Jak jaka jakiem pogania.

Ice bucket challenge – każdy słyszał, każdy wie o co chodzi. Ci, którzy zwracają uwagę na gadające głowy wiedzą także, że część znanych osób odniosła się to tej zabawy krytycznie, bo mimo że cel jest szczytny, to przecież marnowanie wody nie jest już godne pochwały. Ja sama zwróciłam uwagę na co innego. Ta zabawa wydała mi się jednorazową akcją, która zdobędzie internet (i nasze serca), na krótko. Wiem, że każda akcja charytatywna uderza jak Supernova, ma swoje apogeum zainteresowania i kiedyś się kończy, ale z tą stało się coś dziwnego. Kiedy to było świeże, spontaniczne, to było fajne, ale jak po dwóch tygodniach kolejny, coraz mniej znany celebryta wylewał sobie wiadro wody na głowę, to coraz więcej osób patrzyło na te działania z politowaniem. No i jeszcze ta dyskusja o marnowanej wodzie. Akcja zaczęła trochę żyć własnym życiem i chyba zapominano o funduszach dla osób ze stwardnieniem zanikowym bocznym, aż w końcu umarła ona śmiercią naturalną jak filmik „jesteś zwycięzcą” i memy z chytrą babą z Radomia.

Okazuje się jednak, że słynny Ice bucket chanllenge może być podwaliną innych, podobnych akcji, które łączą element zabawy, ekscytują, jednoczą i pomagają pomagać. Na taką akcję nie mógł nie zareagować zorganizowany Igor, który chętnie wspiera inicjatywy charytatywne i potrafi robić to z głową (sprawdza czy pieniądze nie idą do kieszeni organizatorów tylko naprawdę są wydawane na potrzeby podopiecznych). Organizacją godną zaufania jest m.in. Akademia Przyszłości, dzięki której dzieci mogą się uczyć i rozwijać swoje talenty dzięki darczyńcom pod okiem przeszkolonych wolontariuszy, a co najważniejsze stają się dzięki temu szczęśliwsze i bardziej pewne siebie.

Zasady gry są takie same jak w Ice bucket challenge tylko bez wody wiadra i lodu, za to z głową, językiem polskim i klawiaturą. To znaczy – albo wymyślimy 10 parafraz znanych frazeologizmów z jednostką „jak” albo zasilamy konto Akademii Przyszłości. Oczywiście najlepiej jest się pobawić w główkowanie i zasilić konto organizacji.

A oto rezultaty burzy w moim mózgu:

1. Klnie jak szewc – klnie jak profesor Maciej Grochowski na wykładzie z językoznawstwa (czyli pięknie i z sensem 🙂 ).
2. Zabiera się jak pies do jeża – zabiera się jak ja do zrobienia porządków w szafce z butami.
3. Proste jak drut – proste jak aranżacje hitów disco-polo.
4. Idzie jak krew z nosa – idzie jak budowa autostrad w Polsce po upadku komuny.
5. Brzydki jak noc listopadowa – brzydki jak mój charakter pisma (serio 😦 ).
6. Nudne jak flaki z olejem – nudne jak film „Piknik pod wiszącą skałą”.
7. Kłamie jak z nut – kłamie jak reklamy kremów przeciwzmarszczkowych.
8. Wyskoczył jak Filip z Konopii – wyskoczył jak Benedykt XVI z decyzją o abdykacji.
9. Tani jak barszcz – tani jak Crocsy w Biedronce.
10. Siedzi cicho jak mysz pod miotłą – siedzi cicho jak Minister Sikorski po wypowiedzi o spotkaniu Tusk-Putin w 2008 roku.

Takie są właśnie moje „jaki”, a kolejną osobą, którą nominuję do zabawy i propagowania akcji jest Rozie. Mam nadzieję, że przy okazji tej inicjatywy cel nie umknie nikomu, choć nie jest ona tak medialna jak wiadro z lodem.

Zapraszam do gry każdego, kto ma ochotę! Tutaj są zabawne „jaki” Igora.

P.S.
Dzisiaj nawet wyszło bez przydługiego wstępu, ha!

Advertisements

Gra o Tron na Malcie.

