Bojaźń i drżenie

On znalazł moje stare zdjęcie w wyszukiwarce Google’a. Nie pamiętam okoliczności kiedy zostało zrobione, ale chyba chodziłam jeszcze do liceum. Poznaję po włosach. To była farba Wella w kolorze ciemnego brązu, która wychodziła, jak czarna. To właśnie lubiłam. Czarne włosy błyszczące w słońcu rdzawo brązowymi refleksami, jak Coca-Cola. Wydawało mi się, że jestem mroczna i rockowa, a tak naprawdę wyglądałam jak pyzate, ufarbowane dziecko, które postarza się makijażem przynajmniej trzy lata. Marzyłam wtedy, żeby mi zlazła ta dziecięca pyzatość, żeby mieć zarysowane kości policzkowe. „Może się z wiekiem zapadną?” – myślałam o swoich policzkach i dziś stwierdzam, że jest jakby odrobinę lepiej. Z moją naiwnością też jest jakby odrobinę lepiej, czyli jest jej teraz trochę mniej. Ja ze zdjęcia, to ja, dla której szklanka zawsze jest do połowy pełna, nawet za cenę myślenia życzeniowego. To jestem ja, która zawsze wierzy, że przeprosiny są szczere, a moje wpływy na innych mają moc sprawczą. Wierzę, że ktoś może zmienić się trwale dla mnie, i że będę do końca życia z moim pierwszym chłopakiem. Kiedy robiono to zdjęcie, to sąsiedzi z parteru już się rozwiedli, ale ci z góry jeszcze nie zaczęli się nawet zdradzać. Tata koleżanek nie miał jeszcze drugiej rodziny i dwójki dzieci na boku. Za to Nicole Kidman i Tom Cruise już zdążyli się rozejść. Wydawało mi się wtedy, że dziesięć lat małżeństwa, to jest ogrom czasu i oni chyba popełnili jakiś błąd z tym rozstaniem. No przecież jak można przez dekadę nie zorientować się, że spędza się życie nie z tą osobą, co trzeba? Byłam przekonana, że związki, które mają się rozpaść, rozpadają się szybko, po kilku miesiącach, a jeśli już ludzie są ze sobą kilka lat, to znaczy, że musi być to dla nich coś więcej. Mama tłumaczyła mi, że dziesięć lat, to nie jest wcale tak dużo, ale jakoś nie wierzyłam.

Nie wierzyłam też, że przeżyję żałobę po M. Trzymało mnie dwa, prawie trzy długie lata. Nie miesiące, lata. To pewnie moja wina, że tak długo, bo pewnie sama podsycałam i ożywiałam wspomnienia, wierzyłam naiwnie, że się jeszcze zejdziemy. W końcu jednak przyszedł czas, kiedy przestałam wierzyć, a ból nie odchodził. Ciągnęłam go za sobą wszędzie, jak kulę na żelaznym łańcuchu. Patrzyłam na moje współlokatorki, które po kolei się zaręczały i czułam nutkę zazdrości, samotność i, jak zadzwoniłam swoim łańcuchem, to ból. Nie wiem kiedy mi przeszło. Ukojenie pojawiło się niezauważone, po prostu któregoś dnia kula zniknęła i już nie wróciła. Razem z nią zniknęły też emocje i emocyjki. Nie czułam nic. Po prostu nic. Nawet jeśli coś mnie cieszyło, albo wzruszało, to w jakiś taki niepełny, wyważony i kontrolowany sposób. Kilka razy próbowałam się zakochać, ale mimo wielkich starań, była we mnie tylko obojętność. No, może czasem zdarzyło się zauroczenie, jak z B., który powiedział mi o swojej dziewczynie dopiero wtedy, kiedy już nie miał wyjścia. Szybko mi przeszło. Po trzech dniach? Może tygodniu? Było też kilka sytuacji zabawnych, jak ta z A. On nigdy nic do mnie nie czuł, ale podobałam mu się, więc kilka razy pytał czy nie chciałabym spróbować i zebrał się na jeden pocałunek, przed którym czmychnęłam. Potem rozmawialiśmy dalej, jak znajomi, bo jak wspomniałam, on tak naprawdę nic do mnie nie czuł, więc obyło się bez traumy.

