Alfabet cz.I

W moim gimnazjum było ciekawie. Podobało mi się tam od pierwszego dnia, kiedy to na liście uczniów, która wisiała na drzwiach szkoły ktoś wpisał przez przypadek imię mojej mamy zamiast mojego. Mieliśmy betonowe boisko, które nie było ogrodzone i pamiętam, że kiedy przyszłam na rozpoczęcie roku szkolnego i stałam na nim samotnie, bo nie znałam jeszcze nikogo, to zastanawiałam się czy to oznacza, że podczas przerwy mogę odejść od budynku szkoły nieskończenie daleko. Potem poznałam A. i M., które podeszły do mnie, bo kojarzyły mnie z podstawówki i znalazły moje nazwisko na tej liście na drzwiach. To właśnie od nich dowiedziałam się, że na kartce jest błędne imię. Wkrótce poznałam resztę uczniów i natychmiast poczułam się z nimi dobrze, jakbym znała ich od zawsze. No, a potem weszliśmy do szkoły. Wszystko było odnowione, w salach stały nowe, pojedyncze ławki i krzesła, które w teorii wymagały od siedzącego prawidłowej postawy, ale dało się na nich zsunąć i wisieć, albo huśtać się jak na zwykłych krzesłach, więc poza wyszukanym kształtem niczym nie różniły się od innych, które znałam. Szłam długim korytarzem do Sali nr 5, która znajdowała się na końcu. Po drodze mijałam inne pomieszczenia, których drzwi były szeroko otwarte. Wszędzie były kolorowe ściany, nowe tablice i podłogi. Ramy okienne z naturalnego drewna wyglądały jak przeniesione rodem z pensjonatu w Zakopanem, wpuszczały ciepłe światło na filary z naturalnych cegieł. Wnętrza były kameralne i przytulne. Dwa piętra łączyły ze sobą przestronne klatki schodowe, z których jedna znajdowała się w czymś w rodzaju wieżyczki z zaokrąglonych ścian, w które wbudowano wąskie okienka.

W mojej szkole panowały pewne zasady. W piwnicy koło świetlicy znajdowała się szatnia. Wszyscy zostawiali tam kurtki i… musieli zmienić buty na trampki. Wszystko przez nowe podłogi, na których robiły się czarne kreski do butów. Chodziło też pewnie o brud i błoto. Nikomu się te zasady nie podobały, zwłaszcza dziewczynom. To były jeszcze czasy, kiedy to co dziś jest ostatnim krzykiem mody, w rodzaju hipsterskich czapek uszatek, grubych oprawek okularów, kaloszy i trampek było obciachem. Pojawiły się więc oczywiste próby sprzeciwu i na pytanie woźnego czy ochroniarza o trampki odpowiadało się: „nie mam i nie będę mieć”, a wtedy trzeba było przełknąć gorzką pigułkę upokorzenia. W takich sytuacjach osoba zadająca to niewygodne pytanie o buty przynosiła dwa worki na śmieci, którymi trzeba było owinąć sobie stopy. W zimowych butach z workami na stopach wyglądało się jak smerf, worki szeleściły, biły po oczach i szybko się darły, a potem ciągnęły za osobą, która musiała je nosić. To było naprawdę uciążliwe, ale sprawiło, że jednak każdy kupił trampki. Wydawałoby się, że to swego rodzaju triumf szkoły, ale nie do końca. Wiele osób chciało, żeby te obligatoryjne tenisówki były jakieś fajniejsze, nie te zwykłe, czarne z białymi noskami i sznurówkami. Wtedy kupowało się jakieś kolorowe, przypominające adidasy za co najmniej 40zł. No i wtedy zdarzało się, że ktoś ze szkoły zainteresował się takimi butami i wykradał je z szatni. Szatnia była pomieszczeniem zorganizowanym pod schodami, była mała i nie dało się tam wstawić dla każdego hamerykańskiej szafki na klucz, wszystko wisiało na wieszakach, a obuwie szkolne zostawiało się na noc. Wystarczyło, że właściciel fajnych butów wcześniej skończył lekcje, poszedł do domu i już można było sobie jego własność zabrać. Taka sytuacja kończyła się szkolnym dochodzeniem, które nic nie dawało, a osoba, która nie znalazła rano swoich bytów kończyła w workach na śmieci. Z tego powodu wszyscy decydowali się raczej na najtańsze, czarne trampki, które podpisywali długopisem. To się bardzo przydawało, bo zdarzały się też takie akcje, że ktoś np. ze złośliwości wyjmował koledze z reklamówki jeden but i np. wyrzucał go do kosza. Zdarzało się też tak, że spuszczeni z oka uczniowie urządzali sobie w szatni bitwę butami, które później były usypywane w jednym miejscu. Przypominało to górę butów z muzeum Auschwitz-Birkenau. Trzeba było wtedy szukać swoich, co ułatwiało właśnie podpisanie. Niestety wiązało się z tym spóźnienie na pierwszą lekcję, a jeśli buty się nie znalazły, to poza wydatkiem na nowe dochodziły jeszcze rzecz jasna worki wstydu.

