“Modern Family”

Pamiętacie Rain Mana? Taki stary, dobry film drogi o braciach, z których jeden jest cynicznym karierowiczem, a drugi prostodusznym, chorym na autyzm dużym dzieckiem? W tym filmie jest taka scena, kiedy to zdrowy brat, przyprowadza chorego brata do lekarza. Nie wie co mu jest, nigdy wcześniej nie słyszał o autyzmie. Lekarz szybko diagnozuje chorobę, zwraca uwagę na niezwykłe zdolności matematyczne pacjenta i jego kompletną nieporadność, kiedy musi on wykazać się abstrakcyjnym myśleniem. Na końcu pyta go czy wie co to autyzm. Chory odpowiada, że wie. Kiedy jednak pyta go czy cierpi na tę chorobę, Raymond, bo tak ma na imię grany przez Dustina Hoffmana bohater, po krótkim namyśle odpowiada, że nie.

Patrzę na rodzinę na sprzedaż, która transmituje swoją prywatność w Internecie. Nie jestem psychologiem, nie zdiagnozuję ich choroby, ale nie mam wątpliwości, że Ci ludzie, trochę jak Raymond, wiedzą co to oznacza zamontować sobie kamery w (prawie) całym domu i jednocześnie nie są świadomi swoich poczynań. Po pierwsze, myślą, że to co robią jest proste i mają nad tym kontrolę. Nie zamontowali kamer w łazience, mają więc poczucie, że zostawili sobie przestrzeń intymności. Mogą tam nie tylko zrzucić maskę, na chwilę poczuć się swobodnie, ale też pewnie porozmawiać o tym, co nie nadaje się przed kamery. To jest właściwie wszystko o czym pomyśleli i co pozwolił im przewidzieć ich intelekt. Nie wiem kto budował stronę rodziny, ale wygląda ona, jak robiona przez kogoś, kto swoją ostatnią witrynę projektował w roku 1998. Pod okienkami z podglądem pomieszczeń znajdują się zdjęcia rodziny. Dzieci wyglądają na nich trochę strasznie, jak z portretów pamięciowych. Jeszcze niżej jest niepasujący zupełnie do niczego apel do sponsorów i reklamodawców zainteresowanych współorganizacją biegu na milion osób z nagrodami. Jeszcze niżej mamy reklamę wypożyczalni samochodów z kierowcą lub bez, a całość wieńczy stopka ze wszystkimi danymi kontaktowymi.

Pomysł na biznes poznańskiej rodziny nie wychodzi poza przedstawiony wyżej zarys. Mają być kamery, mają być włączone całą dobę, jedynym miejscem, gdzie kamer nie ma pozostaje łazienka. Koniec pomysłu. Naciśnięcie przycisku start przy tak lichych przygotowaniach jest jak plan przebiegnięcia dwudziestu kilometrów, choć pół życia przesiedziało się przy biurku (toż to tylko przebieranie nogami, nie?).
Słowo się rzekło, machina ruszyła, a wraz z nią kreatywność internautów. Z wywiadu wiem, że pod wskazany na stronie adres państwa Dzikowskich zaczęły napływać kolejne zamówienia – od pizzy, przez elektronikę, po spore ilości armatury łazienkowej. Zdarzyła się też wizyta prostytutki w godzinach wieczornych, a we wszystkich pozostałych (no, może poza nocnymi) urywają się telefony od mediów i żartownisiów. Gospodarze są zdziwieni, chyba nie wiedzieli jak działa Internet i nie zdawali sobie sprawy jak ryzykowne jest podanie adresu domowego na stronie.