Poznawałam kolejnych ludzi i konsekwentnie nic nie uczułam. Chyba już nawet obojętności. Jednocześnie, zaczęły docierać do mnie sygnały o tych burzliwych rozstaniach znajomych moich rodziców. Zdrady, kochanki, pochowane telefony komórkowe z numerem na kartę. Chwilami kręciło mi się od tego w głowie. „Pieprzyć to”. W wielkim świecie też rozstają się Brad z Angeliną, a w małym wyciekają dane debili, którzy założyli sobie konta na Ashley Madison. Jak kochać w tym bagnie? No więc nie kochałam. I marniałam sobie dalej. Potem znów pojawiły się jakieś próby i fajne osoby. Problem w tym, że dalej moje serce było jak kamień. Rozum działał poprawnie, pchał mnie w dobrą stronę – do wartościowych facetów, tylko co z tego… Wszystko kończyło się prędzej czy później i choć tego tak nie odbierałam, to miałam przesrane. Jak mogłam nie mieć, skoro zostawiałam kogoś, kogo nie kochałam, czyli ta osoba nie traciła nikogo ważnego, a mnie musiał zostawić ktoś, kto mnie kochał, więc traciłam, no właśnie, kogoś kto mnie kochał.

Szkoda, że bez wzajemności wszystko traci sens.

No i teraz jest On. Znalazca starego zdjęcia. I dzięki Niemu zobaczyłyśmy się znowu. Ja i ona, ta mroczna, pyzata, sprzed ponad dekady. Stara, dobra naiwność wcale z nią nie wróciła. To, co zobaczyłam nie da się odzobaczyć, a czego doświadczyłam oddoświadczyć. Jestem dziś królową ostrożności i dystansu, nie wierzę już tak łatwo, choć dalej chcę widzieć szklankę do połowy pełną. Jest jednak w oczach, moich i jej, ta sama iskra. On przywrócił emocje z wysokiego „c”, kopnął mnie w mózg, który pękł i zaczęła cieknąć z niego fenyloetyloamina do spółki z dopaminą. Nie poddaję się im bezceremonialnie, trzymam się jak mogę przyziemności, bo boję się, że albo nic nie będzie, albo będzie i skończy się jak u Angeliny czy innej Kingi Rusin, Wendzikowskiej albo Vanessy Paradis. Albo moich sąsiadów. Płacz i zgrzytanie zębów.

Cieszę się jednak. Bo patrzy na mnie ta pyza farbowana i zdaje się mówić: „widzisz? Nadal umiesz czuć miętę”.

Advertisements

Za zębami

Nigdy w życiu tak bardzo nie paliłam się, żeby komuś wykrzyczeć, że go nie skrzywdzę. 

Nigdy w życiu nie czułam też tak bardzo, że nie wolno mi tego robić. Słowa. Moje umiłowane, sprawcze słowa muszą zostać w cieniu i dać wybrzmieć czynom. 

Ostrożnie, powoli i bez jakichkolwiek gwarancji. Bez warunków i z założeniem, że bardzo być może dostanę po dupie. Wiem, że do dupy taki deal, ale innej drogi nie ma. No, można się ostatecznie jeszcze wycofać. Tylko co to za życie będzie.

Co w Tobie piszczy?

Przeprowadzałam jakiś czas temu wywiad z narkomanem. Narkomanem i degeneratem z patologicznej rodziny. W jego żyłach płynęła kiedyś chyba każda możliwa używka, od kawy po opary kleju. Opowiadał historię swojego życia. Matka i ojciec pili, zmieniali partnerów życiowych, nie byli w stanie opiekować się swoimi dziećmi. Nic dziwnego, że wszystkie zeszły na złą drogę i już się ze sobą nie kontaktują. W końcu jednak w życiu tego chłopaka pojawiło się kilka wyjątkowych osób. Takich, które zamiast mówić: „skończysz jak twoi rodzice, nic z ciebie nie będzie”, powiedzieli: „masz wielki potencjał. Chcesz się uczyć? Iść do technikum?”. Oczywiście to nie wystarczyło. Po pierwszej zmarnowanej okazji musiała zdarzyć się następna, potem znów była wpadka – kradzież telefonu, pobicie, aż wreszcie postanowienie poprawy i ktoś, kto dał kolejną szansę. W końcu udało się. Nasz bohater nie bierze, nie pije, nie kradnie, skończył dwa kierunki studiów, ma żonę i dwójkę dzieci. Piękna historia ze szczęśliwym zakończeniem.

