Nowy, udany Blade Runner 2049

Lubię kiedy kino sciene-fiction jest humanistyczne. Kiedy zadaje pytania o człowieka w kontekście jego rozwoju w dalszej lub bliższej przyszłości. Niby nic oryginalnego, właśnie taka jest specyfika gatunku, a jednak często filmy sci-fi wyróżniają się intelektualną pustką, którą przykrywa się efektami specjalnymi za miliony dolarów. Wśród zalewu wydmuszek o przybyciu obcych na ziemię czy zagubieniu w kosmosie, zdarzy się czasem jakiś Matrix, kultowy Terminator czy Łowca androidów.

Na Blade Runnera szłam z pewnym niepokojem pomimo niezłych recenzji i zapewnień krytyków, że zachwyci mnie niespiesznie prowadzona narracja i wnikliwe studium ludzkiej duszy. Wszystko dlatego, że choć staram się nie dzielić kina grubą krechą na męskie i kobiece, to jednak podstawą mojego lęku było właśnie to, że wybieram się na film „męski”, że pod płaszczykiem kameralnego (o dziwo, przy budżecie 180mln dolarów) obrazu, ukrywają się strzępki kina superbohaterskiego, utkanego z wyświechtanych klisz. Zakładałam, że reżyser puszcza jednak oko do widzów, którzy wybierając ten film kupowali bilet na niezobowiązującą rozrywkę – nową odsłonę Jareda Leto, Ryana Goslinga w dobrze skrojonym płaszczu i gładkie twarze pięknych aktorek. Co ostatecznie zobaczyłam w kinie? Jedno i drugie. W tym prawie trzygodzinnym filmie wymieszano, jak w kotle z zupą, nostalgię za pierwszym Łowcą androidów, trochę czystego kina akcji, filmu psychologicznego neo-noir z wątkiem miłosnym i filozoficznych pytań o duszę, wspomnienia i emocje, które pozwalają tym wspomnieniom ożyć.

Całość osadza się na solidnym rusztowaniu zbudowanym z klasycznych dla gatunku fabularnych rozwiązań. Właściwie sama nie wiem czy taki wybór to droga uniwersalna czy banalna. Mamy tu bowiem postać, której jedynym zadaniem jest otworzyć głównemu bohaterowi pewne klapki w głowie, a gdy już je otworzy można ją spokojnie wyeliminować z dalszej gry. Mamy czarny charakter, który wygłasza płomienne monologi i ma ludzi od wszystkiego, sam nie przyniesie sobie nawet drinka. Zupełnie jak w Mission Impossible czy filmach o Bondzie. W końcu mamy głównego bohatera, który odkrywa siebie, i podniosłe hasło, że nie ma nic bardziej ludzkiego, niż oddać życie za wielką sprawę. Cały czas zastanawiam się czy to wszystko nie jest zbyt oczywiste i zużyte. Czy dążenia replikantów są wiarygodne? Czy wciąż idąc do kina na film o stanowiących o sobie ‘nieludziach’ musimy odświeżać sobie bajkę o Pinokiu, który chce być prawdziwym chłopcem? I dlaczego właśnie heroizm ma być tym, co najbardziej ludzkie? Słabości też są ludzkie. To co jest naszym miękkim podbrzuszem, to czego się boimy, wstydzimy, jest nie mniej ludzkie niż męstwo.

Jeśli jednak spojrzeć na film Villeneuve’a bez rozkładania go na czynniki pierwsze, to widzimy w nim przede wszystkim przemyślaną od początku do końca formę. Spójna, monochromatyczna kolorystyka ogromnego miasta, w którym często pada deszcz, przełamana jest świetlistymi reklamami pełnymi dźwięków i ruchomych obrazów. Postapokaliptyczne Los Angeles z latającymi samochodami, przywodzi na myśl pierwszą część filmu, a jego mrok pulsuje w rytm niesamowitej muzyki Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa. Choć nigdy nie lubiłam ścieżek dźwiękowych złożonych z metalicznych warkotów i dudnień, tym razem dałam się oczarować i porwać tej industrialnej mieszance pohukiwań, tym bardziej, że do tego obrazka jak ulał pasuje również obsada. Ryan Gosling okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego refleksyjny, oczytany, zrównoważony i niezalotny, oficer K., to nowe oblicze gościa od brudnej roboty, w którego oczach odbijają się wrażliwość i polot. W Jaredzie Leto łatwo dostrzec mistycyzm i szaleństwo, a Anie de Armas, cyberdziewczynie głównego bohatera, program komputerowy na miarę już nie XXI, a chyba XXII wieku. Powolna, snująca się sennie akcja zamknięta w tak dopracowanym obrazie nabiera nowej jakości, a fabularne uproszczenia czy logiczne dziury gdzieś się rozpływają. W głowie zostają ogólne przesłanie, estetyczne wrażenie i jedna z najbardziej subtelnych i najbardziej oryginalnych scen miłosnych, jakie kiedykolwiek widziałam na ekranie. Chyba nawet silna sugestia, że powoli nadciąga część trzecia nie zepsuła tych dobrych odczuć.

