Pogoda dla biegaczy

Dziś będzie o moich przełomowych refleksjach związanych z bieganiem, czyli ze sportem, który miałam całe życie w najwyższej pogardzie. No bo po co biec jeśli nikt nas nie goni? Chyba tylko po to, żeby się nabawić jakiejś kontuzji. Nie lubiłam w szkole biegać, tak jak nie lubiłam gier zespołowych, takich jak dwa ognie (to jest bolesne dostać piłką przecież), siatkówka (boli ręka od serwowania) i przede wszystkim gra w kosza. Z grą w kosza wiąże się nawet pewna anegdota z mojego barwnego życia, kiedy to w zamierzchłych czasach gimnazjum raz postanowiłam wykrzesać z siebie jakąś energię i spróbować nie być najsłabszym ogniwem w skleconej w wyniku losowania, wuefowej drużynie. Doszłam wtedy do wniosku, że może ja wcale nie jestem słabą zawodniczką, tylko po prostu z góry założyłam, że nie chcę grać i dlatego pałętam się po sali gimnastycznej mając nadzieję, że nikt nie poda mi piłki. Pomyślałam, że może gdybym się tak skupiła, to może nawet zdobyłabym jakiś punkt, a co! No i wtedy, na jednej z lekcji w-fu zwarłam szyki i zaczęłam grać tak jakby od tego miało zależeć moje życie. Kiedy więc dostrzegłam lecącą w moją stronę piłkę postanowiłam podbiec po nią, ba, nawet wyskoczyłam żeby ją złapać, wyciągnęłam ręce i… Zderzyłam się z koleżanką, która też wyskoczyła, tylko z prawej strony… Odbiłyśmy się od siebie, ona poleciała w prawo, ja w lewo i tak koszmarnie rozbiłam lewe kolano, że zaczęło mi się kręcić w głowie i na moment straciłam oddech. Już prawie widziałam mroczki przed oczami, ale na szczęście kłopoty minęły po kilkudziesięciu sekundach. Z koleżanką było gorzej, bo dostała jakąś częścią mojego ciała w brzuch. Wylądowałyśmy obolałe na ławce rezerwowych, a ja leczyłam kolano miesiąc, bo coś widocznie sobie w nim uszkodziłam (o czym nikomu nie powiedziałam) i czułam w nim kłujący ból przez prawie trzy tygodnie. To był pierwszy i ostatni raz kiedy postanowiłam „się postarać” na w-fie.
No właśnie – wychowanie fizyczne. Przedmiot, który z pewnością nie bardzo mnie wychował, bo moje skojarzenia z nim oscylują wokół nauczycieli, którzy darli się na nas, że jesteśmy leniami, które w wieku trzydziestu lat będą mieć kondycje sześćdziesięciolatków, bo nie umiemy ani biegać, ani skakać ,ani zrobić kilkudziesięciu przysiadów, oraz wokół smrodu w szatni po poprzedniej klasie. Chyba nigdy nie zapomnę tego gorącego odoru potu, w którym kisiły się moje odwieszone na czas ćwiczeń ubrania.

To wszystko sprawiło, że całe życie uparcie twierdziłam, że nie lubię sportu. Że lubię leżenie i poza chodzeniem po schodach nic nie robię. Ale gdyby się tak zastanowić, to przecież ja zawsze kochałam pływać (i zrobiłam niepotrzebną mi do niczego kartę pływacką), bardzo lubię jeździć na rowerze, a całe lato spędzałam skacząc w gumę albo w linkę z koleżankami na dworze. Do tego jeszcze łyżworolki i właściwie to wychodzi na to, że potrafiłam wyjść na dwór rano i jednak uprawiać jakiś sport praktycznie do wieczora. Mało tego, z chęcią chodziłam po górach i pływałam kajakami, co chyba dowodzi, że na myśl o aktywności fizycznej wcale mnie aż tak nie odrzuca. Tylko to bieganie… Po dwudziestu minutach gardło wysuszone tak, że przełknięcie śliny niemal bolało i jeszcze te zakwasy… No jednym słowem żadna przyjemność. No i znowu błąd, bo tak jak w-fu nie lubiłam, bo składał się z form aktywności, które nie bardzo mi pasowały i odbywał się w atmosferze permanentnej zjeby w wykonaniu wuefisty, tak i do biegania miałam złe podejście. Bo początkujący biegacz nie powinien zabierać się od razu za bieganie, tylko postawić na bieganie przeplatane z marszem. I wtedy zaraz świat wygląda inaczej.