Patrzę jednak na niego i mam wrażenie, że widzę farbowanego lisa. Mówi szybko i niedbale. Jego język zdradza, że sili się na elokwencję, używa słów, których znaczenia nie zna. Jedzie ze swoją opowieścią jak katarynka, w emocjach strzela chronologicznie ułożonymi faktami, brzmiąc trochę jak raper z blokowiska ze znanego składu, który święcił triumfy piętnaście lat temu. Cały czas gestykuluje, jego lewa noga nerwowo podskakuje pod stołem, jakby czekał na wyrwanie zęba.
Droga, którą przeszedł ten chłopak budzi wielki podziw. Prawda jest jednak taka, że ona wcale się nie skończyła, zupełnie jakby nie dało się tak do końca wyjść z bagna. Wszystko dlatego, że teraz trzeba mozolnie brnąć dalej przez każdy kolejny dzień. Budzić się rano i trzymać szlaku, ciągle od nowa trwać przy tym, co się wybrało, na mocy podjętej kiedyś decyzji. To zupełnie tak, jak z osobami grubymi, którym udało się schudnąć dwadzieścia kilo. One gdzieś tam głęboko w sobie dalej są grube i będą już do końca życia, jeśli dziś wypiją kufel zimnego piwa, które zagryzą żółtym serem, jutro dadzą się namówić na kawałek tortu weselnego, żeby nie zrobić przykrości państwu młodym, pojutrze zajedzą stres tłustym łososiem, albo dadzą sobie nagrodę za wytrwałość w postaci dużych lodów. Tak się nie da, nie ma sentymentów. Los można odmienić, można nie być grubym, wyjść z narkomanii, odnieść sukces zawodowy, a nawet, choć to prozaiczne, po prostu codziennie się uśmiechać i myśleć pozytywnie. Cena jest jednak wysoka, jeśli mamy predyspozycje do czegoś innego, chociażby do tycia, i będziemy ponosić ją codziennie do końca życia, zakładając, że uznamy, że cel jest wart zachodu. Jeśli walczymy, robimy z siebie farbowane lisy, bo tak naprawdę nie my się zmieniamy. Zmieniamy nasze życie.
Wybuchowy człowiek, który ciągle musi liczyć do dziesięciu, żeby nie krzyknąć na żonę czy matkę, w pewnym sensie neguje swoją osobowość. Zyskuje jednak co innego. Świadomość samokontroli i panowania właśnie nad własnym życiem. Warto podjąć ryzyko, bo profity są nieocenione.

Najciekawsze jest to, że każdy z nas z czymś walczy, choć wydaje nam się, że inni mają lepiej i nie mają takich problemów, jak nasze. Mają, w mniejszym lub większym stopniu. Według książki Twój psychologiczny autoportret, istnieje czternaście typów osobowości. Nie ma wśród nich lepszych ani gorszych, wszystkie, jeśli nie przerodzą się w zaburzenie, mają swoje mocne i słabe strony.

(źródło: http://www.cyfroteka.pl)