Advertisements

Ugnij kolano przed Królem Słońce

Breaking Bad to póki co w moim mniemaniu serial doskonały. Na dzień dzisiejszy jedyny, podczas którego wyciszałam telefon, i do którego zasiadałam w towarzystwie ulubionych przysmaków, żeby dogodzić sobie tak, że już bardziej się nie da. Ktoś może powiedzieć, że przesadzam, ale dla mnie była to prawdziwa uczta dla zmysłów. Serial, w którym nie było takiego elementu, na który położono by lachę. Majstersztyk operatorski, świetny dobór podkładów muzycznych, wyśmienite aktorstwo, świetnie napisane postacie, a do tego po mistrzowsku budowane emocje i mocna historia. Póki co, nie odnalazłam tych wszystkich składników w tak dobrych proporcjach w żadnym innym serialu, nawet świetnej Grze o Tron, która jest w mojej hierarchii stopień niżej. Bycie na tej niższej pozycji stawiało Grę w kłopotliwej sytuacji, bo na moich schodach z ulubionymi serialami były właściwie tylko te dwa stopnie, więc będąc pod Breaking Bad była zarówno na szarym końcu i jednocześnie miała srebrny medal. Oczywiście to świetnie, bo inne seriale też oglądałam i choć często były bardzo dobre, to nie wdrapały mi się do mózgu zostawiając po sobie ślad. Do teraz, bo teraz jest jeszcze trzecie miejsce i brązowy medal, który poszybował do Francji, do Wersalu.

Przez pięć lat sieć telewizyjna Canal+ przygotowywała się do stworzenia swojej najambitniejszej i najdroższej produkcji. Serial o XVII-wiecznym królu Francji Ludwiku XIV Bourbonie, jego poddanych i zapierającym dech pałacu nosi tytuł Wersal, choć w polskiej wersji jest jeszcze podtytuł Prawo krwi (cóż, lepsze jest wrogiem dobrego) i jest to projekt międzynarodowy, co stoi ością w gardle części francuskiego społeczeństwa. Dobrze wiemy, jak bardzo Francuzi hołubią swój język i kulturę. Próbowali wymyślić i wprowadzić do codziennego języka swoich rodaków francuskie odpowiedniki anglojęzycznych terminów komputerowych. Tak jak francuski backspace czy enter na pewno znalazł kilku zwolenników, tak wszelkie dłuższe nazwy, które po angielsku dają się magicznie poskracać, po francusku były za długie i musiały jednak ustąpić miejsca swoim pierwowzorom. Wyobrażam sobie więc, że przy niejednym stole podczas rodzinnej kolacji grzmiały zapewne głosy oburzenia, kiedy okazało się, że w tym wielkim, kosztującym 30mln Euro projekcie, Króla Słońce zagra Anglik. Jego brata, księcia Filipa też zagra Anglik, a żoną Filipa będzie Szwajcarka. W ogóle Szwajcarów, Kanadyjczyków i Brytyjczyków w obsadzie nie brakuje. Francuzów za to jest jak na lekarstwo. Na szczęście francuski jest sam Wersal, ponieważ pałac jest użyczany ekipie. Oczywiście nie jest to główna lokalizacja, ponieważ jest on zamknięty dla zwiedzających tylko na jeden dzień w tygodniu. Kręcenie serialu trwałoby wieki, gdyby miał on rozgrywać się tylko w oryginalnych wnętrzach, więc są one odtwarzane we francuskich studiach filmowych i właśnie scenografia i kostiumy pochłaniają 12% budżetu.

