Visualization Level To Hard

Ellen DeGeneres zaprasza do swojego programu małą dziewczynkę, Brielle, która choć ma dopiero cztery lata, ma już całkiem sporo wiedzy o otaczającym ją świecie. Brielle przychodzi z mamą, opowiada krótko co u niej słychać i odpowiada na pytania Ellen z wybranej dziedziny wiedzy. W odcinku, który niedawno oglądałam, na afiszu była biologia. Ellen pokazała dziewczynce tabliczkę z obrazkiem ucha i poprosiła, żeby powiedziała coś ciekawego na temat tej części ciała. Czterolatka opowiedziała jej o płynie w uchu wewnętrznym odpowiedzialnym za równowagę. Wyjaśniła, że właśnie za jego sprawą mamy zawroty głowy, kiedy się kręcimy. Ellen była pod wyraźnym wrażeniem. Po krótkiej pauzie odrzekła odkładając tabliczkę: „zawsze myślałam, że to od Martini, ale w porządku”. Taka jest właśnie Ellen – błyskotliwa, zabawna, ciepła, rezolutna i charyzmatyczna. Poświęca swoim gościom uwagę, pozwala im błyszczeć, ale to dzięki niej jej program jest tak inny niż wszystkie. Pociąga za sznurki, ma w sobie pewność siebie, która nigdy nie przechodzi w arogancję, dlatego jej goście dobrze się u niej czują. Ellen zachowuje w swoim programie pozycję lidera, ale nie dominuje nad rozmówcą. Stoją za nią lata doświadczenia, pomysł na siebie i kilka wyróżniających ją cech, takich jak spójny wizerunek, rozpoznawalny głos, zawsze ta sama, pozytywna energia.

Wiedząc o tym wszystkim, w ogóle się nie dziwię, że Łukaszowi Jakóbiakowi nie udało się z tą jego osławioną wizualizacją. Nie mogło, jeśli środek ciężkości przyłożył nie tam, gdzie powinien. Paradoksalnie, najmocniejsze punkty jego projektu, są jednocześnie tymi najsłabszymi. Jeśli już można chwalić jego pomysł, to przede wszystkim jest to zasługa świetnie odwzorowanego studia show Ellen. To jest bez dwóch zdań kawał dobrej roboty. Wnętrze wygląda tak wiarygodnie, że można pomyśleć, że Lucas pojechał po prostu do LA i wynajął je po godzinach. Niestety, studio nie stanowi o sukcesie programu Ellen. Nie jest przecież nawet specjalnie oryginalne – ekran z palmami i dwa fotele. O sukcesie programu Ellen, stanowi sama Ellen. Bez jej osobowości studio będzie wydmuszką i to właśnie widzimy w Łukaszowej wizualizacji. Właśnie dlatego to wszystko nie zagrało, że Ellen tam po prostu nie ma.

Z tego co Król wizualizacji mówił w swoich wywiadach, przygotowania do projektu trwały trzy lata, a poszukiwanie idealnej Ellen rok. Niestety, w osobie aktorki, która się w nią wciela widzimy najbardziej paradoks studia. Pani Beata jest do Ellen trochę podobna. Może nawet bardziej niż trochę, zwłaszcza po charakteryzacji i z daleka. Nie ma ona jednak w sobie absolutnie nic z osobowości Ellen. Siedzący w studiu Łukasz, natychmiast ją przytłoczył swoją własną charyzmą, której mu zdecydowanie nie brakuje. Jakóbiak to bomba ekspresji, bez trudu przechodzi ze stanu refleksyjnej powagi w stan nadpobudliwego śmiechu, zupełnie jakby do śniadania brał garść antydepresantów i środków uspokajających. Można go lubić lub nie, ale nie ulega wątpliwości, że to mocna, ekstrawertyczna osobowość. Nie minęła chwila, a pewnie wielu widzów oglądających film z wizualizacją zadawało sobie pytanie, kto tu właściwie prowadzi ten program. Odtwórczyni roli Ellen odczytywała swoje pytania, jakby czytała z telepromptera. Nie istniała jako interlokutor, bo nie reagowała na to co mówi Łukasz odbijając piłeczkę – nie żartowała w stylu Ellen. Śmiała się, ale nie żartowała. Patrząc na nią widziałam w niej czynnik kobiecej, matczynej energii. Coś w rodzaju łagodnej troski o grzeczny i elegancki przebieg rozmowy. Abstrahując od orientacji seksualnej Ellen, nie ulega kwestii, że ma ona w głosie jakąś moc i siłę, jest zawsze mocno osadzona w fotelu, ma w sobie jakiś męski pierwiastek dobrego szefa. Pani Beata nie ma go za grosz. W subtelnych gestach i perlistym śmiechu, jest po prostu totalnie inną osobą niż ta, w którą się wciela. Zachodzę w głowę dlaczego nie udało się znaleźć lepszej aktorki? Czyżby zaważyło podobieństwo fizyczne? Było aż tak istotne? Przecież kino i telewizja od lat pokazują, że odgrywanie autentycznych postaci, to coś więcej niż charakteryzacja i fizyczne podobieństwo. Żeby daleko nie szukać, w takiej Dynastii Tudorów widzieliśmy wiarygodnie zagranego króla Henryka VIII, który nie był ani gruby, ani brodaty, ani rudy. I był wybornym Henrykiem.