Nie ma możliwości, żeby ktokolwiek z nas był obrazem tylko jednego typu. Wszyscy jesteśmy mieszankami tych czternastu, choć może się zdarzyć, że niektórzy ludzie nie przejawiają żadnych cech pewnych typów. Najczęściej jeden z typów dominuje, bywa też, że jedna osoba przejawia dwa typy, które się równoważą, a pozostałe są widoczne w mniejszym lub większym stopniu. Można powiedzieć, że te typy są trochę jak karty w grze – jedne są mocne, inne słabe. Dostajemy je, kiedy przychodzimy na świat i musimy rozegrać nimi nasze życie. Najfajniej byłoby mieć wszystkiego po trochu, proporcjonalnie. Niestety, czytając tę książkę, jeszcze przed zrobieniem testu, już wiedziałam, którą osobowość reprezentuję, jakie cechy wysuwają się u mnie na pierwszy plan. Mój typ to oczywiście dramatyczny. Osoby, które mają pecha mieć taką osobowość, mają szczęście być kreatywne, twórcze, uwodzicielskie i czułe na nastroje innych, wrażliwe estetycznie. Mają też nieszczęście być roztargnione, niesumienne i skłonne do wpadania w związki z nieodpowiednimi ludźmi, bo kręcą je namiętności i pasje, a nie spokojne, przyziemne trwanie z umiarkowanym partnerem z dnia na dzień. Co ciekawe, wykres, który obrazował zrobiony przeze mnie test, wykazywał również bardzo silną osobowość poważną (w praktyce, od maksymalnej liczby punktów oba typy dzieliły cztery punkty, można więc uznać je za prawie tak samo silne. Prawie, bo wizualnie na wykresie dramatyczność wyszła wyżej). Ja poważna? Od kiedy? Jak szybko wyszło na jaw… Od zawsze. Osoby o typie poważnym są wyczulone na emocje innych ludzi, więc bardzo przeżywają, że np. kogoś skrzywdziły lub zachowały się nietaktownie. Mają tendencję do patrzenia na życie przez pryzmat szklanki do połowy pustej, a nie pełnej. Ciężko pracują, ale nie zawsze potrafią się docenić, są bardzo samokrytyczne i surowe dla siebie, nie zawsze w siebie wierzą. Potrafią za to przyjąć na klatę okrucieństwo świata. Bez zaklinania rzeczywistości widzą świat jako miejsce, w którym nie każdy może odnieść sukces i czasem dzieją się bardzo złe rzeczy, więc nie zawsze wszystko będzie dobrze. Dlatego osoba poważna ze spokojem przyjmie porażkę, bez wyniszczającej zazdrości pogratuluje sukcesu komuś lepszemu, nie wpadnie w wir chorej rywalizacji o złote kalesony.
Jak się okazuje, bardzo niewiele jest we mnie cech osoby awanturniczej i władczej, przy czym bycie awanturniczym nie oznacza tu wcale, że jest się tyranem bijącym żonę i dzieci. Jak wspomniałam, wszystkie czternaście typów osobowości, które opisuje książka, to zdrowe i normalne typy osobowości, które nie są od innych lepsze ani gorsze. Typ awanturniczy, to tyle co temperamentny. Osoba, która ma silną kartę tego typu będzie lubiła wyzwania i ryzyko. Podoba jej się życie pełne dynamicznych zmian, chętnie wybierze się w podróż autostopem, zmieni miejsce zamieszkania czy skoczy ze spadochronem. Typ władczy lubi szefować, jest dobry w przydzielaniu pracy, chętnie bierze sobie na głowę najtrudniejsze sprawy i realizuje złożone zadania. Wiem, że gdybym tak postarała się wyłączyć na trochę (albo i dłużej) wewnętrznego krytyka mojej osobowości poważnej i przytłumiła impulsywność wynikającą z osobowości dramatycznej, a rozwinęła więcej władczości i chęci podejmowania ryzyka, to lepiej radziłabym sobie w świecie.

Czy jednak będę farbowanym lisem, jeśli dzięki pracy i decyzji spróbuję zmienić sobie nieco układ kart? Jeśli tylko zaakceptuję siebie taką, jaką jestem i nie zagłuszę tego, co najlepsze w mojej dramatyczności i poważności, to na pewno nie. W końcu narkoman z mojego wywiadu zawsze będzie gdzieś tam w środku ćpunem, ale za to takim, który zamienił strzykawkę na sport i wolontariat, co było doskonałą decyzją, a nie głupią, pozorną walką z własnym ja. Wcale nie jest tak, że ktoś, kto jest przegrany na starcie, musi być przegrany na mecie.

Reset.

Tak, tak. Skasowałam poprzedni wpis.
To chyba nie takie proste wytłumaczyć dlaczego to zrobiłam, niech wystarczy zdanie, że jeśli chcę poważnych zmian w życiu, to nie o wszystkim powinnam pisać. Chce mi się. Jestem wylewna i lubię snuć swoje gawędy i bajania, ale prawda jest taka, że jeśli marzy mi się szczęście, to muszę porzucić złe, okołoplotkarskie nawyki. Myślałam, że to niepotrzebne, że liczy się to, jak się opowiada, ile się opowiada i jakiej jakości jest to opowieść, ale to nie zawsze prawda. Prawda jest niewygodna i niełatwa. Prawda mówi mi, że przede mną cholernie dużo pracy, a na efekty będę czekać miesiącami, jeśli nie latami. Zawsze po drodze mogę się też zagubić albo potknąć i wtedy trzeba będzie wszystko zacząć od początku. Niestety, to co ważne i wartościowe nigdy nie przychodzi zbyt łatwo, a na początku drogi cholernie trudno uwierzyć, że może być ona pasjonującą przygodą. Widzi się raczej tylko stromą górę, pot i łzy.