Cały ten nakład finansowy, decyzja aby główne role grali brytyjscy aktorzy, a także koncentracja fabuły na dworskich intrygach, plotkach, romansach i subtelnej grze pozorów, mogą przywieźć widzowi na myśl seriale właśnie takie, jak Gra o Tron czy House of Cards. To wszystko jest jedną wielką machiną do zjednywania sobie współczesnego, głodnego igrzysk i chleba widza. Dopracowane do ostatniej sylaby dialogi przypominające słowną grę w ping ponga, budzące apetyt sceny erotyczne wplatane niemalże co piętnaście minut i zapierające dech kostiumy są przepisem na sukces. Do tego ciekawa muzyka i całkiem oryginalne prowadzenie kamery (np. z góry, kadrujące twarz bohatera od czoła w dół) dodają obrazowi świeżości.

Takie podejście wymaga jednak pójścia na kompromis z historią. Wielu krytyków zwraca uwagę na to, że Ludwik XIV nie był smukłym przystojniakiem z lśniącymi włosami, a Wersal za jego czasów nie błyszczał, jak klejnot, co pokazuje serial. Miłośnicy historii bez cenzury chętnie podkreślają, że w sztywnych królewskich perukach panoszyły się wszy, a po śmierdzącym moczem pałacu spacerowały szczury. Czy to jednak w jakikolwiek sposób dyskwalifikuje serial Canal+? Według mnie nie i to w najmniejszym nawet stopniu. Wersal nie jest serialem historycznym, jest serialem rozrywkowym opartym na najważniejszych wątkach z życia Króla Słońce. Pokazuje jak arcyciekawy był to człowiek i skutecznie zachęca do uzupełnienia szkolnej wiedzy o tej postaci. Decyzja żeby ta historia była opowiadana po angielsku jest pewnie jakimś chwytem marketingowym (pół świata może obejrzeć serial bez napisów), ale i mocnym sygnałem, że obowiązuje nas pewna umowność.

Choć czasem trudno się oprzeć wrażeniu, że twórcy serialu ocierają się niebezpiecznie o granicę niewiarygodności i bywa, że czuję, że bardzo chcą wyrwać mnie z kapci efektownymi, choć pustymi, jak kalorie wodotryskami, to jednak muszę przyznać się bez bicia, że na myśl o każdym kolejnym odcinku przechodził mnie dreszcz ekscytacji. Pewnie chodzi nie tylko o serial, ale i autentycznie fascynującą osobę głównego bohatera, najdłużej panującego króla europejskiego. Ludwik był jako dziecko zdolnym uczniem, a później doskonałym strategiem i smakoszem. Przejadał tak ogromne ilości jedzenia, że sekcja zwłok po jego śmierci wykazała, że jego żołądek był prawie dwa razy większy, niż u przeciętnego człowieka. Miłość do jedzenia odbiła się również na jego zębach, które szybko zaczęły się psuć i zostały wyrwane (niech żyje kanałowe), co nie zmniejszyło królewskiego apetytu. Kłopoty z przeżuwaniem były impulsem do wzbogacenia wersalskiej kuchni o pasztety. Ważnym elementem okresu panowania Ludwika była etykieta, którą król stworzył m.in. po to, żeby łatwiej manipulować poddanymi. Wystarczył zbyt płytki ukłon (lub też odpowiednio głęboki, ale w królewskich oczach jednak za płytki), żeby wypaść z łask władcy i ponieść karę za nieokazanie mu należnego szacunku. Wiele zasad królewskiej etykiety miało jednak ręce i nogi i przetrwały one do dnia dzisiejszego.

Etykieta i królewska miłość do władzy sprawiły jednak, że pałac wersalski stał się specyficznym miejscem. Państwem w państwie, w którym panowały odrębne niż na zewnątrz zasady. Kto wszedł za mury pałacu i stał się jego mieszkańcem, szybko zostawał jego więźniem. Największym spośród tych więźniów był chyba jednak sam Ludwik. Wszak czym jest król bez swojego pałacu?

A tak Wersal budowano

Ogród ogradowany.