Na szczęście jeśli worki podarły się do połowy szkolnego dnia, to nie trzeba było nosić nowych jeśli się po nie nie poszło. Nauczyciele przymykali oko. Niestety, koncepcja szatni miała też inny minus – nie dało się wyjść ze szkoły wtedy, kiedy się chciało. Klucz do szatni miał ochroniarz i jeśli chciało się wziąć kurtkę i buty, a miało się jeszcze w planie lekcje, to on pytał dlaczego chcemy to zrobić i żądał pisemnej zgody na wyjście ucznia od dyrektorki. To oznaczało, że np. ucieczka z ostatniej lekcji była niemożliwa, no chyba że bez kurtki i w trampkach. Nie można było też przesiedzieć lekcji w świetlicy czy w kiblu, bo ochroniarz i woźny przykładali się do swojej pracy i po każdej przerwie łazili po budynku szkoły w poszukiwaniu wagarowiczów, po czym odprowadzali ich na lekcje. Można więc było zwiać z pierwszej lekcji poprzez przyjście do szkoły później, lub ze wszystkich przez nieprzyjście wcale. Teraz już było jasne dlaczego boisko szkolne pozbawione jest ogrodzenia.

Choć przychodzenie do takiej szkoły wyglądało jak poddawanie się kilkugodzinnemu aresztowi, to przyznam, że wspaniale się tam czułam. Bardzo lubiłam moją klasę i prawie wszystkich nauczycieli włącznie z ochroniarzem i woźnym. Lubiłam się z nimi ścierać, lubiłam moje konflikty z nimi. Chyba nawet lubiłam być przyłapywana na paleniu. Jasne zasady i zainteresowanie przez nauczycieli każdym uczniem dawały mi poczucie bezpieczeństwa, czułam się akceptowana i lubiana, choć burzliwy czas dorastania nie był dla mnie łatwy i nie raz płakałam przez nieszczerość koleżanek czy złamane przez pierwszego chłopaka serce. Było super z całym dobrodziejstwem inwentarza. Pamiętam też, że mieliśmy kiedyś na polskim takie zadanie, żeby napisać wypracowanie o tym co nie podoba nam się w szkole. No to po prostu była woda na mój młyn. Wymyśliłam, że przedstawię po jednym przykładzie ucznia i opiszę jak czuje się w naszej szkole. Podzieliłam wypowiedź na trzy krótkie rozdziały, pierwszym był: „Uczeń swobodny”, drugim: „Uczeń średniozorganizowany”, trzeciego określenia za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, ale chodziło o ucznia z najlepszymi ocenami. W każdym razie każdy z typów ucznia inaczej dopasowywał się do panującego w szkole systemu. Opisywane problemy ujmowałam w nacechowaną ekspresyjnie, żartobliwą treść, z której wynikało, że szkoła jest dla uczniów słabych i średnich trochę uciążliwym więzieniem, przeciwko któremu należy się buntować. Uczniowie najlepsi czuli się w szkole najlepiej, bo im nie przeszkadza, że nie mogą wyjść, poza tym nie palą, nie łajdaczą się, są chwaleni, więc nie mają na co narzekać.

Jak wspomniałam, ja czułam się w szkole zaopiekowana, buntowałam się chyba niejako z zasady, choć uwierało mnie trochę, to usystematyzowanie wszystkiego, z czym szkoła się wiązała. Nie podobał mi się np. system zbierania punktów, które były później zamieniane na ocenę z zachowania. Były wśród nich punkty za szczególne osiągnięcia albo podarowanie czegoś szkole w sensie materialnym, np. ofiarowanie albumów bibliotece itp. To z góry skreślało uczniów niezamożnych czy mniej zdolnych, którzy pomimo wzorowego zachowania nie mieli na nie szans. Zwróciłam na to uwagę w swojej pracy i chciałam, żeby nauczyciele o tym wiedzieli. Sama nie zajęłam w tej sprawie stanowiska i nie pisałam o sobie, co nie wynikało z chęci asekurowania się czy ze strachu, ja po prostu, tak jak wspomniałam, swoją szkołę bardzo lubiłam i byłabym nieszczera gdybym pisała o niej jako miejscu ucisku, ale wiedziałam, że wielu uczniów widzi to inaczej, a regulamin złożony z niemal samych zakazów po prostu podcina im skrzydła.