Po pierwsze, marszobiegi uwalniają od totalnego zmęczenia, kołatania serca i pulsowania w skroniach, które w mojej wyobraźni prowadziły mnie wprost do skojarzeń z rychłym zawałem. Uwalniają też od tego koszmarnego uczucia pustyni w gardle. Ledwo się człowiek zmęczy, a już wolno mu iść i w ten sposób odpocząć nie rezygnując zupełnie z aktywności. Po marszu znacznie łatwiej jest też zacząć biec i nie jest to jakiś wielki szok dla organizmu. Polecam zatem marszobieg, który ma ostatecznie prowadzić do biegu bez marszu, a jak to dokładnie wygląda można znaleźć tutaj. Więc, najpierw zaczynamy od biegu który trwa tylko minutę, a potem aż pięć minut maszerujemy i tak pięć razy. Nie ścigamy się z czasem, nikt nas nie goni, po prostu biegniemy i idziemy. Wyobrażam sobie osoby, dla których taki bieg to jest pewien wysiłek, ale o to przecież właśnie chodzi, bo jak coś przychodzi bez trudu, to nie wiem czy dobrze smakuje. A jak wysiłek nie jest morderczy, to łatwiej się zmotywować na następny raz. W drugim tygodniu biegamy już dwie minuty na cztery minuty marszu. Potem mamy trzy na trzy i można cieszyć się, że to już połowa sukcesu. No i ja tak właśnie teraz mam, bo kończę tydzień, w którym biegam trzy minuty na trzy minuty marszu i… jest fajnie. Są zakwasy, ale spokojnie do przetrwania. Przypominają właściwie nie klasyczne zakwasy tylko taki ból mięśni jaki czujemy przy niefajnym, mocnym przeziębieniu. Bardziej jakby te mięśnie jakoś tak trochę spuchły niż bolały tym kłującym bólem.

No i faktycznie, gdzieś odpływają przy takim wysiłku nasze problemy. Człowiek liczy sekundy i minuty, dotlenia się na świeżym powietrzu i nic go specjalnie od tego nie odciąga. Naprawdę, nigdy nie wierzyłam, że to powiem, ale… biegam, bo lubię. Nawet jeśli to jeszcze marszobieg.

A żeby przy marszobiegu miło liczyło się czas, warto pokusić się o aplikację sportową. Wiem, że mnóstwo osób już korzysta z Endomondo i to robi się modne, ale prawdę mówiąc, dla mnie niewielkie znaczenie ma czy ktoś oskarży mnie o ślepe podążanie za trendami czy nie. Endomondo jest aplikacją, która pomaga robić coś pożytecznego, więc nawet jeśli ktoś używa jej żeby chwalić się przed znajomymi, że nie jest leniem, to niech sobie używa i przy okazji faktycznie robi coś dobrego dla swojego zdrowia zamiast pierdzieć na kanapie. Ja endomondo mam i rajcuje mnie to, że mogę obserwować ile już pokonałam dystansu do księżyca (na dzień dzisiejszy jest to wciąż zero).

No i mam jeszcze klawe ciuchy. Okazuje się, że to nie jest całkowicie bez znaczenia, jak mi się początkowo wydawało. Kiedy biegałam w spodniach od dresów, to nogawki majtały mi na wietrze i było mi zimno w nogi. Poczułam też sporą zmianę kiedy podczas tygodnia dla biegaczy kupiłam lepsze buty i skarpetki do biegania w Lidlu. Z butów z miękkimi, grubymi, dobrze amortyzującymi podeszwami na pewno cieszą się moje stawy. Góry nie kupowałam, bo korzystam z polaru i koszulek termo aktywnych z nart. A nie, kupiłam jedną bluzę, tak dodatkowo i ona też dobrze się sprawuje. Zmiana stroju z bezkształtnych, bawełnianych dresów na ubrania przylegające do mnie tak ściśle jakby ktoś odciągnął odkurzaczem powietrze między nimi, a moją skórą wpłynęły znacznie na odsetek trąbiących na mnie kierowców tirów zmierzających ku wylotówce na Poznań i dopingujących mi meneli na rowerkach. Taka „wartość” dodana. Ale mimo wszystko jest super.