Najpierw musi być gorąco. Dzięki temu powietrze unoszące się do góry ma szansę wypiętrzyć chmurę. Chmura gradowa to wielkie bydlę, może mieć grubość nawet piętnastu kilometrów. Cumulonimbus składa się w swojej dolnej części z kropelek wody, które są poruszane i wdmuchiwane do góry przez gorące powietrze z nagrzanej ziemi. Trochę tak, jakby ktoś wprawiał je w ruch suszarką. Jeśli jednak chmura jest tak wielka, to im dalej od jej dolnej części, tym zimniej. Dlatego górne partie obłoku składają się już nie z wody, lecz kryształków lodu. Do nich właśnie przyklejają się niesione przez prądy z dołu kropelki wody i zamarzają na nich. W ten sposób tworzą się gradziny, które stają się coraz większe i większe, a tym samym cięższe i cięższe. W końcu powietrze nie jest w stanie ich już unosić, więc zaczynają spadać na ziemię w postaci gradu.

Żeby gradzina była gradziną musi mieć przynajmniej pięć milimetrów średnicy. Największe odnotowane gradziny miały średnicę nawet dwudziestu centymetrów. Żeby dotrzeć do ziemi każda gradzina musi pokonać kilkanaście kilometrów i może spadać z prędkością do stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

W sobotę odpaliłam komórkę żeby sfilmować burzę, a okazało się, że czeka na mnie większa, gradowa atrakcja.

Francja – pipole (i trochę Amelii).

Dziś wstępu nie będzie (ale na szczęście będzie zakończenie).

Dziewczynka robiąca sobie selfie z wieżą Eiffla.

Sacre Coeur

We Francji nie ma zakazu spożywania alkoholu w miejscach publicznych.

W okolicach bazyliki znajduje się kamienica Amelii. Na dole naprawdę do dziś sklep warzywny, w którym pracował jej sąsiad, okropny pan Collignon i dobroduszny Lucien.


Obrazek stąd


Obrazek stąd

Po lewej od wejścia do sklepu, od strony ulicy znajduje się witryna z artykułami z gazet, dotyczącymi filmu.

Knajpka z oknem na wynos na Montmartre.

W poszukiwaniu paryskiego szyku można być światkiem sytuacji, gdy remiza z Pipkowa Dolnego spotyka się Dynastią.

Cartier krótko przed otwarciem. A mogłam kupić sobie kolię.

I na zakończenie, tak dla przypomnienia:

Pipole wrócą w jeszcze jednej odsłonie za niedługo 😉

Alfabet cz. II

Obrazek stąd

Właściwie nie wiem do końca od czego zacząć w odniesieniu do filmu Alfabet. Może najlepiej od tego, że od zawsze spotykam się z krytyką obecnego systemu edukacji i to ze strony uczniów, i rodziców, i samych nauczycieli. Tym ostatnim zarzuca się brak pasji i zaangażowania do pracy, zwraca się też uwagę na przeładowany program, na to, że malutkie dzieci już od pierwszej klasy dźwigają ciężkie plecaki i niszczą sobie kręgosłupy, a polska szkoła nie nadąża za standardami wprowadzanymi na Zachodzie. Problem, według reżysera filmu, leży jeszcze głębiej niż tylko w braku zaangażowania i kiepskich metodach nauczania. Leży on w ogólnym przekonaniu, że najlepszą metodą kształcenia jest nauczenie dziecka rywalizacji z innymi, wzajemnej konkurencji, a zdobyta przez dziecko wiedza musi zostać poddana weryfikacji i zamieniona na wymierną ocenę. Największą szkodą takiego podejścia, jest zabijanie w dziecku kreatywnego myślenia. Dziecko nie ma możliwości wybrania własnej drogi dochodzenia do wiedzy, nie może też zdecydować kiedy i czego ma zacząć się uczyć. Jest prowadzone przez dorosłych i to oni wskazują jedyne prawidłowe odpowiedzi (często zamieszczane na końcu książki, z której dziecko się uczy).