Zastanowić może też sam scenariusz projektu. Spuszczę zasłonę milczenia na wkręcanie fanom, że Ellen rzeczywiście złożyła Łukaszowi zaproszenie do programu. Na ten wstęp w kawalerce też. Warto pomyśleć kim jest Łukasz Jakóbiak dla Amerykanów i nie chodzi mi o to, że nikim, bo go nie znają. Załóżmy, że dzięki wizualizacji jakaś część Amerykanów i w ogóle zachodnich społeczeństw dowiedziała się, że ktoś taki istnieje. I co? Cóż. Nic. Młody prezenter z obcego kraju, który niektórzy Amerykanie jeszcze kojarzą dzięki Lechowi Wałęsie i Janowi Pawłowi II. Ellen może rzeczywiście mogłaby zaprosić do siebie taką osobę, bo ona lubi ciekawostki i ciekawosteczki z internetów. Publikuje np. zabawne smsy, których sens zmieniła autokorekta, filmiki z psami i kotami, zaprasza ludzi, którzy potrafią zrobić coś niezwykłego, ale, do cholery, to nie są główni goście. Łukasz Jakóbik ze swoim zdjęciem z Lady Gagą czy wywiadem z Anastasią, to nie gwiazda światowego formatu, której Ellen poświęci dwadzieścia minut, jak Natalie Portman z Oscarem na koncie. Łukasz, gdyby został zauważony, byłby miłym przerywnikiem przed Salmą Hayek. Rozmowa trwałaby pewnie kilka minut i skupiła się tylko na pomyśle z wizualizacją, a nie na całej karierze Łukasza. Nie wiem czy wystarczyłoby czasu na panią Beatę na widowni, ale niewykluczone, że Ellen mogłaby być pod wrażeniem determinacji naszego mówcy motywacyjnego i dałaby sobie zrobić z nim selfie. Boję się jednak, że w związku z tym, że film jest za długi, zbyt oderwany od rzeczywistości, a sam Łukasz niepokojąco nadpobudliwy, szanse na to, że Ellen poświęci mu chwilę w swoim programie są marne. Realizacja tego projektu budzi zbyt wiele mieszanych uczuć, a Ellen to nie tylko świetna prezenterka i aktorka, ale też wytrawna bizneswomen. Trudno mi sobie wyobrazić, że w prime time’ie poleci w amerykańskiej telewizji koleś, którego projekt został jednak nieprzychylnie przyjęty społecznie.

