Seria niefortunnych zdarzeń

cos poszlo nie tak...

Z remontami wiąże się znajdowanie starych rzeczy. Wystarczy jeden rzut okiem na pożółkłą ulotkę, wizytówkę, albo zdjęcie, żeby historia, którą nosi ta rzecz stała się tak żywa, jakby wydarzyła się wczoraj. Historia ankiety ze zdjęcia nie jest długa, ale ma wiele ciekawych wątków pobocznych. Chyba nie ma też wyraźnie zaznaczonego końca, bo skoro ta kartka została odnaleziona i mówię teraz o niej, to znaczy, że może dopiero teraz wypełnia ona swoją misję? W każdym razie, nawet jeśli nie ma końca, to zdecydowanie ma swój początek i wcale nie jest nim dzień, w którym pani dyrektor przyniosła ją do klasy.

Żeby przejść do samej ankiety, chciałabym najpierw opowiedzieć o K.K., mojej szkolnej koleżance i wiceprzewodniczącej szkoły. Nie pamiętam kiedy się tak formalnie poznałyśmy. Szkoła była mała, więc wydawało się, że wszyscy znaliśmy się chyba od początku, tylko po prostu z jednymi się rozmawiało, a z innymi nie. K.K. była osobą, obok której nie dało się przejść obojętnie. Z nią rozmawiał chyba każdy, bo była jedną z najbardziej otwartych osób, jakie można sobie wyobrazić. Szybko przełamywała lody i w każdym starała się widzieć dobre cechy. Była dobrze wychowana, nigdy nie przeklinała i była niezwykle pojętną osobą. Miała chyba najwyższą średnią w szkole i zgłaszała się do każdego zadania. Nauczyciel jeszcze nie skończył pytania, a jej ręka już wystrzeliwała w górę. Lubiłam ją, choć miałam wrażenie, a może raczej obawę, że jej prawdziwy potencjał, prawdziwa błyskotliwość siedzą uśpione gdzieś głęboko w niej. Zupełnie, jakby jej mózg wkuwając na małpę nie miał już ani czasu, ani siły rozwijać jej wrodzonej inteligencji. Nabywał po prostu podręcznikową wiedzę i ją odtwarzał. K.K. potrafiła zabłysnąć, ale częściej zdarzało się, że nie umiała opowiedzieć mi dlaczego książka, którą właśnie przeczytała jej się podobała. No i oczywiście każdy czekał, aż K.K. wreszcie powinie się noga. Nie było w tym nic złośliwego, ona naprawdę nie była nielubiana. Po prostu nigdy nie dostała żadnej jedynki i wszyscy czekali, aż któryś z nauczycieli wreszcie ją uwali i zrobi z niej prawdziwego ucznia, żywą osobę, która przestanie być maszyną do trzepania szóstek.

No i w końcu stało się. Przyszedł ten wielki dzień, kiedy to zakłady bukmacherskie mogły zacząć wypłacać zawrotne kwoty szczęśliwcom, który nie stracili wiary, że  K.K. jest jednak żywym stworzeniem i obstawiali, że dostanie z czegoś lacza. Tym przedmiotem była fizyka, a przyczyna upadku koleżanki była bardzo banalna. K.K. nie zapisała z roztargnienia zadania domowego, nie odrobiła go i nie zgłosiła tego wcześniej. Wyrwana do przeczytania swojej pracy musiała się przyznać, że jej nie ma, a nauczycielka musiała potraktować ją jak każdego innego ucznia. K.K. nie zgłosiła nieprzygotowania, więc dostała jedynkę za brak zadania domowego. Żadna wieść nie rozeszła się chyba po szkole tak szybko. To była informacja przyprawiająca o rozkosz, wywołująca dziki entuzjazm, ale trzymająca się na językach bardzo krótko. Nikt nie życzył K.K. źle i nikt nie planował się nad nią pastwić. Życie szkolne po krótkiej eksplozji radości wróciło do normy jeszcze tego samego dnia, kiedy najważniejsza jedynka świata spoczęła w dzienniku. W przeciwieństwie do życia K.K., która nie wiedzieć czemu, przyszła ze swoim problemem do mnie. My nie chodziłyśmy razem do klasy i nie zwierzałyśmy się sobie, dlatego poczułam się jednak jakoś tą sytuacją wyróżniona. Bardzo chciałam stanąć na wysokości zadania i powiedzieć jej coś sensownego, żeby się nie zamartwiała. Najgłupszą rzeczą byłoby chyba udowadnianie jej, że ludzie mają większe problemy i sama chciałabym mieć tylko jedną jedynkę i same szóstki. Nie mogłam przyjść i powiedzieć jej, że jej postawa jest nienormalna, bo uważam, że nie wolno osobie, która przychodzi do ciebie po pomoc i jest zdruzgotana pozwolić poczuć się wariatem.