Kiedy pierwszy raz włączam kamerę opatrzoną podpisem ‘salon’, pani domu odbiera telefon od kobiety, która prosi ją o komentarz w sprawie zarządzenia Sądu Okręgowego w Poznaniu, który nakazał rodzinie wyłączyć kamery. Pani Barbara krzyczy do słuchawki, że nic nie wie o takim dokumencie i nie będzie reagować na to, co mówią media, bo: „telewizja kłamie”. Niby chce szybko skończyć rozmowę, ale tak naprawdę z zaciekawieniem wysłuchuje rozmówczyni i cierpliwie odnosi się do każdego zarzutu. Powtarza, że Rzecznik Praw Dziecka powinien zająć się rodzinami patologicznymi, a nie nią i jej dziećmi. Jest lekko wzburzona, ale odnajduje się nieźle w tej niewygodnej sytuacji. Nie można powiedzieć, że jak ryba w wodzie, ale z pewnością jest uzbrojona w ogromne pokłady sił do walki z wrogiem. Widać, że ten telefon nic nie zmieni, nie ugnie się i nie wyłączy kamer. Nagle dzwoni domofon. Pani Barbara informuje dziennikarkę, że musi na chwilę przerwać żeby otworzyć. Z serdecznością w głosie mówi, że rzucone przed chwilą: „proszę bardzo” nie było do niej tylko do osoby stojącej na klatce. Okazuje się, że przyszedł dziennikarz, o ile dobrze słyszałam (w którymś z mieszkań trwa remont i hałasują wiertarki) z lokalnej gazety ABC. Facet ma aparat fotograficzny i jest bardzo przychylnie nastawiony, co sprawia, że gospodyni szybko się przed nim otwiera. Nie ma problemu z odpowiadaniem na pytania, szybko mówi, że ignoruje nieprzychylne komentarze na temat swojej osoby (że gruba) i zaznacza, że to społeczeństwo jest chore, nie ona i jej rodzina. Zwraca uwagę na fakt, że odkąd stała się popularna jej życie się zmieniło. Że wystarczy stać się znanym i już inaczej cię traktują, co zauważyła np. podczas załatwiania spraw urzędowych. Dużo mówiła o hipokryzji mediów, o tym, że dziennikarzom TVN24 nie podoba się inicjatywa kamer w całym domu, ale nie mieli problemu z programem Superniania, gdzie można było oglądać dzieci, których zachowanie cały czas rejestrowały kamery. Oburzała się na metody Doroty Zawadzkiej, które według niej były szkodliwe. Zwracała uwagę na to, że psycholog szarpała dzieci i krzyczała na nie wprowadzając przy tym ograniczenie swobód. Przyznała, że sama woli pozwalać dzieciom na więcej, bo wie, że zakazy działają jak płachta na byka. Dziennikarz potakuje, a ja kręcę głową. Nigdy nie paliłam się do macierzyństwa, ale program Superniania oglądałam z pasją. Byłam bardzo ciekawa co można zrobić z rozwydrzonym bachorem poza zamordowaniem go i z zainteresowaniem obserwowałam przemianę dzieci, które za sprawą Doroty Zawadzkiej uspokajały się i okazywały naprawdę fajnymi maluchami, których złe zachowanie pączkowało dzięki kiepskim metodom wychowawczym rodziców. Obejrzałam lwią część wszystkich serii programu (dzięki powtórkom w wakacje) i nie widziałam żadnego odcinka, w którym Superniania szarpie dziecko lub na nie krzyczy.