Zastępowanie kreatywnego myślenia u dziecka przez wdrożenie je w system kar i nagród, piątek i jedynek, szkoły gdzie wszyscy mają obowiązek nauczyć się tego samego w tym samym czasie, to nie jedyna bolączka. Wybranie takich metod skutkuje również niechęcią dziecka do nauki. Jako przykład, jeden z badaczy wypowiadających się w filmie, podał naukę języków obcych przez małe dzieci. Rodzice wiedzą, że umiejętności językowe kształtują się bardzo dynamicznie u trzyletnich dzieci, więc chętnie zapisują takie maluchy do szkół językowych. Tylko, że trzylatkowi język obcy nie jest potrzebny, jeśli nie zna żadnych dzieci, z którymi chciałby się w tym języku porozumiewać. Nie widzi więc on naturalnej potrzeby poznawania języka, którego musi się uczyć, nie wie po co to robi. Wtedy zaczyna uczyć się dla mamy i taty, bo rodzice pieją z zachwytu jak wypowie jakieś słowo czy zdanie w obcym języku. Dziecko szybko przestaje więc uczyć się dla siebie, po prostu spełnia oczekiwania dorosłych. Taka postawa i uczenie się dla ocen ma ogromy wpływ na rozwój, a raczej brak rozwoju samodzielnego myślenia, dokonywania samodzielnych wyborów i przewidywania ich konsekwencji. Nauka, do której się zmusiliśmy szybko ucieka z głowy, a czas, który na nią poświęciliśmy jest czasem bezpowrotnie straconym. Nierzadko osoby, które świetnie się uczyły nie potrafią odnaleźć się w pozaszkolnym życiu – mają kłopoty z samodyscypliną, organizacją czasu, znalezieniem i utrzymaniem pracy, podtrzymywaniem i rozwijaniem relacji międzyludzkich. Przykładem szkoły, która najbardziej niszczy dziecięcą kreatywność i naturalny pęd do wiedzy, jest w filmie jedna z elitarnych szkół w Chinach. Dzieci z chińskich szkół uczą się najdłużej i najwięcej, ze wszystkiego mają egzaminy, najpóźniej kładą się spać. Prężnie rozwijającą się gałęzią gospodarki, generującą wysokie zyski w Państwie Środka, są instytucje zajmujące się dodatkowymi korepetycjami dla słabszych uczniów i opracowaniem testów i egzaminów dla dzieci na każdym etapie kształcenia. Coraz młodsze dzieci piszą testy i uczą się bardzo dużo zamiast bawić się na świeżym powietrzu.

Twórca filmu zwraca uwagę na to, że każdy człowiek rodzi się kreatywny i ma naturalną chęć poznawania świata. Małe dziecko chętnie odrywa głowę lalce, bo bardzo chce zobaczyć co jest w środku. Ta chęć jest filarem ewolucji, a tradycyjna szkoła skutecznie ją tłamsi, czemu dodatkowo sprzyja przekonanie, że każde dziecko musi umieć to samo, to znaczy przez kilka lat nauki w szkole podstawowej musi przyswoić podstawę programową, uczyć się w klasach podzielonych na wiek, a więc przy ograniczonych możliwościach uczenia się dzieci nawzajem od siebie. Jedynym źródłem wiedzy jest nauczyciel. To on jest mistrzem i dzieci mają uczyć się od niego, zupełnie jakby same przyszły na świat bez żadnego potencjału. Potem nagle to się zmienia i dziecko musi zostać specjalistą w czymś – prawnikiem, lekarzem, fryzjerem, ale skoro chodziło przez lata do klasy, w której wszystkich równało się do odgórnie wytyczonej średniej, to trudno podjąć mu dobrą i samodzielną decyzję odnośnie przyszłości. Niezależnie od stopnia utalentowania, dzieci zrównuje się do wspomnianej średniej. Wybitne w szkole się nudzą, ich potencjał nie jest wykorzystywany, a za słabe wyciąga się za uszy przez dodatkowe korepetycje.

Niemiecki badacz przedstawiony w filmie, który jest biologiem i zajmuje się badaniem ludzkiego mózgu, zwraca uwagę, że nie istnieje rozwój przez konkurencję i rywalizację. Żeby coś stworzyć trzeba się jednoczyć. Za przykład podał m.in. obalenie Muru Berlińskiego, które wymagało zjednoczenia się wielu ludzi w imię wspólnego dobra. Podobnie dzieje się w naturze, organizmy jednokomórkowe łączą się w procesie ewolucyjnym i tworzą wielokomórkowe, a nasze mózgi są zdolne do tworzenia wielkich rzeczy nie dlatego, że lewa i prawa półkula współzawodniczą ze sobą, lecz dlatego, że współdziałają. Myślę, że koronnym przykładem jest tutaj również rozmnażanie. Jeżeli zechcę mieć dziecko, to muszę się zjednoczyć z drugim osobnikiem chociaż na jedną noc. Wiemy więc jedno – jednoczenie się sprzyja kreatywności, tworzeniu i budowaniu, a współzawodnictwo i podziały, nie. Jak więc na tej podstawie budować system edukacyjny? Autor filmu podpowiada dość lakonicznie, że należy budować go na wolności, która redukuje niepotrzebny stres, oraz zachęcaniu dzieci do poznawania świata.