W przydługim jak zwykle wstępie powiem, że nie przepadałam nigdy za fantastyką. Nie mogłam przekonać się do tej wizji świata, w której z wartką akcją i niezłym pomysłem na fabułę sąsiadują postaci budowane chyba na wzór filmów animowanych. Nie dla mnie bose Niziołki mieszkające w chatkach z okrągłymi drzwiami. Jakimś zgrzytem było dla mnie też tworzenie postaci raczej jednoznacznie dobrych lub jednoznacznie złych, czyli nieautentycznych i zepchniętych na margines w stosunku do fabuły. To właśnie dlatego kiedy w stacji HBO pojawiła się Gra o Tron stwierdziłam, że w ogóle nie będę się zabierać za oglądanie. Nie mój klimat, ot co.

Z czasem jednak zauważyłam, że ten serial zaczyna wdzierać się szturmem do masowej wyobraźni, a gazety takie jak np. Newsweek recenzują ten serial. Wiedząc, że co roku spływa też na niego deszcz nagród postanowiłam jednak spróbować. Najpierw było bez sukcesów, nie widziałam o co chodzi, nie mogłam doliczyć się dzieci Neda Starka (myślałam, że Theon Greyjoy też jest jego synem), przez jakiś czas myślałam, że Khaleesi to imię Daenerys i w ogóle nie kupowałam tego świata, w którym nie można wyjść normalnie do lasu na grzyby, bo zaraz cię ktoś napadnie. Towarzyszyło mi też przekonanie o jakiejś dziwnej niekonsekwencji w budowie tego uniwersum, bo z jednej strony mamy dumne rody, królestwa i tytuły, z drugiej „dziecinną” magiczność w postaci czrdrzew czy dzieci lasu kojarzących mi się bardziej z Doliną Muminków niż serialem adresowanym do dorosłych. Po siedmiu odcinkach oglądania Dothraków, wilkorów i dziewoi w średniowiecznych sukniach postanowiłam zaniechać dalszej szarpaniny z tym serialem. Jak pomyślałam tak zrobiłam, ale mniej więcej po pół roku poznałam pewnego wielkiego fana Gry, który gorąco zachęcał mnie żebym spróbowała jeszcze raz. Chyba jestem otwarta na zachęty, bo już nie pierwszy raz oglądam/czytam/słucham coś z polecenia i z reguły to, co polecają mi znajomi okazuje się ostatecznie strzałem w dziesiątkę, więc i tym razem dałam serii (a może sobie?) jeszcze jedną szansę. Obejrzałam kilka odcinków jeszcze raz, żeby lepiej załapać o co chodzi i do końca serialu… Opowieść wciągnęła mnie jak czarna dziura!

Jak się okazało, ten serial z klasycznej fantastyki proponowanej np. przez Tolkiena nie czerpie znowu tak wiele. Tak mi się przynajmniej wydaje, a wnioskuję to po przeczytaniu jednej części Władcy Pierścieni i obejrzeniu wszystkich filmów. Jest magia, są fantastyczne stworzenia jak olbrzymy, wilkory czy smoki. Są królowie, królowe, wojska, walki, inspiracja średniowieczem, dzielni rycerze i długie wyprawy, ale jest też nowy bohater. Bohater skomplikowany charakterologicznie, z wadami i zaletami, ułomnościami i zdolnościami, zmuszony bezustannie dokonywać wyborów moralnych. W tym serialu miłość może być niebezpieczna i zawsze jest namiętna. Kara może być niesprawiedliwa i zawsze jest surowa. Nienawiść jest ślepa jak miłość i długo zbiera swoje zatrute owoce. Trzeba początkowo poznać i zrozumieć ten świat, połapać się w imionach i nazwach rodów, co komuś niewprawionemu w fantastycznym boju, jak ja, może zająć trochę czasu. Potem jednak każdy odcinek na godzinę kradł mi cząstkę umysłu, serca i duszy żonglując sobie nimi beztrosko. Pełnokrwiste postacie, doskonałe dialogi i niezwykłe zwroty akcji, które całkowicie zmieniają optykę nadchodzących wydarzeń, a jednocześnie nie są niewiarygodne, każą mi przyznać bez bicia, że Gra o Tron to bez wątpienia jeden z najlepszych seriali ostatnich lat.

