Bądź bohaterem w swoim domu.

Moje ziemskie piekło różni się tym od Piekła właściwego, że można z niego wyjść i nie ma ono charakteru ostatecznego. Ziemskie piekła są mniejsze i większe. Te, które są prawdziwą Gehenną kończą się czasem śmiercią, która w ich wypadku jest ukojeniem i wyzwoleniem. Te, które nie są prawdziwą Gehenną, choć początkowo za nią uchodzą, kończą się powrotem do normalności. Trzeba przez nie przejść i z nich wyjść uważając, żeby one czasem nie wlokły się za nami uparcie. Żeby wyjść z piekła ziemskiego warto trzymać się zasady, że się o nim nie gada i go nie rozpamiętuje. Odwracanie się w kierunku drzwi, które się zamknęło może sprawić, że one znów się otworzą i nawet jeśli nas piekielna otchłań nie wessie, to po prostu nie ma sensu stać w przeciągu.

Nic nie pisałam, bo zafundowałam sobie dla zdrowia swojego i Waszego kwarantannę. Nie chciałam zarazić Was swoim piekłem i udręczać siebie, a wiem, że gdybym zdecydowała się coś napisać, to byłoby to monotematyczne i dotyczyło diabła, który mnie do ziemskiego piekła wciągnął, a potem tam porzucił i uciekł (zdaje się, że poszedł po następną ofiarę).

W tak zwanym międzyczasie, kiedy miałam chwilę przerwy na oddech między skłóceniem ze światem, a byciem targaną namiętnościami, zaczęłam remont mieszkania. Gdybym nie była w tak złym stanie psychicznym, pewnie byłabym skłonna uznać go za pewien rodzaj ziemskiego piekła, albo chociaż jego przedsionek, ale skoro akurat byłam, to uznaję go jednak za wakacje na Seszelach.

Najmocniejszą stroną remontu jest majster. Powinnam właściwie pisać Majster, gdyż jest to człowiek na wagę złota. Po pierwsze umie wygładzać ściany i układać kafle. Po drugie, zdaje się, że będzie w stanie położyć też panele, ale to co mnie szczególnie urzekło, to jego wrodzona skromność i pokora. Byłam świadkiem remontów małych i dużych odkąd sięgam pamięcią. Byłam też świadkiem kilku odświeżeń i praktycznie wszyscy poprzednicy dzisiejszego Majstra, na powitanie wygłaszali kwestię, którą można usłyszeć również od tzw. magików od komputera, to znaczy: „pani, kto to pani tak spieprzył?”. Rozumiem, że partactwo może przerazić i chyba nawet nie dziwię się kiedy ktoś na nie zwraca uwagę, ale mając w pamięci znane polskie przysłowie – nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – może warto czasem trzymać język za zębami, bo na wytykaniu komuś błędów można się nieźle przejechać, kiedy samemu zaliczy się wpadkę. Skromność i pokora imponują mi tym bardziej, że wystarczy mi mały sukces życiowy by jedno z drugim stracić z oczu. Drugi plus Majstra jest taki, iż jest to ginący gatunek budowlańca niepijącego. Nie mówię, że ktokolwiek mi kładł tapety na rauszu, takiej sytuacji sobie nie przypominam, ale piwko orzeźwiające, bo gorąco, było częstym zamówieniem. Ten Majster przyjeżdża z baniakiem domowej lemoniady, w której pływają limonka i mięta, a ode mnie bierze trochę kawy i cukru.