– Spójrz na to tak. Przychodzisz do szkoły po wiedzę, prawda? – zaczęłam.
– No tak…
– I nauczyciele tę wiedzę sprawdzają, weryfikują, robiąc nam sprawdziany. Co masz ze sprawdzianów? Z prac klasowych? Piątki, szóstki?
– No mam…
– No właśnie, czyli masz wiedzę. Rozumiesz rzeczy, o których ja nie mam pojęcia, na przykład matematykę. Albo fizykę. Gdybyś dostała jedynkę ze sprawdzianu, to oznaczałoby to jakiś problem, brak wiedzy, albo zrozumienia tematu. Byłby to dowód, że nie nadążasz, jak ja z matmą, z której chodzę na korki chyba od czwartej klasy. Co to jest jedynka za brak zadania domowego? Ona jest nieistotna, bo nie oznacza, że zostałaś w tyle z materiałem.

– No ale psuje średnią…
– Skąd wiesz? Jedynka jedynce nierówna, taka za brak zadania domowego może nie wpłynąć na ocenę końcową, albo wpłynąć nieznacznie. Dostaniesz szóstkę z minusem, a na świadectwie i tak wpiszą celujący. I tak będzie pasek. I tak każde najlepsze liceum stoi przed tobą otworem. Poza tym, masz lacza i uwierz mi, że w oczach wielu uczniów to cię odczarowuje. Jeśli zamienisz to w żart, może nie teraz, bo wiem, że to dla ciebie szok, ale na przykład jutro machniesz na to ręką, to zapunktujesz towarzysko. Przeciętniaki będą cię lubić z tą jedynką znacznie bardziej niż bez niej, głowa do góry.

Kurde, byłam z siebie dumna. To brzmiało naprawdę dobrze i nie było w moich słowach cienia fałszu. Kiedy po następnej lekcji zobaczyłam na korytarzu K.K. uśmiechniętą od ucha do ucha, to pomyślałam, że chyba powinnam zrobić karierę jako psycholog. Aż tak podziałało! Albo nie podziałało… Szybko okazało się, że mój entuzjazm był przedwczesny.

– I jak tam? Śmiejesz się, olałaś tę pałę szybciej niż myślałam.
– No właśnie nie olałam tak do końca… Wielkie dzięki za rozmowę, naprawdę, to o czym mówiłaś ma dużo sensu, ale jak poszłaś na lekcję, to tak sobie pomyślałam, że może zadzwonię do mamy i powiem jej co się stało.
– Zadzwoniłaś do mamy?! – Boże, nawet nie musiała kończyć, już wiedziałam dlaczego była w tak dobrym humorze…
– No zadzwoniłam, powiedziałam co się stało, a mama natychmiast wsiadła w samochód. Rozmawiała z nauczycielką i wyjaśniła jak bardzo pracuję na średnią i… No wiesz, w dzienniku już nie ma tej jedynki.
– Boże, coś ty zrobiła… Wiesz jak teraz będzie patrzył na ciebie każdy, kto dostał jedynkę za niezgłoszenie nieprzygotowania i w przeciwieństwie do ciebie nadal ją ma? Zaszkodziłaś sobie, wezmą cię za świętą krowę, nietykalną…
– Ale ja o to nie prosiłam, mama po prostu przyjechała, jak wytłumaczę…
– K., nie wytłumaczysz.

No i nie wytłumaczyła. I dostała za swoje. Wiele osób się od niej odwróciło, uznało za totalnie nieprzystosowaną społecznie i nieżyciową osobę, która z banału zrobiła dramat. Przez jakiś czas, zanim ludzie zapomnieli, K.K. miała po swojej stronie głównie mnie i kilka koleżanek. To właśnie wtedy nasze więzi trochę się zacieśniły.

No i któregoś dnia K.K. podchodzi do mnie i mówi:

– Wiesz, rozmawiałam wczoraj z panią dyrektor, pytała o ciebie.
– Jezu, co zrobiłam?
– Nie, nic, ale… Poprosiła mnie, żebym zapytała czy  czasem nie bierzesz narkotyków. Widzi nas często razem, dlatego przyszła z tym do mnie.
– Że… CO?!
– No sama się zdziwiłam, zapytałam dlaczego tak myśli, a ona na to, że ubierasz się na czarno i alienujesz, poza tym na lekcjach bywasz nieobecna i wyglądasz na smutną.
– Boże… – pani dyrektor uczyła mnie historii. Zaniemówiłam. Nie mogłam uwierzyć, że jestem tak odbierana.