Advertisements

Bojaźń i drżenie

On znalazł moje stare zdjęcie w wyszukiwarce Google’a. Nie pamiętam okoliczności kiedy zostało zrobione, ale chyba chodziłam jeszcze do liceum. Poznaję po włosach. To była farba Wella w kolorze ciemnego brązu, która wychodziła, jak czarna. To właśnie lubiłam. Czarne włosy błyszczące w słońcu rdzawo brązowymi refleksami, jak Coca-Cola. Wydawało mi się, że jestem mroczna i rockowa, a tak naprawdę wyglądałam jak pyzate, ufarbowane dziecko, które postarza się makijażem przynajmniej trzy lata. Marzyłam wtedy, żeby mi zlazła ta dziecięca pyzatość, żeby mieć zarysowane kości policzkowe. „Może się z wiekiem zapadną?” – myślałam o swoich policzkach i dziś stwierdzam, że jest jakby odrobinę lepiej. Z moją naiwnością też jest jakby odrobinę lepiej, czyli jest jej teraz trochę mniej. Ja ze zdjęcia, to ja, dla której szklanka zawsze jest do połowy pełna, nawet za cenę myślenia życzeniowego. To jestem ja, która zawsze wierzy, że przeprosiny są szczere, a moje wpływy na innych mają moc sprawczą. Wierzę, że ktoś może zmienić się trwale dla mnie, i że będę do końca życia z moim pierwszym chłopakiem. Kiedy robiono to zdjęcie, to sąsiedzi z parteru już się rozwiedli, ale ci z góry jeszcze nie zaczęli się nawet zdradzać. Tata koleżanek nie miał jeszcze drugiej rodziny i dwójki dzieci na boku. Za to Nicole Kidman i Tom Cruise już zdążyli się rozejść. Wydawało mi się wtedy, że dziesięć lat małżeństwa, to jest ogrom czasu i oni chyba popełnili jakiś błąd z tym rozstaniem. No przecież jak można przez dekadę nie zorientować się, że spędza się życie nie z tą osobą, co trzeba? Byłam przekonana, że związki, które mają się rozpaść, rozpadają się szybko, po kilku miesiącach, a jeśli już ludzie są ze sobą kilka lat, to znaczy, że musi być to dla nich coś więcej. Mama tłumaczyła mi, że dziesięć lat, to nie jest wcale tak dużo, ale jakoś nie wierzyłam.

Nie wierzyłam też, że przeżyję żałobę po M. Trzymało mnie dwa, prawie trzy długie lata. Nie miesiące, lata. To pewnie moja wina, że tak długo, bo pewnie sama podsycałam i ożywiałam wspomnienia, wierzyłam naiwnie, że się jeszcze zejdziemy. W końcu jednak przyszedł czas, kiedy przestałam wierzyć, a ból nie odchodził. Ciągnęłam go za sobą wszędzie, jak kulę na żelaznym łańcuchu. Patrzyłam na moje współlokatorki, które po kolei się zaręczały i czułam nutkę zazdrości, samotność i, jak zadzwoniłam swoim łańcuchem, to ból. Nie wiem kiedy mi przeszło. Ukojenie pojawiło się niezauważone, po prostu któregoś dnia kula zniknęła i już nie wróciła. Razem z nią zniknęły też emocje i emocyjki. Nie czułam nic. Po prostu nic. Nawet jeśli coś mnie cieszyło, albo wzruszało, to w jakiś taki niepełny, wyważony i kontrolowany sposób. Kilka razy próbowałam się zakochać, ale mimo wielkich starań, była we mnie tylko obojętność. No, może czasem zdarzyło się zauroczenie, jak z B., który powiedział mi o swojej dziewczynie dopiero wtedy, kiedy już nie miał wyjścia. Szybko mi przeszło. Po trzech dniach? Może tygodniu? Było też kilka sytuacji zabawnych, jak ta z A. On nigdy nic do mnie nie czuł, ale podobałam mu się, więc kilka razy pytał czy nie chciałabym spróbować i zebrał się na jeden pocałunek, przed którym czmychnęłam. Potem rozmawialiśmy dalej, jak znajomi, bo jak wspomniałam, on tak naprawdę nic do mnie nie czuł, więc obyło się bez traumy.

Poznawałam kolejnych ludzi i konsekwentnie nic nie uczułam. Chyba już nawet obojętności. Jednocześnie, zaczęły docierać do mnie sygnały o tych burzliwych rozstaniach znajomych moich rodziców. Zdrady, kochanki, pochowane telefony komórkowe z numerem na kartę. Chwilami kręciło mi się od tego w głowie. „Pieprzyć to”. W wielkim świecie też rozstają się Brad z Angeliną, a w małym wyciekają dane debili, którzy założyli sobie konta na Ashley Madison. Jak kochać w tym bagnie? No więc nie kochałam. I marniałam sobie dalej. Potem znów pojawiły się jakieś próby i fajne osoby. Problem w tym, że dalej moje serce było jak kamień. Rozum działał poprawnie, pchał mnie w dobrą stronę – do wartościowych facetów, tylko co z tego… Wszystko kończyło się prędzej czy później i choć tego tak nie odbierałam, to miałam przesrane. Jak mogłam nie mieć, skoro zostawiałam kogoś, kogo nie kochałam, czyli ta osoba nie traciła nikogo ważnego, a mnie musiał zostawić ktoś, kto mnie kochał, więc traciłam, no właśnie, kogoś kto mnie kochał.