A oto moja kolorowa garderoba, w której można mnie pomylić z prawdziwym biegaczem.

Miś wygląda na niezadowolonego z tego, że go ubrałam.

P.S.
Właściwie, to nie było aż tak źle z tymi wuefistami. Na pewno nie ze wszystkimi.

Advertisements

O naiwności.

Znowu tak sobie siedzę, zalega praca… Wykonałam niezbędne minimum, co jest moją furtką, za którą znajduje się moja przepustka do zajmowania się pierdołami.

Dupa, dupa i jeszcze raz dupa. Może jak się wypiszę to będzie choć odrobinę lepiej i coś w tym małym mózgu poukładam? Nie, nie muszę układać. Z Wrocławianinem koniec i nie wiem jakim cudem to się dzieje, ale przeżywam to wyjątkowo dzielnie i spokojnie. Bo my próbowaliśmy niby jeszcze utrzymywać jakieś kontakty, ale to jest bez sensu. On musi ułożyć sobie życie. Małymi krokami, po swojemu i może zająć mu to wiele lat. A ja muszę się usunąć i tyle. Nie wiem dlaczego teraz jest tak spokojnie, może dlatego, że rok temu już to opłakałam? Pozwoliłam sobie na jakieś trzy miesiące przyklejenia do ściany i zwijania mokrych dywanów. Nie od deszczu mokrych lecz od łez.
Przeżyłam, zwyciężyłam, wstałam z kolan i poszłam dalej.

A dalej to wiecie, bo wspominałam. Albo fajni faceci, w których się nie zakochiwałam i którzy lądowali we friendzonie, albo spodobał mi się jeden, który pomimo deklarowania szczerego zainteresowania moją osobą rozpłynął się jak poranna mgła. Później były problemy rodzinne i śmierć babci, które całkowicie wykopały mnie z torów i miałam w dupie miłosne rozkminy. W ogóle miałam trochę tego dosyć, ale teraz w powietrzu wisi wiosna toteż odradzam się jak feniks z popiołów i z lubością narzekam na ciężki los samotniczy, choć dziś chyba z lekką nutką dystansu i luzu, bo widzę, że jestem tak naprawdę robakiem bez poważnych problemów.

No to co jest problemem skoro nie ma problemów? Wszystko zaczyna się i kończy w mojej głowie, moim sercu i postrzeganiu świata. Myślę na przykład o tym gościu, który mnie olał. Nie zakochałam się w nim, to byłoby nadużycie. Ale pewnie zauroczyłam, skoro moja głowa pozwoliła sobie na tworzenie jakichś projekcji z nim związanych. Z nim, albo raczej z jego wyidealizowanym obrazem, który sobie wmówiłam. I teraz poświęcam temu obrazowi jakiś czas, energię i swoją bujną wyobraźnię. Mój mózg wie natomiast, że ta energia i wyobraźnia kiedyś powinny były zostać spożytkowane na innych mężczyzn. Tych, którzy mnie kochali i poszliby za mną w ogień. Wydaje mi się, że było takich przynajmniej trzech. Wszyscy byli dobrymi, prostolinijnymi ludźmi, kochającymi mnie pomimo moich licznych wad. Żeby znieść moje wady trzeba mieć dwie pożądane u ludzi cechy, takie jak cierpliwość i wyrozumiałość. Oni je mieli. Na dodatek byliby skłonni przychylić mi nieba, oddać ostatnią koszulę i nakarmić ostatnim posiłkiem nie pytając czy zrobiłabym dla nich to samo. Ja jednak nie potrafiłam odwdzięczyć im się niczym, choć ich satysfakcjonowała tak naprawdę chyba sama moja obecność. Nie wiem czy doceniałam ich trudy i wysiłki, ale chyba nie, bo moja głowa była zazwyczaj czymś zajęta. Np. obrazami kogoś innego. I niekoniecznie chodzi mi tu o rzeczywistą postać, chodzi mi raczej o tęsknotę za cechami, których ci mężczyźni, którzy mnie kochali nie mieli. Np. brakowało między nami intelektualnego lub emocjonalnego porozumienia na pewnym poziomie. To tak jakbym ja pokazywała im dzieło Picassa a oni pytali dlaczego na tym obrazie wszystko jest takie krzywe… Dziś jest trochę odwrotnie, ten człowiek, który przyciągnął moją uwagę zdaje się mieć to, czego szukam w duszy mężczyzny. No i podoba mi się fizycznie, toteż łatwo mi malować jego obraz w głowie. Nie ma w nim jednak miłości do mnie. Żadnej. I nagle wczoraj myśląc o tym przed snem dotarło do mnie, że idę w kierunku znanej mi dobrze historii z Nocy i Dni. Jestem na tyle ładna i niegłupia, żeby na życie znaleźć sobie poczciwego i kochającego Bogumiła, któremu nie dam miłości na jaką zasługuje, bo nocami będę śnić o dupku zbierającym dla mnie nenufary.