Podczas gorącej dyskusji z dziennikarzem, kilka razy dzwoni komórka pani Dzikowskiej. Odbiera ona wszystkie telefony i ucina rozmowy argumentując, że właśnie przyjmuje gościa. Podobnie jak w przypadku poprzedniego telefonu, tak naprawdę nie próbuje zbywać rozmówców, prosi o telefon później, około drugiej czy trzeciej po południu. Nagle w domu zjawia się mąż z czteroletnim synkiem. Dziecko jest uciążliwe, nadpobudliwe, nie mówi tylko krzyczy. Okazuje się, że chłopiec jest chory na padaczkę, ma też napady agresji, więc zdobywam się na wyrozumiałość. Rodzice też nie tracą wobec małego cierpliwości, przywykli do krzyku, więc starają się kontynuować rozmowę ponad nawijającym jak katarynka dzieckiem. Rozmowa o ‘wrogich mediach’ ma swój ciąg dalszy, wiele argumentów pada z ust życzliwego dziennikarza, który zwraca uwagę na reklamy pieluch i kosmetyków dziecięcych. Pani Dzikowska wtóruje dodając jeszcze filmy i seriale z udziałem dzieci. Ironizuje, że powinno się ich zabronić, bo wygląda na to, że każde publiczne pokazanie dziecka jest dla niego groźne. Wspomina o matkach smarujących dzieciom pupy oliwkami w reklamach. Nie widzi jednak różnicy między dzieckiem biegającym na waleta przed setkami internautów, które naprawdę szykuje się do kąpieli, a wypudrowanym maluchem w reklamie, która od początku do końca jest kreacją. Niemowlak nie jest w domu tylko w studiu, nie w objęciach mamy tylko modelki, a wszystko jest wystylizowane i sfilmowane przez profesjonalistę. Udaje jej się zbudować analogię między wykreowanym światem reklamy czy filmu, a prawdziwym życiem, ale zapytana czy jej transmisja to Big Brother natychmiast zaprzecza. Tutaj już widzi, że Big Brother to była kreacja, ludzie z castingów, profesjonalne show za duże pieniądze. Jej inicjatywa to ‘prawdziwa rodzina 24h na dobę’. Choć tak naprawdę, to nie 24, bo w dalszej części rozmowy wychodzi na jaw, że kamery są wyłączane na noc (co ciekawe, chwilę wcześniej mówiła, że system montowała ekipa techniczna i nie wie do końca jak to włączyć i wyłączyć, więc sama nic nie zrobi jeśli sąd zakaże transmisji). Czyżby jednak istniała strefa intymności? Jak wspomniałam, nasi bohaterowie oszczędzili tę nieszczęsną łazienkę, a w Big Brotherze jednak kamery tam były. Czyli jest cenzura, są jakieś granice, Państwo Dzikowscy wiedzą, że nie wszystko jest na sprzedaż. Dlaczego więc przesunęli te granice prywatności tak bardzo, że jedynie w łazience lub na klatce schodowej mogą poczuć się swobodnie? Bo nie mają do pokazania nic. Nie oferują widzowi ani formy, ani treści, a jedynie sensację. Cena jest wysoka, ale to chyba dla Pani Barbary mało ważne. Kilka razy podkreśla w rozmowie, że stała się osobą znaną i dlatego chcą jej słuchać. Widzi to, bo przecież dzwonią wszystkie stacje i gazety, telefony się urywają. Dwa czy trzy razy z uśmiechem i nie bez satysfakcji powtarza, że mówią, że ich transmisja to konkurencja dla TVN-u. Uśmiecham się na ten tę myśl razem z nią.

Jeszcze chwila, jeszcze tylko rodzinne zdjęcie do artykułu w ABC, krótkie podziękowanie i dziennikarz wychodzi. Ja też dłużej już nie zostanę. Zobaczyłam już wszystko.

Advertisements

Pytania do wszystkich mężczyzn.

On pisze, że nie odpisuję i to go martwi. Wiem i myślę cały czas, że nie odpisałam, a już dawno powinnam, ale nie mogę zebrać myśli, to po pierwsze, nawaliło się spraw, to po drugie, naprawdę kiedy tylko się da robię te moje minimalistyczne porządki. Można określić, że przepastna szafa jest już uporządkowana w siedemdziesięciu procentach. Odpisuję z komórki, że usiądę do komputera wieczorem i odezwę się. Mój pokój wygląda jak stajnia Augiasza (naprawdę chętnie spłukałabym to wszystko wodą) i jeśli nie zacznę układać tych rzeczy, które zdecydowałam się zostawić, to po prostu nie będę miała gdzie spać. Kończę bardzo późno, ale jak obiecałam, siadam do komputera.