No tak, kiedy miałam piętnaście lat walczyłam jeszcze z niedowagą. Wymyśliłam sobie, że będę nosić tylko czarne ubrania i nakupowałam sobie swetrów z bardzo długimi rękawami w działach męskich. Myślałam, że za duże swetry ukryją moją chudość i mogłam rzeczywiście wyglądać jak dziecko wojny. I tym samym dziecko z dworca Zoo… Strój mógł przypadkiem spotęgować coś, co miałam zawsze – ciągoty do rozkmin życiowych, kołek w dupie, własny świat… Długo zastanawiałam się później, czy ktoś jeszcze brał mnie za ćpunkę czy może to dyrektorka ocenia po pozorach? Co ciekawe, kolejne tygodnie przyniosły odpowiedź na to pytanie. Poznajcie drugą bohaterkę opowieści, E.S.

E.S. chodziła za mną do klasy. Miała łagodne usposobienie i zszarganą opinię. Początkowo nie rozumiałam dlaczego, nie wyglądała jak zdzira. Nie była ani ładna ani wyzywająca, nie kręcili się koło niej koledzy, wszystkie przerwy spędzała z dziewczynami. Musiało minąć trochę czasu zanim pojęłam, że ona po prostu ma gdzieś chłopaków ze szkoły, a bliższe relacje łączą ją z facetami starszymi przynajmniej o pięć lat. E.S. mieszkała poza miastem, nigdy nie spotykałam się z nią po szkole. Wiedziałam, że chodzi na imprezy i ogniska w swojej okolicy, ale nie wiedziałam, że spędza tam czas z dwudziestoparoletnimi dziadami. Nie byłam też świadoma tego jak te spotkania wyglądają i co się tam dzieje, ale chłopacy z klasy wiedzieli i to dzięki nim zrozumiałam, że kiepska opinia może nie mieć nic wspólnego z głębokością dekoltu. E.S. nie była głupia, co to to nie, ale… No cóż, powiedzmy, że nie planowała kariery naukowej. Niewiele czytała, nie interesował jej świat, polityka, religia, kultura… Mimo wszystko, nie należała jednak do uczniów narzekających, usychających z tęsknoty za zbawczym dzwonkiem. Dużo notowała, słuchała cierpliwie nauczycieli, nie denerwowała się szkołą i jakoś prześlizgiwała z semestru na semestr. Jednym z przedmiotów, z których szło jej gorzej był angielski. Dziś wiem, że jej kłopoty to nie była tak do końca jej wina. Nasza nauczycielka wybrała sobie najgorszą metodę nauczania języków obcych jaka istnieje na świecie i konsekwentnie się jej trzymała. Oddzielała gramatykę od nauki słownictwa robiąc nam osobne sprawdziany z jednego lub drugiego. Dzięki temu słabsi uczniowie mogli kuć słownictwo na małpę i zbierać dobre oceny, a z gramatyki ściągać i unikać jedynek. Można było nie potrafiąc złożyć zdania po angielsku skończyć semestr z solidną tróją. Ponadto nie byliśmy wyrywani do odpowiedzi, a podczas lekcji czytaliśmy z podręcznika gotowe zdania. Podstawowa funkcja języka, jaką jest komunikacja nie miała jak się realizować, bo w zasadzie nie rozmawialiśmy. Za to dużo pisaliśmy i rysowaliśmy tabele z zasadami gramatycznymi, które były nam tłumaczone po polsku. Nie da się ukryć, że te trzy lata to był zmarnowany czas, ale dla kogoś takiego jak E.S., tak prowadzone lekcje to była woda na młyn. Siedziała z B.K., najlepszą uczennicą w klasie i ona jej podsuwała swoje ćwiczenia, jak trzeba było przeczytać coś na głos i dawała jej spisywać zadania domowe. Dzięki temu nasza bohaterka wszystko zaliczała, choć nie potrafiła odmienić czasownika to be. I niech mi teraz ktoś powie, że to była jej wina. Nie była, ona nawet nie musiała się starać, to nasza nauczycielka nie zadała sobie trudu, żeby sprawdzić czy jej uczniowie robią postępy, po prostu realizowała program. A wystarczyło na początku każdej lekcji przejść się po klasie i na wyrywki zadać uczniom kilka pytań po angielsku, sprawdzić czy pamiętają cokolwiek z poprzednich zajęć, zagaić co słychać. Tak robiła moja lektorka niemieckiego i łaciny. Szczerze tego nienawidziłam. Kazała taka wszystko pozamykać, a potem wskazywała mnie palcem i musiałam na przykład coś odmienić w stronie czynnej. To była psychiczna mordęga, kiedy nie umiałam odpowiedzieć i zapadała niezręczna cisza. „Zostań po lekcji, dobrze?”. I to jest właśnie to o co chodzi. Zaległości wykryte w samą porę i pomoc udzielona w samą porę. E.S. nie miała na to szans. Nie miała też szczęścia, kiedy poproszona o przeczytanie zadania domowego została przyłapana na tym, że bierze do ręki zeszyt B.K. Przeczytała zdania, fonetycznie, ale jednak. To były gotowe zdania, do których trzeba było wstawić jakąś odpowiednią formę w puste miejsce. W podręczniku mieliśmy pełno takich zadań. Nasza anglistka poszła po rozum do głowy i powiedziała, że skoro E.S. przeczytała zadanie, które zrobiła koleżanka, to teraz zrobi następne na żywca sama. Kiedy otworzyła książkę już cała się trzęsła. Nie tylko nie była w stanie wstawić brakującego wyrazu, ona w ogóle ledwo czytała. Wszystko fonetycznie. „Przetłumacz to zdanie, proszę…” – nasza nauczycielka wstała nawet zza biurka. E.S. Milczała.