Szkoda, że bez wzajemności wszystko traci sens.

No i teraz jest On. Znalazca starego zdjęcia. I dzięki Niemu zobaczyłyśmy się znowu. Ja i ona, ta mroczna, pyzata, sprzed ponad dekady. Stara, dobra naiwność wcale z nią nie wróciła. To, co zobaczyłam nie da się odzobaczyć, a czego doświadczyłam oddoświadczyć. Jestem dziś królową ostrożności i dystansu, nie wierzę już tak łatwo, choć dalej chcę widzieć szklankę do połowy pełną. Jest jednak w oczach, moich i jej, ta sama iskra. On przywrócił emocje z wysokiego „c”, kopnął mnie w mózg, który pękł i zaczęła cieknąć z niego fenyloetyloamina do spółki z dopaminą. Nie poddaję się im bezceremonialnie, trzymam się jak mogę przyziemności, bo boję się, że albo nic nie będzie, albo będzie i skończy się jak u Angeliny czy innej Kingi Rusin, Wendzikowskiej albo Vanessy Paradis. Albo moich sąsiadów. Płacz i zgrzytanie zębów.

Cieszę się jednak. Bo patrzy na mnie ta pyza farbowana i zdaje się mówić: „widzisz? Nadal umiesz czuć miętę”.

Za zębami

Nigdy w życiu tak bardzo nie paliłam się, żeby komuś wykrzyczeć, że go nie skrzywdzę. 

Nigdy w życiu nie czułam też tak bardzo, że nie wolno mi tego robić. Słowa. Moje umiłowane, sprawcze słowa muszą zostać w cieniu i dać wybrzmieć czynom. 

Ostrożnie, powoli i bez jakichkolwiek gwarancji. Bez warunków i z założeniem, że bardzo być może dostanę po dupie. Wiem, że do dupy taki deal, ale innej drogi nie ma. No, można się ostatecznie jeszcze wycofać. Tylko co to za życie będzie.

Co w Tobie piszczy?

Przeprowadzałam jakiś czas temu wywiad z narkomanem. Narkomanem i degeneratem z patologicznej rodziny. W jego żyłach płynęła kiedyś chyba każda możliwa używka, od kawy po opary kleju. Opowiadał historię swojego życia. Matka i ojciec pili, zmieniali partnerów życiowych, nie byli w stanie opiekować się swoimi dziećmi. Nic dziwnego, że wszystkie zeszły na złą drogę i już się ze sobą nie kontaktują. W końcu jednak w życiu tego chłopaka pojawiło się kilka wyjątkowych osób. Takich, które zamiast mówić: „skończysz jak twoi rodzice, nic z ciebie nie będzie”, powiedzieli: „masz wielki potencjał. Chcesz się uczyć? Iść do technikum?”. Oczywiście to nie wystarczyło. Po pierwszej zmarnowanej okazji musiała zdarzyć się następna, potem znów była wpadka – kradzież telefonu, pobicie, aż wreszcie postanowienie poprawy i ktoś, kto dał kolejną szansę. W końcu udało się. Nasz bohater nie bierze, nie pije, nie kradnie, skończył dwa kierunki studiów, ma żonę i dwójkę dzieci. Piękna historia ze szczęśliwym zakończeniem.

