Wróciłam.

1.

Tam gdzie spałam u dziadków, w tym ponurym pokoju z małym oknem na drugim piętrze, stała kanapa przykryta zieloną narzutą z frędzlami. Za nią ciągnął się kawałek ściany, który przechodził w spadzisty dach. Między tą ścianą a kanapą tkwił żeliwny kaloryfer, który zimą parzył jak żywy ogień. Ilekroć moja nieświadoma zagrożenia stopa wymykała się spod kołdry i natrafiała na grzejnik, ten kąsał gorącem jak paralizator. Był niczym pies broniący swojego terytorium. Podskakiwałam wtedy i odsuwałam się. Resztę nocy przesypiałam ostrożnie, układając się między środkiem, a zewnętrznym brzegiem kanapy. Czyżby dom miał tak słabą izolację, że grzejniki buchały ciepłem jak kominki? Zresztą, nie tylko one były w tym domu ciepłe.

Któregoś dnia oglądając bajki w telewizji, zaczęłam przyjmować na kanapie najdziksze pozycje. Kanapa stała na wprost telewizora, a z praktycznego punku widzenia, to jest najgorsze ustawienie dla telemaniaka. Mało kto wysiedzi jak człowiek przez pasmo japońskich hitów z włoskim dubbingiem („Yattaman”, „Królestwo kalendarza”, „Tsubasa”, „Generał Daimos”). W końcu trzeba się położyć, a wtedy, żeby widzieć telewizor, odwrócić głowę. Kiedy zaczyna od tego boleć kark, trzeba położyć się bokiem i podeprzeć głowę ręką, a stąd tylko krok do kolejnych pozycji. Zakładania nogi na oparcie, albo zjechania niżej i trzymania stóp na ścianie (jeśli tylko ściana występuje). Zmarnowana wakacyjnym lenistwem, przybrałam tę właśnie pozę i jadąc po ścianie skarpetą, poczułam nagle cieplejsze miejsce. Niezwykle mnie to zaintrygowało, więc zaraz skoczyłam na równe nogi i pogłaskałam ścianę ręką, żeby się upewnić, że na pewno grzeje sama z siebie, a nie oddaje tylko moje ciepło. Chwilę potem pobiegłam do babci, opowiedziałam jej o niezwykłym zjawisku ciepłego punktu na ścianie i choć babcia wytłumaczyła mi, że to tylko rura z ciepłą wodą, nic niezwykłego, dla mnie ciepła plama była dowodem na coś zupełnie innego. Wyobrażałam sobie, że dom żyje i to jest miejsce, gdzie można sprawdzić jego puls. Jeszcze tego samego dnia obiegłam wszystkie pomieszczenia i doszukałam się kilku takich miejsc, do których można było przyłożyć policzek albo rękę i zmierzyć tętno.

Dowodów na życie domu i tak raczej nie brakowało, bo cały czas wydawał jakieś dźwięki. Coś ciągle skrzypiało, wszędzie tykały zegary (w tym jeden wybijał godziny) i pyrkały żarówki. Bojler uderzał z wielką mocą, kiedy odkręcało się gorącą wodę w łazience, a gdy ktoś zadzwonił, odzywało się kilka telefonów porozstawianych w różnych miejscach. Dom-twierdza z kratami w oknach i ogródkiem pełnym ślimaków. Dom-twierdza, który prowadził ze mną nieustanny dialog. Raz po raz parzył mnie w stopę, pozwalał zjeżdżać po wypastowanych schodach na dywaniku, czasem uśpił mnie w wannie lub przed telewizorem, regularnie zapraszał do kątów, gdzie odkrywał przede mną zakamarki pełne skarbów (np. piękną flagę Polski, którą rozwinęłam i wymachując nią uderzyłam w zegar, który przestał tykać, a ja się nie przyznałam, że to przeze mnie).

I nagle, choć nikt się tego nie spodziewał, dziadkowie stamtąd wyjechali i już nie wrócili. Postanowili przeprowadzić się bliżej syna i wylądowali na Podlasiu. Któregoś pięknego dnia przyjechali po mnie, żeby mnie zabrać na ferie i oznajmili, że już nie jedziemy do Warszawy. Siedziałam wtedy przy stole w kuchni i myślałam, że spadnę z krzesła. Nie mogłam uwierzyć, że tak po prostu można podjąć taką decyzję, że się będzie już zawsze budzić gdzie indziej. W innym mieście. I tam żyć, tam robić zakupy, chodzić na spacery, do dentysty i kościoła. Że się zostawi wszystkich znajomych, utarte ścieżki, ulubione miejsca. Jak oni mogli nie kochać tamtego domu? Sadzili wokół niego pierwsze rośliny, tam urodził się brat taty, oboje się tam wychowali. Ja też właśnie pod tamtym dachem spędziłam pierwszą noc w swoim życiu, a potem pierwszy dzień po przyjściu na świat w pobliskim szpitalu… Ale oni to zrobili. Wyjechali do miasta, z którym nic ich nie łączyło i trzeba było się z tym oswoić.