Długo już stoję u stóp tej góry i patrzę, jak inni, a nie ja, wchodzą na szczyt, na którym, o dziwo, dla każdego znajduje się kawałek miejsca i można się tam fajnie zabawić. Niewielu kompanów zostało już ze mną na dole, a ci, którzy jeszcze nie zrobili pierwszego kroku, rzadko potrafią się ze mną dogadać. Lgnę raczej do tych, którzy poszli w górę. Ci, którzy stoją na dole nie zawsze chcą iść dalej. Mój dół to dla kogoś innego już szczyt i oni czują się dobrze tu, gdzie są. Tu łączą się w pary, tu korzystają z uroków życia i nie zadzierają głowy, jak ja.
Za jakiś czas dokończę kilka wątków, które tutaj zaczęłam. Może i skasowany wpis wróci, kto wie. Niektóre tematy zostaną jednak zamknięte. W imię strasznej, ale też pełnej perspektyw dorosłości.

Jak Lotta mówi cz. 3

Pierwszy blog założyłam właśnie w liceum i nie miałam na niego pomysłu. Wiedziałam tylko, że będę dzielić się przemyśleniami i chciałam podejmować „dojrzałe” tematy. W owych zamierzchłych czasach wiele blogów wrzucano do dwóch worków, jednego z napisem Pokemony i drugiego z napisem Upadłe Anioły. Jak pewnie wielu pamięta, Pokemony to były blogi dziewczynek z podstawówki, czasem gimnazjum. Kipiały, migającymi elementami graficznymi, emotikonami i były pisane pokemoniastą czcionką – t@ką JaK t@. Cały ten wywołujący cukrzycę design wieńczył brak treści. Wpisy dotyczyły zjedzonych obiadów i wyników w szkole. Wpisy czerwcowe zawierały spis ocen końcowych autorki, zazwyczaj bardzo dobrych. Klasę wyżej, to znaczy nadal na dnie, ale ponad mułem, znajdowały się te drugie twory, Upadłe Anioły. To były blogi starszych dzieciaków, czarne jak smoła i mroczne. Zawierały depresyjne wpisy i  apokaliptyczne wizje przyszłości, będące wyrazem pozornej alienacji ich autorów, bo przecież nastolatka nikt, ale to nikt nie rozumie. Nie chciałam trafić ani do pierwszej, ani do drugiej kategorii, choć chyba zdarzało mi się czasem otrzeć o anielską upadłość.
Pierwszy pomysł był taki, żeby nie pisać o szkole. Żadnych kartkówek z angielskiego, korków z matmy, niesprawiedliwych nauczycieli ani uczniów lizusów. Mój świat miał skupiać się na mniej prozaicznych problemach niż jedynka z chemii czy projekt na technikę. Wolałam pisać o ludziach, emocjach z wysokiego C, jak w amerykańskich filmach, podsumowywać zjawiska społeczne i pisać o sobie. Snuć jakąś opowieść, stworzyć jakiś świat, do którego innym będzie chciało się zajrzeć. Nie brałam pod uwagę, że mogę być krytykowana, nierozumiana lub źle rozumiana. Myślałam, że szybko zdobędę czytelników, z którymi będę rozmawiać wieczorami popijając herbatę. Oto mój cały misterny plan i moje expectations, które zmiotła brutalna reality.
 