Wszyscy, którzy są ze mną długo, albo czytali stare wpisy wiedzą, że jeszcze jakieś dwa lata temu intensywnie szukałam miłości swojego życia. W związku z tym, że grono moich znajomych jest niewielkie, a ja sama nie jestem specjalnie imprezowa i nie przepadam za zawieraniem znajomości w parkach i na ulicach, postawiłam na nowoczesność, czyli portal randkowy. Najpierw czułam się na nim jak pies na wystawie, ale szybko o tym zapomniałam, kiedy znalazłam profile osób, które mi się spodobały. Myślałam, że mnie i mężczyznę mojego życia dzieli kilka kliknięć, ale tak nie było. Jak każdy przeżywałam rozczarowania lub spotykałam się z brakiem odpowiedzi. Odkryłam również, że na takich portalach statystyki sztucznie pompuje pokaźne stado martwych dusz. Sama też musiałam grzecznie odmawiać panom dalszej znajomości. Okazało się, że nie zawsze przynosiło to zamierzony skutek, bo jak widać, nieodpisywanie na wiadomości jest wiodącym trendem w serwisach, które zostały założone po to, żeby umożliwić ludziom rozmowy. Siliłam się na eufemizmy, pisałam z największą delikatnością o różnicach między mną, a interlokutorem, zamykając wszystko pogodnym akcentem w stylu: „widzę, że tu jest mnóstwo fajnych dziewczyn, więc życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach i pozdrawiam”. Na do stawałam mail w stylu: „O! Odpisałaś, fajnie. A mogłabyś mi powiedzieć co ci się we mnie nie spodobało? Skąd taka decyzja? Co musiałbym zmienić ewentualnie? Na pewno nie chcesz się spotkać?”.

Udało mi się nawiązać też kilka ciekawych znajomości z nietuzinkowymi ludźmi, z których jedna trwa nawet do dzisiaj. Problem tkwi w tym, że nad nimi wszystkimi wisiała zawsze klątwa friendzone’y. Kontynuowanie ich to podsycanie tlącego się, uczuciowego płomienia, który nigdy nie zamieni się w ogień. Nie chcę czegoś takiego, dokładam wszelkich starań żeby nie ranić. Nie wiem co się ze mną stało, może to jest po prostu dojrzałość? Kiedyś spotykałam się z facetami czując, że to nie to, a potem po prostu ich o tym informowałam. ‘Sorry, Winnetou, z tej mąki chleba nie będzie’ i odchodziłam. Życie, tak to już jest. Spałam spokojnie.

W końcu zrezygnowałam z tego wszystkiego. Nie usunęłam konta, po prostu zajęłam się życiem i… Dobrze mi było z tym. Widać to także na moim blogu, ze świecą można szukać mojego ostatniego wpisu, w którym pojawia się filozofowanie na temat moich relacji damsko-męskich czy inna gra w zaloty. Nie jest to wynik wprowadzonego w życie planu, ja tego nie postanowiłam tak jak postanawia się przejść na dietę. To po prostu wyszło naturalnie. Oczywiście, miałam takie myśli leżąc np. na plaży nad Bałtykiem, że fajnie byłoby gdyby był ze mną ktoś wyjątkowy, ale to była krótka refleksja. Zamiast wchodzić w nią głębiej, zanurzałam głębiej dłonie w miękkim piasku i rozkoszowałam się tym uczuciem. Było dobrze, aż przyszedł mail. A potem drugi mail.

Większość mężczyzn, którzy do mnie pisali, nie siliła się na internetowy podryw stulecia. Z reguły dostawałam krótkie pytanie czy mam ochotę pogadać, albo miłą wiadomość, w której facet uzasadnia dlaczego to właśnie ja wpadłam mu w oko. Składała się ona zazwyczaj z odniesień do tego, co napisałam w profilu i stanowiła listę podobieństw między mną, a rozmówcą. Teraz było trochę inaczej. D. walnął z grubej rury, że nigdy nie był tak pewny, że pisze do właściwej osoby. W ten sposób od razu popełnił błąd, za który skreślam mężczyzn w pięć sekund. Ten błąd nazywa się przebóstwienie. Występuje on wtedy, kiedy chłop w pierwszym kontakcie, nie znając jeszcze dziewczyny już zbudował sobie w głowie jej obraz, który zaczyna uwielbiać. Stawia dziewczynę na ołtarzu i zaczyna:
– czuję, że to jest to, wreszcie cię znalazłem,
– to się nie może nie udać, jesteśmy bratnimi duszami,
– masz wszystkie cechy, jakich szukam w kobiecie, zrobię dla ciebie wszystko i nie odpuszczę,