– E., czy ty rozumiesz co czytasz?
-…
– Podaj nazwy pór roku po angielsku.
-…
– A może dni tygodnia?
– …
– Liczebniki? Policz do dziesięciu.
– Adin, Dwa…
– Słucham?!
– No tak, to po rosyjsku… – zaśmiała się E.S. i potrząsnęła głową, jakby chciała się ocucić ze snu.

Boże, cóż to był za epicki opierdol. Dawno nauczyciel nie darł się na jedną osobę do końca lekcji tak, że głowy pospuszczała cała klasa. Wszyscy współczuliśmy E.S. i tak jak ona czuliśmy się jak zbite psy. Nauczycielka podejrzewała, że takich osób jest więcej, straszyła sprawdzianami z trzech lat, nazwała nas bandą oszustów i nierobów, którzy drwią z niej i jej ciężkiej pracy. E.S. miała jednak najgorzej. Usłyszała, że sprawa zostanie przedstawiona dyrekcji, a jej rodzice zostaną wezwani do szkoły. Szkoły, której najprawdopodobniej nie ukończy. Kiedy zadzwonił dzwonek poczułam prawdziwą ulgę i zastanawiałam się jak pomóc E.S. Co jej powiedzieć, jak podtrzymać ją na duchu. Czmychnęliśmy grzecznie gęsiego na korytarz. Koledzy poszli w swoją stronę, ja i dziewczyny w swoją. Szybko przełamałam milczenie pytając głupio:

– Trzymasz się?
– No co ty, ja się nawet nie przejęłam – odpowiedziała wesoło E.S., a na jej twarzy zagościł dobrze mi znany uśmiech. No tak, przecież to E.S. Ona nie przejmuje się szkołą, ona ma już pewnie w planach randkę z gościem, który przyjedzie po nią własnym samochodem. Ona ma szkołę gdzieś, za rok lub dwa będzie już fryzjerką, zgodnie z planem i będzie farbować koleżankom grzywki na pomarańczowo, tak jak sobie. Atmosfera zaraz się poprawiła i zrobiło się tak, jak godzinę temu, po prostu normalnie. Lekcje minęły, dzień jak co dzień, wszyscy się rozeszli. Tylko, że następnego dnia znów miał być angielski. Ciekawiło mnie co zrobi nasza anglistka. Będzie ją przepytywać? Uweźmie się?

Następnego dnia idąc do szkoły zaczęłam się zastanawiać czy E.S. jest w stanie nadrobić materiał i czy w ogóle przyjdzie do szkoły. Jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że część winy za tę sytuację ponosi właśnie nasza nauczycielka. Nie powinna była tak krzyczeć, nie powinna była najeżdżać personalnie ani na nas ani na naszą koleżankę. Tak się nie buduje szacunku, czarną pedagogiką nie wychowuje się młodzieży…

E.S. od rana była nieswoja. Osowiała, nieobecna, jakby dopiero co zwlekła się z łóżka. Przesiedziała pierwszą lekcję, a na przerwie zaczęła narzekać na nudności. Poszłyśmy do łazienki. Nie ja i ona, wszystkie razem, czyli nasza szóstka. W łazience E. powiedziała, że czuje się już lepiej i zaczęła poprawiać najpierw pomarańczową grzywkę, a potem zsuniętą z kucyka gumkę. Kiedy podniosła ręce do góry i chwyciła blond włosy, zaczęła przewracać się do tyłu. Natychmiast ją podtrzymałyśmy i już wiedziałyśmy, że czegoś się nałykała.