A gdyby tak ta przystojna, wysoka, blondpierdoła grająca funk znów się mną zainteresowała, to co? Wiadomo! Polazłabym do niej choćby to miało oznaczać przeczołganie się nago przez hektar pokrzyw, a potem miałabym taki związek jak z moim ukochanym oblubieńcem M. Niech mnie zatem Bóg broni… No, chyba że on miałby jakieś solidne wytłumaczenie i okazałoby się, że tak naprawdę jest Bogumiłem z artystyczną duszą. Czy to jest w ogóle możliwe? To nawet brzmi jak oksymoron. Czy tylko moja głowa rodzi takie bajania czy może są gdzieś na świecie faceci, którzy są i piękni (przede wszystkim wewnętrznie) i rozsądni, i nie są emocjonalnie niezborni?

Czy naprawdę zabrnęłam w marzenia o czułym brutalu z romansów? Nie… Czekam na umiarkowanego wariata, który będzie kontynuował ze mną dzieciństwo z elementami dorosłości.

Narciarstwo alpejskie

Nie było mnie jakiś czas bo żem pojechała w góry! Mało tego, pojechałam nie tylko w góry, ale i na narty po raz pierwszy w życiu. No, to teraz można powiedzieć, że chyba pierwszy raz spełniam postanowienie noworoczne, które sformułowałam bardzo ogólnie żeby miało szansę się spełnić, a mianowicie wymyśliłam sobie, że ten rok będzie bardziej aktywny i zacznę robić takie rzeczy, których wcześniej nie próbowałam z jakichś tajemniczych dla mnie samej powodów.

Chcę zmian na lepsze w życiu, to jest moje silne pragnienie, ale konkretne plany z reguły waliły w łeb, więc postanowiłam dać sobie z nimi spokój i po prostu zacząć wykorzystywać szanse, które same przypłyną. Przypłynęło narciarstwo i jeśli ktoś jeszcze nie jeździł na nartach, to teraz opowiem jak to ze mną było. Mam nadzieję, że będzie ciekawe dla osób, które jeszcze nie jeździły, bo narciarze raczej się znudzą.

Warto zacząć od tego, że pierwszy wyjazd narciarski to mocny cios dla portfela. Wiele rzeczy można wypożyczyć, ale wiadomo, że najlepiej jest mieć swoje ubrania i buty idealnie dopasowane do własnego wzrostu, rozmiarów i gustu. Podstawową sprawą są dobrze dobrane buty narciarskie, które są ważne dla naszego bezpieczeństwa. Za duże mogą się rozpiąć, a panowanie nad nartami z pewnością jest trudne jeśli mamy w bucie za luźno i zanim przesuniemy nartę pod butem przesuniemy samą stopę w bucie. Ważna jest też odpowiednia odzież, na nartach łatwo jest się spocić, zawłaszcza jak jest się początkującym, a co za tym idzie, podróż wyciągiem krzesełkowym przy wietrze w mokrych ciuchach może się skończyć nieprzyjemnie. Warto więc zainwestować w bieliznę termoaktywną oraz kurtkę i spodnie odporne na wszelkie wiatry i śniegi. Do tego oczywiście kask i przynajmniej dobre okulary przeciwsłoneczne, a najlepiej duże gogle, dzięki którym można jeździć w słońcu i przy padającym śniegu nie mrużąc oczu. To wszystko jest spory wydatek, ale naprawdę ważny jeśli chcemy czuć się na stoku bezpiecznie i mieć przyjemność z jazdy.
Przyznam szczerze, że nigdy nie byłam miłośniczą zimy i zawsze cierpiałam z powodu przemarzniętych rąk i stóp, więc oczami wyobraźni widziałam się na tym całym stoku zziębniętą z glutami pod nosem, a okazało się, że dzięki odpowiednim ubraniom wcale tak nie było. Mogłam podziwiać piękno zimowego krajobrazu w całej krasie i choć pojechałam z apteczką wyładowaną aspiryną, to wcale nie była mi ona potrzebna.

