Bojaźń i drżenie

On znalazł moje stare zdjęcie w wyszukiwarce Google’a. Nie pamiętam okoliczności kiedy zostało zrobione, ale chyba chodziłam jeszcze do liceum. Poznaję po włosach. To była farba Wella w kolorze ciemnego brązu, która wychodziła, jak czarna. To właśnie lubiłam. Czarne włosy błyszczące w słońcu rdzawo brązowymi refleksami, jak Coca-Cola. Wydawało mi się, że jestem mroczna i rockowa, a tak naprawdę wyglądałam jak pyzate, ufarbowane dziecko, które postarza się makijażem przynajmniej trzy lata. Marzyłam wtedy, żeby mi zlazła ta dziecięca pyzatość, żeby mieć zarysowane kości policzkowe. „Może się z wiekiem zapadną?” – myślałam o swoich policzkach i dziś stwierdzam, że jest jakby odrobinę lepiej. Z moją naiwnością też jest jakby odrobinę lepiej, czyli jest jej teraz trochę mniej. Ja ze zdjęcia, to ja, dla której szklanka zawsze jest do połowy pełna, nawet za cenę myślenia życzeniowego. To jestem ja, która zawsze wierzy, że przeprosiny są szczere, a moje wpływy na innych mają moc sprawczą. Wierzę, że ktoś może zmienić się trwale dla mnie, i że będę do końca życia z moim pierwszym chłopakiem. Kiedy robiono to zdjęcie, to sąsiedzi z parteru już się rozwiedli, ale ci z góry jeszcze nie zaczęli się nawet zdradzać. Tata koleżanek nie miał jeszcze drugiej rodziny i dwójki dzieci na boku. Za to Nicole Kidman i Tom Cruise już zdążyli się rozejść. Wydawało mi się wtedy, że dziesięć lat małżeństwa, to jest ogrom czasu i oni chyba popełnili jakiś błąd z tym rozstaniem. No przecież jak można przez dekadę nie zorientować się, że spędza się życie nie z tą osobą, co trzeba? Byłam przekonana, że związki, które mają się rozpaść, rozpadają się szybko, po kilku miesiącach, a jeśli już ludzie są ze sobą kilka lat, to znaczy, że musi być to dla nich coś więcej. Mama tłumaczyła mi, że dziesięć lat, to nie jest wcale tak dużo, ale jakoś nie wierzyłam.

Nie wierzyłam też, że przeżyję żałobę po M. Trzymało mnie dwa, prawie trzy długie lata. Nie miesiące, lata. To pewnie moja wina, że tak długo, bo pewnie sama podsycałam i ożywiałam wspomnienia, wierzyłam naiwnie, że się jeszcze zejdziemy. W końcu jednak przyszedł czas, kiedy przestałam wierzyć, a ból nie odchodził. Ciągnęłam go za sobą wszędzie, jak kulę na żelaznym łańcuchu. Patrzyłam na moje współlokatorki, które po kolei się zaręczały i czułam nutkę zazdrości, samotność i, jak zadzwoniłam swoim łańcuchem, to ból. Nie wiem kiedy mi przeszło. Ukojenie pojawiło się niezauważone, po prostu któregoś dnia kula zniknęła i już nie wróciła. Razem z nią zniknęły też emocje i emocyjki. Nie czułam nic. Po prostu nic. Nawet jeśli coś mnie cieszyło, albo wzruszało, to w jakiś taki niepełny, wyważony i kontrolowany sposób. Kilka razy próbowałam się zakochać, ale mimo wielkich starań, była we mnie tylko obojętność. No, może czasem zdarzyło się zauroczenie, jak z B., który powiedział mi o swojej dziewczynie dopiero wtedy, kiedy już nie miał wyjścia. Szybko mi przeszło. Po trzech dniach? Może tygodniu? Było też kilka sytuacji zabawnych, jak ta z A. On nigdy nic do mnie nie czuł, ale podobałam mu się, więc kilka razy pytał czy nie chciałabym spróbować i zebrał się na jeden pocałunek, przed którym czmychnęłam. Potem rozmawialiśmy dalej, jak znajomi, bo jak wspomniałam, on tak naprawdę nic do mnie nie czuł, więc obyło się bez traumy.

Poznawałam kolejnych ludzi i konsekwentnie nic nie uczułam. Chyba już nawet obojętności. Jednocześnie, zaczęły docierać do mnie sygnały o tych burzliwych rozstaniach znajomych moich rodziców. Zdrady, kochanki, pochowane telefony komórkowe z numerem na kartę. Chwilami kręciło mi się od tego w głowie. „Pieprzyć to”. W wielkim świecie też rozstają się Brad z Angeliną, a w małym wyciekają dane debili, którzy założyli sobie konta na Ashley Madison. Jak kochać w tym bagnie? No więc nie kochałam. I marniałam sobie dalej. Potem znów pojawiły się jakieś próby i fajne osoby. Problem w tym, że dalej moje serce było jak kamień. Rozum działał poprawnie, pchał mnie w dobrą stronę – do wartościowych facetów, tylko co z tego… Wszystko kończyło się prędzej czy później i choć tego tak nie odbierałam, to miałam przesrane. Jak mogłam nie mieć, skoro zostawiałam kogoś, kogo nie kochałam, czyli ta osoba nie traciła nikogo ważnego, a mnie musiał zostawić ktoś, kto mnie kochał, więc traciłam, no właśnie, kogoś kto mnie kochał.

Szkoda, że bez wzajemności wszystko traci sens.

No i teraz jest On. Znalazca starego zdjęcia. I dzięki Niemu zobaczyłyśmy się znowu. Ja i ona, ta mroczna, pyzata, sprzed ponad dekady. Stara, dobra naiwność wcale z nią nie wróciła. To, co zobaczyłam nie da się odzobaczyć, a czego doświadczyłam oddoświadczyć. Jestem dziś królową ostrożności i dystansu, nie wierzę już tak łatwo, choć dalej chcę widzieć szklankę do połowy pełną. Jest jednak w oczach, moich i jej, ta sama iskra. On przywrócił emocje z wysokiego „c”, kopnął mnie w mózg, który pękł i zaczęła cieknąć z niego fenyloetyloamina do spółki z dopaminą. Nie poddaję się im bezceremonialnie, trzymam się jak mogę przyziemności, bo boję się, że albo nic nie będzie, albo będzie i skończy się jak u Angeliny czy innej Kingi Rusin, Wendzikowskiej albo Vanessy Paradis. Albo moich sąsiadów. Płacz i zgrzytanie zębów.

Cieszę się jednak. Bo patrzy na mnie ta pyza farbowana i zdaje się mówić: „widzisz? Nadal umiesz czuć miętę”.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s