Remont ma też jednak swoje gorsze strony, a wśród nich tę jedną, najgorszą. Jest nią przymus pójścia na kompromis w wielu kwestiach, może nawet w większości. Obok fitnessu portfela, który jest już totalnym koszmarem z ulicy Wiązów, kompromis goniący kompromis, to najbardziej frustrujące doznanie. Zaczęło się właściwie od samego początku. Jako miłośniczka minimalizmu i prostych rozwiązań, wpadłam na genialny pomysł z prysznicem w łazience. W związku z tym, że i tak wszystkie kafle były skuwane, wymyśliłam, że można nowe położyć z lekkim spadem i zrezygnować z kabiny prysznicowej. Zamarzyłam sobie prostą szybę i odpływ w podłodze. Wszystko dlatego, że drzwi przesuwne jeżdżące w rynienkach mają upierdliwe zakamarki, które utrudniają i niemiłosiernie wydłużają czyszczenie. W końcu i tak włazi w mnie kamień i pleśń, a taka nieruchoma szyba, to po prostu gładka powierzchnia do mycia. Przyszedł Majster. Mówię mu o pomyśle, a on na to, że chyba jednak się nie da, zobaczy jaki jest odpływ, no ale chyba jednak nie, bo podłoga w bloku może być za cienka. Okazuje się, że żeby zrobić tak, jak mi się zamaniło, trzeba się wkuć głęboko w podłogę, bo kratka musi być odpowiednich rozmiarów. Jeśli odpływ będzie za płytki, to powódź w łazience po każdym prysznicu gwarantowana. Nie dało się oczywiście, podłoga jest za cienka i wykucie dziury grozi nieplanowaną wizytą w łazience sąsiada z dołu. Jak nie, to kompromis – robimy brodzik, ale kwadratowy, z drzwiczkami na zawiasach. Po wymierzeniu wszystkiego wydało się, że róg wyjdzie prawie na środku łazienki i biada temu, kto uderzy w niego małym palcem gołej stopy. Wrócił plan na okrągły prysznic z przesuwnymi drzwiami. Trudno. Przynajmniej fajna deszczownica będzie.

Teraz kafelki. 7821937 wzorów do wyboru. Wszystko wystawione w salonie na pionowych tablicach przypominających strony książki. Stoi człowiek i przekłada z lewej na prawą, z lewej na prawą, jak w gigantycznej książeczce dla dzieci z obrazkami. Właściwie to wszystko jest piękne. Aranżacje pierwsza klasa, ceny na każdą kieszeń. Prawie dwie godziny oglądania, aż nogi bolą od stania. Pan podchodzi i pyta czy pomóc. Chwilę rozmawiamy, mówi, że jak coś mi się spodoba, to on sprawdzi czy mają w magazynie. I w tym momencie ja już wiem, że to, co mi się spodoba będzie niedostępne i trzeba będzie to sprowadzić. Z drugiej półkuli. Mówię mu to nawet żartem, a po chwili, kiedy natrafiam na glazurę mojego życia, czarny scenariusz się spełnia. Nie ma kafelków i pan może ściągnąć. Czas oczekiwania cztery tygodnie. No nie, tyle to nie będę czekać. Na szczęście jest internet i strona producenta. Udało się zamówić, płytki przyjechały, ale gorzej będzie ze zwrotem, bo został karton podłogowych, a odsyłać chyba się nie opłaca. No cóż, przeboleję, grunt, że jednak udało się zamówić co trzeba.

Idę po cegiełkę na ścianę kuchenną. Ma być biała. W dziale budowlanym Leroy Merlin od razu natrafiam na to czego szukałam. Cena umiarkowana, więc zaraz proszę o pomoc z zrobieniu zamówienia. „Oj, o tym to niech pani od razu zapomni” – studzi mnie pan Marcin z wózka widłowego. Pytam dlaczego zaraz przy wejściu mają ekspozycję niedostępnego towaru. Okazuje się, że towar jest dostępny, ale na całą partię tej cegły spadł deszcz, farba z kartonowych opakowań ją zabrudziła i pewnie pójdzie na wymianę. Jestem zmuszona wziąć inne płytki. Też niebrzydkie, ale jednak faktura się różni.

Kupuję kinkiet do kibla i lampę do łazienki z drewnianą obudową. Będą dawały ciepło i przytulny nastrój. Drewniane elementy są brązowe, w oczywistym odcieniu. Ani to żółte i jasne, jak sosna, ani żadna wiśnia czy heban. Po prostu brązowe. Blat do umywalki nablatowej na pewno da się do tego dobrać. Biorę lampkę na wzór i idę do stolarza. Pokazuję i mówię, że chcę blat w podobnym kolorze. Kiedy wzrok stolarza pada na mój oświetleniowy nabytek, wiem już jaka będzie odpowiedź. Ten charakterystyczny grymas wyrażający mieszankę zwątpienia z niesmakiem, że w ogóle miałam nadzieję na spełnienie mojej prośby, był wystarczającą odpowiedzią. „Ale nieee… To ja nie dobiorę…”. Blaty imitujące marmur tak, gładkie tak, w wielu odcieniach. Deseń imitujący żwirek jest, albo beton. A z drewnianych albo czekolady, albo jakieś jasne. Jeden pasuje do łazienki, ale do lampy już tak średnio. Biorę mimo to. Podoba mi się i będzie dobrze wyglądał. A lampa? No cóż, też będzie wisiała.