Nie miałam wpływu na decyzję dziadków, musiałam więc zrobić coś z dotykającymi mnie jej skutkami. Postanowiłam nastawić się pozytywnie. Może ten nowy będzie lepszy? Większy, bardziej nowoczesny, nowszy? – tak sobie myślałam wsiadając do samochodu. Naprawdę starałam się widzieć tylko jasne strony i choć nowe królestwo dziadków nie zrobiło na mnie wrażenia, udało mi się na dzień dobry nie nazywać po imieniu jego słabych stron. Nowy dom okazał się zwyczajnym klockiem bez tożsamości, takim, jakich buduje się wiele od kilkudziesięciu lat. W środku powitał mnie wąski korytarz, duża przestronna kuchnia i długi pokój dzienny. Spodobała mi się spora narożna wanna na piętrze, bo nigdy wcześniej się w takiej nie kąpałam. Dom był wygodny i jasny, choć wąski korytarz na parterze i wejście do piwnicy tylko z zewnątrz, obniżały nieco jego potencjał. Nie miał jednak zakamarków – strychu, schowków za małymi drzwiczkami. Nic w nim nie skrzypiało, okna zostały wymienione na nowe. Pokój, w którym miałam spać był przytulny, biały, z ładnym parkietem. Przejechałam po ścianie ręką. Żadnych ciepłych miejsc. Ten dom nie oddychał.

2.

Stojąc na korytarzu pełnym debatujących kursantów wypatrywałam M. Nie widziałam jej, więc wiedziałam, że albo jeszcze nie przyszła, albo jest w sali i ją przepytują, choć stawiałam na to pierwsze. Jakaś gaduła, z którą nigdy wcześniej nie rozmawiałam dopadła mnie w końcu, bo stałam sama, więc starałam się życzliwie jej wysłuchać, choć trochę się niecierpliwiłam. Kiedy podeszła do nas jeszcze jedna osoba, poczułam się zwolniona z obowiązku rozmowy, która zaczęła się od wycieczki na Majdan, a potem nieoczekiwanie zeszła na temat podkładów do twarzy.

– Czekałam aż przyjdziesz, specjalnie nie wchodziłam na egzamin pierwsza – powiedziałam M. na powitanie, kiedy wreszcie się pojawiła.
– O. wiedziała, że ja przyjdę później, nie gadałaś z nią?
– Nie, jej też jeszcze nie ma. Ale egzaminy idą piorunem. Wszyscy mówią, że jest przyjemnie i szybko. Właściwie to nie będę ukrywać, że mam do Ciebie konkretną sprawę.
– Tak? A jaką? – odpowiedziała M. zdejmując szalik.
– Bo ja mam pociąg jak zwykle o 19:25 i nie przeniosłam tego biletu na wcześniejszą godzinę, tak jak początkowo planowałam, bo wpadłam na lepszy pomysł. Jestem w Warszawie ostatni dzień, nawet jeśli wejdziemy na egzamin na końcu, to i tak skończymy około 13:00. I ja bym chciała, żebyś mi powiedziała jak mam dojechać do domu.
– Do domu?
– Do pierwszego domu, w którym mieszkałam. Powiem Ci gdzie to jest, a Ty mi powiedz którym tramwajem, metrem lub autobusem jechać. Albo jeśli masz czas, to jedź ze mną.
– Mam czas, nie ma problemu.

No i pojechałyśmy razem. Metrem, czyli nie tak, jak ja jeździłam z dziadkiem. Z dziadkiem jeździłam głównie samochodem, ale czasem też autobusem. Tramwajem jakoś rzadziej. Dużo też chodziliśmy pieszo, a ja nie nadeptywałam na linie. Załatwialiśmy coś u niego w pracy. Pamiętam, jak chodziłam po szarych korytarzach jakiejś instytucji. W gabinetach siedzieli zajęci pracą dorośli i co chwilę ktoś reagował na mnie entuzjastycznym okrzykiem: „ojej, to twoja wnuczka!?” i strasznie mnie zawstydzał. W Warszawie z moich wspomnień nie ma metra. Są tylko czerwone autobusy z syrenką z boku i szerokie chodniki z dużych kwadratowych płyt. I to ciche osiedle ukryte wśród skrzyżowań, na które jadę teraz z warszawską koleżanką. Zdając się na nią nie obserwuję trasy. Nie mam pojęcia gdzie wsiadłyśmy i gdzie wysiadłyśmy, a dla niej wszystko było jasne. Rozpoznawała w wielkich budynkach siedziby obecnych i byłych instytucji, wiedziała też co ciekawego znajduje się za nimi. Bardzo blisko, choć nie widać. Opowiadała sporo o ulicach, przebudowach w okolicy. Aż w końcu gwar ustąpił miejsca ciszy i przed naszymi oczami pojawiły się pierwsze domy starego osiedla. Tu nasze role się odwróciły. To była już nieznana strefa dla niej, za to znana dla mnie.

