PoWoli.

Ucieszyłam się kiedy Zainteresowany poprosił mnie, żebym namalowała mu drzewo. Nie potrafił jasno sprecyzować jakie ma być, ale rzucił kilka wskazówek. Miało budzić pozytywne emocje, miało być stare i omszałe, miały przechodzić przez nie promienie słońca. Zebrałam się więc, wygrzebałam z szafy płótno, które kiedyś kupiłam w Empiku i namalowałam właśnie takie drzewo. Kiedy Zainteresowany je zobaczył, to bardzo mu się spodobało. Powiedział, że właśnie czegoś takiego oczekiwał. Domyślałam się, że mówi prawdę, bo z natury jest niegroźnie marudny i jeśli coś mu się nie podoba, to mówi o tym raczej bez ogródek.

Po pierwszym dniu spędzonym razem nic nie czułam. Nie stresowałam się przed spotkaniem. Ani w trakcie, ani po, leżąc już w łóżku. Było późno, szybko zasnęłam, a potem zadzwonił budzik i wstałam. I znów było miło. Dużo rozmawialiśmy, pojechaliśmy na działkę zrobić sobie pstrągi z grilla z rozmarynem i ziemniaki w mundurkach. Trochę padał deszcz, nawet napaliliśmy w kominku, choć właściwie nie było zimno. Były rowery, było kino, było wszystko co fajne i co miło się teraz opisuje. Na końcu był dziękczynny storczyk, z którego właśnie spadł ostatni kwiatek. Wszystko jest doskonale. Dogadujemy się, podobnie widzimy świat. Trafiłam na człowieka z zasadami, poczuciem własnej wartości i szacunku do innych, a na dodatek nabuzowanego cały czas pozytywną energią. On nie ma złych dni, nie kłóci się, przyjmuje świat takim, jaki jest bez zadawania zbędnych pytań. Robi to co kocha i po prostu sobie żyje. I podobam mu się, lubi mnie. Nie naciska kiedy przyjadę, ale podpytuje, zaznacza, że czeka w każdej chwili. Nie mogę przyjechać od razu, ale w końcu znajduję wolny czas i pytam czy nie miałby nic przeciwko gdybym… „Nie! Już się cieszę”.

W międzyczasie dostaję słoneczniki pocztą kwiatową. Wkładam je do wazonu i wyjeżdżam na weekend. Kwiaty wypijają wodę, wazon w sobotę (albo w niedzielę) robi się przez to za lekki i przewraca się. Kiedy wracam do domu słoneczniki leżą na podłodze, wazon jest przewrócony, a resztki rozlanej wody, która już odparowała, zdążyły zniszczyć okleinę stolika, w której pojawiło się drobne pęknięcie. Włożyłam kwiaty do świeżej wody, ale już nie odżyły.

Dobrze, że nie wierzę w żadne znaki, bo mogłabym jeszcze dostrzec w pęknięciu coś więcej.

Dlaczego nie mogę być taka, jak on. Dlaczego nic nie czuję.

A może czas coś poradzi? Ten jeden raz mógłby być sprzymierzeńcem.

 

Advertisements

Dziedziczenie ustawowe.