No to teraz najważniejsze – nauka jazdy na nartach. Przed wyjazdem pytałam wszystkich znajomych, włącznie z tymi, z którymi pojechałam, jak długo uczy się jeździć na nartach i do czego można to porównać. Wszystkie odpowiedzi zaczynały się od długiego zastanowienia i brzmiały trudno powiedzieć lub to zależy. Faktycznie, trudno jest udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bo nauka jazdy na nartach wiąże się na pewno z przełamaniem pewnych lęków i wyjściem z wygodnej strefy komfortu, do której jesteśmy przyzwyczajeni chodząc po chodnikach czy podłogach. Dla wielu osób pierwszy raz na nartach wiąże się ze stresującą walką o równowagę, która trwa tyle ile trwa. U jednego krócej, u innego dłużej. U mnie trwało to ekstremalnie krótko, bo całe dzieciństwo przejeździłam na łyżwach i rolkach, co okazało się bardzo pomocne. Nie miałam nawyku odchylania się do tyłu i na przykład zjeżdżanie z prawie płaskiego wzniesienia na jednej narcie też nie było dla mnie problemem. Ivo, mój instruktor, z którym uczyłam się pierwszego dnia, był zaskoczony, że tak gładko to wszystko idzie, więc jak przyznałam się do tych łyżew, to już wszystko było dla niego jasne. Po dwudziestu minutach jeździłam już sama, a może raczej nie jeździłam, a zsuwałam się pługiem po oślej łączce skręcając w prawo i w lewo. Czułam się wspaniale, podjeżdżałam sobie pod górę na gumowym chodniczku i zachwycając się białymi szczytami i bezchmurnym, błękitnym niebem czułam się jak królowa życia. Do hotelu wróciłam zachwycona, mięśnie mnie nie bolały, a na następną lekcję byłam już umówiona na niebieską trasę, a nie oślą łączkę. Następnego dnia miał przyjść kryzys, ale ja jeszcze o tym nie widziałam.

Dzień drugi, czyli ten, w którym okazało się, że nie jestem nikim wyjątkowym zaczął się przyjemnie. Ivo miał wypełniony grafik, więc moim nauczycielem został Filipo. Niebieska trasa, na którą pojechaliśmy była piękna, szeroka i tylko trochę bardziej stroma od szkółkowego stoku, na którym byłam dzień wcześniej. Filipo nieźle znał angielski, ale nie był zbyt rozmowny. Moje pierwsze kroki na nowym stoku były dosłownie krokami, bo zejście z wyciągu było płaskie, a ja jeszcze bałam się prędkości, bo nie kontrolowałam zbyt dobrze nart i nie chciałam odepchnąć się kijkami, żeby podjechać na wzgórze. Takie zachowanie pozwala czuć się bezpiecznie, ale w związku z tym, że buty i narty są ciężkie, podchodzenie jest niewygodne, uciążliwe, powolne i można się spocić jak świnia w ciągu trzydziestu sekund. Potem przychodzi kolejna trudność – bardziej stromy stok to większa prędkość, którą osiągamy zjeżdżając jeśli nie umiemy jeszcze przyzwoicie hamować. Jakież było moje przerażenie i rozczarowanie, kiedy po niedawnych sukcesach wykonałam pierwszy koślawy, nieudany i gwałtowny skręt w lewo, który mnie przeraził, zdenerwował i wywołał ból w lewym kolanie. Wszystko, co tylko mogłam zrobić z błędami, zrobiłam z błędami. Wychyliłam się nie w tę stronę co trzeba, bo mam problem z kierunkami, skręciłam ramię (najprostsza droga do skrzyżowania nosków nart co owocuje upadkiem) i za słabo otworzyłam tył nart, co jest niezbędne żeby przyhamować. Nie zrażałam się jednak. Filipo mnie korygował, pilnował, a na trasie było kilka zupełnie płaskich fragmentów, gdzie można było odpocząć i pogadać o moich błędach. Byłam niezwykle zdeterminowana i starałam się być spokojna, ale kiedy za trzecim i czwartym razem popełniałam podobne błędy i zaliczyłam kilka upadków, zaczęłam się denerwować. Filipo mnie uspokajał, mówił, że wszystko idzie świetnie, to była przecież moja druga godzina nauki jazdy w życiu, a ja już byłam na stoku, a nie w szkółce. Dla mnie sprawa wyglądała inaczej, byłam zła, że mój mózg nie współpracuje i nie wysyła do moich kończyn sygnałów, jakich sobie życzyłam. Wystarczyło mi powiedzieć raz żebym otwierała szerzej narty przy skręcaniu żebym zrozumiała, a jednak na stoku tego nie robiłam. Czułam się tak, jakby ktoś mi powiedział, że mam nie wsypywać soli do herbaty tylko cukier, a ja świetnie to rozumiejąc i wiedząc dlaczego mam użyć cukru a nie soli, jeszcze sześć razy wybierała sól. Mózg swoje, ciało swoje…
Po skończonej lekcji mogłam jeszcze trochę poćwiczyć ze znajomymi, którzy mnie pilnowali. Z jednej strony byli zachwyceni, że tak szybko zaczęłam jakoś tam jeździć, z drugiej widzieli moje błędy, ale nie bardzo potrafili pomóc mi je naprawić, bo sami uczyli się jeździć wiele lat temu i nie są instruktorami, więc powtarzali mi tylko, że mnie pilnują i żebym się nie bała. Nie bałam się, byłam zła, że nie widzę efektów swojej pracy. W końcu słońce zaczęło zachodzić i przyszedł czas powrotu do hotelu, na co się zgodziłam, choć bardzo chciałam jeszcze raz zjechać, żeby zakończyć dzień świadomością poczynionych postępów. Ze skibusa wyszłam praktycznie na czterech, chyba adrenalina nie pozwoliła mi poczuć jaka jestem zmęczona. Wtedy przyszły też oczywiście zakwasy, chyba głównie wynikające z biegania po płaskim za instruktorem. Straciłam wtedy trochę humor, ale nie straciłam zapału.