Tutaj padają dwa bardzo ciekawe przykłady realizacji takiego założenia. Jednym z nich jest postać trzydziestosiedmioletniego mężczyzny chorego na Zespół Downa. Jest Włochem i skończył na uniwersytecie pedagogikę, a w momencie kręcenia filmu kończył jeszcze psychologię. Jest on pierwszą w Europie osobą z Zespołem Downa, która ukończyła studia wyższe. Oczywiście nietrudno się domyślić, że było to możliwe dzięki niewielkiemu stopniowi upośledzenia, ale jest coś jeszcze. Nauczyciele pracujący z dziećmi w szkołach specjalnych są inaczej przygotowani do pełnienia swojej misji, niż ci w szkołach tradycyjnych. Przede wszystkim nie mogą oni odwołać się w swojej pracy dydaktycznej do rywalizacji czy wpajania swoim uczniom, że oceny są ważne, bo na dzieci chore to nie podziała. Jedyne co robią, to zachęcają do nauki i towarzyszą uczniowi szanując to, że przez swoją chorobę przechodzi on proces edukacyjny we własnym tempie. I to jest właśnie klucz do sukcesu. Erwin Wagenhofer zwraca uwagę na to, że nie istnieją żadne racjonalne powody żeby wszystkie dzieci musiały uczyć się tego samego w tym samym tempie i wieku. Nie uważa, że istnieją jakiekolwiek przeciwwskazania by dzieci będące w różnym wieku uczyły się tego samego w jednej klasie, bo nie każde dziecko jest gotowe coś pojąć w tym samym czasie, co inne. Nie uważa też, że jakieś zdolności są lepsze lub gorsze od innych, ani że problemy dziecka takie jak dysleksja czy ADHD je dyskryminują czy uniemożliwiają skończenie studiów.

Drugim ciekawym przykładem przedstawionym w filmie, jest postać Francuza, który… nigdy nie chodził do szkoły. Nie wiem jak we Francji podchodzi się do czegoś takiego, jak obowiązek szkolny i czy jego rodzice zapłacili karę za jego ewentualne niedopełnienie, ale prawda jest taka, że facet nie spędził w szkole ani jednego dnia życia. Swoją historię zaczął od tego, że w wieku trzech lat znalazł książkę i zobaczył litery. Litery „o” kojarzyły mu się z jajkami, a „c” z kieliszkami. Zapytał więc swojego taty co to są te jajka i kieliszki, a tata wytłumaczył mu, że to litery. Potem chłopiec poznał jeszcze kilka innych liter, ale czytanie go nie zaciekawiło. Odłożył więc książkę. Mijał czas, miał więc 4 lata, 5, 6, 7 i… nadal nie umiał czytać, co w ogóle nie niepokoiło jego rodziców. W końcu zainteresował się jakąś dziedziną wiedzy (której za nic nie mogę sobie przypomnieć) i dowiedział się od rodziców, że żeby ją zgłębić powinien nauczyć się czytać, bo istnieje wiele książek na jej temat. I wtedy właśnie, kiedy chciał i czuł, że czytanie jest mu potrzebne, nauczył się wszystkich liter i zaczął czytać bardzo szybko. Potem znalazł podręcznik do niemieckiego i zaczął uczyć się tego języka, poświęcając mu z własnej woli kilka godzin dziennie. Nie zakuwał, po prostu czytał, powtarzał, słuchał kaset dołączonych do podręczników i teraz mówi po niemiecku biegle. Dodał, że nauczył się w ten sposób wszystkich języków, jakimi włada, z czego wynika, że jest ich więcej niż jeden. Poza tym interesował się muzyką, więc któregoś dnia poszedł do lutnika i zapytał czy nie mógłby nauczyć się od niego fachu. Lutnik nie poprosił go o żaden dyplom, tylko po prostu wpuścił na zaplecze. Okazało się, że chłopak ma świetny słuch, do dziś więc lutnik i Francuz pracują razem i tworzą gitary. Poza tym, nasz bohater jest muzykiem i poetą. Nigdy nie zdawał z niczego żadnego egzaminu.
Wiele osób, które interesują tym chłopakiem, zadaje mu pytanie czy w związku z decyzją jego rodziców o nieposłaniu go do szkoły, przeciwstawia on wolność dyscyplinie. Na to Francuz odpowiedział, że nie przeciwstawia, bo te dwa pojęcia się ze sobą nie kłócą. Wspomniał, że zawsze był zdyscyplinowany, codziennie wstaje o szóstej rano żeby ćwiczyć, więc nie ma mowy o braku dyscypliny w jego życiu.