Patrzę jednak na niego i mam wrażenie, że widzę farbowanego lisa. Mówi szybko i niedbale. Jego język zdradza, że sili się na elokwencję, używa słów, których znaczenia nie zna. Jedzie ze swoją opowieścią jak katarynka, w emocjach strzela chronologicznie ułożonymi faktami, brzmiąc trochę jak raper z blokowiska ze znanego składu, który święcił triumfy piętnaście lat temu. Cały czas gestykuluje, jego lewa noga nerwowo podskakuje pod stołem, jakby czekał na wyrwanie zęba.
Droga, którą przeszedł ten chłopak budzi wielki podziw. Prawda jest jednak taka, że ona wcale się nie skończyła, zupełnie jakby nie dało się tak do końca wyjść z bagna. Wszystko dlatego, że teraz trzeba mozolnie brnąć dalej przez każdy kolejny dzień. Budzić się rano i trzymać szlaku, ciągle od nowa trwać przy tym, co się wybrało, na mocy podjętej kiedyś decyzji. To zupełnie tak, jak z osobami grubymi, którym udało się schudnąć dwadzieścia kilo. One gdzieś tam głęboko w sobie dalej są grube i będą już do końca życia, jeśli dziś wypiją kufel zimnego piwa, które zagryzą żółtym serem, jutro dadzą się namówić na kawałek tortu weselnego, żeby nie zrobić przykrości państwu młodym, pojutrze zajedzą stres tłustym łososiem, albo dadzą sobie nagrodę za wytrwałość w postaci dużych lodów. Tak się nie da, nie ma sentymentów. Los można odmienić, można nie być grubym, wyjść z narkomanii, odnieść sukces zawodowy, a nawet, choć to prozaiczne, po prostu codziennie się uśmiechać i myśleć pozytywnie. Cena jest jednak wysoka, jeśli mamy predyspozycje do czegoś innego, chociażby do tycia, i będziemy ponosić ją codziennie do końca życia, zakładając, że uznamy, że cel jest wart zachodu. Jeśli walczymy, robimy z siebie farbowane lisy, bo tak naprawdę nie my się zmieniamy. Zmieniamy nasze życie.
Wybuchowy człowiek, który ciągle musi liczyć do dziesięciu, żeby nie krzyknąć na żonę czy matkę, w pewnym sensie neguje swoją osobowość. Zyskuje jednak co innego. Świadomość samokontroli i panowania właśnie nad własnym życiem. Warto podjąć ryzyko, bo profity są nieocenione.

Najciekawsze jest to, że każdy z nas z czymś walczy, choć wydaje nam się, że inni mają lepiej i nie mają takich problemów, jak nasze. Mają, w mniejszym lub większym stopniu. Według książki Twój psychologiczny autoportret, istnieje czternaście typów osobowości. Nie ma wśród nich lepszych ani gorszych, wszystkie, jeśli nie przerodzą się w zaburzenie, mają swoje mocne i słabe strony.

(źródło: http://www.cyfroteka.pl)

Nie ma możliwości, żeby ktokolwiek z nas był obrazem tylko jednego typu. Wszyscy jesteśmy mieszankami tych czternastu, choć może się zdarzyć, że niektórzy ludzie nie przejawiają żadnych cech pewnych typów. Najczęściej jeden z typów dominuje, bywa też, że jedna osoba przejawia dwa typy, które się równoważą, a pozostałe są widoczne w mniejszym lub większym stopniu. Można powiedzieć, że te typy są trochę jak karty w grze – jedne są mocne, inne słabe. Dostajemy je, kiedy przychodzimy na świat i musimy rozegrać nimi nasze życie. Najfajniej byłoby mieć wszystkiego po trochu, proporcjonalnie. Niestety, czytając tę książkę, jeszcze przed zrobieniem testu, już wiedziałam, którą osobowość reprezentuję, jakie cechy wysuwają się u mnie na pierwszy plan. Mój typ to oczywiście dramatyczny. Osoby, które mają pecha mieć taką osobowość, mają szczęście być kreatywne, twórcze, uwodzicielskie i czułe na nastroje innych, wrażliwe estetycznie. Mają też nieszczęście być roztargnione, niesumienne i skłonne do wpadania w związki z nieodpowiednimi ludźmi, bo kręcą je namiętności i pasje, a nie spokojne, przyziemne trwanie z umiarkowanym partnerem z dnia na dzień. Co ciekawe, wykres, który obrazował zrobiony przeze mnie test, wykazywał również bardzo silną osobowość poważną (w praktyce, od maksymalnej liczby punktów oba typy dzieliły cztery punkty, można więc uznać je za prawie tak samo silne. Prawie, bo wizualnie na wykresie dramatyczność wyszła wyżej). Ja poważna? Od kiedy? Jak szybko wyszło na jaw… Od zawsze. Osoby o typie poważnym są wyczulone na emocje innych ludzi, więc bardzo przeżywają, że np. kogoś skrzywdziły lub zachowały się nietaktownie. Mają tendencję do patrzenia na życie przez pryzmat szklanki do połowy pustej, a nie pełnej. Ciężko pracują, ale nie zawsze potrafią się docenić, są bardzo samokrytyczne i surowe dla siebie, nie zawsze w siebie wierzą. Potrafią za to przyjąć na klatę okrucieństwo świata. Bez zaklinania rzeczywistości widzą świat jako miejsce, w którym nie każdy może odnieść sukces i czasem dzieją się bardzo złe rzeczy, więc nie zawsze wszystko będzie dobrze. Dlatego osoba poważna ze spokojem przyjmie porażkę, bez wyniszczającej zazdrości pogratuluje sukcesu komuś lepszemu, nie wpadnie w wir chorej rywalizacji o złote kalesony.
Jak się okazuje, bardzo niewiele jest we mnie cech osoby awanturniczej i władczej, przy czym bycie awanturniczym nie oznacza tu wcale, że jest się tyranem bijącym żonę i dzieci. Jak wspomniałam, wszystkie czternaście typów osobowości, które opisuje książka, to zdrowe i normalne typy osobowości, które nie są od innych lepsze ani gorsze. Typ awanturniczy, to tyle co temperamentny. Osoba, która ma silną kartę tego typu będzie lubiła wyzwania i ryzyko. Podoba jej się życie pełne dynamicznych zmian, chętnie wybierze się w podróż autostopem, zmieni miejsce zamieszkania czy skoczy ze spadochronem. Typ władczy lubi szefować, jest dobry w przydzielaniu pracy, chętnie bierze sobie na głowę najtrudniejsze sprawy i realizuje złożone zadania. Wiem, że gdybym tak postarała się wyłączyć na trochę (albo i dłużej) wewnętrznego krytyka mojej osobowości poważnej i przytłumiła impulsywność wynikającą z osobowości dramatycznej, a rozwinęła więcej władczości i chęci podejmowania ryzyka, to lepiej radziłabym sobie w świecie.