Rzadko zdarza mi się kłaść spać z poczuciem spełnienia, bo z reguły przegrywam codzienną walkę o dobry dzień. Towarzyszy mi poczucie, że oto doczłapałam do końca, jutro będzie pewnie takie, jak dzisiaj, a przed zaśnięciem dręczę się jeszcze myślami o tym, co dziś zrobiłam nie tak. Jeśli akurat nic nie spieprzyłam, to myślę po prostu o swojej śmierci, którą poprzedzi jakaś nagła, długa i upierdliwa choroba. Miewam od czasu do czasu jakieś hipochondryczne stany, kiedy to stwierdzam, że moja skóra zrobiła się żółta, albo sina. Dostrzegam, że moje palce zaczynają uginać się nienaturalnie ukazując knykcie, albo wydaje mi się, że zaczynam łysieć. Męczę się tym, do czasu, kiedy coś innego odwróci moją uwagę, lub zrobię w życiu jakąś głupotę, która mnie zaabsorbuje tak, że o tych wszystkich rewelacjach zapominam. Wtedy ta głupota rozjeżdża mi głowę i przewracam się na łóżku z boku na bok, rozkładając ją na części pierwsze, aż opadam z sił i zasypiam. Teraz też nie śpię i myślę o kolejnej porcji mniej lub bardziej poważnych problemów. Tak naprawdę, to chyba nie aż tak poważnych, ale brzemiennych w skutki, które mogą być różne. Chodzi o to, że coś mi w życiu wymiera, a na miejscu starego nie rośnie nic nowego. Kiedy umarł Dziadek, to wiedziałam, że z automatu stałam się spadkobiercą po nim i Babci. Nasze stosunki nie były najlepsze w ostatnich latach, żeby nie powiedzieć, że nie istniały. Przestałam umieć z nimi rozmawiać, więc nie rozmawiałam. Zanim to się jednak stało, to był taki moment, że dawałam radę. Wiedziałam co otworzy Puszkę Pandory, a co będzie łagodzić obyczaje. Wiedziałam ile dni wynosi maksimum tolerancji Dziadków na mnie i mnie na Dziadków. Starałam się nie wkładać kija w mrowisko i dzielnie grać dodatek pasujący jak ulał do wystroju dziadkowego wnętrza. Być czymś, co ładnie wyjdzie na zdjęciu i nie zaburzy estetycznej kompozycji. To trudne,  kiedy z góry wiesz, że nie spełnisz wymagań… Nie spodziewałam się jednak, że kiedyś przyjdzie mi zmierzyć się z wyzwaniem, które mnie przerośnie. Chodzi o dzień, kiedy Babcia stwierdziła, że jestem już na tyle dorosła, żeby zrozumieć pewne trudne relacje rodzinne i przyszedł czas, żebym poznała prawdę na temat pasjonujących faktów z nimi związanych. Lubię niewinne ploteczki, lubię szczerość w rozmowach, lubię wysłuchiwać pokręconych historii, ale nie mam niestety tych cech charakteru, które wyróżniają popularnych polityków, a które pozwalają pławić się w smaczkach czyjejś niefortunnych wypowiedzi czy szczegółach biografii. Nie zrobiłabym kariery w parlamencie, bo ciężko szłoby mi pewnie z dziadkami z Wermachtu, dożynaniem watahy czy gorszym sortem, rzucanym to z prawa, to z lewa. Nie potrafię zbyt długo przepychać się słownie z pokerową miną, szybko zaliczam skrajne  emocje, które wymieniają się jak biegacze w sztafecie. Kiedy więc Babcia zaczynała o poranku swoje: pamiętam, jak w osiemdziesiątym ósmym…, to już wiedziałam, że dziś wypiję zimną kawę, a wspólne śniadanie potrwa do południa. Dziadek zazwyczaj wtedy wychodził. Włączał głośno telewizor i „nic nie słyszał”. Kiedy dorosłość dopadła mnie na dobre, rozpanoszyła się i do dziś postępuje tak, że mam już przerzuty do każdego organu, nie mogłam nie stanąć twarzą w twarz z myślą, że w tej kuchennej scenerii, pomiędzy półtłustym twarogiem, a powidłami ze śliwek, bohaterowie babcinych opowieści zamieniają się miejscami z słuchaczami. Wiem, że dziś Babcia jest w dobrych stosunkach ze mną, a gorszych z K., więc K. nigdy nie mył po sobie naczyń, był niewdzięczny, zamykał się w pokoju, a teraz wyjechał i w ogóle się nie odzywa. Kiedy ja „w ogóle się nie odezwę”, a K. zajmie ten taboret, który pamięta jeszcze tyłek mojego ojca, to wtedy ja będę tą złą. Jedyne co przychodzi mi do głowy, to tonowanie wypowiedzi, ale mleko się już wylało. A może nie mleko, tylko rodzinne szambo.