– Tu przejechałam na łyżworolkach pierwsze metry… A na tamtym chodniku mój ojciec puścił wózek, który spadł z wysokiego krawężnika i uderzyłam twarzą w ulicę. Tego nie pamiętam, to opowiadała mi mama. A zaraz będzie dom, w którym mieszkał chłopiec w moim wieku. Jedno z niewielu dzieci w okolicy, bo tu mieszkali sami emeryci. Bardzo chciałam się z nim pobawić i podglądałam go z poddasza, ale babcia powiedziała, że nie mogę, bo jego ojciec jest Żydem. Nie rozumiałam tej odpowiedzi, ale rozumiałam co to znaczy „nie możesz” i to musiało mi wystarczyć. A tu po lewej będzie dom, przy którym mieszkał i szczekał pies Bartek. Kiedyś przed nim stała buda, ale minęło już tyle lat… O, jest i buda. Tylko Bartka już na tym świecie nie ma.
Że też chciało jej się tego słuchać. Umilkła i pozwoliła mi się wygadać. Pamiętałam drzewa i krzaki, dom z dziurami po kulach, wystrzelonych podczas Powstania Warszawskiego; opowiadałam jej, że kiedyś tu była kostka brukowa ułożona w jodełkę, ładniejsza niż dzisiejszy asfalt.

– A tam mieszkała sąsiadka, która codziennie wciskała mi morele z własnego drzewa. Przekładała je przez tę siatkę. A za siatką, w tym ogrodzie stałam ja. Bo to jest właśnie ten dom. Uśmiechnęłam się, jakbym zobaczyła dawnego przyjaciela, który wrócił po latach z zagranicy. Rozpoznaję go, choć wygląda inaczej. Trochę schudł, przerzedziły mu się włosy nie nosi już okularów. Tak właśnie się poczułam, kiedy za furtką, tak blisko, a jednak za daleko, żeby dotknąć, zobaczyłam swój dom z pulsującymi ścianami. Ten sam co dawniej, z tym samym brzydkim tynkiem. Ale już bez krat, po których zostały tylko dziury. Z przybudówką i przeniesionymi w inne miejsce drzwiami. Z nową skrzynką na listy, zawieszoną na starej furtce.

– Tam gdzie jest to małe okno był strych czy taki mały pokój? – odezwała się w końcu moja przewodniczka.
– To był pokój. Wcale nie taki mały, po prostu okno dachowe jest małe. Mimo to, wcale nie był ciemny, w przeciwieństwie do drugiego pokoju na tym piętrze. Jest po drugiej stronie, takie samo okienko wychodzi na ogród.

Przed drzwiami tego pokoju była tylko ogromna przestrzeń białej ściany nad spiralnymi schodami. Całą noc drzwi pozostawały otwarte i w bladym snopie światła z pokoju majaczyły na niej kontury afrykańskich masek. Miały puste oczy, otwarte usta i zawsze budziły we mnie niepokój. Bałam się na nie patrzeć, ale chyba jeszcze bardziej przerażało mnie, że mogłabym się od nich odwrócić i leżeć do nich tyłem. Co ciekawe, kiedy wstawał dzień, to właśnie w moim pokoju było ciemnawo, ponuro, przez to małe okno. Sytuacja się odwracała, światło wpadało do pokoju przez drzwi, od strony tej ściany z maskami, którą rozjaśniało duże okno w korytarzu. Wtedy maski już nie straszyły, były zwykłą ozdobą, a ściana jaśniała blaskiem. Dodatkowo, z dołu docierały do mnie dźwięki radia, którego dziadek słuchał przy goleniu. Przyjemne dźwięki muzyki, miły zapach kosmetyków i świeże światło poranka kazały mi natychmiast wygramolić się spod kołdry i zejść na mleko z miodem albo kakao. I pomyśleć, że w nocy bałam się nawet patrzeć w stronę schodów.