– Boję się tego angielskiego… Naprawdę się boję…
– Co wzięłaś? – zapytała B.K.
– Tabletki ziołowe na uspokojenie.
– Tylko?
– Nie… Jeszcze APAP. To znaczy kilka…
– Ile?
– Garść.
– To znaczy?
– Nie wiem, z dziesięć?

Kiedy zadzwonił dzwonek nie wiedziałyśmy co robić. B.K. była przewodniczącą. I pośrednio powodem kłopotów E.S., bo to od niej E.S. spisywała wszystkie zadania i ściągała na sprawdzianach z angielskiego. Zachowała się jak na przewodniczącą przystało. Wysłała nas na lekcje, a sama została z E.S. w łazience mając nadzieję, że ta wyrzyga połknięte tabletki w ciągu kilku minut. Jeśli nie, to zaplanowała zawiadomić wychowawcę, dyrektora i jechać z nią na izbę przyjęć. Tak też się stało. Całą matematykę myślałam tylko o tym co dzieje się w łazience. Na przerwie dowiedziałam się, że E.S. czeka u pielęgniarki na karetkę, a potem polonistka wysłała mnie po dziennik. Idąc pustym korytarzem spojrzałam przez okno i widziałam, jak zamykają się drzwi ambulansu, który po chwili opuścił boisko. Angielski przeszedł jak zwykle. Baba za nic się nie mściła, wiedziała już co się stało. Podobno płakała w pokoju nauczycielskim, ale może to plotka. Nie przypuszczałam, że E.S. była w tak kiepskim stanie. Kiedy powiedziała, że ta cała sytuacja po niej spływa, natychmiast uwierzyłam. Cholera, jak mogłam nie widzieć, że to blef?

Kilka dni po tym zdarzeniu postanowiłam odwiedzić E.S. w szpitalu. Kupiłam kartkę okolicznościową, na której wszyscy się podpisali i pluszowego misia. Włożyłam wszystko do torebki prezentowej i z bijącym sercem ruszyłam na oddział dziecięcy, na którym leżała. Spodziewałam się zobaczyć wrak człowieka, myślałam, że będzie blada, smutna, z podkrążonymi oczami. Bałam się, że rozmowa nie będzie się kleiła i w ogóle, to już nie będzie ona. Na szczęście, kiedy otworzyłam drzwi do sali, to przywitał mnie dobrze znany uśmiech.

– Czeeeść! Ale super, że przyszłaś! Wiem! Nic nie mów, wyglądam strasznie, ale już jedzie mój brat i przywiezie mi szamponetki do włosów. Trzeba odświeżyć kolor. Co masz dla mnie? Jak tam w szkole?

Znowu było jak dawniej. Niereformowalnie optymistyczna E.S. i jej zniszczone utleniaczem włosy. Tylko czy rzeczywiście optymistyczna? Może to po prostu niezła aktorka, a pod makijażem zagubiona piętnastolatka, której rodzice nie wiedzą co i z kim robi na imprezach, które kończą się nad ranem?

E.S. zawsze mogła robić co chciała. Robić to, czego ja nie mogłam, farbować włosy, przekłuwać uszy. Dzięki niej sama przekułam sobie lewe ucho. Miałam już kolczyki, ale podobało mi się więcej. E.S. tak miała i zapytałam gdzie poszła do kosmetyczki. Zaskoczyła mnie mówiąc, że nigdzie.

– Robisz tak. Bierzesz kolczyk, srebrny. Piłujesz pilnikiem do paznokci końcówkę, żeby była ostra, dezynfekujesz to alkoholem, może być wódka i potem przebijasz.
– Jak przebijasz? Tak po prostu, ucho kolczykiem?
– Tak, to się da zrobić, po prostu naciskasz coraz mocniej i on przechodzi na drugą stronę. W pewnym momencie czujesz przez skórę ten ostry koniec. To trwa może z dziesięć minut i po krzyku.
– A krew?
– Nie ma żadnej krwi, zakładasz motylka i po robocie.
– Kurde, moja matka nigdy się nie zgodzi…
– Ja nie pytałam o zgodę.
– Twoja mama nic nie wie?
– Wie, bo zauważyła.
– I co powiedziała? Nie była zła?
– Nie, no co ty. Powiedziała, że fajnie wygląda i tyle.
– Fajną masz mamę…