Nie należy zapominać jednak, że Gra o Tron powstała na podstawie książki Pieśń lodu i ognia i choć raczej wiernie ją oddaje, to pewne wątki są w niej zmienione, zamienione miejscami lub odrzucone. Żeby przekonać się które, postanowiłam zacząć czytać tę książkę i sama się o tym przekonać. Do tego wszystkiego będąc na Malcie przyszło mi odwiedzić niektóre miejsca, które były planem serialu, a to wszystko chyba czyni ze mnie niezaprzeczalnie fankę serii czy to mi się podoba czy nie.

Jednym z miejsc, które fan serialu powinien zobaczyć na Malcie jest zabytkowa Mdina, która w pierwszej serii zagrała Królewską Przystań. Brak dostępu miasta do morza i narzekania ekologów, że obecność ekipy filmowej niekorzystnie wpływa na ekosystem wyspy sprawiły, że Królewska Przystań przeniosła się do Dubrownika. Mimo wszystko fajnie jest być w miejscu, które stanowiło plan serialu i przejść się po ulicach, którymi przechadzał się Tyrion Lannister.

Główna brama Mdiny, to właśnie ta, którą możemy oglądać w serialu:

Zdjęcie stąd

Mdina czyli ciche miasto swoją nazwę zawdzięcza oczywiście ciszy, jaka w nim panuje. Podobno mieszkańcy Mdiny w dzień odpoczywają, bo jest bardzo gorąco, a wychodzą wieczorem, kiedy zrobi się chłodniej. Właśnie dlatego również od turystów oczekują cichego zachowania, o czym przypominają liczne tabliczki, takie jak ta:

Obrazki z Mdiny:

Inne miejsca znane z Gry o Tron znajdują się w okolicach zabytkowej stolicy wyspy, Valetty. Fort Manoel stał się Septem Baelora, w którym miały miejsce bardzo ważne wydarzenia z przedostatniego odcinka pierwszej serii. Czytelnicy książki i fani serialu doskonale wiedzą które.

Zdjęcie stąd

Królewską Przystań grały też dwa inne Forty – St. Angelo i Ricasoli, ale pomimo szczerych chęci nie było mi dane ich zwiedzić. Pierwszy jest aktualnie remontowany, a drugi znajduje się w pobliżu klifu i jest niedostępny do zwiedzania. Tak przynajmniej powiedział mi tubylec, co potwierdziła tablica…

Zdjęcie stąd

W remontowanym forcie St. Angelo były kręcone między innymi sceny, w których Arya goniła koty.

Zdjęcie stąd

Istotnym dla serialu miejscem była również należąca do Malty pobliska wyspa Gozo. To właśnie tam Daenerys wzięła ślub z Khalem Drogo i przyjęła w prezencie ślubnym smocze jaja. Krajobraz, który gra w odcinku ślubu przedstawia Lazurowe Okno – skałę, która pod wpływem uderzania fal pękła w środku tworząc malowniczą dziurę. W pełnej zagłębień skale wokół Lazurowego Okna można złamać nogę, ale jest naprawdę przepięknie i wietrznie, co pomaga przetrwać upał. Jest też niestety ogrom turystów, więc zrobienie malowniczego, pocztówkowego zdjęcia tej formacji skalnej bez ludzi jest trudne.

Zdjęcie stąd

Zdjęcie stąd

Zdjęcie stąd

W serialu grało jeszcze wiele miejsc, których nie opisałam, bo nie zdążyłam ich zwiedzić. To właśnie na Malcie odbył się ślub pewnych ważnych dla serialu postaci i padły słynne słowa Cersei: „w grze o tron wygrywasz albo umierasz” Podczas rozmowy z Nedem Starkiem w Bożym Gaju. Żółte pustkowia Malty pokryte częściowo suchymi trawami wcieliły się też w Morze Dotharków. Mam nadzieję, że jeszcze na Maltę wrócę i zobaczę to, czego tym razem nie dałam rady.

Jeśli ktoś ogląda Grę o Tron to wszystko dla niego jasne. Jeśli nie, to bardziej niż swoim tekstem zachęcam zwiastunem. Wierzę, że czas nie będzie stracony.

P.S.
Słyszałam, że finał Gry o Tron ma trafić na kinowy ekran, choć to chyba tylko plotka. Czy przyszłoby Wam do głowy, że seanse w maltańskich kinach są… Przerywane reklamami 😉 Nie, nie żartuję.