Na posterunku została tylko Ciocia. Rozmawia ze mną, bo też pasuję jej do obrazka (na razie). Tłumaczę jej co i jak, dlaczego przestałam jeździć do Dziadków. Ona to rozumie, bo przeżyła to samo co ja. Jej niektóre decyzje sprawiły, że cieszyła się w bujnej wyobraźni Dziadków jak najgorszą opinią, więc musiała mnie zrozumieć. Dobre wspomnienia górują nad złymi. Zadbałam o nie, zasiałam je i wypielęgnowałam. Oglądając stare zdjęcia może nawet nadpisałam co nieco, bo liczy się intencja. Jeśli wrócę do tego co stare, oni to wszystko zniszczą. Rozumiesz? Nie zmienili się, a ja dorosłam i skoro raz to dostrzegłam, to już będę widzieć to zawsze. Zupełnie tak, jak wtedy kiedy pierwszy raz zobaczyłam jak naprawdę wygląda ludzkie serce i okazało się, że poza kolorem, niewiele ma wspólnego z tym z kartek walentynkowych. Pozwól mi zapamiętać Dziadków takich, jak kiedyś, a nie takich, jak teraz. Rozumiesz? Mówi, że rozumie. Tak naprawdę nie rozumie.

Kiedy wydaje mi się, że kiedy Dziadków już nie ma, że mogę dalej przytulać do siebie tylko dobre wspomnienia, które grubą kreską odcięłam od złych, to włazi mi z butami Wujek, drugi, a właściwie to może pierwszy, spadkobierca po Dziadkach. Wujek okazuje się być ulepiony z tego wszystkiego, na co tak bardzo chciałam zamknąć oczy. Traktuje mnie jak gorący kartofel, który ktoś mu podrzucił. Po stu dwudziestu latach nieobecności w moim marnym żywocie, zaczyna uprawiać karkołomną ekwilibrystykę polegającą na tym, żeby na papierze było, że uznaje mnie za spadkobiercę, ale faktycznie mam zjeżdżać na drzewo. Decyduje się na pozorny kontakt ze mną przez Mamę pisząc do niej maile i zwracając się per „wy”, że niby ona i ja. Nie kupuję tego, więc wynajmuję prawnika i rozwiązuję sprawę drogą formalną. Tą decyzją ucinam głowę swojej przeszłości, wyrywam ziarno razem z kąkolem, a każde kolorowe wspomnienie powoli wchłania powoli czarny atrament.

Oręż, którym miałam „transparentnie i uczciwie załatwić sprawę”, niespodziewanie ląduje w rękach Wujka i umożliwia mu sadystyczną zabawę. Każda odpowiedź, która trafia na skrzynkę mailową mojej prawniczki musi trafić również do mnie. Wujek wiedząc o tym z rozkoszą pierze rodzinne brudy opisując je prawniczce. Ot tak sobie, żeby znała: „tzw. stan faktyczny”. Po trzech miesiącach wiem już sporo o prawie spadkowym i jeszcze więcej o swoich najbliższych. Wujek szybko znalazł kupca na dom Dziadków, w co nie chciało mi się wierzyć. Za szybko… – myślałam wpisując do wyszukiwarki adres. Rzeczywiście, w serwisach z nieruchomościami znalazłam kuchnię, salon, łazienki, ogród… Wszystko wysprzątane i opustoszałe, a obok informacja, że sprzedane. Radiomagnetofon, na którym nagrywałam przedszkolne piosenki. Złota cukiernica, taka sama jak ta, która do dziś stoi w moim domu. Stół na nóżce z obracającym się blatem. Nie mogłam się powstrzymać, żeby leżąc na kanapie nie odpychać go nogami… Wszystko katalogowo poustawiane, w łazience jest jeszcze krem do golenia, wiszą ręczniki, jakby Dziadek dalej tam mieszkał. Otwieram każde zdjęcie w powiększeniu i wciskam print screen. Choć te zdjęcia mają na sobie stygmat śmierci, i tej biologicznej i czysto metafizycznej, wiem, że będę chciała do nich jeszcze kiedyś wrócić. Jeszcze nie wiem kiedy i po co, ale przecież na pewno będzie jakieś życie po końcu świata.