– Ciekawe… A piętro niżej? Te trzy okna?
– Pierwsze to okno z korytarza. Potem jest z sypialni, a trzecie… Trzecie… Zaraz, nie. To jest korytarz, a w sypialni po tej stronie nie było okna. Tam była szafa i taka mała replika Mony Lisy. Zawsze myślałam, że ona jest dużo warta, bo wydawało mi się, że skoro to Mona Lisa, to musi być droga i już. Więc może to jest gabinet, nie sypialnia… Nieee, niemożliwe. W gabinecie były dwa okna, pierwsze wychodziło na ulicę, drugie nie mogło być po drugiej stronie domu, bo ten pokój nie był aż taki wielki… Przepraszam, ale zdaje się, że… Nie pamiętam.

To była przytłaczająca myśl. Wydawało mi się, że pamiętam wszystko, włącznie z pęknięciami na suficie, ale nie. Nagle odkryłam, że im bardziej próbuję ożywiać szczegóły, tym bliżej moim wspomnieniom do snów. Wszystko się miesza i przesuwa. Nagle zdaję sobie sprawę, że Mona Lisa wisiała jednak na innej ścianie, że nie pamiętam czy w łazience stały jakiekolwiek meble, jaki był wzór na skórzanych pufach w gabinecie, czy do salonu schodziło się po dwóch stopniach czy trzech. Wszystkie miejsca nieuwiecznione na fotografiach, czyli te, do których mogę wrócić tylko pamięcią, okazują się skrzywionym, niedokładnym, pełnym luk obrazem. Czymś innym niż w rzeczywistości. Czymś tak nieprawdziwym, jak platoniczna miłość.

– Ten trzepak też tu stał… Tylko za nim rosła czereśnia. A tu próbowałam odgarniać śnieg… I pokaleczyłam się o tynk… – snuję swoją opowieść, zastanawiając się czy czegoś znów nie przeinaczam.

W pewnym momencie z sąsiedniego domu wychodzi facet. Staje przed drzwiami i udaje, że się na nas nie gapi i nas nie słucha. Zaczynam zastanawiać się czy nie za długo tu stoimy, czy ktoś zaraz nas nie przegoni, zapyta dlaczego tkwię tu i smyram jego ogrodzenie, wskazuję palcem na okna i macam klamkę furtki. Zaczynam czuć się nieswojo, jak intruz, a jednocześnie buzują we mnie wszystkie emocje świata. Gniew, że nie mogę tam wejść i zobaczyć więcej, smutek, że to już nie moje, radość, że w ogóle tu jestem. Do tego ekscytujący surrealizm tego momentu.
Po chwili milczenia spoglądam na zegarek, a potem na M.

– Idziemy? – uśmiecham się.
– Idziemy – odpowiada.
Ona chyba wcale nie była znudzona, miała chęć iść jeszcze ze mną na naleśniki, ale okazało się, że jej chłopak wrócił z jakiegoś zlotu fanów średniowiecza i musiała po niego iść na dworzec. Znów wsiadłyśmy do metra, ale tym razem droga do centrum była jakaś krótsza. Potem przez „Patelnię” i na Marszałkowską, aż w końcu rozdzieliłyśmy się przy naleśnikarni. Siedząc samotnie przy stoliku miałam chęć natychmiast obejrzeć jeszcze raz zrobione pod domem zdjęcia, ale rozproszyła mnie najpierw kelnerka, która rozlała wodę gościa z sąsiedniego stolika, a potem dostałam kilka powiadomień na Messengerze. Jak tam egzamin, o której wracam, co robię… Wystarczyła godzina, żeby moja wyprawa rozwodniła się jak sen. Stała się tak samo odległa ja stare wspomnienia. Przegrała z tym, co tu i teraz.

Tak to wyglądało jakieś pięćdziesiąt lat temu

A tak jest dziś

Jakiś samochód, którym jeździł dziadek i przy okazji furtka

Furtka dziś

Babcia miała rękę do kwiatów, więc kiedy tam mieszkała teren wokół domu nie wyglądał tak smętnie jak na początku ani tak nijak jak teraz.

Na koniec, zdjęcie ze środka. Moje trzecie urodziny. Na stole stoi album fotograficzny z kartką urodzinową przyklejoną na pierwszej stronie. To kartka od dziadków. Napisali, że życzą mi dużo: “grzeczności i rozumku”. Czy tylko ja mam wrażenie, że to taka eufemistyczna forma: “ogarnij się i opamiętaj”?

Pragnę zwrócić uwagę, że dziadek założył na moje urodziny krawat. Bardzo dawno nikt nie zakładał dla mnie krawata. Chcę też uspokoić, że flaszka stojąca przed otwartym albumem nie jest moim prezentem, a moja przygoda z alkoholem zaczęła się dużo później.

Advertisements

2 thoughts on “Wróciłam.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s