Nie wiem czy ja dostałam jakiegoś zaćmienia umysłu czy wyłączył mi się instynkt samozachowawczy, ale… Pomyślałam, że skoro u niej przeszło, to i u mnie przejdzie. Spiłowałam kolczyk, wymoczyłam w spirytusie i po kąpieli sama jedna, rozgrzana z emocji przekułam sobie ucho spoconymi rękami. Aż podskoczyłam z radości, wyszło kapitalnie. Mały kryształek jaśniał na czerwonym, pulsującym i puchnącym uchu. Co jakiś czas czułam budzące dreszcz ukłucia świeżej rany. Czułam się zbuntowana, niegrzeczna i fajniejsza niż przed tym całym zabiegiem. Nie mogłam się doczekać, aż pokażę E. swoje dzieło. Miałam to wszystko najpierw ukryć przed mamą i zakrywać ucho włosami, a potem, jak już zauważy, to powiedzieć, że zrobiłam to dawno i przecież mogę wyciągnąć ten kolczyk, ale w sumie to chyba fajnie wygląda, nie? Mama może się trochę wkurzy, ale przecież to nie tatuaż, prawda? Można wyciągnąć i już się wygląda jak dawniej, nic wielkiego. Niestety, mój plan działał tylko jedną dobę. Pilnowałam się, żeby nie założyć włosów za ucho z lewej strony, ale nie przewidziałam, że ucho łatwiej dostrzec przez pasma włosów, kiedy są one mokre i pozlepiane przez wodę. Moim gwoździem do trumny nieoczekiwanie stała się lekcja fizyki, na której dowiedziałam się sensacyjnej informacji, że szyba jest w stanie ciekłym. Podobno szkło z czasem spływa w dół i jeśli zmierzyć szybę w oknie bardzo, bardzo starego domu, to u szczytu będzie ona węższa niż u dołu. Do dziś nie wiem czy to nie jest jakaś pseudonauka, czy na przykład szklanka sprzed dwustu lat staje się naprawdę szersza na dole? W każdym razie wtedy chciałam podzielić się tą niezwykłą ciekawostką z mamą. Wyszłam z łazienki pognałam do sypialni, gdzie zastałam mamę pogrążoną w jakiejś lekturze. Nie odrywała nawet wzroku od książki.

– Co masz w uchu? – zapytała ze spokojem. Byłam zgubiona.
– Kolczyk…
– Kto ci to zrobił?
– Sama to zrobiłam.
– Mów prawdę. Koleżanka? Sama chyba nie dałabyś rady. – Mama nie nosi kolczyków i choć nie ma nic przeciwko nim, uważa, że gdyby Bóg chciał, żeby człowiek miał dziury w uszach, to by go z nimi stworzył.
– Nawet nie wiesz jakie to proste…
– Wiesz jakie jest moje zdanie na temat drugiej dziury w jednym uchu?
– Tak, wiem, że ci się nie podoba, ale popatrz. Jak to zarośnie, to będę mogła nie nosić tam nic tygodniami. Jak przyjadą dziadkowie to wyjmę, ta malutka dziurka nic nie zmieni w moim wyglądzie, to nie tatuaż.
– Nie pytałaś, a znasz moje zdanie na temat obwieszania się kolczykami.
– Tak, ale nie sądziłam, że to taka wielka sprawa… Myślałam, że to po prostu nie twój styl, ale to ja to noszę, tobie nikt nie każe.
– Wyciągnij to. Idź do łazienki, wyciągnij, umyj ucho i nie wkładaj tego więcej.
– Ale mamo…
– Powiedz, że to wyciągniesz, Marta.
– Że to wyciągniesz, Marta.
– Bez dyskusji.

Wyciągnęłam. Bez dyskusji, to bez dyskusji. Jak ona to zauważyła do cholery, nie podnosiła głowy znad teksu, a w pokoju świeciła tylko nocna lampka. Może widziała kolczyk wcześniej? Następnego dnia przy obiedzie wróciłam do tematu.