No i przyszedł dzień trzeci, czyli ten, w którym zauważyłam wyczekiwaną zmianę. Po pierwsze, szybko przestałam biegać i chodzić na nartach. Praca z poprzedniego dnia odniosła skutek, choć to nie było to, czego się spodziewałam. Chciałam lepiej zjeżdżać, a nauczyłam się osiągać większą równowagę i przestałam bać prędkości (która była żadna, ale wiadomo, że początkującemu wydaje się inaczej). Trzeciego dnia zjeżdżałam nadal kiepsko, choć pojawił sukces przy skręcaniu w prawo, które stało się spokojnym i w pełni kontrolowanym przeze mnie manewrem, podjeżdżałam bez zatrzymywania się do bramek przy których pika skipass i spokojnie zjeżdżałam z wyciągu krzesełkowego. To był dobry czas na naukę dostawiania nart, żeby trzymać je równolegle, a nie szeroko, pługiem, jak pierwszego dnia. Sztuka dostawiania nart okazała się dla mnie niezbyt trudna, może to też dzięki tym łyżwom. Trudny był za to skręt w lewo, który pomimo ogromnego wysiłku wciąż wykonywałam gwałtownie i szybko. Filipo mówił, że wciąż trzymam narty zbyt wąsko podczas manewru, więc zaczynam z dużą szybkością zjeżdżać w dół i dlatego w hamowanie muszę włożyć dużo siły i odbywa się to nieprzyjemnie ostro.

Czwartego dnia wszyscy instruktorzy byli zajęci, więc ćwiczyłam sama. Od razu zdecydowałam się na mały stok dla początkujących koło szkółki, bo pogoda była fatalna. Gęsta mgła opadła na mój niebieski stok i ze swoimi umiejętnościami byłam na niego za słaba w tych warunkach. Postanowiłam więc ćwiczyć skręt w lewo i dostawianie nart. Na płaskim stoku wszystko było przyjemne, kontrolowanie nart szło mi jak z płatka, a mój mózg w końcu przyjął nowe zasady gry i skręcałam jak trzeba automatycznie. Na tym stoku spotkałam grupkę pań z instruktorem, które widziałam już wcześniej. Jedna z nich miała szczególne problemy z jazdą, była bardzo sztywna i odchylała się do tyłu. To mi uzmysłowiło dlaczego odpowiedź na pytanie czy łatwo jest nauczyć się jeździć na nartach jest taka trudna. Faktem jest jednak to, że później widziałam te panie również na moim niebieskim stoku z drugiego dnia, więc i one zrobiły progres w nauce, a skoro one mogły i ja mogłam (a nie jestem dobra w sportach i do tego niezbyt silna fizycznie), to każdy może.