Na końcu pojawiła się jeszcze wspomniana wcześniej w filmie para, o której nie mówiłam. To starsi ludzie, też Francuzi, mieszkający na wsi w pięknym, starym domu z ogrodem. On był pracownikiem naukowym jakiegoś uniwersytetu, ona nauczycielką, która rzuciła pracę ze względu na system edukacyjny, z którym się nie zgadzała. Starszy pan zajmuje się dodatkowo analizowaniem dziecięcych rysunków i prowadzeniem zajęć artystycznych dla dzieci, które po szkole mogą na nich rozwijać swoją kreatywność, a raczej ocalać ją przed zagrożeniem zagłady, jaką niesie wadliwy systemem szkolny. Pokazywał on malunki dzieci, które przychodziły na zajęcia w latach osiemdziesiątych i te współczesne. Zwrócił uwagę na to, że kiedyś dzieci malowały co i jak chciały, a teraz próbują odwzorować oczekiwania dorosłych. Rzeczywiście, obrazki współczesnych dzieci wyglądały jak abstrakcje z muzeów sztuki nowoczesnej, ale moim zdaniem argumentacja tego badacza była za słaba. Dzieci, które dziś mają po 5-6 lat urodziły się w czasach mody na minimalizm, niewykluczone, że mieszkają w nowoczesnych mieszkaniach, umeblowanych zgodnie z surowym, chłodnym stylem industrialnym, gdzie rolety spuszcza się za pomocą pilota. Ich mamy noszą szare kostiumiki, a nie zwiewne sukienki w kwiaty i kapelusze, jakie modne były trzydzieści lat temu. Również dzisiejsza elektronika zamknięta jest w prostych formach, wystarczy spojrzeć na smartfony i laptopy. Myślę, że to mogło wpłynąć na poczucie estetyki dzieci i to jak malują. W każdym razie, na końcu filmu widzimy wnuczkę tego małżeństwa bawiącą się beztrosko wśród kwiatów w letni dzień. Długie sceny pokazujące dziecko, które z zainteresowaniem bierze w dłonie wielkie główki piwonii, wprowadzają w błogostan, każą widzowi ostatecznie uwierzyć, że zostawienie dziecka w spokoju jest najlepszą ścieżką edukacyjną dla niego. Sceny te stanowią kontrast dla tych z początku filmu, gdzie o brzasku dnia, zaspane chińskie dzieci podjeżdżają na rowerach pod wielopiętrowy moloch, w którym będą się uczyć. Są jednakowo ubrane, żadne się nie uśmiecha. Przeciwnicy reżimu w chińskich szkołach wydają mocny osąd, że ich dzieci: “wygrywają na starcie, ale przegrywają na mecie”. Z kolei dziadkowe francuskiej dziewczynki zastanawiają się co zrobić z jej edukacją, bo tradycyjna szkoła nie wchodzi w grę. Zgodnie mówią, że wszyscy jesteśmy winni dzieciom szczęście.

Film jest z pewnością wartościowy i ciekawy. Szkoda jednak, że zwolennicy tradycyjnej szkoły nie mieli możliwości stanąć w jej obronie. Pozostawia to lekki niedosyt, zwłaszcza wobec trochę łopatologicznej formy przedstawienia problemu. Z jednej strony widzieliśmy podporządkowane systemowi, całkowicie poddane rodzicom i nauczycielom, zwyczajnie nieszczęśliwe dzieci chińskie, a z drugiej, utopijne życie Francuza, który nigdy nie był w szkole. Jego wypowiedzi pojawiają się jako narracja do scen nakręconych w jego miejscu pracy. Pieczołowicie smaruje on drewniane pudło rezonansowe jakąś mazią, przyucza początkującą dziewczynę, skleja drewniane elementy niczym spokojny i szczęśliwy Jezus pracujący w zakładzie ciesielskim z Józefem. Później relaksuje się strzelając w lesie z łuku do tarczy, jedzie samochodem przez malownicze bezdroża. W końcu mamy śliczną, kilkuletnią wnuczkę otoczoną miłością dziadków, która bawi się w ogrodzie. Czy to nie aby za piękne? Nie ma nic pośrodku?