– Bo widzisz, E.S. ma fajną mamę, ona nic nie powiedziała, jak E. sobie przekuła ucho.
– Nie wiedziała o jej planach?
– Nie. I potem jak zauważyła, to powiedziała, że wygląda fajnie. A Ty mi nie pozwalasz, bo to nie twój gust.
– Naprawdę tak uważasz?
– No kazałaś wyciągnąć.
– Ale nie dlatego, że mi się nie podoba, tylko dlatego, że raz już pytałaś, nie zgodziłam się, a Ty mnie nie posłuchałaś. A ja jestem twoją matką.
– No widzisz, działałam, bo bardzo chciałam, a nie zgodziłabyś się.
– Skąd wiesz? Trzeba było rozmawiać. Jeszcze raz zapytać.
– No widzisz, E. ma taką fajną kumpelską mamę, że nie musi o nic pytać, chodzi gdzie chce.
– A może jej mama nie jest aż tak wyluzowana, tylko jej nie interesuje co się dzieje z jej córką? Boje się, że to może być bardziej prawdopodobny scenariusz. Ty mnie interesujesz. Pokaż czy ci puchnie ucho. Wiesz, że mogłaś się nabawić zakażenia?

Tamtego dnia w szpitalu zastanawiałam się jak to jest z E.S. Wydawało mi się, że nie wygląda na nieszczęśliwą, śmieje się znacznie więcej niż ja, dla niej szklanka zawsze jest do połowy pełna. Jakie ma relacje z rodzicami i jak daleko posuwa się w kontaktach z tymi facetami, z którymi spędza czas? Może ona od dawna próbuje ponosić trud samowychowania, podczas gdy ja żyję sobie spokojnie otoczona bezpiecznymi granicami elektrycznego pastucha, który rozciąga wokół mnie mama. Mama, która dba o mój spokojny sen w higienicznych godzinach, zrównoważoną dietę i ucho, które okaleczyłam.

Po wakacjach dostaliśmy te ankiety, które przyniosła pani dyrektor. Ta sama, która myślała, że mogę mieć problem z narkotykami. Spojrzałam na pytania i opadły mi ręce. To już nikt nie bierze pod uwagę istnienia niebiorącej młodzieży? Nie skalałam się nawet machem trawy, a oni mnie tu pytają jak wspominam wakacyjne branie. Dyrektorka zerkała na mnie, w końcu uśmiechnęła się, a potem spuściła wymownie wzrok na moją kartkę i uniosła brwi, zachęcając mnie do pisania. Przecież to E.S. ma problem, ta wesoła, z pomarańczową grzywką, a nie ja i moje czarne swetry, do cholery. Wiedziałam o tym. Wiedziałam, że to na niej powinna się skupić, a jednak nie zrobiłam nic. Nie powiedziałam nikomu o swoich podejrzeniach, o tym, że najciemniej jest pod latarnią i to ona może zrobić coś głupiego, na przykład niedługo nałykać się leków i wylądować na płukaniu żołądka, nie ja.

Siedziałam tam cicha, nudna i czysta jak łza. I jak wynika z odpowiedzi na ostatnie pytanie, dekadencka. Patrząc z perspektywy dzisiejszego dnia, dekadencka od piętnastu lat.

Advertisements

10 thoughts on “Seria niefortunnych zdarzeń

  1. Zacznę może od tego, że zdjęcia nie widać. Próbowałem wejść na nie bezpośrednio, a tu mi się Google każe logować. Tak więc chyba wymaga reuploadu.

    Nie wiem, czy się obrazisz, ale naprawdę wybuchłem śmiechem, kiedy przeczytałem o podejrzeniach twojej dyrektorki. Może to przez serial “Boston Public”, a może to, że natychmiast próbowałem sobie wyobrazić piętnastolatkę wyglądającą “oho, ona to na pewno ćpie…” (ale jednocześnie nie na narkomankę).

    Co do angielskiego, to sorry, jednak winię twoją koleżankę. Nauczycielka nie jest bez winy, ale można powiedzieć, że tylko ona.

    Twoja dyrektorka ocenia(ła) po pozorach.

    A… z tym szkłem to mit. Faktycznie tego kiedyś w szkołach uczyli. Szkło jest ciałem stałym (w temperaturze pokojowej). Po prostu proces tworzenia szklanych elementów w przeszłości jest powodem kształtu owych (zerknij na wiki hasło “szkło” choćby).

    Swoją droga, jak teraz, będąc bliżej wieku swojej matki “z wtedy”, zapatrujesz się na jej postawę? Powtórzyłaś to swojej córce? Albo synowi (kuzyn kiedy sobie przekuł ucho) 🙂

    Liked by 1 person

    1. Teraz widać obrazek?

      Raczej się nie obrażam 😉 A Boston Public całkiem chętnie oglądałam u dziadków w wakacje. Słabo pamiętam ten serial, ale kojarzę taki wątek ze słabym uczniem, któremu nauczycielka powiedziała, że jak nie będzie się uczył, to będzie kopał rowy i będzie nikim. Następnego dnia przyszedł do niej ojciec tego ucznia i powiedział, że ciężko pracuje przy robotach drogowych. Było jej strasznie głupio.