Czy jednak będę farbowanym lisem, jeśli dzięki pracy i decyzji spróbuję zmienić sobie nieco układ kart? Jeśli tylko zaakceptuję siebie taką, jaką jestem i nie zagłuszę tego, co najlepsze w mojej dramatyczności i poważności, to na pewno nie. W końcu narkoman z mojego wywiadu zawsze będzie gdzieś tam w środku ćpunem, ale za to takim, który zamienił strzykawkę na sport i wolontariat, co było doskonałą decyzją, a nie głupią, pozorną walką z własnym ja. Wcale nie jest tak, że ktoś, kto jest przegrany na starcie, musi być przegrany na mecie.

Reset.

Tak, tak. Skasowałam poprzedni wpis.
To chyba nie takie proste wytłumaczyć dlaczego to zrobiłam, niech wystarczy zdanie, że jeśli chcę poważnych zmian w życiu, to nie o wszystkim powinnam pisać. Chce mi się. Jestem wylewna i lubię snuć swoje gawędy i bajania, ale prawda jest taka, że jeśli marzy mi się szczęście, to muszę porzucić złe, okołoplotkarskie nawyki. Myślałam, że to niepotrzebne, że liczy się to, jak się opowiada, ile się opowiada i jakiej jakości jest to opowieść, ale to nie zawsze prawda. Prawda jest niewygodna i niełatwa. Prawda mówi mi, że przede mną cholernie dużo pracy, a na efekty będę czekać miesiącami, jeśli nie latami. Zawsze po drodze mogę się też zagubić albo potknąć i wtedy trzeba będzie wszystko zacząć od początku. Niestety, to co ważne i wartościowe nigdy nie przychodzi zbyt łatwo, a na początku drogi cholernie trudno uwierzyć, że może być ona pasjonującą przygodą. Widzi się raczej tylko stromą górę, pot i łzy.

Długo już stoję u stóp tej góry i patrzę, jak inni, a nie ja, wchodzą na szczyt, na którym, o dziwo, dla każdego znajduje się kawałek miejsca i można się tam fajnie zabawić. Niewielu kompanów zostało już ze mną na dole, a ci, którzy jeszcze nie zrobili pierwszego kroku, rzadko potrafią się ze mną dogadać. Lgnę raczej do tych, którzy poszli w górę. Ci, którzy stoją na dole nie zawsze chcą iść dalej. Mój dół to dla kogoś innego już szczyt i oni czują się dobrze tu, gdzie są. Tu łączą się w pary, tu korzystają z uroków życia i nie zadzierają głowy, jak ja.
Za jakiś czas dokończę kilka wątków, które tutaj zaczęłam. Może i skasowany wpis wróci, kto wie. Niektóre tematy zostaną jednak zamknięte. W imię strasznej, ale też pełnej perspektyw dorosłości.