Nowy, udany Blade Runner 2049

Lubię kiedy kino sciene-fiction jest humanistyczne. Kiedy zadaje pytania o człowieka w kontekście jego rozwoju w dalszej lub bliższej przyszłości. Niby nic oryginalnego, właśnie taka jest specyfika gatunku, a jednak często filmy sci-fi wyróżniają się intelektualną pustką, którą przykrywa się efektami specjalnymi za miliony dolarów. Wśród zalewu wydmuszek o przybyciu obcych na ziemię czy zagubieniu w kosmosie, zdarzy się czasem jakiś Matrix, kultowy Terminator czy Łowca androidów.

Na Blade Runnera szłam z pewnym niepokojem pomimo niezłych recenzji i zapewnień krytyków, że zachwyci mnie niespiesznie prowadzona narracja i wnikliwe studium ludzkiej duszy. Wszystko dlatego, że choć staram się nie dzielić kina grubą krechą na męskie i kobiece, to jednak podstawą mojego lęku było właśnie to, że wybieram się na film „męski”, że pod płaszczykiem kameralnego (o dziwo, przy budżecie 180mln dolarów) obrazu, ukrywają się strzępki kina superbohaterskiego, utkanego z wyświechtanych klisz. Zakładałam, że reżyser puszcza jednak oko do widzów, którzy wybierając ten film kupowali bilet na niezobowiązującą rozrywkę – nową odsłonę Jareda Leto, Ryana Goslinga w dobrze skrojonym płaszczu i gładkie twarze pięknych aktorek. Co ostatecznie zobaczyłam w kinie? Jedno i drugie. W tym prawie trzygodzinnym filmie wymieszano, jak w kotle z zupą, nostalgię za pierwszym Łowcą androidów, trochę czystego kina akcji, filmu psychologicznego neo-noir z wątkiem miłosnym i filozoficznych pytań o duszę, wspomnienia i emocje, które pozwalają tym wspomnieniom ożyć.

Całość osadza się na solidnym rusztowaniu zbudowanym z klasycznych dla gatunku fabularnych rozwiązań. Właściwie sama nie wiem czy taki wybór to droga uniwersalna czy banalna. Mamy tu bowiem postać, której jedynym zadaniem jest otworzyć głównemu bohaterowi pewne klapki w głowie, a gdy już je otworzy można ją spokojnie wyeliminować z dalszej gry. Mamy czarny charakter, który wygłasza płomienne monologi i ma ludzi od wszystkiego, sam nie przyniesie sobie nawet drinka. Zupełnie jak w Mission Impossible czy filmach o Bondzie. W końcu mamy głównego bohatera, który odkrywa siebie, i podniosłe hasło, że nie ma nic bardziej ludzkiego, niż oddać życie za wielką sprawę. Cały czas zastanawiam się czy to wszystko nie jest zbyt oczywiste i zużyte. Czy dążenia replikantów są wiarygodne? Czy wciąż idąc do kina na film o stanowiących o sobie ‘nieludziach’ musimy odświeżać sobie bajkę o Pinokiu, który chce być prawdziwym chłopcem? I dlaczego właśnie heroizm ma być tym, co najbardziej ludzkie? Słabości też są ludzkie. To co jest naszym miękkim podbrzuszem, to czego się boimy, wstydzimy, jest nie mniej ludzkie niż męstwo.

Jeśli jednak spojrzeć na film Villeneuve’a bez rozkładania go na czynniki pierwsze, to widzimy w nim przede wszystkim przemyślaną od początku do końca formę. Spójna, monochromatyczna kolorystyka ogromnego miasta, w którym często pada deszcz, przełamana jest świetlistymi reklamami pełnymi dźwięków i ruchomych obrazów. Postapokaliptyczne Los Angeles z latającymi samochodami, przywodzi na myśl pierwszą część filmu, a jego mrok pulsuje w rytm niesamowitej muzyki Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa. Choć nigdy nie lubiłam ścieżek dźwiękowych złożonych z metalicznych warkotów i dudnień, tym razem dałam się oczarować i porwać tej industrialnej mieszance pohukiwań, tym bardziej, że do tego obrazka jak ulał pasuje również obsada. Ryan Gosling okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego refleksyjny, oczytany, zrównoważony i niezalotny, oficer K., to nowe oblicze gościa od brudnej roboty, w którego oczach odbijają się wrażliwość i polot. W Jaredzie Leto łatwo dostrzec mistycyzm i szaleństwo, a Anie de Armas, cyberdziewczynie głównego bohatera, program komputerowy na miarę już nie XXI, a chyba XXII wieku. Powolna, snująca się sennie akcja zamknięta w tak dopracowanym obrazie nabiera nowej jakości, a fabularne uproszczenia czy logiczne dziury gdzieś się rozpływają. W głowie zostają ogólne przesłanie, estetyczne wrażenie i jedna z najbardziej subtelnych i najbardziej oryginalnych scen miłosnych, jakie kiedykolwiek widziałam na ekranie. Chyba nawet silna sugestia, że powoli nadciąga część trzecia nie zepsuła tych dobrych odczuć.

Advertisements

5 thoughts on “Nowy, udany Blade Runner 2049

  1. A mi niespecjalnie przypadł do gustu. Tj wizualnie super i ogladało się naprawdę miło, ale… jakby to ująć. Miałem wrażenie, że mistykę i głębie wciska mi się w gardło na siłę. W pierwszej części ona sama się gdzieś tam wyłaniała spomiędzy trzymającej się fabularnie historii. W BR2049 motywy i zachowania głównych bohaterów zdają się sztuczne.

    Liked by 1 person

    1. Miałam podobne wrażenie. Zabrakło w tym wszystkim tajemnicy i subtelnego akcentowania zgadnień, które chciał przedstawić reżyser. Chyba nawet przewrociłam oczmi, kiedy jedna z bohaterek zapytała oficera K. czy nie będzie mu przeszkadzało, jeśli podczas rozmowy z nią będzie pracowała. No tak, przecież widzowi trzeba pokazać co robi, nie wystarczy, że to będzie wynikało z rozmowy. To wyglądało trochę jak reklama leku na gardło, w której widzimy schemat gardła ze świecącym na czerwono stanem zapalnym. Mimo tych zgrzytów, myślę, że i tak całość jest nieźle trzyma się kupy. Twórcy postawili na oczywiste środki, walenie uczuciami bohaterów prosto w oczy. Dlaczego nie? Taka wizja i już. Też wolę niuanse, ale film jako całość nie boli, a Pasażerowie boleli 😉 To był dopiero zmarnowany potencjał.

      Liked by 2 people

        1. Niezły pomysł. Jakieś fajne easter eggs (hmm… Jak to powiedzieć po polsku?) można wtedy znaleźć 🙂 Ale na pierwszy raz lepiej w kinie. Muzyka nicuje głowę.

          Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s