      Co do tego angielskiego, to chyba źle się wyraziłam. Nie chciałam, żeby to zabrzmiało tak, że nauczycielka jest winna. Winna jest tylko koleżanka, bo ona jako osoba mająca wolną wolę dokonała takiego, a nie innego wyboru. Nauczycielka jest tylko, albo aż, współodpowiedzialna, ale nie winna.

      Co do postawy mojej mamy, to tak, postąpiłabym tak samo. Z nią się dało dogadać i nie chodziło o dziury w uszach, tylko o to, że jako jej dziecko powinnam konsultować z nią takie pomysły i respektować odmowę. Ucho zarosło, a trzy miesiące później, w grudniu, mogłam znów je przekłuć w ramach prezentu bożonarodzeniowego. Legalnie i bez ukrywania się, dzięki czemu czułam się znacznie lepiej, niż wtedy, kiedy zrobiłam to po partzancku 🙂 Jedyna rzecz, którą bym zmieniła, byłaby większa mojej mamy otwartość na łopatologiczne tłumaczenie pewnych rzeczy. Zdarzało się czasem, że zrobiłam coś złego, dostawałam karę, potem pytałam: “za co?” i dostawałam odpowiedź: “wiesz za co”, a nie zawsze wiedziałam, albo nie zawsze było to to samo o czym myślała moja mama. Co za problem wyartykułować roszczenie, zamiast tego osławionego “wiesz za co”? 😀 Tutaj też tak trochę było, ja myślałam, że ona się nie zgadza, bo robienie durszlaka z ucha jej się nie podoba. Owszem, nie podoba jej się, ale to nie znaczy, że się nigdy nie zgodzi. Później, kiedy jeszcze o tym rozmawiałyśmy, to mówiła, że wolała sprawdzić czy to nie jest chwilowa fanaberia, czy naprawdę tego chcę i będę chciała tak samo dziś, jak za pół roku. Bo jeśli to fanaberia, to mogłam skończyć niepotrzebnie z blizną. Ona też potrzebowała czasu, żeby przywyknąć do myśli, że będę, w jej opinii, wyglądać jak uciekinier z poprawczaka. A ja myślałam, że chodzi tylko o to, że ona ma inne poczucie estetyki.

      Like

      1. Tak teraz widać. Ojciec tego chłopaka był chyba woźnym, a nauczycielka rzucała takie uwagi do całej klasy.
        Tę ankietę, napisałaś “dostaliśmy te ankiety, które przyniosła pani dyrektor”, cała wasza klasa? tylko wymienione wyżej? No zgodzę się, brzmi jakby ktoś ją wyniósł z ośrodka odwykowego …

        Like

        1. O, to pewnie był woźnym 🙂 Nie pamiętam już tego, pamiętam tylko minę tej nauczycielki i sam kontekst. Sama się nad tym zastanawiałam, bo u nas też mówienie uczniom, że wykonywanie najprostszych prac to bycie nikim, jakby to był jakiś upadek moralny i społeczny też było na porządku dziennym. Zawsze marzyłam, że ktoś tym nauczycielom za to wreszcie dokopie, bo sama miałam zawsze największy szacunek do ludzi wykonujących niefajne, śmierdzące prace. A jeśli jeszcze ktoś, kto pół dnia pakuje ryby na stojąco w chłodni potrafi cieszyć się życiem i widzi pożytek tej pracy, to już w ogóle.

          Ta ankieta to jest chyba w ogóle obraz misji wychowawczej polskiej szkoły. Przynajmniej tej sprzed ponad dekady, nie wiem jak jest dzisiaj. Warto dodać, że na odwrocie kartki jest pusto, a na dole jest zachęta, żeby przyjść, zadzwonić, napisać – tylko gdzie? Żadnego kontaktu do kogokolwiek nie ma.

          Like

          1. >Sama się nad tym zastanawiałam, bo u nas też mówienie uczniom, że wykonywanie najprostszych prac to bycie nikim, jakby to był jakiś upadek moralny i społeczny też było na porządku dziennym. Zawsze marzyłam, że ktoś tym nauczycielom za to wreszcie dokopie

            Teraz się mówi, że jak ktoś skończy gówniany kierunek bez przyszłości, to wystarczy, że dorobi sobie kurs pedagogiczny i może zostać nauczycielem. 😛

            Like

            1. W punkt 😉

              P.S.
              Nie wiem czemu muszę zatwierdzać Twoje komentarze, zaraz sprawdzę jak to zmienić. Zdaje się, że osoba zatwierdzona raz powinna móc komentować cały czas.

              Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s