Odpowiednik kobiety-bluszcza, ot co. Dlaczego to jest niebezpieczne? Bo on widzi obrazek, który sam sobie zbudował. Kobieta, która poleci na ten grad komplementów srodze się przejedzie. Wizerunek zbudowany na emocjach, niemający żadnego umocowania w rzeczywistości musi runąć tak samo szybko, jak powstał. Kiedy tylko okaże się, że dziewczyna ma też jakieś wady, to przestanie być kolorowo i z obietnic wiecznej miłości trzeba będzie się wycofać. Najlepiej rakiem, po cichutku, jakby do niczego nie doszło.
Miałam nie odpowiadać, ale pomyślałam, że może jednak odpiszę. Opowiem mu jak to widzę, może to pomoże mu na przyszłość. Nie chcę żeby to zabrzmiało tak, jakbym uważała się za jakieś ucieleśnienie męskich marzeń. Doskonale wiem, że nie podobam się wszystkim, ale obiektywnie rzecz biorąc łapię się do wora pt.: ‘Atrakcyjna kobieta’ i wiem, że z tym łączą się nie tylko pozytywne aspekty. Jest jeszcze właśnie ten efekt wyobrażenia, z którym nie mają problemu dziewczyny o nienachalnej urodzie, które od razu kochane są za wnętrze. Jak mówiła Rita Hayworth – idą do łóżka z Gildą, a budzą się u boku Rity.

No więc napisałam. Bardzo podziękowałam za te jakże konkretne deklaracje, ale chciałabym go przestrzec, że ja takie konkrety słyszałam już z niejednych ust, a potem była wielka klapa. Dodałam oczywiście, że tak to wszystko wygląda z mojej perspektywy i że absolutnie nie chcę mu imputować czegoś, czego w tym liście nie ma. Rozumiem, że „zrobiłaś na mnie wielkie wrażenie”, może znaczyć dokładnie to, co zostało napisane i nic więcej. Odpisał oczywiście, że się nie spodziewał, że odpiszę. Napisał to trochę w tonie: „Jezus Maria! Odpisałaś?! Dajcie wody!”. Przepraszał za błąd ortograficzny z poprzedniego maila (wszystko przez to wrażenie, pod którego jest wpływem). Spoko, tylko jeden facet, który ze mną pisał nie robił błędów. Jest polonistą.
Postanowiłam jednak przyjrzeć się jego profilowi. Ciekawy, zabawny. Pisze o sobie, że urodził się podczas jednego z meczów mistrzostw świata przy stanie bezbramkowym. Jest przystojny i wysoki, jest programistą i szuka dziewczyny, która kocha polską literaturę. Dobrze żeby kochała też piłkę. Nagle zaczynam dostrzegać dosyć ciekawego człowieka, choć profil jest skromny. Mam ochotę z nim trochę porozmawiać, coś mnie w nim intryguje, ale cholernie boję się, że zrobię mu niepotrzebnie nadzieję. Odpisuję rzeczowo i jak na siebie niezbyt obszernie. Przez moje wahania i obowiązki długo czeka na kolejną wiadomość. W końcu decyduje się napisać mi o sobie więcej, bo wie, jak mało dowiedziałam się z profilu. Tutaj pan D. beztrosko popełnia kolejne błędy. Zamiast przedstawić mi siebie pisze co się z nim działo przez ostatnie lata. O zdanym egzaminie na prawo jazdy, pracy zagranicą, złożeniu CV do dużej firmy i kierunkach studiów, na które niepotrzebnie poszedł. Na szczęście nadmienia też trochę o pasji muzycznej, wysyła mi bardzo fajny utwór jakiegoś starego zespołu, który pewnie już nie istnieje. Okazuje się, że grał na basie w zespole muzycznym przez wiele lat. Lubi kulturę, sztukę – to interesuje mnie znacznie bardziej niż to gdzie pracował. Nie uzewnętrznia się za bardzo, kiedy zaczyna mówić sprawach emocjonalnych czy byłych związkach ucina temat określeniami typu: „tak wyszło, że sprawy się pokomplikowały”.