Pamiętam, jak opublikowałam wpis powitalny. Krótki i zwięzły. Od razu pomyślałam o tym, że teraz może natrafić na niego ktoś z drugiego końca świata, zupełnie jakby upadły jakieś granice, jakby ten świat przestał mieć bariery. Wyłączyłam komputer i idąc do sklepu zastanawiałam się co też zastanę za kilka godzin, kiedy znów się zaloguję. Zastałam jeden komentarz. Kwadratową ściankę tekstu, składającą się z gradu najbardziej niewyszukanych obelg pod moim adresem. W pierwszej chwili zrobiło mi się gorąco. Kto mógł napisać coś takiego? Skanowałam w głowie twarze osób, które mogą mnie z jakiegoś powodu nie lubić, ale przecież nikt jeszcze nie wiedział o tym blogu, więc tego nie mógł napisać nikt znajomy. Kiedy dobiegłam do połowy tekstu nieoczekiwanie zrobiło mi się wesoło. Nie ma chyba takiego wysiłku, na jaki musiałabym się zdobyć żeby napisać coś takiego. Ten wyziew był tak… bezosobowy, że z obraźliwego zrobił się groteskowy, jak tekst przetłumaczony przez translator. Jak tylko skończyłam czytać, zadzwoniłam do K. To on mnie zainspirował do założenia bloga, bo sam prowadził swój od wielu miesięcy. Powiedział, że dostałam ten komentarz, bo jestem nowa i wyskoczyłam na stronie głównej serwisu. To nie było nic osobistego, tylko złośliwość jakiegoś idioty, który wysyła takie kwiatki powitalne wszystkim nowicjuszom. Poradził żeby nie odpowiadać i skasować komentarz. Tak też zrobiłam i… Na moim blogu znów zrobiło się cicho, spokojnie i pusto. Wtedy postanowiłam się jakoś wypromować i poinformować koleżanki, że piszę, że mają wchodzić, komentować i rozsyłać link znajomym, jeśli im się blog spodoba. Pisałam i czekałam na odzew. No i odzew przyszedł po jakimś czasie, ale bynajmniej nie taki, jakiego się spodziewałam. Koleżanki grzecznie ustosunkowując się do mojej prośby czytały, a potem pisały mi w komentarzu, że… Tak jak obiecywały przeczytały mój wpis, a blog jest bardzo ładny. I że pozdrawiają.

„Wiesz, tak nie do końca o to mi chodziło” – tłumaczyłam. „Dzięki za poświęcony czas, ale wolałabym komentarz do treści zamiast pozdrowień. Rozmowę, albo polemikę…” M. stała w bezruchu patrząc na mnie wielkimi oczami. „W sumie to nieważne. Po prostu, jak chcesz to zaglądaj”. No i skończyło się zaglądanie. Moje koleżanki nie interesowały się blogami, nie czytały ich i nie bardzo ogarniały o co mi chodzi, a mnie nie pozostało nic, jak tylko to uszanować. Przyszli za to ludzie z zewnątrz. Jakaś poczta pantoflowa, wyszukiwarka, dojście przez komentarze i zrodziło się z tego kółko odwiedzających mnie osób, głównie tych, którzy sami mieli blogi. Małe, bo małe, ale ci ludzie przychodzili, bo chcieli. Byli też tacy, którzy zaglądali, ale nie komentowali i o nich początkowo nie wiedziałam, bo nie śledziłam żadnych statystyk.

Żyjąc sobie w świadomości, że moja radosna twórczość pozostaje na marginesie internetu, poczułam, że tak naprawdę piszę pamiętnik dla pięciu osób. Niby otwarty, bez kluczyka i kłódki, ale nieodszukiwalny w czeluści internetowego szumu informacyjnego. Nic nie stało więc na przeszkodzie, żeby czasem otworzyć się bardziej. Nałożyć bezpieczny filtr w postaci zmiany imion, użycia pseudonimów i opisania czegoś bardziej osobistego. A co innego może opisać nastolatka, której wydaje się, że pozjadała wszystkie rozumy, niż jej własne wchodzenie w dorosłość? To był taki burzliwy czas, kiedy potrafiłam wzruszyć się filmem czy książką i siedzieć zasmarkana przez pół godziny, ale nie byłam zdolna przejąć się losem kolegi z bloku obok, choć jego perypetie był równie bolesne co bohatera filmu, który mnie poruszył, tylko po prostu okoliczności mniej filmowe, a kolega nie tak przystojny… Nie mam do siebie pretensji, mój rozwój emocjonalny był wprost proporcjonalny do wieku. Mogłam jednak nie igrać z losem, nie wywalać na wierzch tego, co najbardziej intymne nie tylko dla mnie, ale i osób, z którymi skrzyżowały się moje drogi, a to już robiłam dość świadomie. Doskonale wiedziałam, że przesuwanie granicy będzie interesowało moich czytelników, że chcą autentycznych emocji, przysłowiowej krwi i spermy, a nie głębokiego teoretyzowania o miłości. Chciałam być ciekawą osobą i bałam się trochę, że moi goście odejdą i nie wrócą, jeśli nie będą wszystkiego dostawać więcej i więcej, więc podsycałam ich wyobraźnię kolejnymi opisami miłosnych podbojów. Niewiele ubarwiałam i choć nigdy nie oddałam pierwszeństwa cielesności, to wrzucałam ją gdzie bądź.