Myślę, że moja praca o szkole była najlepszą jaką napisałam w mojej gimnazjalnej karierze. Niestety nigdy nie została oceniona ani przeczytana przez nikogo, poza kilkorgiem kolegów. Wszystko przez to, że moja nauczycielka zapomniała, że nam to zadała, a ja nie mogłam jej o tym przypomnieć, bo wiem, że były osoby w klasie, które tego wypracowania nie napisały, a nigdy nie postąpiłabym niesolidarnie wobec grupy, z którą byłam bardzo zżyta.

Piszę o tym wszystkim, bo w poniedziałek byłam zaproszona na pokaz filmu dokumentalnego „Alfabet” Erwina Wagenhofera, który jest krytyką współczesnego systemu edukacji opartego na testach, egzaminach z kluczem odpowiedzi, zasadach wymyślonych przez dorosłych i współzawodnictwie, do którego przygotowujemy coraz młodsze dzieci. Właśnie o tym filmie chciałam napisać, ale wyszło jakoś inaczej. Zmobilizuję się zatem jutro, żeby ten wpis miał mniej niż 10 000 znaków. Niech to będzie więc wstęp, bo temat jest fajny i z powodu moich doświadczeń jest mi bliski, a film generalnie jest niedostępny, wyświetlany tylko na pokazach, w kinach studyjnych i festiwalach.

Tak więc dla zainteresowanych więcej jutro.

Advertisements

9 thoughts on “Alfabet cz.I

  1. Tak sobie to czytam i nadziwić się nie mogę. Przed gimnazjum dzieciaki nie bawią się przecież w piaskownicy, jest coś takiego, jak szkoła podstawowa. Skąd więc takie zdziwienie, że trzeba mieć obuwie zastępcze? Nie wymagano tego wcześniej?

    trzeciego określenia za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, ale chodziło o ucznia z najlepszymi ocenami.

    Uczeń-kujon? 🙂

    Uczniowie najlepsi czuli się w szkole najlepiej, bo im nie przeszkadza, że nie mogą wyjść, poza tym nie palą, nie łajdaczą się, są chwaleni, więc nie mają na co narzekać.

    To zgaduję, że nie byłaś nigdy takim? No mnie też wiele brakowało, ale wiem, że lekko nie mieli -> poza lekcjami.

    Like

  2. Jak wynika z tekstu ta szkoła była nowa, wcześniej chodziłam do tysiąclatki, gdzie nie zmianiało się butów. Wszyscy moi koledzy z innych szkół też nie zmieniali butów. W mojej podstawówce, choć była wielka, pracowało w niej ponad 100 nauczycieli, to nie było nawet szatni żeby zostawić kurtkę.

    Co do ocen, ja byłam jakimś dziwakiem. Z matematyki chodziłam na korepetycje do klasy maturalnej i nawet byłam zagrożona. Z drugiej strony w gimnazjum były 4 przedmioty, z których miałam na koniec szóstkę, brałam udział w dwóch olimpiadach, z czego jedną zakończyłam na wysokim pułapie. Ale szczerze mówiąc… nie, nie czułam się częścią tej trzeciej grupy 🙂

    Like

  3. Nie, nie było brudno poza zimą, kiedy od śniegu wnoszonego na butach robiło się mokro. Podobnie z resztą jak w liceum, gdzie już nie zmienialiśmy butów, ale były zamykane na klucz szatnie na kurtki. Każda klasa miała coś w rodzaju swojej klatki na kurtki, klucz dawała woźna i nie przypominam sobie żadnych przypadków kradzieży.

    U Ciebie zmieniało się buty w podstawówce i gimnazjum?

    Like

  4. Ale w liceum już na pewno nie i pewnie wcale nie było brudno na korytarzach 🙂

    W szkole średniej również obowiązywało obuwie zastępcze.
    I jeszcze identyfikatory – jak ja tego nie nienawidziłem …

    A były jakieś ekscesy, kradzieże… worki wstydu 😀 ?

    😀 nie, co za pomysły.

    Like

  5. O! Ja też miałam identyfikatory w liceum 🙂 Też się wkurzałam, bo nauczyciele stali przy wejściach do szkoły jak gestapo i nie wpuszczali na lekcje bez nich.

    W podstawówce też był pomysł wprowadzenia identyfikatorów, ale nie dało się nas upilnować. Wiele osób wkładało sobie np. zdjęcie psa zamiast swojego, wycięte z “Bravo” zdjęcie Leonarda DiCaprio itp. W końcu dyrekcja się poddała, przestali nas sprawdzać i identyfikatory wyginęły śmiercią naturalną.

    Like

  6. U nas te identyfikatory trzeba było nosić, ale zwykle jedynie przez pierwszy miesiąc (roku szkolnego). Potem już jedynie jak się podpadało nauczycielowi, to można było oberwać za brak.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s