Odgruzowałam łóżko i mam gdzie się położyć, siadam więc do komputera i odpisuję, choć jest po północy. Wiem, że muszę ostudzić jego zapał, zwłaszcza, że popełnia on kolejny błąd – chce się wymienić numerami telefonów. Tłumaczę mu, że ja mam w głowie alternatywny świat, który pomaga mi przetrwać na tym, który mnie otacza. Chyba tylko dzięki niemu jeszcze się nie powiesiłam. W sytuacjach kryzysowych buduję sobie swój Labirynt Fauna, żyję Życiem Pi i jestem podobna do Amelii. Jeśli nie znajdę swojego Nino, który zbiera podarte zdjęcia znalezione pod fotoautomatami, to pewnie będę w życiu sama, bo żaden twardo stąpający po ziemi pragmatyk mnie nie zrozumie. „Nie wymieniajmy się jeszcze numerami, nie plączmy się w to, jeśli jesteś pragmatykiem, bo cię skrzywdzę. Czekam już tak długo, że wszystko mi jedno czy to potrwa jeszcze rok czy dziesięć lat.”
D. odpisuje pomimo późnej pory. Mówi, że nie oglądał Amelii, więc właśnie włączył. Jest pierwsza czterdzieści pięć w nocy.

Gdyby istniał tylko D., to byłoby pół biedy, ale ja dostałam jeszcze jeden list. Napisał K. Postarał się, żadnych wpadek, komplementy idealnie wyważone, język – poezja. W sensie zabawa słowem, lekkość, erudycja (wychodzi mu to znacznie lepiej niż D.). Trochę zgrywał filozofa, ale wiem, że w dobrej wierze. Nie mogłam nie odpisać, ten list był po prostu za dobry. W ogóle K. to facet pt. Marzenie Teściowej – prawnik. Ma niezłą nawijkę, potrafi rozmawiać z kobietami i wie, że grad komplementów czy wyciąganie numeru telefonu to będzie gwóźdź do trumny, więc nie robi tego. Mam ochotę z nim pogadać, bo wiem, że z nim się pośmieję. Jest nić porozumienia, co prawda on lekko ją nadszarpuje stylizując wypowiedzi na oryginalne, przytaczając łacińskie cytaty (jeden zapisał błędnie, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Może się pomylił). Ma brodę, fajne hipsterskie okulary i występuje na zdjęciu w przegrzanej stylizacji z białą marynarką. Jest też drugie zdjęcie, przy rowerze, na którym prezentuje się lepiej. Miło nam się rozmawia, słowa biegną same, rozmawiamy o tym czego szukamy, o tym czego ludzie szukają. Póki co, boje się, że K. to człowiek radykalny, zdecydowany, bezkompromisowy. W jego twarzy jest niewiele łagodności, maluje się na niej cynizm, choć może to tylko pierwsze wrażenie, a z pierwszych wrażeń lepiej nie wyciągać wniosków.

W mojej skrzynce przewijają się więc dwa zdjęcia D. i K. Widzę dwóch różnych, przystojnych, wysokich facetów. Mają fajne fryzury i są młodzieżowo ubrani. Czyżby wizerunek ‘męskiego’, czytaj: zaniedbanego, faceta odchodzi wreszcie do lamusa? Co się teraz w ogóle dzieje, co ja robię? Rozmawiam? Flirtuję? Przecież ja do cholery ‘nie czuję’ ani jednej relacji, ani drugiej. Z drugiej strony jak mam poczuć bez rozmowy? Tak biernie siedzieć i patrzeć to ja mogę do usranej śmierci.
Ktoś napisał mi kiedyś w komentarzu do jednego z wpisów, że błąd, który robią kobiety, to próba zaprzyjaźnienia się z mężczyzną. Wzięłam to sobie bardzo do serca i przyznaję, że tak to właśnie działa. Można mieć kumpla z pracy, z którym gada się o bieżących sprawach i o pracy, ale nie można mieć kumpla z portalu randkowego. Tu drogi są tylko dwie – wyjdzie nam lub nie wyjdzie.

Co więc powiedziałby każdy z moich rozmówców na to, że gadam jeszcze z tym drugim?
Czy to jest możliwe, żeby którykolwiek z nich rozmawiał ze mną bez żadnych oczekiwań?
I dlaczego nie cieszę się, że jestem adorowana, tylko myślę o tym czy oni poczują się zranieni, kiedy powiem jak Terminator: „Hasta la vista, baby”.