Chodziłam wtedy do pewnego klubu na piątkowe imprezy. Bar, stoliki i sala mieściły się w ciemnej piwnicy, było kameralnie i klimatycznie. Było też rzecz jasna głośno, więc okolice przytoaletowe stanowiły doskonałą przestrzeń wytchnienia, gdzie można było porozmawiać z kimś nie drąc się do niego. Stojąc w kolejce do toalety na korytarzu nagle usłyszałam, jak ktoś mnie woła. Jakaś dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widziałam siedziała na podłodze. Podeszłam do niej, i przykucnęłam (tu gdzie byłyśmy muzyka nadal docierała i trochę zagłuszała rozmowy). „Ty piszesz blog, prawda?”. Trochę mnie zamurowało. „Tak piszę…” Odpowiedziałam próbując zamaskować zakłopotanie uśmiechem. Bałam się, że ona powie mi, że piszę jakieś zbereźności, ale usłyszałam: „Lubię go czytać, bardzo chciałam cię poznać”. Poczułam się wyróżniona. Ta odpowiedź wykopała moje ego wprost na księżyc, ale… Zdałam sobie sprawę, że ja nic o niej nie wiem, a ona wie co ja robiłam wczoraj. Wie też wiele innych rzeczy, o których powinnam wiedzieć właściwie tylko ja (i moich kilku czytelników, z którymi miałam nigdy się osobiście nie poznać). Rozmawiałyśmy przez chwilę. Powiedziałam jej że mam nadzieję, że będzie okazja pogadać na spokojnie i jeśli chce, to zawsze może się ze mną skontaktować przez mój blog. Nie skontaktowała się, ale kilka tygodni później spotkała mnie podobna sytuacja. Poszłam na piwo ze znajomym. Miała być też jego siostra i jej koleżanki. Nie pamiętam już ile osób było przy stoliku. Może siedem? Siedzimy, jest miło, ale mam nieodparte wrażenie, że tylko alkohol mnie rozluźnia. Nie znam zbyt dobrze tych dziewczyn, więc jestem trochę sztywna. W końcu dochodzi do takiej sytuacji, kiedy chcę opowiedzieć jakąś zabawną historię i słyszę: „wiem jak to się skończy, pisałaś o tym”. Po tym zdaniu następują śmiechy i rozmowa trwa w najlepsze. „Co to znaczy pisałaś o tym?” – pytam stanowczo i na moment robi się cicho. „No twoim blogu. Wszystkie go czytamy. Spokojnie, jesteśmy twoimi fankami”. Dwie sekundy pauzy i znów robi się gwarno. No to ilu was jest, do cholery…

Wracam do domu, zasiadam przed komputerem i szukam jak sprawdzić takie informacje. Okazuje się, że najlepiej jest zainstalować program śledzący statystyki, przez dodanie go do kodu strony. Robię to, a na moim blogu pokazuje się baner dzięki któremu już jutro o tej samej porze, będę wiedziała ile osób przyszło w ciągu ostatniej doby. Wyniki mnie nie powalają, okazuje się, że te spotkania z czytelniczkami były trochę dziełem przypadku. Zagląda do mnie od dwudziestu do stu osób dziennie. Część wyszukuje mnie w wyszukiwarce wpisując nazwę bloga z literówkami. Czasem o tym, że ktoś zajrzał decydowała zbieżność wpisu z zagadnieniem z wyszukiwarki. Wiele adresów ip wskazywało na moje miasto i okolice. Koniec końców, potwierdziło się, że jednak nie zagląda do mnie tylko pięciu komentujących blogerów… Nie wiedziałam jednak, że wśród czytelników jest ktoś, na kim bardzo mi zależy. I ten ktoś nie jest dumny z wyczynów, które opisuję.