Kinkiety łazienkowe nad lustro: „pani, nie ma. Tylko ten, co na ekspozycji. Mogę spróbować sprowadzić, ale nic nie gwarantuję. Nie, no jednak nie ma. To dać ten jeden z ekspozycji?”. Listwy: „pani, nie ma takich jak panele. Trzeba dobrać najbardziej podobne, ale identycznych nie będzie, bo to inny producent robi”. Testery farb: „pani, nie ma. Są tylko z ubiegłorocznej kolekcji, one tu już długo stoją. Mogę wybrać coś podobnego od Śnieżki, ale to nie będzie ten sam kolor”. Drzwi: „jak pani wybierze te drzwi, to ościeżnic takich nie ma. To jest dąb sonoma, a te to są inne, one tych czarnych słojów nie mają, będzie się różniło. Aha i klamki nie są w zestawie. Ani dziurki od klucza”. Meble: „Te co się pani podobają to są, ale do przedpokoju nie ma, bo to co pani widziała w katalogu, to jest produkowane na niemiecki rynek”. Meble wypoczynkowe: „Nie mam tej tapicerki, musiałbym zamówić, ale to się i tak nie da, bo ona jest w pasy. I widzi pani tutaj te zagięcia w oparciu? Tam będą te pasy się schodziły i to będzie brzydko wyglądało, bo taka tkanina to raczej na proste meble, gdzie załamań żadnych nie ma czy pikowania”. Nakładka na parapet: „ja wiem o czym pani mówi, ale my już tego nie sprowadzamy”.

I tak od miesiąca. Od kombinowania, zmieniania koncepcji i szukania oszczędności może rozboleć głowa. Ludzie w sklepach są mili, pomocni, otwarci. Wszystko jakoś idzie, pomysły na zmianę aranżacji napływają i powoli się to wszystko jakoś układa. Szkoda tylko, że tak naprawdę efekt końcowy będzie podobny do pierwotnego pomysłu, a nie będzie jego dokładnym ucieleśnieniem. Będzie tak, jak w życiu. Tak jak chcę, ale właściwie to nie do końca.

Godzę się na to chyba. W końcu i tak czekam z niecierpliwością na finał.

Advertisements

5 thoughts on “Bądź bohaterem w swoim domu.

  1. Trochę walczyłem z sobą, czy napisać w ogóle cokolwiek. W sumie nie mam nic mądrego do napisania na temat tego tekstu, ale w końcu pomyślałem, że biorąc pod uwagę poprzednią twoją notkę, chyba powonieniem. No i tak smutno, że tutaj bez komci. Przyznam, że nieco mnie zaskoczyłaś, zaczęłaś dość mrocznie, skończyłaś na taką codziennością (no: “remontową” codziennością), rozumiem, że to celowy zabieg, obrazujący twoją “rekonwalescencję”.
    A swoją drogą, czy to nie problemy w naszych planach stają motorem kreatywności?

    Like

    1. “Trochę walczyłem z sobą, czy napisać w ogóle cokolwiek. W sumie nie mam nic mądrego do napisania na temat tego tekstu, ale w końcu pomyślałem, że biorąc pod uwagę poprzednią twoją notkę, chyba powonieniem.”

      No co Ty, obowiązku nie ma 😉

      Skończyłam codziennością, bo wtłaczanie jej sobie w głowę pomaga odwrócić uwagę od tego, co mroczne. Im więcej pozytywnego myślenia tym lepiej, nawet jeśli nie płynie ze mnie, tyko wypływa z decyzji, jest wypracowane i może trochę spreparowane. W myśl zasady, że kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą…

      Chyba moja kreatywność radzi sobie nieźle bez motorów 😉 Na pewno jednak coś w tym jest. Najgorzej jak człowiek się nakombinuje, a potem okazuje się, że z tymi pomysłami zatoczył koło i wraca do punktu wyjścia. Miałam tak kiedyś z przemeblowaniem. Zachciało mi się coś zmienić. Najeździłam się meblami po pokoju, a po kilku godzinach walki z wiatrakami wszystko wróciło na swoje dawne miejsce.

      Like

  2. Z tego co zrozumiałem, wzorzec wygląda tak: pokazujemy klientowi / klientce sto opcji, żeby się wydawało że jest duży wybór. A kiedy klient się zdecyduje że coś chce – a zainwestował już czas i uwagę – wtedy informujemy klienta o prawdziwym wyborze: dziesięć opcji które tak naprawdę mamy.

    Liked by 1 person

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s