Piątego dnia miał mnie uczyć Franco, ale przyszła Stefania, przemiła dziewczyna, która była zupełnie inna niż Filipo i Ivo, bo oni mówili mi co teraz będziemy robić, a Stefania pytała co chcę robić. Czy czuję się na siłach na nowe ćwiczenie, czy mam ochotę… Na szczęście miałam, chciałam wykorzystać szansę, że jestem w tych pięknych Alpach i interesowało mnie każde wyzwanie. Ze Stefanią jeździłam po trudniejszych fragmentach niebieskiej trasy. To znaczy takich, gdzie było miło i raczej płasko, a po drodze były dwa garby. Wcześniej jeździłam tam też trochę z Filipo. Ze Stefanią mój skręt w lewo stał się tak samo prosty jak w prawo i zaczęłam pracować nogami podczas jazdy, a nie ciałem, choć słowa don’t turn your shoulder słyszałam niestety do końca mojej nauki.

Jak się jeździ na nartach kiedy już się coś załapie? Niezwykle przyjemnie i lekko. Narty ustawione płasko do stoku zachowują się jak kajak na wodzie. Człowiek czuje się jakby płynął, jakby śnieg pod stopami był miękki. Do tego słyszy się przyjemny dźwięk sunięcia, który jest na tyle głośny, by szybko zorientować się, że ktoś jedzie za nami i wyczuć gdzie mniej więcej jest, co daje poczucie bezpieczeństwa. Później podczas skręcania wbijamy się krawędzią narty w śnieg, co daje odczucie wbijania noża w grubą bezę i wydaje podobny dźwięk. I potem jadąc w dół zakosami mamy raz kajak na wodzie raz bezę, kajak na wodzie i bezę i tak sobie jedziemy w dół.

Trasy w Alpach są przepiękne. Pod koniec wyjazdu miałam wrażenie, że Bóg przygotował to wszystko dla mnie. Śnieg jak z bajki, lekki, nieodczuwalny przymrozek, drzewa otulające stoki z każdej strony, wyciszony wiatr, przyjemnie grzejące słońce, bezchmurne niebo i świadomość poczynionych przeze mnie postępów sprawiły, że nawet na chwilę dałam się nabrać, że wysiłki wkładane w życie mogą owocować wprost proporcjonalnymi do nich osiągnięciami.

Szóstego dnia zahaczyłam nawet ze Stefanią o kawałek czerwonej trasy, która łączyła się z niebieską. I raz się przewróciłam, ale to nic.

Jeżeli chodzi o zdjęcia, to były wielkie plany, ale zabrakło mi sił, więc jest ich niewiele. Za to przygotowałam filmik, który jest zabawny, bo trochę się rozmija z podłożoną pod niego muzyką. W ogóle wyszedł trochę groteskowy, bo monumentalność gór ma podkreślać patetyczna muzyka z Gry o Tron, a że jestem całkowitą amatorką, ręka mi skakała podczas filmowania i jak wspominałam, nie wszędzie muzyka zgrywa się z obrazem, to jest trochę śmiesznie. Cóż, pierwsze koty za płoty!

P.S.
Już obiecałam inny filmik kiedyś. Materiał jest nagrany i przerzucony do komputera. Problem w tym, że za wysoko zawiesiłam sobie poprzeczkę jeśli chodzi o obróbkę. Nie zapomniałam o tym jednak i myślę, że moje amatorskie filmiki będą się tutaj pojawiały.

Niestety, w czwartym dniu pobytu kiedy miałam chęć i siłę przejść się po południu po miasteczku przyszła wspomniana mgła i zasnuła mi plener zdjęciowy.

Na stoku dysponowałam tylko komórką i zrobiłam kilka zdjęć. Na początek wyciągi w Marillevie

A tyle było śniegu

I z niebieskiej trasy

No i już zupełnie na koniec wspomniany filmik. Działo własnej produkcji, reżyserii i montażu

Wróciłam po trzech tygodniach, ale za to z przytupem 😉