak, to nieśmiałość. Chociaż nie, chyba nie nieśmiałość, to jest raczej bycie zamkniętym w sobie. Wytrych, odpowiedź na wszelkie pytania. Rozmawiamy i ja coś tam opowiadam o sobie. Nic wielkiego, wszystko w kontekście naszej dyskusji. Coś opowiem o swoich wadach, zaletach, lękach, rodzicach, przeprowadzkach z dzieciństwa. Nic szczególnie intymnego. W zamian dostaję, to że on ma siostrę i dwa psy. Tylko tyle. W końcu po dwóch tygodniach rozmowy walę bez ogródek: „Boże, czy ty mi nic o sobie nie opowiesz?”. Kończę wypowiedź uśmiechem, nie chcę, żeby pomyślał, że go jakoś naciskam, że chcę mu wleźć z butami w życie, ale po prostu, kiedy powiedziałam mu, że tata nie żyje, że niedawno zmarł dziadek, to zachowywał się trochę tak, jakbym tego nigdy nie napisała. Z reguły dostaję w takiej sytuacji jakieś kondolencje, jakieś krótkie ‘przykro mi’, a tutaj kiedy przechodzimy do tematów bardziej osobistych, to on na nie nie reaguje, a o sobie nie mówi. Wiem, że jeśli nie zrobi kroku do przodu, to będę się czuła, jakbym rozmawiała z internetowym botem, a to jest hak, którym się z pewnością posłużę żeby zerwać znajomość i to już mogą nie być moje wyimaginowane lęki, tylko sensowny powód wycofania się.

Ja to po prostu zbyt dobrze znam. Nie wiem ile już razy słyszałam: „no widzisz, ja na niektóre tematy raczej nie rozmawiam”, „no bo ja zawsze byłem raczej taki zamknięty w sobie”, „no bo ja mam raczej małe grono ludzi, do których mam zaufanie”, „bo ja potrzebuję czasu, żeby się otworzyć”. Co z tego, że znamy się dwa lata, zamknięty w sobie, to zamknięty w sobie. Mur, blokada totalna.

Ja wiem, że wy nie szalejecie z emocjami jak kobiety. Wiem, że nie czujecie potrzeby mówić o wszystkim, wiem, że jak trzeba, to nie jest to dla was łatwe, bo macie w głowach pudełka i nie mieszacie zawartości tych pudełek. Nie wiem jaki to ma sens, zupa warzywna smakuje jak zupa warzywna, bo jest mieszanką wielu składników. Gdyby ich nie zmieszać, toby jej nie było. Nie wiem jak możecie mieć wszystko w mózgach podzielone i mieć w jednym pudełku to co czujecie, a w innym to, co myślicie, ale cóż, tak już jesteście głupio skonstruowani. Jak zupa warzywna przed ugotowaniem. Dlatego mama powtarzała mi zawsze: „pamiętaj, mąż to jest obcy chłop w domu i do tego wróg”.

Nie planuję zaklinać rzeczywistości, przemieniać biednego chłopa w aromatyczną zupę warzywną. Dwie konkurujące ze sobą zupy w jednej kuchni to nie jest dobry pomysł, niech on sobie zostanie w formie podzielonych składników. Byle to był cały zestaw niezepsutych składników, wśród których niczego nie brakuje. I niech one się nie kiszą zamknięte w tych cholernych pudełkach przez cały czas.

Koniec końców, jakby coś się powoli w tej sprawie rusza, bo on wie o co mi chodzi. Na dodatek ostatnio mówiąc o mnie i o sobie użył formy my. Poważna sprawa